Jerzy Mazzoll i goście – 20 lat albumu „a” w Mózgu Powszechnym

Mazzoll_1

Jerzy Mazzoll jest artystą tyleż fascynującym, co kontrowersyjnym, wywołującym zwykle skrajne reakcje odbiorców. Gdyby nie metryka, to określenie enfant terrible polskiej muzyki improwizowanej pasowałoby do niego w stu procentach. Piątkowy wieczór w warszawskim Mózgu, właśnie na zaglądaniu w metrykę się opierał, ponieważ nie dość, że koncert został poświęcony 20-leciu kluczowego dla yassu albumu „a”, to jeszcze zbiegł się kalendarzowo z urodzinami gdańskiego muzyka. Cóż, mówiąc krótko nie mogłem sobie pozwolić na nieobecność.

Kilka słów o dwudziestoletniej, okrągłej plastikowej bohaterce piątkowego wieczoru. „Na początku było słowo, a zanim pojawiło się słowo, musiał zabrzmieć dźwięk „a”. To dźwięk, który wydaje nowonarodzone dziecko i pierwsza litera alfabetu. Dobry prosty tytuł dla albumu, mający jednocześnie wiele rozmaitych kontekstów” – tak o pierwszej płycie Arhythmic Perfection w yassowej monografii Sebastiana Reraka opowiada Jerzy Mazzoll. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że album w dalszym ciągu jest dla gdańskiego klarnecisty żywotnym punktem odniesienia, a na koncertach motywy muzyczne z „a” powracają niczym bumerangi, echa, niesforne standardy wciąż na nowo interpretowane. Pomijając wszelkie niedopracowania realizatorskie (dość toporne, choć podobno umyślnie zachowane brzmienie taśmy DAT; lo-fi perfection?), to muzyka z krążka pod względem kompozycyjnym broni się dzisiaj zaskakująco dobrze, a jako materiał wyjściowy do improwizacji sprawdza się wręcz znakomicie.

Grzegorz Pleszyński

Wieczór rozpoczął się z około godzinnym opóźnieniem konferansjerką Mazzolla, która sprowadzała się do dość gorzkiego oświadczenia, że będzie tego wieczoru jedynym muzykiem z oryginalnego składu, który przygotował „a” (co ostatecznie okazało się nieprawdą). Poza tym został zdradzony news optymistyczny – w przyszłym roku dwie pierwsze płyty Arhythmic Perfection mają się ukazać na winylu (moim zdaniem reedycja na cd też by się przydała). Program urodzinowy otworzył Grzegorz Pleszyński przedstawiając na małych blejtramach liczby związane z życiem klarnecisty (miałem nawet przyjemność przeczytać na głos datę poczęcia głównego bohatera!). Po krótkich fanfarach na trąbkę, lejek i przezroczyste rurki, artysta ustąpił miejsca na scenie zespołowi.

Asystą Mazzolla okazało się trio The Love and Beauty Seekers, o średniej wieku prawdopodobnie porównywalnej z Arhythmic Perfection circa 1994 i nie zdziwiłbym się gdyby „a” było dla młodych muzyków materiałem, na którym uczyli się grać. W rezultacie pokręcone kompozycje z „20-latki” zyskały odpowiednio młodzieńczą oprawę. Przyznam, że było dla mnie dużą zagadką w jaki sposób Mazzoll będzie chciał przywołać ducha materiału sprzed dwóch dekad. W zasadzie mógł obrać dwie skrajne drogi: odegrać całość zachowując maksymalną wierność oryginałowi (opcja najnudniejsza i co za tym idzie najmniej prawdopodobna), albo dopuścić się luźnej „wariacji na temat” (opcja, na którą miałem najbardziej nadzieję, niezależnie od rezultatu podobnej strategii). Ostatecznie artysta obrał w pewnym sensie drogę środka.

Mazzoll&band

Zaczęło się wyjątkowo klasycznie. Kwartet odgrywał kolejne utwory z „a” zachowując względną kolejność, a także strukturę poszczególnych kompozycji. Być może dałem ponieść się emocjom wynikającym z sytuacji, jakby nie było, wyjątkowego koncertu, ale muzyka – mimo tak wiernej oryginałowi formy – miała w sobie potężny ładunek siły, brzmiała świeżo i energetycznie. Miałem wrażenie, że słucham materiału nagranego w tym roku, chociaż doskonale znałem każdą kolejną kompozycję. Trzeba przyznać, że Mazzoll na obchody „porcelanowych godów” (serio, tak to funkcjonuje w nazewnictwie) sprytnie dobrał sobie kompanów, wykorzystując ich młodzieńczą werwę. Być może tematy z „a” nie stanowią jakiegoś gigantycznego wyzwania dla instrumentalistów, niemniej jednak Jędrzej Łagodziński, Szymon Gąsiorek i Franciszek Pospieszalski jako sidemani wypadli naprawdę imponująco. Można powiedzieć, że Mazzoll po raz kolejny potwierdził niezwykłą intuicję muzycznego headhuntera. Poprzez zamianę pierwotnej trąbki na saksofon i ograniczenie sekcji rytmicznej do jednego perkusisty, utwory z „a” zyskały bardziej dynamiczny i ostry charakter, który klarnecista ewidentnie starał się podkręcać. Na wysokości „Utworu pt. Fian” do kwartetu dołączyli dwaj, jak zaanonsował ich Mazzoll, „najlepsi klarneciści w Polsce”, czyli Paweł Szamburski i Piotr Mełech, którzy dolali jeszcze trochę benzyny do najbardziej hałaśliwej fragmentu albumu. Od tego momentu goście zaczęli wkraczać na scenę rotacyjnie, a sam program uległ znacznemu rozluźnieniu. W pewnej chwili publiczność Mózgu mogła nawet usłyszeć 3/5 oryginalnego Arhythmic Perfection – w „Pieśni o Smutnym Rumunie” wystąpił nieustannie tego wieczoru dissowany za współpracę z Kazikiem Janusz Zdunek i kontuzjowany Sławek Janicki. Było też „Jah kocha psa” z wokalem Darka Malejonka. Na scenę powracali Szamburski z Mełechem (chociaż pierwszy z nich w pewnym momencie zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach), a całość zaczęła nabierać coraz bardziej happenerski charakter. Wdzierał się tu i ówdzie dekadencko-chuligański chaos, nieprzewidywalność, a absurdalna konferansjerka funkcjonowała na scenie na tych samych prawach, co muzyka, słowem: wskrzeszenie niepokornego ducha yassu. Koncert zwieńczył interesujący duet klarnetowy z Piotrem Mełechem, chyba najbardziej subtelny i wyciszony fragment całego występu. Po wieczorze w Mózgu (i dwa dni wcześniejszym koncercie WIO) przyznać muszę, że w komplementach Mazzolla odnośnie kolegi po fachu nie ma wiele przesady. Powróciła jeszcze na moment melodia „Ojczyzną naszą…” i taką to klamrą 20 lat „a” zostało uczczone.

Mazzoll & Piotr Mełech

Z krytycznego punktu widzenia wydarzenia tematyczne takie jak muzyczne benefisy, czy hołdy dla dokonań sprzed lat są zawsze imprezami podwyższonego ryzyka estetycznego (nudne metafory z odgrzewaniem, starym mięsem itp.). Niemniej z mojej perspektywy nie stało się źle, że Mazzoll powrócił do materiału z „a” i sądzę również, że udało mu się uniknąć przy tej okazji artystycznego faux pas. Muzyk podszedł do zadania ze swego rodzaju poważnym dystansem (tudzież zdystansowaną powagą), mieszając te dwa elementy w wyrównanych proporcjach. Nie zagrał kompozycji z sentymentalną megalomanią, tylko z pasją, nie bawił się specjalnie w postmodernistyczną, potencjalnie pretensjonalną grę z tworzywem, a jedynie podkreślił walory istniejące w samej muzyce, pokazał, że nie zestarzała się aż tak jak sugerowałyby lata i w dalszym ciągu ma potencjał koncertowy (właściwie wypada znacznie lepiej na żywo dzisiaj, niż na nagraniu sprzed lat – skądinąd też live). Zdarzają się sytuacje, kiedy inżynier Mamoń ma rację i to była jedna z nich – bawiłem się w Mózgu doskonale.

Po tego rodzaju powrocie do przeszłości jestem bardzo ciekaw nowego materiału Mazzolla, który podobnie jak album sprzed dwóch dekad zatytułowany jest jednym prostym, lecz znów wymownym i wieloznacznym symbolem „+”. Tylko tym razem mam już nadzieję na „back to the future”.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Kompilacja różnych fragmentów koncertu, ponad 10 minut (uwaga – głośne nagranie):

 

Reklamy