Zimowa podróż, trochę Cukru i kaszubskie wariacje…

daszek

Odwrócę chronologię wydarzeń i zacznę od końca. Zresztą każdy przyzwoity tekst, jak kij, ma przynajmniej dwa końce. Drugi/trzeci/czwarty/siódmy/domyślny powinien wylądować w aktywnym aparacie poznawczym czytelnika. Zatem raz, dwa…

Trzy:

Winterreise” czyli „Podróż zimowa” to cykl pieśni, które Franz Schubert skomponował do poezji Wilhelma Müllera. Właśnie dzieło Schuberta/Müllera stało się inspiracją dla dwóch kolejnych płyt z cyklu Populista, prowadzonego przez Michała Liberę dla Bôłt Records. Jak głosi nota „Winterreise” to: „modelowy przykład romantycznego songbooku o cierpieniu, miłości i samotności a wreszcie i XIX-wieczny odpowiednik albumu popowego, w którym przeglądały się kolejne pokolenia od roku 1828”. Tym razem przejrzały się w nim trzy artystki – wspólnie na jednej płycie Barbara Kinga Majewska i Emilia Sitarz; a samodzielnie, na drugiej, Joanna Halszka Sokołowska. Z końcem stycznia oba wydawnictwa  doczekały się premier koncertowych, które jak na złość odbyły się w dniach roztopów, nagłego rozpłynięcia zimy. Nie powstrzymało mnie to jednak przed zajściem do Królikarni na występ Sokołowskiej.

Winterreise

Przed rokiem, na festiwalu Playback Play w grudniu 2014 miałem już okazję widzieć artystkę w tym repertuarze, było to wówczas w ogóle pierwsze wykonanie (pisałem o nim tutaj). Tym razem wnętrze klubu zastąpiła wspaniała przestrzeń i akustyka Królikarni. Okoliczności miejsca w sposób znaczny wpłynęły na charakter występu. Po pierwsze wykonanie rozpoczęło się w całkowitych ciemnościach (i pozostało w nich do samego końca). Po drugie – Sokołowska kreatywnie wykorzystała specyficzną przestrzeń pałacyku. Druga część koncertu upłynęła na przechadzaniu się wokalistki po salach otaczających centralną, kolistą część budynku, w której siedziała publiczność. Śpiew nie ustawał, dobiegał z oddali, zbliżał się, błądził po Królikarni raz zgodnie ze wskazówkami zegara, raz odwrotnie. Zabieg okazał się genialny w swej prostocie – efekt akustyczny (i performatywny) był jedyny w swoim rodzaju, hipnotyzował i trzymał w napięciu. Można się było poczuć jak wewnątrz jakiegoś niezaistniałego filmu Herzoga. Na zakończenie Sokołowska zapaliła świecę i podziękowała za uwagę – tym samym utrzymała romantyczne decorum do samego końca. Bardzo osobliwy, melancholijny koncert site specific. Wsłuchiwanie się w pogłos kolejnych wersetów pieśni, w pauzy między nimi w otoczeniu mrocznej, akustycznie sterylnej Królikarni zapamiętam na długo jako wyjątkowe i nietypowe doświadczenie. Absolutnie nie dziwię się zespołowi Księżyc, że wybrał właśnie tę przestrzeń na nagrywanie swojej ostatniej płyty.

Dwa:

O zespole Cukier pisałem dość obszernie w maju zeszłego roku (klik). Był to jeden z pierwszych koncertów formacji, która przykuła moją uwagę (raz) ze względu na niecodzienne instrumentarium – syntezator modularny, klarnet, perkusja; (dwa) poprzez ciekawe, chaotyczno-energetyczne mieszanie różnych muzycznych języków – noise, free jazz, improwizacja elektro-akustyczna, trochę ambientu. Od tego czasu trio w składzie Łukasz Kacperczyk, Michał Kasperek i Piotr Mełech zdążyło wydać kasetę w Pawlaczu Perskim (bandcamp), na której w dość radykalny i bezkompromisowy sposób przedstawiło swój pomysł na muzykę.  „821” to ostra przejażdżka, przy okazji nagranie koncertowe, a nagrania koncertowe rządzą się swoimi prawami  [edit: jednak, nie koncertowe, tylko całodniowa sesja na żywo w warszawskim Mózgu]  i czasami bardziej brutalne szarże pozbawione pierwiastka wizualnego stają się nieczytelne. Niemniej jest to pozycja interesująca i odważna, pełna mocno kontrastujących zestawień. Sugeruję słuchanie „821” na głośnikach, tak by pozwolić muzyce wypełnić przestrzeń.

cukier1    cukier2Koncert w V9 odbył się przy okazji drugiej edycji DRUKUJ! Zinestu, czyli atmosfera DIY unosiła się w powietrzu od dobrych kilku godzin. Cukier wystąpił tego wieczoru w  nieco lżejszym wydaniu, ponieważ Piotr Mełech zrezygnował z użycia elektroniki i basklarnetu, zagrał cały koncert na zwykłym klarnecie. Był to koncert dość zwięzły, niespełna 40-minutowy i przyznam, że właśnie tego typu ramy czasowe są w sam raz w przypadku tak intensywnej muzyki. Podobała mi się dramaturgia występu. Cukier zaczął budować improwizację wychodząc od subtelnych partii syntezatora. Atmosfera gęstniała płynnie i oczywiście zmierzała do ekstatycznego jazgotu, ale zniuansowana „gra wstępna” pozwoliła na w miarę bezkolizyjne wejście w dzikie ostępy dźwięków brutalnych. Jednocześnie nie był to koncert o narracji prostej „od ciszy do zgiełku”, wykres napięcia i kolorów przedstawiałby się bardziej sinusoidalnie. To, że Cukier potrafi się ciekawie rozpędzić wiedziałem już od pierwszego zetknięcia z formacją. Teraz słychać, że oprócz tego muzycy wiedzą jak efektownie wyhamować, a przy okazji zrobić po drodze kilka niespodziewanych zakrętów. To dobrze wróży na przyszłość.

Jeden:

Ostatni mój tekst w roku 2015 dotyczył solowego występu Dominika Strycharskiego w Pardon To Tu (klik). Był to koncert znakomity, wirtuozerski, w dodatku najprawdopodobniej zostanie wydany na płycie. Raptem po kilku tygodniach Strycharski wrócił na tę samą scenę z formacją Core 6, by zaprezentować materiał z płyty „Czoczko” , na której poddaje kreatywnej interpretacji tradycyjną muzykę kaszubską. W zespole znaleźli się naprawdę mocni zawodnicy: Wacław Zimpel, Ksawery Wójciński, Zbigniew Kozera, Krzysztof Szmańda i Hubert Zemler. Czyli dwa instrumenty dęte i podwójna sekcja rytmiczna. Na albumie kluczowa rola przypada partiom duetu flet-klarnet (część utworów zagrana jest tylko w tym formacie), natomiast na koncercie siłą rzeczy większa była rola kolektywu.

Core 6

Podstawą tego projektu jest dualizm muzycznych światów, które Strycharski wraz z zespołem łączy – na poziomie podstawowym są to muzyka ludowa i free jazz. Kunszt instrumentalistów, ich improwizatorska biegłość, a także świetnie zaaranżowany materiał, złożyły się w nową jakość – silnie zakorzenioną w tradycji, a jednocześnie łamiącą granice gatunkowe. Coś podobnego udało się już choćby Marcinowi Maseckiemu (w wersji autorskiej na „Polonezach” i „Mazurkach”), również zeszłoroczne „Requiem Ludowe” Adama Struga i Kwadrofonik przenosi polską ludowość w XXI, wykorzystując współczesny język muzyczny. „Czoczko” składa się z tematów bezpośrednio zaczerpniętych z melodii tradycyjnych, natomiast rozwija je ze swobodą, rozmachem i dużą wrażliwością na poszczególne elementy brzmienia. Podwójna sekcja, tworzy dla Strycharskiego i Zimpla znakomitą, wielobarwną przestrzeń do dialogu, bądź snucia przyjemnie rozjeżdżających się wspólnych monologów. Koncert dość wiernie odzwierciedlił zawartość płyty, ale absolutnie nie na zasadzie 1:1. Zresztą nie byłby to nawet duży mankament, bo „Czoczko” to po prostu album bardzo dobry, zwięzły, nieprzegadany (niespełna 40 minut muzyki). Moje ulubione fragmenty to te, w których do głosu dochodzi pełen skład, szczególnie otwierający płytę tajemniczy utwór „Rubin”, oraz wieńczący nagranie „Antracyt” z fantastyczną woltą w środku. Kolejny mocny punkt w coraz ciekawszej dyskografii Dominika Strycharskiego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Slalom w Pardon To Tu / premiera płyty

Slalom + goście

Zasadniczo można wyróżnić co najmniej kilka rodzajów slalomu. Slalom, dawniej nazywany slalomem specjalnym, to dyscyplina narciarska „o proporcjonalnie największej liczbie zmian kierunku jazdy” (za wiki). Mamy też slalom gigant, czyli coś pomiędzy zjazdem a slalomem – tutaj tyczki, a właściwie bramki, rozstawione są znacznie rzadziej. Trzeci slalom, prawdopodobnie najbardziej powszechnie uprawiany, to slalom pijacki, dla którego przeszkody i częstotliwości zmian kierunków bywają już nieprzewidywalne. Dziś opiszę jednak Slalom warszawski. Trio (Bartek Tyciński, Bartosz Weber i Hubert Zemler) wydało w ostatnich tygodniach drugą płytę „Wunderkamera” (bandcamp) i zaprezentowało premierowy materiał na koncercie w Pardon To Tu w asyście gości.

Debiutancki album „Slalom” sprzed dwóch lat plasował się bliżej giganta, zawierał cztery długie gitarowo-elektroniczne utwory o swobodnej strukturze, płynące na mocnym perkusyjnym drive-ie, zbaczając częstokroć w terytoria nieprzewidywalne, pozornie poza trasą. Tym razem zespół postawił na krótsze, bardziej zwarte formy, o większej dyscyplinie strukturalnej, choć zdecydowanie nie wyzbył się szaleństwa. „Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Podstawą znakomitej większości utworów są proste melodyjki, przypominające odrobinę ścieżki dźwiękowe do old-schoolowych gier komputerowych. Obok nich pojawia się rozbujana gitara, trochę kowbojska, trochę hawajska. W tle dudni solidna, motoryczna perkusja, być może najbardziej stabilny element muzycznej układanki, która nieustannie podlega modułowym modyfikacjom i dekonstrukcjom. Kompozycyjne eksperymenty Slalomu nie podważają jednak w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru. Jednocześnie ilość niuansów brzmieniowych pojawiających się to tu, to tam, pozwala smakować tę muzykę z zadowoleniem (i zaskoczeniem) wielokrotnie. Slalom stawia też w impasie recenzenta, który chciałby przyporządkować zespół do konkretnego stylu, gatunku. Trio wymyka się, finezyjnie lawiruje między tyczkami „eksperyment”, „post-rock”, „elektronika”, „country”, „psychodelia”, „krautrock”, właściwie jest już na mecie zanim zdążymy się zastanowić czego właściwie słuchamy. I tutaj tytuł „Wunderkamera”, odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny, który na koncercie zyskuje dodatkowej łobuzerskiej siły rażenia.

Slalom - Wunderkamera

Pod koniec do Slalomu przyłączył się Miłosz Pękala na instrumentach perkusyjnych, wzbogacając brzmienie tria o kolejną rytmiczną warstwę. Po chwili na scenie Pardon To Tu pojawiła się także Joanna Halszka Sokołowska, której wyjątkowe umiejętności wokalne można usłyszeć na płycie w utworze „Delphinne”. Zapraszając takich gości można jedynie podnieść walory występu. Było to znakomite zwieńczenie bardzo energetycznego, wręcz rozrywkowego koncertu. I może właśnie tutaj ocieramy się o sedno? Slalom na „Wunderkamerze” pokazuje, że muzyczna rozrywka może być osobliwa, inteligentna i ambitna, pozostając przy tym świetną zabawą, której ciężko się nie poddać. Ja się poddaję.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Der Father plenerowo na Ząbkowskiej

Der Father2

Ilekroć mam okazję zobaczyć na żywo formację Der Father, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest to obecnie mój faworyt w kategorii „polski zespół grający piosenki (z tekstami po angielsku)”. Gdyby jednak tylko do tego cudzysłowu sprowadzała się propozycja artystyczna Der Father, to nie byłoby o czym mówić, a zdecydowanie jest o czym. Zespół to przewrotna hybryda stylistyczna serwująca piosenki-petardy, w wersji „live” po brzegi wyściełane sceniczną charyzmą. Zeszłoroczna, debiutancka płyta „Wake Up” jest odpowiedzią na pytanie: Jak stworzyć inteligentny, oryginalny, porywający album, który łączy popową chwytliwość, punkowy pazur i estetyczne wyrafinowanie? Kupcie ten krążek, posłuchajcie, a dowiecie się jak to się robi.

Przybycie w niedzielny wieczór na Ząbkowską wymagało nie lada heroizmu. Der Father ma szczęście do grania koncertów podczas kiepskich warunków pogodowych. Opłakane były podczas występu zespołu w Dziku na początku roku (klik), z kolei na OFF-ie formacja zagrała na głównej scenie w pełnym słońcu w okresie szczytowych upałów… Plenerowy praski koncert trafił za to na pierwszy dzień permanentnej ulewy, której Warszawa nie doświadczała przez długie tygodnie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zła pogoda podkręca obroty koncertowej machiny o nazwie Der Father. Zespół zdominował nieprzychylne okoliczności towarzyszące już w pierwszym, tytułowym, fenomenalnie ewoluującym kawałku „Wake Up”. Kwartet pod wodzą magnetycznej Joanny Halszki Sokołowskiej ma w zwyczaju grać koncerty wedle albumowej setlisty, co jest zdecydowanie dobrą strategią, w myśl futbolowej zasady, że „zwycięskiego składu się nie zmienia”. Oprócz niemal wszystkich numerów z debiutu Der Father zaprezentowało 3 nowe utwory, które kreatywnie rozwijają estetykę nieprzewidywalnego, energetycznego elektro-punku, zręcznie operując kontrastami słodyczy i hałasu. Mam nadzieję, że zespół nie będzie specjalnie zwlekał z nagraniem kolejnej płyty – trzeba kuć żelazo póki gorące.

Der Father3

Niemalże wymarła, skąpana w deszczu Ząbkowska budziła się do życia z każdą kolejną piosenką i ostatecznie koncert, nad którym wisiało widmo frekwencyjnej porażki okazał się sukcesem. Der Father to pop-perła w katalogu Lado ABC, zespół mający wszelkie predyspozycje do zawładnięcia każdą sceną i każdą publicznością. Koncert na Pradze był tego dobitnym potwierdzeniem. Charyzma i mistrzowski songwriting mówią same za siebie. Pozostaje przyklasnąć i czekać na dalszy rozwój wypadków.

[jakość audio nagrania nie do końca daje radę, polecam głośniki i wyobraźnię – pozdrowienia dla firmy LG]

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Der Father w Dziku

Der Father_1

Wstęp

Warunki atmosferyczne tego wieczoru nie były po stronie Der Father. Przeprawa przez pół miasta w jak dotąd najgorszej aurze ad 2015 wymagała ode mnie nie lada determinacji. Niemniej zeszłoroczny koncert formacji przy okazji Lado w mieście zrobił na mnie na tyle dobre wrażenie (klik), że postanowiłem stawić czoło pogodowym przeciwnościom losu… Wartością dodaną wieczoru było samo miejsce, ponieważ był to mój „pierwszy raz w Dziku”, który na początek roku przygotował bardzo solidny program artystyczny.

Zacznijmy zatem od klubu. Dzik w pierwszej chwili zaskakuje swoją quasi-mieszkaniową strukturą, z wyraźnie zarysowanym holem, okazałym, widnym salonem, przestrzenią barowo-kuchenną i licznymi zakamarkami, w których można zaznać komfortu względnej intymności. Całość spowija stylistyka retro, w rodzaju PRL-owskiego glamour lat 50-60. W sali „bawialnej” na ścianie przeciwległej do sceny nieustannie wyświetlane były widoczki przypominające egzotyczne fototapety, słowem – drobina lata w środku mitycznej, mroźnej środkowo-europejskiej zimy. Przy okazji piękny kontrast dla old schoolowego wystroju.

Sokołowska_Pigoński

Rozwinięcie

Zespół wystąpił w Dziku w otoczeniu żywych kwiatów doniczkowych, a dookoła unosił się zapach indyjskich kadzidełek – taki rajski anturaż nadawał sytuacji ciekawy, surrealistyczny pierwiastek. Koncerty Der Father to w dużej mierze warstwa wizualna, pełna glamowego blichtru, kreacji scenicznej, wchodzenia w rolę „gwiazd estrady” i magnetycznego performowania. Gra konwencją nie kończy się jedynie na poziomie wizerunku, a sięga głębiej, do samej muzyki. Owej gry nie należy jednak absolutnie utożsamiać z trywializacją własnego podejścia do twórczości. „Przymrużenie oka” u Der Father jest bardzo inteligentne i estetycznie konsekwentne. W tekstach zespołu można odnaleźć bezpośrednie cytaty z Elvisa Prasleya, Johna Lennona, Velvet Underground, ale też np. obszerny passus z Rihianny (który swoją drogą pasuje jak ulał). Kto wie co jeszcze… Warszawski kwartet wciąga tego rodzaju gwiezdny pył popkulturowy by przekuć go w muzykę suwerenną, szalenie charakterystyczną, spójną, a zarazem nieprzewidywalną – artyści, jak powiedziałby sportowy komentator, formują „monolyt”. A rozbijając go na cząstki… Niesłychana charyzma sceniczna w połączeniu z operowymi wręcz warunkami głosu i nieokiełznaną ekspresją czynią z Joanny Halszki Sokołowskiej frontmenkę idealną. I tutaj znów warto wrócić do tekstów, które całościowo stanowią bardzo inteligentną mieszankę absurdalnych opowiastek, surrealistycznych wizji i kampowej zabawy kontekstami. Muzyka Der Father podchodzi bardzo liberalnie do stylistyk, jest równie postmodernistyczna w wyrazie i formie, która zwykle ma niewiele wspólnego z konwencjonalną strukturą kompozycji popowej. Dodanie do składu drugiej gitary, w osobie Bartka Tycińskiego, tylko pozornie kieruje muzykę zespołu na tory bardziej punkowo jazgotliwe (chociaż one też się pojawiają). Tyciński bardzo fajnie wzbogaca brzmienie Der Father, a zarazem nie stawia przy tym stempla „muzyka gitarowa”, co jest zasługą instrumentalnej wyobraźni i stylu muzyka. W dalszym ciągu brzmieniowa differentia specifica formacji to relacja elektroniki i keyboardu Daniela Pigońskiego z naspeedowaną, motoryczną perkusją Jerzego Rogiewicza, dla których gitary Sokołowskiej i Tycińskiego stanowią dobry riffowy kontrapunkt. Słuchając koncertu w Dziku przyszła mi na myśl znakomita płyta „The Idiot”, na której Iggy Pop (przy dużej pomocy Davida Bowie) ominął punk rocka, przechodząc od proto punka wprost w objęcia awangardy New wave’u, antycypując post punk lat 80. Z tym, że Sokołowska na koncertach nie tarza się we szkle jak Iggy, tylko odpala kadzidełka, uderza we własny talerz, ewentualnie zmienia outfit – notabene podczas znakomitego, transowego utworu „Stronger fit”. Der Father mają według mnie „the strongest fit” od czasów Paristetris – na pewno w kategorii oryginalnego zmysłu songwriterskiego, odważnych aranżacji i koncertowego magnetyzmu.

Der Father 2

Zakończenie

Pomijając wszystkie teoretyczne rozkminki występ w Dziku był przede wszystkim bardzo intensywnym, elektryzującym doświadczeniem, świetną zabawą na wysokim poziomie, podczas której „nie ma miejsca na nudę :)”. Zespół zagrał cały materiał z zeszłorocznej, znakomitej płyty „Wake Up”, zachowując właściwie tracklistę 1 do 1. Program spięło energetyczne intro – klaskane, bluesowe (zdaje się, że cover?) i bis ze świetnym płynnym przejściem od elektronicznego techno bitu do transowego finału gitarowo-perkusyjnego. Podobnie porywający koncert utrzymany w piosenkowej konwencji oglądałem chyba właśnie na zeszłorocznym Lado w mieście i był to zespół o znajomo brzmiącej nazwie Der Father. Wniosek? Klasa sama w sobie. Bardzo udany wieczór – poczułem karnawał!

PS: A propos sceny – czy tylko ja odnoszę wrażenie, że Juka to najpopularniejszy kwiat w polskich mieszkaniach lat 90.?

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Playback Play #7 – wideo appendix do relacji

4 rysunek PeronaPoczątkowo relacja z tegorocznego festiwalu Playback Play miała ukazać się na tej stronie, ale ostatecznie odnalazła przytulne miejsce spoczynku na łamach PopUpMusic. Zatem dociekliwych zapraszam do lektury (klik).

Wielowątkowe wydarzenie kulturalne – bo tak szerokie określenie najlepiej oddaje specyfikę festiwalu – było ze wszech miar warte udziału. Na scenach obok znakomitych zagranicznych gości (Jean-Hervé Péron, Zsolt Sőrés Ahad, David Maranha, Phil Minton, David Thomas, Richard Youngs) wystąpili dobrze znani, utalentowani artyści polskiej sceny: Joanna Halszka Sokołowska, DJ Lenar, Jerzy Rogiewicz, Gerard Lebik i Wacław Zimpel.

Poniżej załączam 10-minutowy film, będący kompilacją trzech występów: tria Maranha-Minton-Lebik, kwintetu Thomas-Maranha-Sőrés Ahad-Rogiewicz-Lenar oraz duetu Zimpel-Maranha. Koncerty odbyły się na trzech scenach – w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa, Teatrze Powszechnym i w Dwa Osiem.

Wideo zdominował występ z udziałem Phila Mintona, który zrobił na mnie chyba największe wrażenie. Przyczyną bardziej pragmatyczną porwanej struktury kompilacji były niedostatki pamięci na karcie…

Z cyklu Instytut Improwizacji Lo-Fi’lms Production przedstawia –> Playback Play #7 Compilation. Enjoy!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Kobiety na wokale!

kopia20140814_141611

W ostatnim miesiącu w Warszawie wystąpiło 6 zespołów, w których role kluczowe – przynajmniej biorąc pod uwagę perspektywę scenicznego wizerunku – odgrywają kobiety, a mówiąc ściślej wokalistki. Der Father, Babadag, Shy Albatross, Paristetris, Wovoka, Polpo Motel to składy, które stanowią silną reprezentację żeńskiego głosu nad Wisłą. Są to również formacje świadczące o pewnej tendencji bynajmniej niesprowadzającej się jedynie do kwestii wokalnych. Ten tekst poświecony będzie artystkom i zespołom, które swą aktualną koncertową aktywnością podkreśliły, że „scena niezależna” nie jest rodzaju męskiego.

Oczywiście wymienione przeze mnie grupy znajdują się obecnie na różnych etapach artystycznego rozwoju, co postaram się wziąć pod uwagę, jednak punktem wyjścia będą dla mnie ostatnie występy i wynikające z nich doraźne wnioski. Cofniemy się zatem w czasie poczynając od 13 sierpnia i dwóch koncertów w Cafe Kulturalnej, skończymy na Placu Zabaw dnia 24 lipca.

 

Babadag (Ola Bilińska) i Der Father (Joanna Halszka Sokołowska) w Cafe Kulturalnej

20140813_224539

Zestawienie jednego wieczoru de facto debiutującego trio (na koncercie kwartetu) Der Father z mocniej ukorzenionym w świadomości słuchaczy Babadag, okazało się ciekawym pomysłem. Zaprezentowane w ten sposób odmienne stylistyki korespondowały ze sceniczną różnicą, wynikającą z faktu, że Babadag gra ten sam materiał od dwóch lat, natomiast zespół pod wodzą Joanny Halszki Sokołowskiej prezentuje zestaw na świeżo wytłoczony – wieczór w CK był jednocześnie premierą płyty „Wake Up!”. Odmienny charakter muzyki zespołów wydaje się czytelny od pierwszych dźwięków. Podczas gdy Babadag usytuowałbym w nadmiernie pączkującej ostatnimi czasy niszy skupionej na kreatywnym rozwinięciu folkowej melodyki w kompozycjach nieco marzycielskich, zwiewnych, tak Der Father skupione było bardziej na mocnej, post-punkowej energii i intensywnym performerskim zacięciu. Różnica okazała się dojmująca. Babadag występujące tego wieczoru z nowym gitarzystą, zagrało koncert interesujący z punktu widzenia aranżacyjnego, ciekawie eksplorujący brzmienie instrumentów scenicznie nietypowych, to jednak w perspektywie całości ciężko było kwartetowi utrzymać uwagę słuchaczy. Pytanie czy problem tkwił w muzyce, czy w słuchaczach? W moim odbiorze duża część kompozycji Babadag wykorzystuje dosyć podobne patenty, dzięki którym zespół jest charakterystyczny, ale też w pewnym sensie monotematyczny (mam tu głównie na myśli kompozycje wyciszone, utrzymane w senno-pościelowej stylistyce). Utwory wewnętrznie zróżnicowane, eksperymentujące z rytmem, czy wokalem są jednak silnym punktem Babadag i jeśli kwartet pójdzie w tym kierunku na kolejnym wydawnictwie – nad którym prace ruszają w tym roku – to widzę przyszłość składu Oli Bilińskiej w jaśniejszych barwach. Dobry koncert, lecz w kontekście potencjału instrumentalnego (i artystycznego) nieco rozczarowujący.

20140814_000546

Tymczasem Der Father okazało się sceniczną petardą. Zestawienie motorycznej, monumentalnej perkusji Jerzego Rogiewicza, elektronicznego flow Daniela Pigońskiego, noise’owego zacięcia Bartka Tycińskiego i przede wszystkim przeszywającego, niskiego wokalu wytworzyło potężną dawkę energii, która ze sceny zalała widownię Kulturalnej. Kluczową rolę, jeśli chodzi o siłę rażenia tej muzyki odgrywał magnetyczny wizerunek Sokołowskiej. Wokalistka obok pomysłowych kreacji, zaprezentowała dużą charyzmę i w zasadzie podporządkowała sobie cały występ. Była to dominacja ciekawa, bo nieokiełznana. Koncert przybrał na poły charakter performensu, który nie pozwalał na choćby chwilę nieuwagi. Jeśli debiutancki album formacji jest równie naspeedowany co sceniczne wcielenie, to nie mam więcej pytań. Plus za adekwatną nazwę – w brzmieniu Der Father miesza się wiele inspiracji muzyką niemiecką. Są to inspiracje traktowane przewrotnie, niemal perwersyjnie, lecz na pewno kreatywnie. W swoim gatunku – występ atrakcyjny pod każdym względem.

 

Shy Albatross (Natalia Przybysz) w Pardon To Tu

20140812_220616

Nowy skład Raphaela Rogińskiego można postrzegać jako młodszą siostrę sensacyjnej Wovoki, z którą gitarzysta nagrał jeden z głośniejszych albumów zeszłego roku. Jednak pomijając osobę lidera – co w przypadku charakterystycznego stylu Rogińskiego jest dość trudne – spróbuję wykazać różnice dzielące obie formacje. Przede wszystkim Natalia Przybysz jest wokalistką zupełnie inną niż Mewa Chabiera, posiada silny background w muzyce pop, chociaż od kilku lat zdaje się od niej dystansować. Publiczność, która ściągnęła do Pardon To Tu w dużej mierze przyszła głównie ze względu na osobę wokalistki. Jako stały bywalec klubu jestem w stanie to ocenić nieposiłkując się żadną statystyką. Pod tym względem można śmiało powiedzieć, że Shy Albatross dysponuje o klasę większym komercyjnym potencjałem niż Wovoka. Natomiast jeśli chodzi o stylistykę obu zespołów, to znajduje się ona niebezpiecznie blisko. Jakkolwiek koncertowe wydanie Wovoki przypomina plemienne, intensywne misterium, to już płyta „Trees Against The Sky”, utrzymana w wolniejszym, bardziej sennym klimacie wypełniona jest utworami, które równie dobrze mogłoby zagrać Shy Albatross. Różnicę niewątpliwie stanowi instrumentarium – Hubert Zemler jest perkusistą dalece bardziej „poukładanym”, skupionym na prostocie środków wyrazu, stosunkowo rzadko popadającym w improwizowane odjazdy jak Paweł Szpura. W Shy Albatross duże wrażenie zrobiła na mnie współpraca pomiędzy Zemlerem a Miłoszem Pękalą, repetywne sekwencje duetu na wibrafonie i balofonie niekiedy przypominały mi pączkujące struktury muzyczne Steve’a Reicha. Sam Pękala, człowiek o nadzwyczajnym poczuciu rytmu, występował ostatnimi czasy na wielu koncertach w charakterze królika z kapelusza, jokera wkraczającego na jeden utwór i wprowadzającego ciekawe perkusyjne ozdobniki (było tak na koncercie Ścianki, Polonezów, Der Father). Sądzę, że dużą siłą Shy Albatross jest właśnie rytmiczna wyobraźnia Pękali, która wraz z oszczędnością Zemlera dawała niekiedy efekty spektakularne w swej prostocie. Kompozycje kwartetu są znacznie mniej intensywne niż repertuar Wovoki, a wokal Natalii Przybysz nie dominuje muzyki tak bardzo jak w przypadku formacji siostrzanej, co akurat poczytywałbym jako zaletę, prawdopodobnie wynikającą z większego scenicznego doświadczenia. Muzyka Shy Albatross ma charakter dość lekki, raczej kojący niż dramatyczny (mimo tekstów), jednocześnie nie można odmówić kwartetowi dobrego drive’u. Najlepiej wypadały momenty niespodziewanych zmian rytmicznych. Pewnie całość byłaby niezłą ścieżką dźwiękową do przejażdżki po Luizjanie. Ogólnie występ udany, jednakże jeśli Nieśmiałe Albatrosy nie zradykalizują brzmienia, to ciężko im się będzie uwolnić od porównań z Wovoką.

 

Paristetris (Candelaria Saenz Valiente), Wovoka (Mewa Chabiera), Polpo Motel (Olga Mysłowska) na Placu Zabaw

20140807_231158

Ostatnie trzy przywołane zespoły koncertowały z okazji jubileuszu Lado ABC i można powiedzieć, że każdy z nich ilustruje inny etap w historii labetu. Paristetris z muzycznego punktu widzenia jest prawdopodobnie najbardziej reprezentatywne dla stylistycznej bezgraniczności typowej dla warszawskiej wytwórni. Zespół posiada również chyba najbardziej nieprzewidywalną wokalistkę spośród Pań, których nazwiska w tym tekście padają. Jestem przekonany, że ktokolwiek widział Candelarie Valiente na scenie, ten bardzo długo jej nie zapomni. Artystka operuje niezwykle charakterystycznymi wokalnymi przesileniami, swobodnie poruszając się między niemal ultradźwiękowym piskiem, a mocnym przeszywającym głosem o dużej skali – od agresji po subtelność. Biorąc pod uwagę szaloną muzykę Paristetris, jest mi bardzo ciężko wyobrazić sobie zespół z kimś innym w roli frontalnej. Specyficzna wokalna huśtawka nastrojów Candelarii Valiente pasuje do pokręconej formuły zespołu wręcz idealnie. Chociaż widziałem już supergrupę Lado ABC wielokrotnie, to konsolidacja osobowości występujących na scenie jest na tyle duża, że za każdym razem koncert Paristetris jest dla mnie doświadczeniem ekscytującym. Warto podkreślić, że na Placu Zabaw zespół zagrał swój przekrojowy, dość klasyczny program, tradycyjnie kończąc set piękną, wręcz epicką balladą „Death Song”. W tym kontekście trochę zabrakło mi niespodzianek. Mam nadzieję, że kolejna płyta w drodze, bo „Honey Darlin’” – choć ciężko mi w to uwierzyć – ma już 4 lata.

Wovoka w wersji koncertowej jest dla mnie przekonująca dalece bardziej niż na płycie, na której doskwierał mi trochę zbyt senny klimat dominujący nad znaczną częścią materiału oraz trochę za bardzo wysunięty, dosadny wokal Mewy Chabiery. Oblicze Wovoki na żywo jest przede wszystkim niezwykle energetyczne, zarażające groovem, niepozwalającym usiedzieć w miejscu. O wiele bardziej podoba mi się brzmienie głosu Chabiery, kiedy musi się z nim przebijać przez potężną gitarę Rogińskiego i gęstą perkusję Szpury, wokal jest wówczas osadzony w całości zamiast pływać na powierzchni. Sceneria Placu Zabaw doskonale współgrała z rytualnym charakterem muzyki kwartetu. Wovoka jest obecnie chyba najbardziej dyskutowanym zespołem reprezentującym Lado ABC, a koncert doskonale tłumaczy dlaczego tak jest. Podobno kolejne wydawnictwo ma być zbliżone do brzmienia na żywo. Liczę na to, ponieważ na Placu Zabaw bawiłem się doprawdy znakomicie.

wovoka lado

O Polpo Motel co prawda już pisałem, jednak Olga Mysłowska jest na tyle nietypową, oryginalną wokalistką, że jej brak w niniejszym zestawieniu byłby nieporozumieniem. Duet z Danielem Pigońskim metrykalnie (biorąc pod uwagę płytę z 2008 roku) jest najstarszym zespołem spośród wymienionych, jednakże w porównaniu do młodszej Wovoki, Babadag, czy Shy Albatross, brzmienie Polpo Motel jest znacznie bardziej nowoczesne i nieoczywiste. Wokalna specyfika Olgi Mysłowskiej wynika oczywiście po części z operowego wykształcenia artystki, jednak zestawienie podobnych warunków z pomysłową, eklektyczną elektroniką owocuje brzmieniem bardzo futurystycznym, ciężkim do sklasyfikowania. Koncert duetu był dla mnie doświadczeniem bardzo odświeżającym. Mysłowska podobnie jak Valiente, czy Sokołowska, dysponuje tego rodzaju sceniczną charyzmą, że jest w stanie zahipnotyzować słuchacza, niezależnie od reszty zespołu. Nie przypuszczałbym, że duet elektronika + wokal będzie w stanie tak dobrze wypaść w wersji koncertowej, jednak muzyka Polpo Motel, choć zimna i zdystansowana, miała niesłychanie magnetyczne właściwości, łączące śmiałe brzmieniowe eksperymenty z quasi-popową melodyką.

20140724_225801

 Jakie wnioski płyną z niniejszego tekstu? Wymienione przeze mnie zespoły prezentują dużą różnorodność dzisiejszej sceny alternatywnej w Polsce. Formacje takie jak Babadag, Shy Albatross, czy Wovoka reprezentują nurt zapatrzony w muzykę etniczną, jej psychodeliczne oblicze, kreatywnie odwołują się do lat 60., uzyskując niekiedy rezultaty oryginalne z perspektywy XXI wieku. Chociaż inspiracje są czytelne, artyści występujący w składach są na tyle świadomymi muzykami, że potrafią tchnąć w nieco zakurzoną formułę nowe życie – szczególnie w sytuacji koncertowej. Natomiast po drugiej stronie figurują tendencje znacznie bardziej postmodernistyczne, żonglujące estetykami z dużo większą nonszalancją, w których – trochę paradoksalnie – rola wokalistki, frontwomenki (?) odgrywa znacznie bardziej widowiskową, wręcz szamańską rolę. Paristetris, Der Father, czy Polpo Motel grają muzykę, która w takiej formie nie mogłaby powstać kilkadziesiąt lat temu. Jest to bardziej cecha niż zaleta, ponieważ w perspektywie występu scenicznego siła rażenia przekazu Paristetris, czy Wovoki jest porównywalna. Warto na sam koniec zauważyć, że niemal każda z przywołanych grup (z wyjątkiem Paristetris i Shy Albatross) jest dopiero po wydaniu pierwszej płyty i prawdopodobnie wszystkie karty nie zostały jeszcze na stół wyłożone. Dlatego właśnie obserwowanie, co przyniesie przyszłość jest aż tak interesujące.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Zdjęcie Wovoki: Marcin Marchwiński