Festiwal „The Artists” – Nagrobki, Flora Quartet, Arszyn

Zwykle imperatywem do napisania tekstu o muzyce/wydarzeniu muzycznym są dla mnie zjawiska interesujące w stopniu ponadprzeciętnym, które należy przeanalizować i „rozdmuchać”, rzadziej skupiam się na pozycjach miernych (staram się wystrzegać, poza tym przeważnie szkoda czasu). Tym razem jednak imperatywem do napisania relacji z warszawskiego festiwalu The Artists, organizowanego przez Zachętę, jest irytacja lub jak kto woli wkurw („dźwiękowy wizualny artysta totalny rezydencja kurwa projekt stypendysta” – pisownia oryginalna, Syny, włanczaj). Ale po kolei, bo początkowo nic nie wskazywało na to, że wyjdę z imprezy przedwcześnie i z niesmakiem. Wręcz przeciwnie – początek nastroił mnie dość pozytywnie.

nagrobki

Przede wszystkim zachęcił mnie line-up. Nagrobki, autorzy jednej z najlepszych polskich płyt zeszłego roku – tak w każdym razie zapamiętałem „Stan Prac” (bandcamp) w podsumowaniu 2015 (klik), a i zdarzyło mi się popełnić recenzję samego wydawnictwa TU.  Gdański  duet otworzył festiwal instrumentalnym, ciężkim i monumentalnym intro po czym trójka kuratorów powitała zebranych, przerywając na moment występ zespołu (w sumie ciekawy, zaskakujący zabieg, chociaż nie wiem czy nie popsuł trochę dramaturgii). Problemy pojawiły się gdy przyszło do wykonywania utworów albumowych. Ściślej mówiąc były to problemy techniczne, nagłośnieniowe jeśli chodzi o wokal i niestety nie ustąpiły aż do końca występu. Natomiast sam koncert był porywający i pokazał jak duży instrumentalny progres zaliczył duet w ostatnich miesiącach (warto tutaj zaznaczyć, że muzycy nauczyli się grać na swoich instrumentach na potrzeby zespołu, „oryginalnie” Adam Witkowski jest gitarzystą, a Maciej Salamon wokalistą) . Poprzednim razem widziałem Nagrobki pod koniec 2015 roku w piwnicy Klubu Komediowego i wówczas usłyszałem bardzo dobre garażowe brzmienie o uroczej i funkcjonalnej prostocie – tym razem duet postawił na potężny sound, bliższy nawet metalowi niż punkowi. Oprócz utworów ze „Stanu Prac” zespół zagrał utwory z pierwszej EPki „Pańskie wersety” i zdaje się kilka nowych, bardzo obiecujących numerów. Moc wciąż w Nagrobkach silna.

Podczas koncertu publiczność w dalszym ciągu, z wolna gromadziła się we wnętrzu Reduty Banku Polskiego, a w okolicach nagrobkowego finału Salamon zachęcił słuchaczy do „wydarcia ryja, bo to nie wernisaż w Zachęcie”. Niestety owa sugestia przyświecała zebranym w dalszym ciągu festiwalu. Krótko mówiąc ryje się nie zamykały, co skutecznie zrujnowało odbiór kolejnych występów.

flora-quartet

 Flory Quartet Marcina Dymitera byłem ciekaw jeszcze bardziej niż Nagrobków, ponieważ dotychczas nie widziałem formacji na żywo, a właśnie do występów live projekt został predestynowany z racji swej audiowizualności (muzyce towarzyszą wizualizacje diaskopowe Małgorzaty Wawro). Zespół operuje bardzo subtelnym brzmieniem, którego siła tkwi w drobnych detalach, fantastycznie funkcjonujących na albumie „Muzikka Organikka” (pisałem o wydawnictwie szerzej TU). Niestety muzyka kwartetu była nieustannie zagłuszana przez „słuchaczy”, lub raczej gadaczy. Gdy pierwszy utwór dobiegł końca zabrzmiały jedynie jakieś pojedyncze brawa, sugerujące, że 95% zebranych ma występ w głębokim poważaniu. Żenada. W późniejszej części Flora Quartet zaczęła grać odrobinę głośniej, co jednak nie spowodowało dużej różnicy jeśli chodzi o zachowanie publiki. Na sam koniec nawet do zespołu dołączył Krzysztof Topolski na perkusji, co dość radykalnie zmieniło charakter brzmienia z abstrakcyjnego, impresyjnego dialogu instrumentów i elektroniki na ekspresyjny jam. Wypadło to całkiem ciekawie, jakkolwiek ciężko mi jednoznacznie oceniać występ, któremu towarzyszył jednostajny harmider osób przybyłych na wydarzenie. I tutaj wielka szkoda, że  organizatorzy, zważywszy na delikatne brzmienie Flory Quartet, nie umieścili muzyków w innej przestrzeni – do dyspozycji mieli kilka pięter budynku, a większość z nich była zaaranżowana właściwie bez pomysłu. Także „kurator” w tym wypadku to zdecydowanie za duże słowo. Podwójna szkoda bo miejsce festiwalu miało wyjątkowy potencjał i kto wie, czy nie było ostatecznie największą atrakcją całej imprezy. Zmarnowana szansa.

arszyn

Kolejnym punktem programu był solowy występ Arszyna (Krzysztofa Topolskiego) na perkusję i sample. Muzyk miał do zaprezentowanie dwa utwory Waltera De Marii (jedyne jakie ten artysta skomponował). Ciekaw byłem tego wykonania, bo przed kilkoma miesiącami słuchałem materiału w trójkowym Nokturnie (klik). Pomyślałby kto, że festiwal typu The Artists będzie idealnym miejscem na tego typu recital, nawiązujący do twórczości artysty kojarzonego przede wszystkim ze sztukami wizualnymi. Niestety. Tym razem oprócz bucerii słuchaczy doszły w trakcie występu problemy techniczne z odpaleniem dźwięków towarzyszących grze Topolskiego. Muzyk za ów error gęsto przepraszał, choć moim zdaniem powinien rzucić pałkami i zrezygnować z grania. Ciekawe czy ktoś w ogóle by to spostrzegł? Arszyn jednak wykazał większa kulturę niż zebrani (i profesjonalizm niż organizatorzy) i godnie dograł utwory De Marii do końca, chyba bardziej dla siebie niż dla niesłuchającej publiki. [Tych, którzy jednak chcieliby posłuchać odsyłam na bandcamp Arszyna].

U mnie czara goryczy w tym momencie się przelała. Po pobieżnym zwiedzeniu wyższych pięter budynku, wyszedłem z poczuciem niesmaku. Ponoć była to ostatnia edycja festiwalu The Artists. Szczerze mówiąc nie będę tęsknił. A The Bucers zebrani na widowni? Chyba też niespecjalnie. Proponowałbym wypłacić artystom odszkodowanie za straty moralne. Show some respect.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

4 x 2 = 9 (Polpo Motel // Nels Cline, Julian Lange // Arszyn/Duda, Paper Cuts i Olgierd Dokalski)

Tak, będzie o duetach.

Polpo Motel1

Pierwszy wieczór po chorobie upłynął mi pod znakiem koncertu Polpo Motel w Klubie Komediowym. Do centrum mam kawałek, ale jestem użytkownikiem podziemnej kolejki pt. metro warszawskie, więc nie narzekam. Zwykle słucham w metrze muzyki, niekoniecznie dlatego, że ubóstwiam noisy backround (chociaż czasem), raczej lubię się odciąć. Zresztą gdzie recenzent ma słuchać muzyki jak nie w warkoczącym wagonie na audiofilskich słuchawkach w cenie dużej pizzy? Robi się wtedy takie tło „Trans-Warsaw Express”, ewentualnie permanentne intro „Station to Station”. Z założenia nie słucham w drodze muzyki na którą jadę, bo nie lubię męczyć materiału. Puszczam więc płytę „Beyond and Between” Daniela Higgsa. Higgs wpisuje się w moją definicję dobrego wokalisty, który po pierwsze musi być wyrazisty, po drugie musi mieć świadomość brzmienia własnego głosu. Surowe banjo i obłąkańcze, szamańskie zawodzenie podziałało jak lekarstwo dousznie zaaplikowane. Od tygodnia nie czułem się lepiej.

Mam szczęście do duetów w Klubie Komediowym. Przed świętami widziałem tam naprawdę świetny koncert Nagrobków, który ostatecznie w 100% przekonał mnie do propozycji artystycznej Adama Witkowskiego i Macieja Salamona (między innymi dzięki temu „Stan Prac” wylądował na mojej końcoworocznej liście). Niby Komediowy jest przestrzenią koncertowo niełatwą, ale posiada specyfikę, z którą można zagrać w sposób przekonywujący, a wady (jak ograniczające widoczność filary, ogólna wagoniastość) przekuć w atuty. Panuje klimat – a to już wiele. A Polpo Motel, jako skład o dużym performatywnym potencjale, podkreślił ów klimat w sposób znakomity.

Polpo Motel2

Duet Olgi Mysłowskiej i Daniela Pigońskiego z końcem roku 2015 wydał swoją drugą płytę „Cadavre Exquis„, po 7 latach od debiutu (czyli można nawet powiedzieć, że mamy tu „comeback”). Traf chciał, że zapoznałem się z materiałem dopiero w styczniu i przez to nie załapał się do podsumowania zeszłorocznego.. Cóż, obiecałem, że nie będę listy nadpisywał, w związku z tym niezcholewię gęby, choć przesłanki muzyczne w tym wypadku bardzo mnie kuszą by zerwać z niezłomnością. „Cadavre Exquis” ma w sobie cechy, które pozwalają przed szeroko przez zespół pojmowaną etykietką „electro pop” dopisać słówko „art”. Album został sklecony z numerów obdarzonych wewnętrznym, kreatywnym rozedrganiem. Kolejne utwory posiadają pierwiastek ekscentrycznego magnetyzmu, zaskakująco ewoluują, mylą tropy. Tutaj tytuł albumu jest bardzo wymowny – „Cadavre Exquis”, czyli „wykwintny trup”, to gra wymyślona w latach 20 przez surrealistów, polegająca na grupowym, wspólnym tworzeniu, przy czym każdy z uczestników nie wie, co dokładnie zrobił poprzednik. To podejście często słychać na płycie, duet wspiął się na wysokie szczeble inteligentnego popowego songwritingu. Brzmienie Polpo Motel jest mechaniczne, składa się z wielu warstw i drobiazgów, które finalnie, wraz z absolutnie zjawiskowym głosem Olgi Mysłowskiej, tworzą mieszankę jedyną w swoim rodzaju. Posłuchajcie tej płyty na słuchawkach (stream). Niekoniecznie w metrze, lepiej w spokoju.

Polpo Motel - Cadavre Exquis

Koncert w Klubie Komediowym miał charakter dosyć kameralny, luźny, niemniej kolejne utwory hipnotyzowały, pozwalały odpłynąć na skrzydłach rozciągniętych, syntezatorowych pasaży, utonąć w mocnym, władczym wokalu. Występ zaczął się dwiema zupełnie nowymi, wyjątkowo onirycznymi kompozycjami, które jak dla mnie ustawiły cały koncert. Trafnie zauważył Piotr Lewandowski (klik), Polpo Motel wykreowali surrealny klimat bliski tajemniczej groteskowości serialu Twin Peaks. Trzy razy b.db.: bardzo dobry występ, bardzo dobra płyta, bardzo dobry zespół.

————————————————————————————————

Nels Cline & Julian Lage

W Pardon To Tu właściwie cały luty mija pod znakiem duetów. Drugi miesiąc roku, po dwie osoby na scenie – jest w tym jakaś logika. Po tłumnym koncercie Wacława Zimpla i Kuby Ziołka (nie sforsowałem kolejki) i podobno znakomitym występie Joe McPhee i Chrisa Corsano, przyszła kolej na dwóch gitarzystów Nelsa Cline’a i Juliana Lage.

Należę do osób, które uważają, że w składach jazzowych z jedną gitarą jest często o tę jedną gitarę za dużo. Generalnie nie przepadam za gitarą w jazzie, nie lubię gdy jest zbyt rozgadana, zbyt „perfekcyjna”. Znacznie bardziej cenię sobie gitarzystów niedoskonałych, grających raczej ekspresyjną plamą, a nie ściubiących efekciarsko-konwencjonalny pointylizm. Dlaczego w takim razie poszedłem na koncert dwóch gitarzystów? Hmm nie wiem, jakiś rodzaj muzycznego bdsm? W każdym razie nie żałuję.

Cline i Lage nie operowali tylko i wyłącznie idiomem jazzowym, odbijali się od niego – a im dalej, tym bardziej mi się podobało. Również ich dialog z rzadka opierał się na męczącym prześciganiu w technicznych popisach, panowie grali raczej komplementarnie, płynnie wymieniając się rolą „głosu numer 1”. Najciekawszy był dla mnie rytm i wynikające z niego nagłe zachwiania narracji, kierowanie jej na inne tory. Właściwie, jak na gitarzystów jazzowych, muzycy grali dość powściągliwie, a im bardziej polegali na rozwijaniu prostych patentów, chowając wirtuozerię do kieszeni, tym lepiej mi się tego słuchało.

Przyjemny, trochę melancholijny koncert (pierwszy na trasie!) i ujmująca postawa muzyków. Chyba moim ulubionym momentem wieczoru był ten, gdy Lage z rozbrajającym uśmiechem powiedział, że na barze stoją płyty cd, które generalnie wolą od winyli, bo jest na nich więcej miejsca. Stwierdzenie iście rokendrolowe w czasach nośnikowego snobizmu. Być może prorocze? Ja tam czekam na renesans cd. Już niedługo…

PS: Panowie promowali wspólną płytę (cd) pt. „Room” z 2014 roku.

——————————————————————————————-

Arszyn, Duda, PaperCuts, Dokalski

Kolejne (już ostatnie) dwa duety – Arszyn/Duda i Paper Cuts – wystąpiły wspólnie, na jednej scenie w Eufemii. Piątym ogniwem składu był Olgierd Dokalski i to on zaburzył równanie z tytułu tego tekstu. Koncert odbył się w ramach cyklu Impro Miting (klik), czyli coczwartkowego spotkania różnych muzyków, oddających się improwizacji w teorii stylistycznie niezdefiniowanej, niezdeterminowanej. Muzyka kreatywna i niespodziankowa. Była to już 18 edycja Impro Mitingu w nowej, odświeżonej odsłonie. Pełnoletność. Frekwencja dopisała wyjątkowo, co w przypadku niewielkiej, przedzielonej filarem sceny Eufemii, jest dla słuchacza zawsze słodko-gorzkim doświadczeniem. 5-osobowy skład to takie optimum/maksimum jak na tę przestrzeń.

„W sytuacjach takiego koncertu zawsze wychodzi się jak z jakiejś czarnej dziury” – tak powiedział mi jeden z muzyków tuż po występie. Tak jak Dokalski z członkami Paper Cuts grali już razem, chociażby w WIO, to Arszyn/Duda stanowili obce, nieznane ogniwo, które jednak szybko weszło w reakcję. Z całą pewnością odbiór tego koncertu byłby inny, gdyby publiczność nie stawiła się tak tłumnie, przez co często cichsze partie były zagłuszane. Niemniej sinusoidalny charakter występu – od wyciszenia, do wyładowań ekspresji – jak na pierwsze wspólne granie był jak najbardziej interesujący.

Dwa zestawy perkusyjne (Kurek, Topolski), między nimi dęciaki (Duda, Dokalski), a w centrum stolik z elektroniczną aparaturą (Kacperczyk) – tak wyglądała scena i arsenał, jakim muzycy dysponowali. Najbardziej wszędobylski okazał się rytm, a w zasadzie polirytmie, lub nazwijmy to poli-noise’y akustyczne. Tomasz Duda zagrał cały koncert na saksofonie sopranowym (podobno najtrudniejszym z saksofonów). Tworzył na nim zapętlające się ciągi dźwięków, skupione, transowe, sonorystyczne o lekkim etno zabarwieniu. Z kolei Dokalski grał bardziej punktowo, melodycznie, z dużą uwagą kontrolował natężenie brzmienia. Pamiętam jak w wywiadzie, przed dwoma laty (klik) Olgierd zdradził mi, że niegdyś fascynował go saksofon sopranowy – i to było słychać w dialogach, które budował z Dudą. [Ciekawe jak będzie na solowej płycie pt. „Mirza Tarak”, która już nadchodzi]. Zabrakło mi trochę większego udziału elektroniki Łukasza Kacperczyka. Skupił się raczej na cieniowaniu tła, które przez gwar często gdzieś ulatywało. Szkoda, że muzyk nie ingerował mocniej w narrację całości, bo potrafi to robić ze znakomitymi efektami (przykładem choćby tak duży format jak WIO). Ale podobno to dopiero początek współpracy, więc może następnym razem.

Słuchając kwintetu w  bardziej dzikich, rytmiczno-dętych przesileniach przyszło mi na myśl Art Ensemble of Chicago. Co prawda na chwilkę, ale przyszło, a to chyba dobry znak (taki eksperymentalny omen). Potencjał jest zdecydowanie. Intrygujące wyjście z czarnej dziury, oby nie jednorazowe.

Krzysztof Wójcik (((ii)))