Środa pełna ForTune’y (premiery: Malerai +goście / M. Masecki)

Chłodna wiosna

Nad mokrymi polami ryżowymi

Chmury bez korzeni

– „Haru” Hakigoto Kawahigashi (jeden z utworów na „Utsuroi”)

Korzenie bez chmur

8 kwietnia w Warszawie upłynął pod znakiem koncertowych premier dwóch projektów zielonej (teoretycznie folkowej) serii wydawniczej oficyny For Tune. W tym samym czasie koncerty zagrało Malerai (z Kazuhisą Uchihashim i Mayą R) w Studiu im. W. Szpilmana promując „Utsuroi”, natomiast w Pardon To Tu Marcin Masecki zaprezentował „Mazurki”. Dość osobliwa strategia promocyjna postawiła słuchacza w roli osiołka, któremu to w żłobie dano… Cóż, jako że na żywo „Mazurki” spożywałem już ze żłobu im. W. Lutosławskiego (klik), wybór mój padł na koncertową premierę Malerai.

Utsuroi - Malerai-Uchihashi-Maya RMazurki - Marcin Masecki

Płyta „Utsuroi” (po japońsku: Przemijanie) jest już drugą częścią projektu „Muzyka do języków” Michała Górczyńskiego. Po albumie nagranym w jidysz „Preparing to Dance” z gościnnym udziałem Marcina Maseckiego i Hanny Goldstein, przyszedł czas na skok do dalekiego kraju kwitnącej wiśni. Tym razem trio Malerai (Dagna Sadkowska, Michał Górczyński, Mikołaj Pałosz) zostało wsparte przez znakomitego gitarzystę i improwizatora Kazuhisę Uchihashiego oraz wokalistkę Mayę R. Na utwory z „Utsuroi” składa się głównie japońskie haiku autorstwa Yashihiro Harady i Kawahigashiego Hekigoto, ale też (dość ekscentryczny pomysł) przekłady z niemieckiego poezji Fryderyka Nietzschego. Wszystkie teksty w tłumaczeniu na polski i angielski były dostępne do wglądu dla publiczności na kartkach. Tyle liner notesów.

Ogólnie rzecz ujmując był to koncert bardzo energetyczny. Materiał został w jakichś 90 procentach skomponowany przez Górczyńskiego, który również na scenie pełnił rolę niekwestionowanego lidera kwintetu. Przy okazji nie ograniczał się do klarnetu – grał również na flecie, saksofonie tenorowym, niewielkich rozmiarów keyboardzie, puszczał organiczne sample (czyt. szum fal, śpiew ptaków), beatboxował… Przy okazji artysta wykorzystał w trakcie występu doświadczenie performerskie, biegał po sali uderzając pałeczką w krzesła, rzucał fletem w pulpit, schodził za scenę zagrać intensywne klarnetowe solo. Wszystkie te elementy, wydawać by się mogło pozamuzyczne (chociaż nie, bo generowały, bądź modulowały dźwięk), były bardzo dobrze wkomponowane w strukturę występu, urozmaicały go i nieustannie ogniskowały uwagę słuchacza. Bardzo podobała mi się funkcja jaką w składzie pełniła gitara Uchihashiego – była bardziej ornamentalna, lecz charakterystyczna, kiedy trzeba ostra jak brzytwa, jednak stosunkowo sporadycznie wychylała się na pierwszy plan. Podobno Japończyk w procesie nagrywania albumu, skomponowanego od początku do końca, zachował improwizatorską swobodę. Na koncercie widać było jak umiejętnie z tej wolności potrafi korzystać, nie przytłaczając brzmieniem instrumentu całości wypowiedzi – klasa. Również duże wrażenie zrobił na mnie wokal Mayi R, który po raz pierwszy miałem przyjemność słyszeć na żywo. Artystka dysponuje imponującym głosem, a nieprzewidywalna, zadziorna muzyka Malerai i Uchihashiego świetnie komponowała się z wokalną ekspresją – raz delikatną, subtelną, kiedy indziej wrzaskliwą. Kwintet zagrał cały materiał z albumu, powtarzając jedną z piosenek na bis.

Malerai_Uchihashi_Maya_R - foto. Piotr Lewandowski

Nad tego rodzaju projektami często unosi się groźne widmo popadnięcia w cepelie, bądź ślepą uliczkę world music. W przypadku „Utsuroi” nie ma o tym mowy. To materiał bardzo przemyślany, dopracowany, a przy okazji zrealizowany (również na płycie) z dużą wyobraźnią, która mówiąc sloganem – „nie pozwala na nudę”. W następnej odsłonie projektu Malerai bierze na warsztat poezję perską. Brzmi ciekawie! „Utsuroi” to nietypowa i charakterystyczna pozycja w pejzażu polskiego rynku wydawniczego, również dobry przykład na to, że eksperyment nie musi zakładać nieczytelności i unikać klarownej koncepcji. Jak również – parafrazując klasyka – awangarda nie musi być smutna.

————————————————————————————————————————–

Wychodząc ze Studia im. W. Szpilmana pomyślałem: „a może by tak do Pardonu skoczyć, załapać się jeszcze na jeden czy dwa mazurki…”. Marcin Masecki działa na warszawską publiczność jak magnes i nie ulegało wątpliwości, że klub będzie tego wieczoru pękał w szwach. Przed dwoma miesiącami pianista grając „Mazurki” wypełnił szczelnie potężne Studio Lutosławskiego. Powrót „Mazurków” do Pardon To Tu miał jednak charakter symboliczny – to pod klubem narodziła się sama idea projektu. Niestety, zbliżając się do placu Grzybowskiego stawało się coraz bardziej jasne, że nie załapię się nawet na bis. Tłumy już wylewały się z wnętrza klubu. Zatem nie będzie o koncercie, a ogólnie.

Marcin Masecki - foto. Marcin_Marchwiński

Wychodząc z premiery Malerai usłyszałem ciekawą opinię odnośnie zainteresowania jakie zawsze generuje osoba Maseckiego: „Ludzie się zachwycają, a tak naprawdę nie wiedzą co dokładnie im się w tej muzyce podoba. Sytuacja trochę jak ze Swans”. Cóż, myślę, że pianista do pewnego stopnia jest „ofiarą” autokreacji, charakterystycznego wizerunku rozrabiaki, łobuzerskiego wirtuoza, który gra tupiąc nogą w kapciach. To pierwsza, powierzchowna i bardzo małostkowa perspektywa, przesłaniająca często to, co najważniejsze, czyli muzykę. Wracając spod Pardonu, słuchałem „Mazurków” na słuchawkach i doszedłem do wniosku, że Masecki powinien grać koncerty po ciemku, albo rozdawać publiczności opaski na oczy, żeby skanalizować odbiór tylko na zmysł słuchu, nie odwracać uwagi od meritum. To naprawdę wyjątkowa płyta, na której pianista posługuje się własną logiką porządkowania dźwięków, a baczne śledzenie tej układanki jest fascynujące. Frywolna, rytmiczna forma mazurka powoli przekształca się w coś osobnego, oryginalnego i „precyzyjnie popsutego”. Tutaj sztuka zniekształcenia przewyższa sam obiekt zniekształcany. To już kwestia stylu, flow, języka, który Masecki ma nie do podrobienia. W „Jaka to melodia” dałby się odgadnąć po jednej nutce – i to jest komplement! Każdy dobry artysta jest charakterystyczny (choć nie każdy charakterystyczny muzyk jest od razu dobrym artystą). „Mazurki” są zdecydowanie materiałem artystycznym dużej klasy, spójnym, konsekwentnym w niekonsekwencji. I pamiętajmy – awangarda nie musi być smutna. Tak jak okładka nie musi być zawsze czarno-biała… Ale mniejsza o to, zamknijmy oczy, liczy się muzyka.

Tam ta tam, tam ta tam, tam ta tam, tam ta tam, tatatatatatatatatata. Bum.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zdjęcia:

Malerai – © Piotr Lewandowski

M. Masecki – © Marcin Marchwiński (fotoblog)

Reklamy