Weekend piłkarsko-amerykański (Skeleton$ na Placu Zabaw / Föllakzoid w Pardon To Tu)

To był dobry weekend, pełen emocji różnorakich. Pogodowo rozbity na dzień upału i dzień burz. Piłkarsko na mecz Polski na Euro i finał Copa America. Muzycznie na bardzo dobre występy zespołów z Ameryki Północnej i Południowej. Po prostu pięknie skomponowany weekend, który chętnie przeżyłbym raz jeszcze. I trochę tak zrobię, stukając teraz w literki laptopowe.

Skeletons na Placu Zabaw

Skeletons2

Gdy przesłuchałem tegoroczną płytę Skeletons „Am I Home?” stało się dla mnie jasne, że koncertu nowojorskiej formacji nie mogę przegapić. Z prostego względu – lubię dziwne piosenki. Piosenki wymykające się konwencjonalnym strukturom pop-rockowym, osadzone w muzyce swobodnej, astylistycznej, spontanicznie eksperymentalnej, kreatywnej. A właśnie takie piosenki pisze Matt Mehlan, lider nowojorskiej formacji. Aranżacja poszczególnych numerów Skeletons wyraźnie wskazuje, że inspiracje zespołu wykraczają daleko poza gatunkowe myślenie o muzyce. Minimalizm miesza się z free jazzem, pop z noisem, freak-folk z funkiem, z elektroniką i tak dalej. Generalnie siła Skeletons tkwi w nieustannym zaskakiwaniu słuchacza nowymi rozwiązaniami muzycznymi, a kunszt samych piosenek powoduje, że te dziwaczne stylistyczne hybrydy stają się przyswajalne i porywające. Na  Placu Zabaw, przestrzeni plenerowej, otwartej, niezobowiązującej, koncert Amerykanów zafunkcjonował doskonale. Leżak, zimne piwo, dogasające słońce w dniu rekordowych upałów i muzyka na wskroś atrakcyjna, oryginalna, przygodowa, kojąca i wyzywająca zarazem, pełna wyobraźni. Bardzo dobry występ.

Skeletons

Posłuchajcie sobie streamu całej najnowszej płyty Skeletons „Am I Home?” u nas na PopUp i zostańcie fanami zespołu jeszcze dziś (; A z albumów dawniejszych polecam gorąco „Money”.

Przy okazji warto wspomnieć, że wielkimi krokami nadchodzi tegoroczne Lado w Mieście i na Placu Zabaw w te wakacje zagra jeszcze cała gromada interesujących formacji (szczegółowa rozpiska TU). Rok temu zrelacjonowałem jakąś połowę festiwalu, a tym razem Instytut ma przyjemność patronować całemu przedsięwzięciu. A ja, jeśli mogę, to lubię patronować zacnym inicjatywom, czuję się wtedy jak święty, albo jak prezydent…


Föllakzoid w Pardon To Tu

Follakzoid

Na ten koncert, jako redakcja PopUp, czyli współorganizatorzy, czekaliśmy od dłuższego czasu. Przyznam, że przed jego ogłoszeniem nie miałem pojęcia o muzyce chilijskiego tria, jednak jako zagorzały fan transowych, psychodelicznych brzmień spod znaku Neu!, długo nie musiałem się przekonywać.

Na scenie Pardon To Tu występy zespołów gitarowych to mimo wszystko rzadkość. Pod tym względem czerwiec był miesiącem wyjątkowym, ponieważ odbyły się aż dwa koncerty tego rodzaju – znakomity, żywiołowy występ The Ex z niespodziewanym, gościnnym udziałem Kena Vandermarka oraz właśnie gig tria Föllakzoid, które na tę okazję po raz pierwszy przyjechało do Polski.

Föllakzoid przypomina mi trochę południowoamerykańską wersję żeńskiego tria z Japonii – Nisennenmondai. Podobnie motoryczne, transowe granie, w którym formuła gitarowego „power trio” zmienia się w „psycho trio”, chociaż moc pozostaje. Narkotyczny wymiar obu zespołów jest jednak odmienny. Panie z Nisennenmondai  dysponują amfetaminową energią, podczas gdy Föllakzoid bliżej do naturalnych substancji psychodelicznych. Przynajmniej tak to widzę, tak to słyszę.

Również brzmienie Föllakzoid sprawia wrażenie bardziej organicznego, opartego przede wszystkim na basowo-perkusyjnym groove’ie. Jednakże główną cechę dystynktywną Chilijczyków upatrywałbym w wykorzystaniu gitary, raz grającej melodyczne motywy i proste sola, kiedy indziej zapętlającej rytmiczne frazy, tworząc obok sekcji dodatkową, pulsującą płaszczyznę transu. Föllakzoid doskonale operuje napięciem, dramaturgią utworów, niuansując je przydymionymi, odległymi wokalami, a także drobnymi, kosmetycznymi ingerencjami w struktury kompozycji. To jeden z tych zespołów, gdzie minimalizacja środków wyrazu przekłada się na mocniejsze oddziaływanie.

W Pardon To Tu Chilijczycy zagrali materiał z dwóch ostatnich płyt (możecie posłuchać ich w całości na bandcampie), a koncertowa energia dodała tym numerom dodatkowej, magnetycznej siły rażenia. Krótko mówiąc fantastyczny występ. A zaledwie kilka godzin później reprezentacja Chile pokonała w finale Copa America piłkarzy Argentyny. Chilijska noc!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

DŹWIEKI WYKRZYCZANE [Vandermark & Nilssen-Love]… DŹWIĘKI UKRYTE [Jachna, Mazurkiewicz, Buhl] / Pardon To Tu

Paal Nilssen-Love & Ken Vandermark

Można odnieść wrażenie, że w ostatnich tygodniach w Pardon To Tu wyrównały się proporcje prezentowania muzyki polskiej i zagranicznej. W dodatku – co akurat nie jest dużą niespodzianką – wybierani są najciekawsi przedstawiciele/zjawiska krajowej sceny około improwizowanej (najogólniej mówiąc). Operując na przykładzie – w niedzielę zagrał międzynarodowy duet mistrzów intensywnego free (Ken Vandermark i Paal Nilssen Love), a we wtorek trio Wojciecha Jachny, Jacka Mazurkiewicza i Jacka Buhla – autorów bardzo udanej tegorocznej płyty „Dźwięki Ukryte„. Były to koncerty o biegunowo różnej ekspresji, improwizatorskie yin i yang. By zachować harmonię opiszę oba w jednym tekście.

Nilssen-Love, Vandermark

Duet Vandermarka i Nillsena-Love widziałem już chyba po raz 3 w przeciągu ostatnich lat (i pierwszy raz w Pardon To Tu). Znając ich możliwości poszedłem na koncert w ciemno (a może właśnie w jasno?). Zawodnicy wagi superciężkiej, mistrzowie swego fachu, dobrze naoliwiona machina o, zdawać by się mogło, nieograniczonej mocy. Jestem przekonany, że nawet osoba nie przyzwyczajona do słuchania free impro doceniłaby sam wirtuozerski kunszt muzyków, niebywałe zgranie, wyobraźnię i nade wszystko pewność i determinacja w generowaniu kolejnych plątanin dźwięków. Jak w przypadku tych artystów zwykle bywa, koncert był mieszaniną intensywności i zaskoczenia. To jak Vandermark i Nilssen-Love potrafią nagle zmienić klimat występu o 180 stopni, przeskoczyć od funkowego, agresywnego pulsu  w subtelne, abstrakcyjne, sonorystyczne odloty, może przyprawić o zawrót głowy. Te dynamiczne zwroty akcji podobały mi się najbardziej. Vandermark szczególnie ciekawie prezentował się na potężnym saksofonie barytonowym i piskliwym, świdrującym klarnecie. Z kolei Nilssen-Love fenomenalnie operował rozmaitymi perkusjonaliami, wplatał ich brzmienie do całości narracji z typową dla siebie szybkością, fantazją i nadludzką wręcz precyzją.

Nilssen-Love, Vandermark 2

Panowie zagrali w pełni akustyczny występ, bez dodatkowego nagłośnienia. Dwa razy bisowali. Nilssen-Love schodząc ze sceny był przemoczony do suchej nitki i musiał się podtrzymywać ściany – czyli standard. Czy ten duet byłby w stanie zagrać w ogóle zły koncert? Szczerze wątpię. Intensywny strumień świadomości – zmysłowy w tym sensie, że działał fizyczną, niezwykle pewną siebie energią przekazu. Taki muzyczny ekwiwalent action painting.

—————————————————————-

Mazurkiewicz & Jachna

Jeśli koncert Vandermarka i Nilssena-Love stał pod znakiem ognia, to występowi tria Jachna / Mazurkiewicz / Buhl najbardziej odpowiadałaby woda, jednakże w różnych stanach skupienia. Dominowała para, przestrzenna mgła dźwięków często jedynie delikatnie sygnalizowanych, eterycznych. Jeśli Vandermark i Nilssen-Love grali w zwarciu, dynamiczną, agresywną koszykówkę pełną zwodów, to polskie trio uprawiało bardziej badmintona, posyłając lotkę wysoooko, reagując sprawnie na nieprzewidziane podmuchy wiatru, rażące słońce, okazjonalne uderzenia kantem rakietki itp.

Buhl & Mazurkiewicz 2

Ten koncert nie bazował na intensywnej, wykrzyczanej muzycznej energii, a bardziej na kreowaniu klimatu, na tworzeniu przestrzeni dla różnych dźwiękowych osobliwości – w taki sposób, że zawsze wydawały się być na miejscu. Tytuł płyty tria „Dźwięki Ukryte” jest wyjątkowo znaczący. Ta muzyka wyłania się z ciszy, krystalizuje się niepostrzeżenie z elementów „pozamuzycznych”, dźwięków tła, atmosfery – tutaj duże brawa za umiejętne wykorzystanie elektroniki i preparowanie instrumentów. Wszystko to spaja siatka transowego, zadumanego groove’u, który mógłby trwać, trwać i trwać (najlepszym przykładem utwór „Nie wiem, myślę”, poważny kandydat do nagrody „groove roku”). W tak luźnej, otwartej, rytmiczno-elektronicznej strukturze, tworzonej przez Jacka Mazurkiewicza i Jacka Buhla, Wojciech Jachna był (na koncercie) / jest (na płycie) w bardzo komfortowej sytuacji – może sobie pozwolić na bardzo wiele. A jego dość powściągliwy, subtelny styl, odznaczający się dużą wrażliwością melodyczną, doskonale wypełniał pozostawioną mu przestrzeń, nie dominując nad całością.

Koncert, jak i sama płyta, przywołują mi trochę na myśl muzykę Joshuy Abramsa pod szyldem Natural Information Society. Abrams tworzy podobnie otwarte, transowo-medytacyjne konstrukcje, w których klimat odgrywa znacznie większą rolę niż wirtuozeria [posłuchajcie koniecznie zeszłorocznej płyty Abramsa „Magnetoceptionklik!] Energia, moc tej muzyki polega na strategii „slow power”. I im dłużej trwał koncert Jachny, Mazurkiewicza i Buhla, tym bardziej dawało się to odczuć. Panowie szukali dźwięków ukrytych, a słuchacze mogli zamknąć oczy i odlecieć we własnych poszukiwaniach. Jedno małe „ale” – kontrabas Jacka Mazurkiewicza, według mnie głównego nawigatora tej psychodelicznej wycieczki, mógł być odrobinę głośniejszy. Natomiast siłą samej płyty „Dźwięki ukryte” jest jej precyzyjna konstrukcja, naprzemienność utworów o zróżnicowanym charakterze, która sprawia, że album broni się jako zagadkowa i wielowątkowa całość. Udało się ten klimat oddać na koncercie co w przypadku tak intrygującego materiału jest sukcesem samym w sobie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Made to Break – 2 dni i 6 setów w Pardon To Tu

Made to Break 2

Pisząc przed dwoma miesiącami recenzję ostatniej płyty Made To Break (klik) nie spodziewałem się, że będę miał okazję tak prędko zobaczyć zespół na żywo. Biorąc pod uwagę, że była to jedna z lepszych płyt, jakie przyszło mi recenzować do numeru PopUp #45, perspektywa dwóch wieczorów ze składem Kena Vandermarka brzmiała ekscytująco. W efekcie nie odpuściłem żadnego spośród sześciu setów, na które złożył się program „2 Nights with Made To Break”, z czego bardzo się cieszę, ponieważ właściwie wszystkie występy pokazały nieco inne oblicze współczesnej muzyki improwizowanej. Każdy dzień cyklu został rozplanowany wedle klucza: cząstka MtB, cząstka MtB + reprezentant warszawskiej sceny i na koniec koncert rezydującej formacji. Tak zgrabnie rozłożona symetria wręcz determinuje analizę porównawczą obu wieczorów.

 

Vandermark + Daisy // Vandermark + Kurzmann

Sety otwierające można określić jako duety „Vandermark +”. Znając albumy nagrane przez saksofonistę w duecie z Daisy’m właściwie wiedziałem czego mogę się po występie muzyków spodziewać. Umówmy się – znakomici improwizatorzy grający ze sobą już tak długo, z tak dobrym porozumieniem scenicznym właściwie nie są w stanie zagrać złego koncertu. Vandermark z Daisy’m postawili na pierwiastek energetyczny, grając niezwykle rytmicznie i melodyjnie. Trochę większe wrażenie zrobił na mnie Tim Daisy swoim fenomenalnym akcentowaniem i niestandardowymi przejściami. Ogólnie koncertowy ekwiwalent kofeiny, otwierający rezydencje muzyków z przytupem. Chociaż nic mnie nie zaskoczyło, to słuchało mi się duetu znakomicie.

Daisy & Vandermark

O wiele ciekawiej zapowiadał się natomiast set otwierający drugi wieczór na klarnet i elektronikę, którą Christof Kurzmann zdążył już uraczyć słuchaczy dnia poprzedniego. Można powiedzieć, że pod względem klimatu była to antyteza duetu z Daisy’m. Vandermark tym razem ograniczył się jedynie do klarnetu, na którym sonorystyczne eksperymenty umiejętnie przeplatał z charakterystyczną dla siebie łatwością do budowania silnie zrytmizowanej melodii. Instrument modulowany na żywo przez Kurzmanna zyskiwał futurystyczne brzmienie, które na zmianę tworzyło dla Vandermarka kontrapunkty noise’owe i bardziej linearne, ambientowe, które Amerykanin albo balansował, albo podkręcał. Całość utrzymana w dość psychodelicznym, mrocznym klimacie z sonicznego punktu widzenia była najbardziej odrębną propozycją estetyczną zaprezentowaną podczas dwóch dni w Pardonie. Muzyka duetu przypominała do pewnego stopnia solowe nagrania Jeremiaha Cymermana, które cenię dość wysoko.

Kurzmann_Vandermark

 

Daisy + Stadhouders + Dickaty // Vandermark + Daisy + Wójciński

Czyli tria hybrydyczne, zestawiające muzyków, którzy na scenie spotkali się (wedle moich szacunków) po raz pierwszy. Jednocześnie każdorazowo powstawał format free jazzowego power trio: perkusja-bas-saksofon. Przyznam, że przed „2 Nights with” koncerty z udziałem warszawskich reprezentantów ciekawiły mnie niemal równie bardzo, co występ samego Made to Break. Przede wszystkim dlatego, że wybór padł na silne, wyraziste osobowości – Ray Dickaty i Ksawery Wójciński to muzycy, którzy mogą stanąć na jednej scenie z ekipą Vandermarka bez kompleksów. Mało tego – niejednokrotnie warszawscy improwizatorzy potrafili zdominować, a może raczej ukierunkować brzmienie całości. W większym stopniu odczułem to podczas występu z udziałem Dickaty’ego. Saksofonista początkowo stanął przed gęstą, nieco beefheartowską strukturą rytmiczną. Oczywistym krokiem było rzucenie się w wir ognistej improwizacji, jednak Anglik wybrał dużo ciekawszą strategię kontrastu. Dickaty generował przeciągłe, subtelne saksofonowe motywy, które niepostrzeżenie przecinały pracę sekcji, nadając całości bardziej wielowymiarowy charakter. W dalszej części występu Daisy ze Stadhoudersem jakby wytrąceni przez Dickaty’ego z własnego pomysłu, zaczęli nasłuchiwać saksofonu i grać dużo kreatywniej. Bardzo ciekawy set.

Daisy_Dickaty_Stadhouders

Trio z Wójcińskim obrało kurs fire music. Kontrabasista nadając gorący, intensywny puls zaprowadził Daisy’ego i Vandermarka w rejony, które Amerykanie eksplorowali w duecie dnia poprzedniego, jednak tym razem muzyka stała się jeszcze bardziej gęsta i nieokiełznana. Imponowała łatwość z jaką Wójciński wtopił się w dźwięki chicagowskiego duetu. Najciekawszy fragment setu nadszedł w momencie, kiedy kontrabasista sięgnął po smyczek, przy pomocy którego budował harmonię, łącząc ją równocześnie z rytmem granym palcami. Podejrzewam nawet, że Vandermark po udanym (i nieco wyczynowym) występie, nauczy się wymawiać imię i nazwisko polskiego muzyka. A nawet jeśli fonetyka zawiedzie, to z pewnością grę z Wójcińskim zapamięta.

Vandermark_Daisy_Wójciński

 

Made to Break

Co prawda z perspektywy czasu oba występy kwartetu trochę zlewają mi się w jedną całość, jednak wydaje mi się, że pierwszy wieczór zrobił na mnie odrobinę większe wrażenie. Chociaż możliwe, że była to po prostu kwestia pierwszego wrażenia. Made to Break jest kwartetem, w którym wszystkie muzyczne składowe zdają się odgrywać tak samo ważną rolę i nie jest to absolutnie Ken Vandermark Quartet, z czego się cieszę. Było to doskonale odczuwalne podczas występów, kiedy saksofonista bardzo często ustępował pola zasłuchując się w grę kolegów i skupiając się na dość liberalnym prowadzeniu zespołu. Nie wiem czy do takiej roli dałby się zepchnąć w podobnym formacie na przykład Mats Gustafsson.

Made to Break 1

Warto zaznaczyć, że podczas wieczorów w Pardonie Made to Break zagrali materiał premierowy, który w najbliższych tygodniach zostanie zarejestrowany w Wiedniu. Koncepcje nowej muzyki zespołu nazwałbym rozwinięciem pomysłów ze znakomitego „Cherchez La Femme”, z większym naciskiem położonym na grę w podgrupach i jeszcze bardziej rozszerzoną rolą Kurzmanna. Szczerze mówiąc manipulacje elektroniczne Austriaka przekonała mnie bardziej niż te, które pokazał przed miesiącem Sam Pluta w kwintecie Petera Evansa (klik). Tak jak Pluta jest niesłychanie zręcznym stylistą i kolorystą brzmienia, tak Kurzmann w wiele lepiej radzi sobie w momentach, kiedy musi sam zagospodarować muzyczną przestrzeń, również jego modulacje żywych instrumentów określiłbym jako bardziej wyraziste i konsekwentne.

Brzmienie Made to Break oscylowało między przesileniową, pełną groove’u grą całego zespołu, a mniejszymi segmentami, płynnie przechodzącymi przez różne konfiguracje personalne wewnątrz składu – w tych fragmentach większą rolę odgrywały brzmieniowe niuanse. Nie zawsze przekonanie budziły we mnie partie solowe Stadhoudersa (szczególnie gdy chwytał za smyczek), jednak trzeba pamiętać, że występuje z zespołem od niedawna i jest w składzie muzykiem najmłodszym, który grę na najwyższym poziomie ma dopiero przed sobą. Pomijając to, we współpracy z Daisy’m szło mu całkiem dobrze. Ciekaw jestem czy holenderski muzyk będzie brał udział w sesji nagraniowej nowego albumu, czy jest jedynie tymczasowym zastępcą Devina Hoffa.

Made to Break 3

Po występie Made to Break mam wrażenie, że nie jest to zespół kompletny o jasno zdefiniowanej tożsamości brzmieniowej i w moim odczuciu jest to raczej zaleta niż wada. Kwartet pokazał się od strony eksperymentalnej, może nie zawsze stabilnej, lecz otwartej na nowe dźwięki, a partie Vandermarka wydawały mi się w podobnym kontekście wyjątkowo świeże i ożywcze. Sam saksofonista sprawiał zresztą wrażenie jakby gra z Made to Break sprawiała mu niesłychaną frajdę. Muzyka zespołu była pobudzająca zarówno intelektualnie jak i emocjonalnie, co w przypadku awangardowego jazzu nie zawsze idzie w parze. I chociaż nie były to koncerty jednoznacznie olśniewające, to kipiały potencjałem i interesującym rodzajem niedookreśloności. Myślę, że Vandermark jest jeszcze w stanie popchnąć ten projekt w jeszcze bardziej zaskakujące rejony.

Tak też zaczął się intensywny listopadowy program Pardon To Tu, który bardziej przypomina line-up mocarnego festiwalu składającego się z samych headlinerów. Będzie to miesiąc absolutnie bezprecedensowy w historii klubu, chociaż bez zbytniej przesady można to sformułowanie odnieść do szerszej optyki. Vandermark wspominał nawet o skali światowej… Cóż, zazwyczaj zgadzam się z Vandermarkiem. Brawo!

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik