Der Father plenerowo na Ząbkowskiej

Der Father2

Ilekroć mam okazję zobaczyć na żywo formację Der Father, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest to obecnie mój faworyt w kategorii „polski zespół grający piosenki (z tekstami po angielsku)”. Gdyby jednak tylko do tego cudzysłowu sprowadzała się propozycja artystyczna Der Father, to nie byłoby o czym mówić, a zdecydowanie jest o czym. Zespół to przewrotna hybryda stylistyczna serwująca piosenki-petardy, w wersji „live” po brzegi wyściełane sceniczną charyzmą. Zeszłoroczna, debiutancka płyta „Wake Up” jest odpowiedzią na pytanie: Jak stworzyć inteligentny, oryginalny, porywający album, który łączy popową chwytliwość, punkowy pazur i estetyczne wyrafinowanie? Kupcie ten krążek, posłuchajcie, a dowiecie się jak to się robi.

Przybycie w niedzielny wieczór na Ząbkowską wymagało nie lada heroizmu. Der Father ma szczęście do grania koncertów podczas kiepskich warunków pogodowych. Opłakane były podczas występu zespołu w Dziku na początku roku (klik), z kolei na OFF-ie formacja zagrała na głównej scenie w pełnym słońcu w okresie szczytowych upałów… Plenerowy praski koncert trafił za to na pierwszy dzień permanentnej ulewy, której Warszawa nie doświadczała przez długie tygodnie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zła pogoda podkręca obroty koncertowej machiny o nazwie Der Father. Zespół zdominował nieprzychylne okoliczności towarzyszące już w pierwszym, tytułowym, fenomenalnie ewoluującym kawałku „Wake Up”. Kwartet pod wodzą magnetycznej Joanny Halszki Sokołowskiej ma w zwyczaju grać koncerty wedle albumowej setlisty, co jest zdecydowanie dobrą strategią, w myśl futbolowej zasady, że „zwycięskiego składu się nie zmienia”. Oprócz niemal wszystkich numerów z debiutu Der Father zaprezentowało 3 nowe utwory, które kreatywnie rozwijają estetykę nieprzewidywalnego, energetycznego elektro-punku, zręcznie operując kontrastami słodyczy i hałasu. Mam nadzieję, że zespół nie będzie specjalnie zwlekał z nagraniem kolejnej płyty – trzeba kuć żelazo póki gorące.

Der Father3

Niemalże wymarła, skąpana w deszczu Ząbkowska budziła się do życia z każdą kolejną piosenką i ostatecznie koncert, nad którym wisiało widmo frekwencyjnej porażki okazał się sukcesem. Der Father to pop-perła w katalogu Lado ABC, zespół mający wszelkie predyspozycje do zawładnięcia każdą sceną i każdą publicznością. Koncert na Pradze był tego dobitnym potwierdzeniem. Charyzma i mistrzowski songwriting mówią same za siebie. Pozostaje przyklasnąć i czekać na dalszy rozwój wypadków.

[jakość audio nagrania nie do końca daje radę, polecam głośniki i wyobraźnię – pozdrowienia dla firmy LG]

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Trzaska / DJ Lenar / Masecki / Rogiewicz / Sienkiewicz w Cafe Kulturalna

Nazwiska imponujące w intrygującym zestawieniu nieprawdaż? Wyżej wymienieni Panowie, artyści charakterystyczni i zasłużeni dla polskiej muzyki/kultury ostatnich lat/dekad, musieli zagrać w jeden z najgorszych wieczorów jakie co roku odbywają się w Warszawie. Noc Muzeów to bodaj najbardziej upiorny termin na wychodzenie z domu. Impreza charakteryzuje się masowym przyswajaniem kultury w wersji instant, rozwodnionej, festyniarskiej, fasadowej. Swego rodzaju muzealny odpust, który można przypieczętować kiełbasą z grilla lub belgijską frytą na Placu Defilad. W Noc Muzeów można paradoksalnie zobaczyć jak dużo osób do instytucji kultury nie chadza. Piszę te słowa mając świadomość jak to wygląda od kuchni, jako osoba do niedawna związana z muzealnictwem. Zresztą nie jest to żadne odkrycie Ameryki. W Noc Muzeów kultura jest jak łapczywie chwytany, darmowy napój Zbyszko z radomskiej wigilii. Smakuje (jakoś) i gasi pragnienie (jakoś), ale nie dostarcza organizmowi nic poza wodą, cukrem i sztucznymi aromatami.

O tej „przeklętej” dacie przypomniałem sobie niestety dopiero w chwili wyjścia na koncerty do Cafe Kulturalnej (które przy okazji były zwieńczeniem festiwalu filmowego Docs Against Gravity). Zatem podwójna kumulacja… Niemniej jednak nazwiska muzyków zachowały magnetyczną siłę przyciągania. Dawno tak dobitnie nie odczułem, że kontekst determinuje sytuację, że byt kształtuje świadomość, czy coś w tym rodzaju.

Proponuję zatem foto-story. Jak na Noc Muzeów jest to chyba idealna forma wpisu.

Mikołaj Trzaska na czerwonym dywanie:

Mikołaj Trzaska

Absolutnie nie dziwię się saksofoniście, że wybrał tak ustronne miejsce, zapewniające minimalną dozę autonomii względem otaczającego zewsząd zgiełku. Pamiętam jak przed kilkoma laty miałem wielką przyjemność słuchać solowego występu Trzaski w warszawskiej Synagodze im. Nożyków – to był wyjątkowy koncert z fenomenalnym klimatem, doskonale korespondującym z muzyką. Ultra-komfortowe okoliczności. Tym razem Trzaska musiał walczyć o audialną czasoprzestrzeń w warunkach festynu, musiał zabrzmieć bezkompromisowo, jak free jazzowy wojownik. I chociaż wystąpił w najbardziej wycofanym zakątku, to zagrał swoje, a przeszywające, szorstkie brzmienie altu pozwalało na rozedrgany azyl w pulsującej rzeczywistości. Autentyzm i konsekwencja – za to duży szacunek. Przy okazji słychać, że Trzaska nie ma najmniejszego problemu z sytuacją samodzielnego koncertu i odnajduje się w podobnej sytuacji równie dobrze jak podczas występów z innymi muzykami. Narracja artysty wciąga, intryguje, „nie pozostawia obojętnym” – i nie jest to slogan. Warto podkreślić, że wyjątkowo mało wyczuwalny był pierwiastek żydowskiej melodyki, gdzieniegdzie pobrzmiewał, lecz nie zdeterminował wypowiedzi. Mankamentem była natomiast mała wizualna dostępność Trzaski, mogła go dostrzec zaledwie garstka słuchaczy.

DJ Lenar pokazuje sufit:

DJ Lenar

Po koncercie Trzaski była niewiadoma: co dalej? Pozostali muzycy – wedle opisu wydarzenia – mieli występować w różnych, nie do końca jasnych konfiguracjach. Zaczął solo DJ Lenar – z dużą dozą prawdopodobieństwa najbardziej oryginalny „dysk dżokej” polskiej, a w każdym razie warszawskiej sceny. Lenar należy do muzyków, którzy przede wszystkim tworzą klimat, wypełniają audiosferę dźwiękami przypominającymi podkręcone i zniekształcone szumy rzeczywistości otaczającej. Muzyka Lenara jest w pozytywnym sensie niedomknięta, tworzy hipnotyczne, noise’owe tło do zastanej sytuacji. Brak bitu, brak skreczów i turntablistycznych popisów zastępuje bardzo przemyślana, horyzontalna warstwa dźwięków o zmieniającym się natężeniu. Wielu DJ-ów mogłoby się od Lenara uczyć sztuki powściągliwości i minimalizacji środków. Program solowy mocno przypominał wydawnictwo „Re:PRES” sprzed trzech lat, na którym artysta poddał autorskiej modyfikacji „Miniatury” Eugeniusza Rudnika. Warto o tym wspomnieć, by ów cykl nestora polskiej elektroniki właśnie doczekał się wydania przez Requiem Records w formie imponującego boxu 4 płyt (klik). Propozycja Lenara na podobnie awangardowy set w sytuacji klubowego zgiełku była dość radykalna, lecz paradoksalnie doskonale wpisała się w klimat, przykuwając uwagę wielu słuchaczy. Wielka szkoda, że DJ Lenar od czasu wspomnianego „Re: PRES” nie wydał żadnego nowego materiału.

Marcin Masecki w blasku światła (i CCTV):

Marcin Masecki

Kolejny solista. Tym razem pomysł na formułę koncertu okazał się lepszy niż samo wykonanie. Improwizacja na pianinie i keyboardach do ujęć zarejestrowanych przez kamery przemysłowe brzmi ciekawie, szczególnie w świetle kończącego się Docs Against Gravity. Jednakże Masecki podszedł do zagadnienia w mało kreatywny sposób, ograniczając się do typowych dla siebie „popsutych” zagrywek, od czasu do czasu bawiąc się mocą elektronicznego brzmienia. Równie dobrze mogłoby nie być warstwy wizualnej, skądinąd dość interesującej (obraz spod mikroskopu, ludzie biegnący po ulicy, satelitarne zdjęcia Ziemi, bojówkarze z karabinami, opakowanie laptopa…). Ciekawe, choć też nie do końca wykorzystane były sekwencje, w których na ekranie pojawiały się ujęcia z przestrzeni Kulturalnej. Masecki zagrał jak na siebie dość „konwencjonalnie niekonwencjonalnie”, ale zabrakło wyrazistości i związku z warstwą wizualną. Cały set można podsumować „pianista sobie, obraz sobie”. Szkoda, bo sam pomysł miał duży potencjał.

DJ Lenar, Jerzy Rogiewicz (poza zdjęciem, za konsoletą Jacek Sienkiewicz):

DJ Lenar & Jerzy Rogiewicz

Cóż, był to dla mnie ostatni muzyczny obrazek podczas wieczoru w Kulturalnej. Tym razem Lenar zaproponował bit, a trzaski i szumy upiął rytmiczną siatką, do której plecenia dołączył po chwili Rogiewicz z Sienkiewiczem. Brzmienie łączyło brud z coraz bardziej gęstniejącym, prostym klubowym drivem. Hi-hat i werbel Rogiewicza nadawały elektronicznemu garage-tandemowi przyjemny organiczny, „żywy” pierwiastek. Dobrze się tego słuchało, struktura powoli się rozwijała, a trans wisiał w powietrzu. Tym akcentem zakończyłem wizytę w Kulturalnej, a uwodzicielski zapach grillowanej kiełbasy na Placu Defilad odprowadził mnie do metra.

Wnioski po koncertach: za dużo, nie do końca wykorzystana szansa konfiguracyjna, ogólnie niejasny zamysł kuratorski całego przedsięwzięcia. Choć chaos i niejasność, a czasem łopatologia to akurat pewniki jeśli chodzi o Noc Muzeów. I piszmy jednak z małej – noc muzeów.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Der Father w Dziku

Der Father_1

Wstęp

Warunki atmosferyczne tego wieczoru nie były po stronie Der Father. Przeprawa przez pół miasta w jak dotąd najgorszej aurze ad 2015 wymagała ode mnie nie lada determinacji. Niemniej zeszłoroczny koncert formacji przy okazji Lado w mieście zrobił na mnie na tyle dobre wrażenie (klik), że postanowiłem stawić czoło pogodowym przeciwnościom losu… Wartością dodaną wieczoru było samo miejsce, ponieważ był to mój „pierwszy raz w Dziku”, który na początek roku przygotował bardzo solidny program artystyczny.

Zacznijmy zatem od klubu. Dzik w pierwszej chwili zaskakuje swoją quasi-mieszkaniową strukturą, z wyraźnie zarysowanym holem, okazałym, widnym salonem, przestrzenią barowo-kuchenną i licznymi zakamarkami, w których można zaznać komfortu względnej intymności. Całość spowija stylistyka retro, w rodzaju PRL-owskiego glamour lat 50-60. W sali „bawialnej” na ścianie przeciwległej do sceny nieustannie wyświetlane były widoczki przypominające egzotyczne fototapety, słowem – drobina lata w środku mitycznej, mroźnej środkowo-europejskiej zimy. Przy okazji piękny kontrast dla old schoolowego wystroju.

Sokołowska_Pigoński

Rozwinięcie

Zespół wystąpił w Dziku w otoczeniu żywych kwiatów doniczkowych, a dookoła unosił się zapach indyjskich kadzidełek – taki rajski anturaż nadawał sytuacji ciekawy, surrealistyczny pierwiastek. Koncerty Der Father to w dużej mierze warstwa wizualna, pełna glamowego blichtru, kreacji scenicznej, wchodzenia w rolę „gwiazd estrady” i magnetycznego performowania. Gra konwencją nie kończy się jedynie na poziomie wizerunku, a sięga głębiej, do samej muzyki. Owej gry nie należy jednak absolutnie utożsamiać z trywializacją własnego podejścia do twórczości. „Przymrużenie oka” u Der Father jest bardzo inteligentne i estetycznie konsekwentne. W tekstach zespołu można odnaleźć bezpośrednie cytaty z Elvisa Prasleya, Johna Lennona, Velvet Underground, ale też np. obszerny passus z Rihianny (który swoją drogą pasuje jak ulał). Kto wie co jeszcze… Warszawski kwartet wciąga tego rodzaju gwiezdny pył popkulturowy by przekuć go w muzykę suwerenną, szalenie charakterystyczną, spójną, a zarazem nieprzewidywalną – artyści, jak powiedziałby sportowy komentator, formują „monolyt”. A rozbijając go na cząstki… Niesłychana charyzma sceniczna w połączeniu z operowymi wręcz warunkami głosu i nieokiełznaną ekspresją czynią z Joanny Halszki Sokołowskiej frontmenkę idealną. I tutaj znów warto wrócić do tekstów, które całościowo stanowią bardzo inteligentną mieszankę absurdalnych opowiastek, surrealistycznych wizji i kampowej zabawy kontekstami. Muzyka Der Father podchodzi bardzo liberalnie do stylistyk, jest równie postmodernistyczna w wyrazie i formie, która zwykle ma niewiele wspólnego z konwencjonalną strukturą kompozycji popowej. Dodanie do składu drugiej gitary, w osobie Bartka Tycińskiego, tylko pozornie kieruje muzykę zespołu na tory bardziej punkowo jazgotliwe (chociaż one też się pojawiają). Tyciński bardzo fajnie wzbogaca brzmienie Der Father, a zarazem nie stawia przy tym stempla „muzyka gitarowa”, co jest zasługą instrumentalnej wyobraźni i stylu muzyka. W dalszym ciągu brzmieniowa differentia specifica formacji to relacja elektroniki i keyboardu Daniela Pigońskiego z naspeedowaną, motoryczną perkusją Jerzego Rogiewicza, dla których gitary Sokołowskiej i Tycińskiego stanowią dobry riffowy kontrapunkt. Słuchając koncertu w Dziku przyszła mi na myśl znakomita płyta „The Idiot”, na której Iggy Pop (przy dużej pomocy Davida Bowie) ominął punk rocka, przechodząc od proto punka wprost w objęcia awangardy New wave’u, antycypując post punk lat 80. Z tym, że Sokołowska na koncertach nie tarza się we szkle jak Iggy, tylko odpala kadzidełka, uderza we własny talerz, ewentualnie zmienia outfit – notabene podczas znakomitego, transowego utworu „Stronger fit”. Der Father mają według mnie „the strongest fit” od czasów Paristetris – na pewno w kategorii oryginalnego zmysłu songwriterskiego, odważnych aranżacji i koncertowego magnetyzmu.

Der Father 2

Zakończenie

Pomijając wszystkie teoretyczne rozkminki występ w Dziku był przede wszystkim bardzo intensywnym, elektryzującym doświadczeniem, świetną zabawą na wysokim poziomie, podczas której „nie ma miejsca na nudę :)”. Zespół zagrał cały materiał z zeszłorocznej, znakomitej płyty „Wake Up”, zachowując właściwie tracklistę 1 do 1. Program spięło energetyczne intro – klaskane, bluesowe (zdaje się, że cover?) i bis ze świetnym płynnym przejściem od elektronicznego techno bitu do transowego finału gitarowo-perkusyjnego. Podobnie porywający koncert utrzymany w piosenkowej konwencji oglądałem chyba właśnie na zeszłorocznym Lado w mieście i był to zespół o znajomo brzmiącej nazwie Der Father. Wniosek? Klasa sama w sobie. Bardzo udany wieczór – poczułem karnawał!

PS: A propos sceny – czy tylko ja odnoszę wrażenie, że Juka to najpopularniejszy kwiat w polskich mieszkaniach lat 90.?

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Playback Play #7 – wideo appendix do relacji

4 rysunek PeronaPoczątkowo relacja z tegorocznego festiwalu Playback Play miała ukazać się na tej stronie, ale ostatecznie odnalazła przytulne miejsce spoczynku na łamach PopUpMusic. Zatem dociekliwych zapraszam do lektury (klik).

Wielowątkowe wydarzenie kulturalne – bo tak szerokie określenie najlepiej oddaje specyfikę festiwalu – było ze wszech miar warte udziału. Na scenach obok znakomitych zagranicznych gości (Jean-Hervé Péron, Zsolt Sőrés Ahad, David Maranha, Phil Minton, David Thomas, Richard Youngs) wystąpili dobrze znani, utalentowani artyści polskiej sceny: Joanna Halszka Sokołowska, DJ Lenar, Jerzy Rogiewicz, Gerard Lebik i Wacław Zimpel.

Poniżej załączam 10-minutowy film, będący kompilacją trzech występów: tria Maranha-Minton-Lebik, kwintetu Thomas-Maranha-Sőrés Ahad-Rogiewicz-Lenar oraz duetu Zimpel-Maranha. Koncerty odbyły się na trzech scenach – w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa, Teatrze Powszechnym i w Dwa Osiem.

Wideo zdominował występ z udziałem Phila Mintona, który zrobił na mnie chyba największe wrażenie. Przyczyną bardziej pragmatyczną porwanej struktury kompilacji były niedostatki pamięci na karcie…

Z cyklu Instytut Improwizacji Lo-Fi’lms Production przedstawia –> Playback Play #7 Compilation. Enjoy!

Krzysztof Wójcik (((ii)))