Merkabah, Fire! w Kulturalnej – bonus do relacji z Match & Fuse

Merkabah

Z 2/3 festiwalu Match & Fuse napisałem sprawozdanie na łamach PopUp (klik). Jednak nie mogę sobie odmówić zabrania głosu odnośnie dnia trzeciego, na który szczerze mówiąc najbardziej czekałem, głównie ze względu na Fire!

Jeśli chodzi o aspekty techniczne, czyli fatalne nagłośnienie podczas koncertu Merkabah, to ciężko mi nie zgodzić się z Piotrem Lewandowskim. Podczas występu warszawskiego kwartetu słuchanie było wielce utrudnione. To tak jakby podczas czytania ktoś trząsł mi tekstem, mrygał światłem i kasłał w ucho. Wielka szkoda, ponieważ Merkabah to zespół porządny, który bardzo dobrze odznaczył się na tle polskich składów podczas OFF-a 2014 (klik). Niestety w obliczu zaistniałych okoliczności właściwie trudno o występie cokolwiek sensownego napisać. Na pewno zwróciło moją uwagę ograniczenie partii saksofonowych (nawet gdy były słyszalne). Co prawda w przypadku Merkabah saksofon pełni rolę bardziej ornamentalną, to mimo wszystko jest elementem nie do przecenienia, o ile nie „cechą dystynktywną” brzmienia formacji.

W odniesieniu do Fire! po raz kolejny muszę odwołać się do OFF Festiwalu, ponieważ przed dwoma laty trio Matsa Gustafssona zagrało na Scenie Trójki koncert wyjątkowy, nawet nie tyle najlepszy w kontekście edycji 2013, ale jeden z lepszych odkąd jeżdżę na katowicką odsłonę imprezy (od 2012). Wobec tego oczekiwania przed występem w Kulturalnej miałem dość mocno napompowane, zwłaszcza, że w przeciągu ostatnich 2 lat Fire! było swoistym oczkiem w głowie Gustafssona (płyta w trio, 3 albumy w rozszerzonym, orkiestrowym składzie). Nie będę też specjalnie ukrywał, jest to mój ulubiony zespół saksofonisty i właśnie w takim niewielkim formacie (trio, trio+), który ostatnio trochę zszedł w cień w związku z powszechnym entuzjazmem jaki wywołały big bandowe płyty „Exit!”, „Enter” i „Second Exit”. Jak na ironię festiwal w materiałach internetowych zapowiadał koncert Gustafssona właśnie jako „Fire! Orchestra”… Niedopatrzenie (lub matactwo) jednych mogło oszukać innych skonfundować, zorientowanych natomiast rozśmieszyć – skład orkiestry to blisko 30 muzyków, a każdy z nich zaangażowany jest w kolejnych kilka projektów. Cóż, osobiście nie miałem złudzeń i czekałem na Fire! trio.

Gustafsson

Trzeba przyznać, że ostatni dzień M&F pod względem stylistycznym został skompilowany chyba najbardziej spójnie. Co by nie mówić, Merkabah i Fire! brzmieniowo mają zdecydowanie bardziej po drodze niż Kinsky i kwartet Laury Jurd. Szczęśliwie trio Gustafssona przyjechało do Warszawy z własnym akustykiem, dzięki czemu koncert zabrzmiał przyzwoicie i mocno. Zabrakło mi jednak większej ilości saksofonowych odlotów. Gustafsson w Fire! z założenia gra jak na siebie dość oszczędnie, ale tym razem narracja tria oparta była głównie (a czasem niemal wyłącznie) o repetycje. Motywy powtarzane dziesiątki razy wprawiały w trans, hipnotyzowały, kiedy indziej przechodziły w energetyczny, na poły funkowy, brudny groove przypominający bardziej The Thing. Trio akcentowało przede wszystkim jednostajną rytmikę sekcji, dlatego najciekawszymi momentami były te gdy Gustafsson okazjonalnie zrywał się z łańcucha na dęciaku, tudzież elektronice. Z całą pewnością jeden z lepszych koncertów festiwalu (obok Kinsky’ego i OKO), lecz już nie tak zwalający z nóg jak występ w Katowicach sprzed dwóch lat, który przybrał w mojej pamięci niemalże mityczną formę. Wychodząc z Kulturalnej trochę żałowałem, że ostatni dzień nie odbył się na małej scenie Teatru Powszechnego, gdzie warunki akustyczne były jednak dużo korzystniejsze – przy całej sympatii dla retro klimatu klubu w PKiN.

Zamykając temat Match & Fuse. Fajnie, że takie imprezy są organizowane, że pozwalają na fluktuację rozmaitych europejskich składów reprezentujących stylistykę (zwykle) daleką od popu i mainstreamu. Podstawowym problemem okazała się selekcja (tutaj, żeby już się nie pastwić, odsyłam do tekstu na PopUp). Drugim, co prawda mniejszym, ale jednak mankamentem było przeciążenie line-upu, szczególnie w pierwszych dwóch dniach. „Mniej znaczy więcej” zwłaszcza gdy prezentowana muzyka ma stanowić dla słuchacza wyzwanie. Nie ma sensu rozrzedzać programu zjawiskami ewidentnie odstającymi. Match & Fuse utwierdził mnie w przekonaniu, że kameralne festiwale to – obok właściwego reaserchu – przede wszystkim sztuka umiaru.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy