Pardon, to AfriKa! Konono Nº1 – pląsy dnia drug-iego

konono 01

Gdy spogląda się na lutowy program Pardon To Tu można ulec złudzeniu podwójnego widzenia. Po przetarciu oczu iluzja staje się rzeczywistością – niemal wszystkie koncerty w miesiącu odbywają się w formacie „2 Nights With…”. Na dodatek budowa niemalże klamrowa – luty w Pardonie rozpoczyna się i kończy mocnym afrykańskim akcentem. Na pierwszą noc z kongijskim kolektywem Konono Nº1  nie udało mi się dotrzeć, choć szczerze mówiąc trochę kalkulowałem, że drugiego dnia będzie nieco przestronniej na widowni… Z braku porównania nie wiem oczywiście czy przewidywania się sprawdziły, jedno jest jednak pewne – to był gorący wieczór (łuhu!).

Na wstępie zaskoczenie czysto przestrzenne. Jeden – w Pardon To Tu rzadko na koncertach nie ma krzeseł. Tym razem ich brak z racji granej muzyki był zasadny w stu procentach. Myślę, że nawet nieco częściej klub powinien decydować się na takie posunięcie. Dwa – scena na potrzeby Konono rozrosła się o około metr. Trzy – kolorowe reflektory i świetlne efekty całkowicie odmieniły bordowe wnętrze klubu, doskonale uwypuklając walory psychodeliczne dźwięku. Słowem, sceneria iście karnawałowa!

konono 03

Konono Nº1 wystąpiło w formacie kwintetu: perkusja – bębny – para zelektryfikowanych likembe (te skrzyneczki drewniane) i instrument przypominający połączone 4 cowbelle. Oprócz tego oczywiście wokale. Można powiedzieć, że środki dość minimalne, a jednak muzycy potrafili wytworzyć z nich prawdziwie tropikalną gęstwinę dźwięków. Początkowo myślałem, że śpiew u Konono jest bardziej ograniczony na rzecz instrumentalnego transu – tutaj lekkie zaskoczenie, ponieważ wokali było nie tak mało (w zasadzie tylko jeden z muzyków nie miał mikrofonu). Wikipedia określa styl muzyczny grupy jako „bazombo”. Bardzo ładna nazwa! Kompletnie nie mam pojęcia co to jest, ale też nie ma to dla mnie większego znaczenia w kontekście transu, jakim muzycy zalali przestrzeń klubu. Galopujące, intensywne polirytmie przerywane zaśpiewami i na poły elektroniczne, cyrkularne brzmienie likembe dawały efekt mocno psychoaktywny. Skojarzenia miałem jednoznaczne – Fela Kuti i afrobeat, chociaż brak dęciaków u Konono zawieszał warstwę muzyczną w trochę większym niedookreśleniu niż miało to miejsce u Feli. Absolutnie nie miałem też poczucia obserwowania afrykańskiej cepeliady. Najbardziej podobały mi się dłuższe fragmenty instrumentalne, pięknie narastające akustyczno-etniczne techno, beat działający jak żyleta na układ nerwowy zmuszając ciało do ruchu. Zamknąwszy oczy wyobraziłem sobie alternatywną, uwspółcześnioną wersję „W pustyni i w puszczy”, dla której muzyka Konono Nº1  byłaby idealnym soundtrackiem.

konono 02

Staś i Nel, jako młoda para zapalonych rave’owiczów, wyposażywszy się w różnej maści neuro-dopalacze, udają się na klubowy rajd po Czarnym Lądzie. W trakcie imprezowego maratonu Nel doznaje zjazdu i zaczyna roić sobie w głowie malarię. Jest w klubie i postanawia nazwać go Kraków, ponieważ tak bardzo przypomina jej czasy podwawelskich melanży z weekendowymi chłopakami wprost z UK’eja… „Stasiu, Stasiu, oczy mi się pocą!”. Staś nie słyszy, pogrążony w opętańczym tańcu krzyczy po kongijsku: „Jazda, jazda, jazdaaa!”. Koniec wizji.

konono1_fot. M.Marchwiński

Cóż, dawno w Pardon To Tu nie było tak energetycznego koncertu, podczas którego dźwięk stawałby się naturalnym katalizatorem ruchu i tańca. Można było po prostu „dać się ponieść” muzyce. W pewnym momencie pomyślałem, że Konono Nº1 równie dobrze mogłoby cały wieczór grać po prostu jeden utwór – sadzę, że efekt byłby podobny i nie miałoby to większego znaczenia. Bardzo udany koncert! Skojarzenia pognały jeszcze w jednym kierunku, a mianowicie do Nisennenmondai, które raptem tydzień wcześniej zagrało w Cafe Kulturalnej. Na podstawie tych dwóch występów można powiedzieć, że w lutym Warszawa stała się stolicą prezentującą niekonwencjonalne, różnorodne podejścia do kreowania muzycznego transu z całego świata. Dla mnie super.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

ostatnie zdjęcie: Marcin Marchwiński

Reklamy