Zimowa podróż, trochę Cukru i kaszubskie wariacje…

daszek

Odwrócę chronologię wydarzeń i zacznę od końca. Zresztą każdy przyzwoity tekst, jak kij, ma przynajmniej dwa końce. Drugi/trzeci/czwarty/siódmy/domyślny powinien wylądować w aktywnym aparacie poznawczym czytelnika. Zatem raz, dwa…

Trzy:

Winterreise” czyli „Podróż zimowa” to cykl pieśni, które Franz Schubert skomponował do poezji Wilhelma Müllera. Właśnie dzieło Schuberta/Müllera stało się inspiracją dla dwóch kolejnych płyt z cyklu Populista, prowadzonego przez Michała Liberę dla Bôłt Records. Jak głosi nota „Winterreise” to: „modelowy przykład romantycznego songbooku o cierpieniu, miłości i samotności a wreszcie i XIX-wieczny odpowiednik albumu popowego, w którym przeglądały się kolejne pokolenia od roku 1828”. Tym razem przejrzały się w nim trzy artystki – wspólnie na jednej płycie Barbara Kinga Majewska i Emilia Sitarz; a samodzielnie, na drugiej, Joanna Halszka Sokołowska. Z końcem stycznia oba wydawnictwa  doczekały się premier koncertowych, które jak na złość odbyły się w dniach roztopów, nagłego rozpłynięcia zimy. Nie powstrzymało mnie to jednak przed zajściem do Królikarni na występ Sokołowskiej.

Winterreise

Przed rokiem, na festiwalu Playback Play w grudniu 2014 miałem już okazję widzieć artystkę w tym repertuarze, było to wówczas w ogóle pierwsze wykonanie (pisałem o nim tutaj). Tym razem wnętrze klubu zastąpiła wspaniała przestrzeń i akustyka Królikarni. Okoliczności miejsca w sposób znaczny wpłynęły na charakter występu. Po pierwsze wykonanie rozpoczęło się w całkowitych ciemnościach (i pozostało w nich do samego końca). Po drugie – Sokołowska kreatywnie wykorzystała specyficzną przestrzeń pałacyku. Druga część koncertu upłynęła na przechadzaniu się wokalistki po salach otaczających centralną, kolistą część budynku, w której siedziała publiczność. Śpiew nie ustawał, dobiegał z oddali, zbliżał się, błądził po Królikarni raz zgodnie ze wskazówkami zegara, raz odwrotnie. Zabieg okazał się genialny w swej prostocie – efekt akustyczny (i performatywny) był jedyny w swoim rodzaju, hipnotyzował i trzymał w napięciu. Można się było poczuć jak wewnątrz jakiegoś niezaistniałego filmu Herzoga. Na zakończenie Sokołowska zapaliła świecę i podziękowała za uwagę – tym samym utrzymała romantyczne decorum do samego końca. Bardzo osobliwy, melancholijny koncert site specific. Wsłuchiwanie się w pogłos kolejnych wersetów pieśni, w pauzy między nimi w otoczeniu mrocznej, akustycznie sterylnej Królikarni zapamiętam na długo jako wyjątkowe i nietypowe doświadczenie. Absolutnie nie dziwię się zespołowi Księżyc, że wybrał właśnie tę przestrzeń na nagrywanie swojej ostatniej płyty.

Dwa:

O zespole Cukier pisałem dość obszernie w maju zeszłego roku (klik). Był to jeden z pierwszych koncertów formacji, która przykuła moją uwagę (raz) ze względu na niecodzienne instrumentarium – syntezator modularny, klarnet, perkusja; (dwa) poprzez ciekawe, chaotyczno-energetyczne mieszanie różnych muzycznych języków – noise, free jazz, improwizacja elektro-akustyczna, trochę ambientu. Od tego czasu trio w składzie Łukasz Kacperczyk, Michał Kasperek i Piotr Mełech zdążyło wydać kasetę w Pawlaczu Perskim (bandcamp), na której w dość radykalny i bezkompromisowy sposób przedstawiło swój pomysł na muzykę.  „821” to ostra przejażdżka, przy okazji nagranie koncertowe, a nagrania koncertowe rządzą się swoimi prawami  [edit: jednak, nie koncertowe, tylko całodniowa sesja na żywo w warszawskim Mózgu]  i czasami bardziej brutalne szarże pozbawione pierwiastka wizualnego stają się nieczytelne. Niemniej jest to pozycja interesująca i odważna, pełna mocno kontrastujących zestawień. Sugeruję słuchanie „821” na głośnikach, tak by pozwolić muzyce wypełnić przestrzeń.

cukier1    cukier2Koncert w V9 odbył się przy okazji drugiej edycji DRUKUJ! Zinestu, czyli atmosfera DIY unosiła się w powietrzu od dobrych kilku godzin. Cukier wystąpił tego wieczoru w  nieco lżejszym wydaniu, ponieważ Piotr Mełech zrezygnował z użycia elektroniki i basklarnetu, zagrał cały koncert na zwykłym klarnecie. Był to koncert dość zwięzły, niespełna 40-minutowy i przyznam, że właśnie tego typu ramy czasowe są w sam raz w przypadku tak intensywnej muzyki. Podobała mi się dramaturgia występu. Cukier zaczął budować improwizację wychodząc od subtelnych partii syntezatora. Atmosfera gęstniała płynnie i oczywiście zmierzała do ekstatycznego jazgotu, ale zniuansowana „gra wstępna” pozwoliła na w miarę bezkolizyjne wejście w dzikie ostępy dźwięków brutalnych. Jednocześnie nie był to koncert o narracji prostej „od ciszy do zgiełku”, wykres napięcia i kolorów przedstawiałby się bardziej sinusoidalnie. To, że Cukier potrafi się ciekawie rozpędzić wiedziałem już od pierwszego zetknięcia z formacją. Teraz słychać, że oprócz tego muzycy wiedzą jak efektownie wyhamować, a przy okazji zrobić po drodze kilka niespodziewanych zakrętów. To dobrze wróży na przyszłość.

Jeden:

Ostatni mój tekst w roku 2015 dotyczył solowego występu Dominika Strycharskiego w Pardon To Tu (klik). Był to koncert znakomity, wirtuozerski, w dodatku najprawdopodobniej zostanie wydany na płycie. Raptem po kilku tygodniach Strycharski wrócił na tę samą scenę z formacją Core 6, by zaprezentować materiał z płyty „Czoczko” , na której poddaje kreatywnej interpretacji tradycyjną muzykę kaszubską. W zespole znaleźli się naprawdę mocni zawodnicy: Wacław Zimpel, Ksawery Wójciński, Zbigniew Kozera, Krzysztof Szmańda i Hubert Zemler. Czyli dwa instrumenty dęte i podwójna sekcja rytmiczna. Na albumie kluczowa rola przypada partiom duetu flet-klarnet (część utworów zagrana jest tylko w tym formacie), natomiast na koncercie siłą rzeczy większa była rola kolektywu.

Core 6

Podstawą tego projektu jest dualizm muzycznych światów, które Strycharski wraz z zespołem łączy – na poziomie podstawowym są to muzyka ludowa i free jazz. Kunszt instrumentalistów, ich improwizatorska biegłość, a także świetnie zaaranżowany materiał, złożyły się w nową jakość – silnie zakorzenioną w tradycji, a jednocześnie łamiącą granice gatunkowe. Coś podobnego udało się już choćby Marcinowi Maseckiemu (w wersji autorskiej na „Polonezach” i „Mazurkach”), również zeszłoroczne „Requiem Ludowe” Adama Struga i Kwadrofonik przenosi polską ludowość w XXI, wykorzystując współczesny język muzyczny. „Czoczko” składa się z tematów bezpośrednio zaczerpniętych z melodii tradycyjnych, natomiast rozwija je ze swobodą, rozmachem i dużą wrażliwością na poszczególne elementy brzmienia. Podwójna sekcja, tworzy dla Strycharskiego i Zimpla znakomitą, wielobarwną przestrzeń do dialogu, bądź snucia przyjemnie rozjeżdżających się wspólnych monologów. Koncert dość wiernie odzwierciedlił zawartość płyty, ale absolutnie nie na zasadzie 1:1. Zresztą nie byłby to nawet duży mankament, bo „Czoczko” to po prostu album bardzo dobry, zwięzły, nieprzegadany (niespełna 40 minut muzyki). Moje ulubione fragmenty to te, w których do głosu dochodzi pełen skład, szczególnie otwierający płytę tajemniczy utwór „Rubin”, oraz wieńczący nagranie „Antracyt” z fantastyczną woltą w środku. Kolejny mocny punkt w coraz ciekawszej dyskografii Dominika Strycharskiego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Płyty w roku 2015 (PL) – czyli „Ce ne sont pas le classement”

Płyty w roku 2015

3… 2…

1…

0!

Płytą roku 2015 jest…

Poniżej rozpościera się zestaw 20 polskich albumów, wydanych na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy, które z rozmaitych względów postanowiłem tutaj umieścić. Dlaczego? Bo są najlepsze? Najciekawsze? Najbardziej oryginalne? A może są najgorsze? Wołają o pomstę do nieba? Tajemnica. Ewentualna hierarchiczność zatarta układem A-Z. Większości z płyt/kaset można posłuchać, klikając „słuchaj”. Do wielu można przeczytać moje recenzje, klikając „czytaj”. Oprócz tego pod każdą pozycją zamieściłem krótki komentarz, czasami wyłuskany z istniejących już tekstów.

Z pewnością lista z czasem się wydłuży/skurczy, bo muzyka generalnie dzieje się w czasie i też czas ją weryfikuje. Na pewno niektóre ciekawostki mi umknęły… Ale tu nie będę już nic zmieniał, oto stan na 31 grudnia 2015.

W kontekście rozmaitych podsumowań i rankingów (to nie jest ranking!) przypomnę wniosek sprzed roku: (rankingi to…) „…brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne.”

Alfabetycznie:

Alameda 5 – „Duch Tornada” (wyd. Instant Classic) ->słuchaj ->czytaj

Alameda 5 - Duch Tornada

„Duch Tornada” to album epicki, o świetnym wyczuciu proporcji i w moim odczuciu szczytowe osiągnięcie artystów działających pod szyldem Milieu L’Acéphale. Płyta-kalejdoskop, która potrafi przenieść słuchacza w inny wymiar. A właściwie wymiary, bo czaruje koherentną różnorodnością, klimatem i wyobraźnią na każdym kroku.

Heroiny – „Ahh-Ohh” (wyd. DUNNO Recordings) ->słuchaj ->czytaj

Heroiny - ACH-OCH

Album stanowi  dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Piotra Kurka, a przy okazji jest chyba najbardziej „przebojowym” materiałem w karierze muzyka. Wyjątkowo charakterystyczne brzmienie artysty zostało tutaj poszerzone o nowe wątki, eksperymenty unikają przefajnowania, a całość zachowuje formę zwięzłą i spójną. Kolejny mocny punkt w arcyciekawej dyskografii.

Wojciech Jachna / Ksawery Wójciński – „Night Talks” (wyd. Fundacja Słuchaj) ->słuchaj ->czytaj

Jachna&Wójciński - Night Talks

Wojciech Jachna i Ksawery Wójciński  na „Night Talks” szanują ciszę, unikają tak częstego w jazzie przegadania, a jednocześnie ich wypowiedź pozostaje swobodna i pełna wyobraźni. Słychać to w transowych, mięsistych partiach kontrabasu, w trąbce kreatywnej, lecz zarazem subtelnej i oszczędnej. Muzykom udało się wykreować wyjątkową aurę napięcia i melancholii, której ciężko się oprzeć.

kIRk – „III” (wyd. Asfalt Records) ->słuchaj ->czytaj

kIRk - III

Płynna konstrukcja „III” sprawia, że jest to, jak dotąd, materiał najbardziej przypominający koncertową odsłonę zespołu, a ta – nieodmiennie – fascynuje brzmieniem gęstym i transowym, przecinanym świdrującą trąbką, zaplątaną w bity i pętle. Album znakomicie funkcjonuje jako całość, jest esencjonalny, a jednocześnie stanowi intrygującą zapowiedź nowego rozdziału w historii kIRk.

Księżyc – „Rabbit Eclipse” (wyd. Penultimate Press) ->słuchaj

Księżyc-Rabbit-Eclipse

„Rabbit Eclipse” brzmi jak naturalna konsekwencja i dopełnienie wydanego niespełna 20 lat temu znakomitego debiutu. Płyta poza czasem, klimat nie do podrobienia. 40 minut niesamowitości.

Kolega Doriana – „Kolega Doriana” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Kolega Doriana

Płyta odważna, estetycznie konsekwentna, wykorzystująca strategię „mniej znaczy więcej”. Album jest precyzyjnie poukładany z rozmaitych sonicznych osobliwości, trio umiejętnie operuje detalem, kontrastami ciszy i hałasu. Rzecz bardzo procesualna i wymagająca skupienia. Niewiele polskich składów improwizuje w tak oryginalny sposób.

Marcin Masecki – „Mazurki” (wyd. For Tune) ->słuchaj ->czytaj

Mazurki - Marcin Masecki

„Mazurki” brzmią jak muzyczny autoportret Marcina Maseckiego. Pomysł goni pomysł, a forma mazurka jest jedynie pretekstem do eksperymentów i doświadczeń na „żywym” i elektrycznym instrumencie. Całość zachowuje surowy, wyjątkowo hermetyczny charakter. Podstawą jest tutaj niepewność kształtu każdego kolejnego taktu i ciężko oprzeć się wrażeniu, że w „Mazurkach” jest potencjalny margines na każdego rodzaju dźwięk klawiszy pianina, który nagle, nieoczekiwanie, zyskuje spójność i własne miejsce w układance.

Jerzy Mazzoll & Micromelancolié – „MAZZMELANCOLIÉ” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj

Mazzmelancolie

Obok płyty nagranej w duecie z Tomaszem Sroczyńskim jest to bodaj najciekawsze wydawnictwo Jerzego Mazzolla po powrocie artysty do regularnego publikowania. Trochę szkoda, że kaseta zawiera jedynie dźwięki z recyklingu, z archiwów, niemniej efekt finalny budzi respekt. „Mazzmelancolie” jest pozycją oryginalną, usytuowaną na pograniczu kilku estetyk, odważną i zaskakującą, a jednocześnie komunikatywną, o wciągającej, słuchowiskowej narracji.

Mirt – „Vanishing Land” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Mirt - Vanishing Land

Tytuł adekwatny do zawartości. Kontakt z „Vanishing Land” to jak wyprawa na terra incognita. Nagrania terenowe, ambientowe plamy, mnóstwo detali, brzmienie analogowego sprzętu. Całość ma charakter wyjątkowo spójny, płynny, a jednocześnie nieprzewidywalny. Trochę retro, trochę futuro. Prawdziwa przygoda dla ucha.

Nagrobki – „Stan Prac” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Nagrobki - Stan Prac

Oryginalny koncept i finezyjna prostota. „Stan Prac” to płyta inteligentna, przewrotna i zrealizowana brawurowo od początku do końca, zarówno pod względem tekstów, jak i muzyki – the whole package. Obok duetu pojawiają się znakomici goście (Mikołaj Trzaska, Michał Bunio Skrok, Piotr Pawlak, Olo Walicki, Tomasz Ziętek), którzy wyciągają całość na jeszcze wyższy level. Obok Synów i Ukrytych Zalet Systemu moja ulubiona płyta tego roku w kategorii „piosenka polska”.

Paper Cuts – „Divorce Material” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj ->czytaj

Paper Cuts - Divorce Material

Świetnie rozwijający się materiał, wciąga, czaruje drobnostkami i wielkim wyczuciem brzmienia. Każdy utwór to odrębna historia zasadzona na ciekawym pomyśle. Gra w częściach, gra w całości. Kaseta ma własny, wciągający, mocno surrealistyczny klimat i  jest jak dotąd najbardziej kompletnym owocem współpracy Łukasza Kacperczyka (syntezator modularny) i Wojciecha Kurka (perkusja).

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes. African Mystic Music” (wyd. Bołt Records) ->słuchaj ->czytaj

Raphael Rogiński - Coltrane

Główną zaletą tego wydawnictwa jest powściągliwa wirtuozeria Rogińskiego, pełna wyczucia i wrażliwości na najbardziej ulotne brzmieniowe detale, często właśnie nimi operująca. Płyta jest niezwykle udaną odpowiedzią na pytanie jak w kreatywny sposób oddać hołd muzyce o statusie ikonicznym. Właśnie tego typu interpretacje udowadniają, że dziedzictwo Coltrane’a nie musi być spetryfikowane w standardach i leżeć na zakurzonym postumencie zatytułowanym „klasyka jazzu”.

Jacek Sienkiewicz – Drifting (wyd. Recognition) ->słuchaj

Sienkiewicz - Drifting

Po włożeniu na uszy słuchawek, dobry album techno powinien podporządkowywać strukturze dolatującego do świadomości bitu całą otaczającą rzeczywistość. Powinien wciągać. A od Drifting” naprawdę ciężko się oderwać. Oprócz tego warto sprawdzić bardziej abstrakcyjny „Instynkt” ->słuchaj.

Slalom – „Wunderkamera” (wyd. Lado ABC) ->słuchaj ->czytaj

Slalom - Wunderkamera

„Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Tytuł odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest tutaj nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny. Eksperymenty nie podważają w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru.

SYNY – „Orient” (wyd. Latarnia Records) ->słuchaj ->czytaj

SYNY - Orient

Wielką siłą tego albumu jest stylistyczna spójność, wyjątkowy klimat, a także otwarte, eksperymentalne podejście do hip-hopowej formy. Orient wciąga od „Intro” aż po zamykające zestaw 20 kawałków „Świnoujście”, jest interesujący jako twór muzyczno-literacki. Synom już na wysokości debiutu udało się osiągnąć oryginalne, własne brzmienie, stanowiące ciekawą wypadkową dotychczasowej działalności Piernikowskiego i Jankowiaka – wypadkową, która przynosi de facto nową jakość.

Kamil Szuszkiewicz – „Istina” / „Robot Czarek” (wyd. Wounded Knife / Bołt Records) ->słuchaj1 ->słuchaj2

Kamil Szuszkiewicz - IstinaKamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

Kamil Szuszkiewicz na „Istinie” i „Robocie Czarku” jawi się jako wyjątkowo radykalny i konsekwentny eksperymentator. Obie kasety rządzą się własnymi prawami, porażają oryginalnym konceptem i bezkompromisowością, ale co najważniejsze intrygują. Warto zadać sobie trud, aby wejść głębiej w te nieszablonowe wydawnictwa, które śmiało można określić jedynymi w swoim rodzaju. Warto też sprawdzić minialbum kwartetu Zebry A Mit ->słuchaj.

T’ien Lai – „RHTHM” (wyd. Monotype Records) ->słuchaj

T'ien Lai - RHTHM

Redefinicja brzmienia T’ien Lai, postawienie na motorykę i techno bit, okazała się strzałem w dziesiątkę. Na „RHTHM” obok tytułowego rytmu znajdują się gigantyczne pokłady psychodelii, dzięki czemu seans z albumem należy do wyjątkowych doświadczeń. Niespodzianki kryją się niemal w każdej minucie albumu.

Ukryte Zalety Systemu – „Ukryte Zalety Systemu” (wyd. Antena Krzyku) ->słuchaj

Ukryte Zalety Systemu

UZS udało się stworzyć system z wieloma ukrytymi zaletami. Teksty zaangażowane, a niebanalne, wręcz uniwersalne. Muzyka prosta, lecz charakterystyczna i intrygująca jak diabli. Koncept. Energia. Zwięzłość. Prostota. Oryginalność. Siła rażenia porównywalna z pierwszymi dwoma albumami Republiki.

X:Navi-Et – „Vox Paradox” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj 

XNaviEt - Vox Paradox

„Vox Paradox” to muzyka grozy, dobry bad trip z jednym reżyserem. Siłą tej kasety jest jej konstrukcja, układ, dramaturgia. Każdy utwór intryguje niepokojącym klimatem, złożonością użytych środków, a także dużym wyczuciem w ich dystrybuowaniu. Słychać tutaj jak duży wkład ma Rafał Iwański w brzmienie duetu Kapital. Jeśli komuś podobała się płyta „Chaos to Chaos” (->słuchaj), to po bardziej surowe „Vox Paradox” powinien sięgnąć niezwłocznie.

Evan Ziporyn / Wacław Zimpel / Hubert Zemler / Gyan Riley – „Green Light” (wyd. Multikulti) ->słuchaj

Ziporyn, Zimpel, Zemler Riley - Green Light

Znakomici muzycy zagraniczni + znakomici muzycy polscy = bardzo dobry wspólny album z dużą ilością niespodzianek. Płyta na pograniczu etno, minimalizmu, improwizacji i kompozycji, nagrana z naprawdę dużą wyobraźnią. Aż ciężko uwierzyć, że wszystkie dźwięki powstały bez użycia elektroniki. Muzyka na „Green Light” koi i uwodzi, unikając zarazem łatwych rozwiązań.

—————————————————————–

Dziękuję za uwagę w roku (już) ubiegłym i zakończę po szekspirowsku – reszta jest słuchaniem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Piotr Mełech & Ksawery Wójciński w ADA Puławska

Mełech & Wójciński

Trzecie – jak dotąd – spotkanie Piotra Mełecha i Ksawerego Wójcińskiego w formacie duetu rozegrało się w wychłodzonych przestrzeniach mokotowskiego klubu ADA Puławska. Nie jest to miejsce jakoś szczególnie nastawione na scenę impro (pomijając może eksperymentalny cykl Chrobot, o którym pisałem tutaj), niemniej warunki lokalowe są (jakie są? – pomijając chłód, bardzo przyjemne), a środowiskowa renoma muzyków ściągnęła na koncert stosunkowo pokaźną garstkę słuchaczy w liczbie ok 20. Cóż – było warto.

Mijający rok był niewątpliwie bardzo udany dla Ksawerego Wójcińskiego. Świadczą o tym przede wszystkim płyty, ale – jak to w przypadku improwizatorów bywa – sytuacja koncertowa jest najlepszym weryfikatorem formy, aktualnej dyspozycji artystycznej. W miesiącu poprzedzającym koncert w Adzie, muzyk koncertował z Charlesem Gaylem. Gra z taką postacią to wyjątkowa sprawa. Szczególnie, że Gayle na przekór metryce, jest saksofonistą niesłychanie energicznym, dynamicznym, nieprzewidywalnym, przez co kontrabas nie ma łatwego zadania (o tegorocznym koncercie tria pisałem tu). Z kolei Piotr Mełech w ostatnim czasie jest jednym z bardziej aktywnych muzyków na warszawskiej scenie impro. Okazji by posłuchać klarnecisty na żywo w różnych konfiguracjach jest wiele. W ślad za nimi z pewnością pójdą bardziej trwałe projekty i wydawnictwa – jak na razie ostatnim, które ujrzało światło dzienne jest dość ekstremalna kaseta zespołu Cukier (bandcamp), gdzie klarnecista w równej mierze eksperymentuje z elektroniką. Występ z Wójcińskim miał jednak charakter czysty, w pełni akustyczny i w takiej formie najlepiej można zaobserwować szeroką skalę wyobraźni i umiejętności Mełecha. Zresztą obaj Panowie mają doświadczenie pracy w różnego rodzaju duetach i ewidentnie było słychać, że świetnie odnajdują się w tego typu formacie – potrafią słuchać, podejmować niebanalny dialog lub wspólnie monologować, nie zatracając indywidualnej wyrazistości.

Koncert w Adzie (wraz z bisem) złożył się na 4 części, podczas których duet zagrał muzykę w pełni improwizowaną,  choć wiele segmentów (jak choćby bis) brzmiało niczym skomponowane wcześniej tematy. Największe wrażenie zrobiła na mnie umiejętność płynnego, naturalnego przechodzenia od transowych, wręcz medytacyjnych struktur o szorstkiej fakturze do ognia, intensywnych wybuchów ekspresji. Przy czym muzycy, nawet w tych porywach-odlotach, zachowywali subtelność i skupienie, dzięki czemu improwizacje nie trąciły karykaturalnością, znały umiar, utrzymywały (tak często zatracany we free) nieoczywisty pierwiastek komunikatywności.

Bardzo dobry, zrównoważony koncert. Taki duet powinien przetrwać i kontynuować współpracę, bo potencjał na coś więcej jest ewidentny. Tegoroczne, świetne „Night talks” (bandcamp) nagrane przez Wójcińskiego z Wojciechem Jachną, powstało w spontaniczny sposób po zaledwie jednym koncercie, a podobno historia lubi się powtarzać… A nawet jeśli nie, to występ był rejestrowany, więc jak gdzieś odnajdziecie w odmętach internetu zapis, nie wahajcie się i nie lękajcie – kliknijcie „play”. Ja już teraz poproszę o link.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Jachna & Wójciński Duo – „Night Talks” w Pardon To Tu

Wójciński & Jachna3

Duet na trąbkę i kontrabas to – przynajmniej na polskiej scenie – rzecz niecodzienna. Miałem szczęście, że rok temu w klubie Chmury byłem świadkiem poczęcia się nowego muzycznego bytu, jakim okazał się duet Wojciecha Jachny z Ksawerym Wójcińskim. Dziś Panowie mają już na koncie świetny, kameralny, bardzo nastrojowy album pt. „Night Talks” – owoc dwudniowej, grudniowej sesji nagraniowej. Koncert w Pardon To Tu był dopiero ich drugim spotkaniem na jednaj scenie, w co biorąc pod uwagę jakość występu aż ciężko uwierzyć.

Duet Jachna-Wójciński jest doskonałą reprezentacją zjawiska, które określane jest często jako tzw. „chemia między muzykami”. Komunikacja na linii kontrabas – trąbka zachodziła w sposób niezwykle naturalny, wręcz organiczny, był w niej rodzaj pozytywnej oczywistości, którą rozumiem jako samowystarczalność – ani na moment podczas koncertu nie miałem poczucia przesytu lub braku. Muzycy świetnie gospodarowali dźwiękiem, dystrybuując go z wielką wrażliwością na brzmienie. W jednym z wywiadów Ksawery Wójciński na pytanie o inspiracje muzyczne wyznał mimochodem, że nie słucha zbyt dużo muzyki, a cisza jest podstawą, brzmi najpiękniej, choć jest utopią (klik). Ten kontekst utopijnej ciszy, z której dopiero rodzi się dźwięk jest we współpracy z Wojciechem Jachną bardzo dojmujący. Artyści szanując ciszę unikają tak częstego w jazzie przegadania, a jednocześnie ich wypowiedź pozostaje swobodna i pełna wyobraźni. Słychać to w transowych, mięsistych partiach kontrabasu, w trąbce kreatywnej, lecz zarazem subtelnej i oszczędnej.

Koncert, podobnie jak płyta „Night Talks”, pokazał, że Jachna i Wójciński są muzykami niebywale lirycznymi, a melancholia to dla nich wspólny mianownik, na którego bazie są w stanie tworzyć spójne konstrukcje o wyjątkowym klimacie. Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem powstanie tych konstrukcji jeszcze więcej, zarówno na żywo, jak i na nagraniach.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PopUp #47 – garść recenzji i wywiadów

98ee660f5ecdd8f0708fa197fa0ecf6d7db0c971

Po ponad półrocznej przerwie udało nam się w końcu doprowadzić do finalizacji kolejny, już 47 numer internetowej gazety PopUpMusic.pl. Jak zwykle prezentujemy subiektywny wybór najciekawszych muzycznych zjawisk ostatnich miesięcy (i nie tylko). Numer, któremu (jak zwykle) przyświecają imperatywy syntezy i selekcji, zawiera ponad 60 recenzji, a także wywiady z artystami z Polski i zagranicy. Z czasem będzie pączkował fotorelacjami, konkursami i innymi niespodziankami. Czyli tradycyjnie – stary, dobry PopUp, kolejny rozdział.

To już 7 numer, w którego przygotowaniu miałem przyjemność partycypować. Ta szczęśliwa liczba, jak się okazało, sprzyjała produktywności i mam nadzieję jakości tekstów. Tym razem zasiliłem numer odrobinę większą „cegiełką” niż dotychczas. Oczywiście gorąco polecam lekturę całości, ale tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam poniżej swoje pięć groszy. Zapraszam do klikania w linki, czytania i słuchania!

Wywiady:

DJ Lenar

Ksawery Wójciński

Michał Górczyński

 

Recenzje:

Alameda 5 – „Duch Tornada”

Alameda 5 - Duch Tornada

Alchimia – „Aurora”

Alchimia - Aurora

Aphex Twin – „Comupter Controlled Acoustic Instruments Pt.II”

Aphex Twin - Computer Controlled

Artur Maćkowiak – „If It’s Not Real”

Artur Maćkowiak - If it's not real

Budzyński / Jacaszek / Trzaska – „Rimbaud”

Budzyński, Trzaska, Jacaszek - Rimbaud

Colin Stetson / Sarah Neufeld – „Never Were The Way She Was”

Colin Stetson & Sarah Neufeld

Eve Risser – „Des Pas Sur La Neige”

Eve Risser - Des Pas Sur La Neige

Haronim – „Haronim”

Haronim - Haronim

Kapital – „Chaos to Chaos”

Kapital - Chaos to Chaos

kIRk – „III”

kIRk - III

Krojc – „0101”

Krojc - 0101

Lenar, Masecki, Zrałek – „Fortepian Chopina”

Lenar, Masecki, Zrałek - Fortepian Chopina

Marcin Masecki – „Mazurki”

Marcin Masecki - Mazurki

MazzSacre – „+”

MazzSacre - +

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes African mystic music”

Raphael Rogiński - Coltrane

Scott Stain – „Calu/Streo”

Scott Stain - Calu  Scott Stain - Streo

Shofar – „Gold Of Małkinia”

Shofar - Gold of Malkinia

SYNY – „Orient”

SYNY - Orient

—————————————

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Charles Gayle Trio w Pardon To Tu (premiera płyty)

Kugel, Gayle, Wójciński

Rok temu z hakiem miałem okazję opisywać sylwetkę Charlesa Gayle’a dla portalu Jazzarium (klik). Był to poniekąd tekst okolicznościowy – właśnie wielkimi krokami zbliżała się pierwsza trasa tria z Ksawerym Wójcińskim w składzie. Poza tym o tak ciekawej postaci jak Gayle po prostu warto pisać, warto czytać, ale przede wszystkim warto słuchać jego muzyki, szczególnie jeśli jest okazja doświadczenia jej na żywo. Niestety przed rokiem nie udało mi się z tej możliwości skorzystać. Tym razem zespół nie zawitał już do Pardon To Tu z pustymi rękami, ale z płytą świeżo wydaną przez For Tune pt. „Christ Everlasting”. Krążek został nagrany na żywo w kwietniu 2014 w poznańskim klubie Dragon.

Koncert takiego składu jak Charles Gayle Trio przypomina trochę lekcję free jazzu w pigułce. Na dodatek lekcję poprowadzoną przez trzy wyraziste osobowości z różnych pokoleń i z różnych stron globu, a co za tym idzie ze zróżnicowanym muzycznym backgroundem. To jednak klasyczne free było tu nadrzędną wartością, a głównym rozdającym Gayle, najstarszy, charyzmatyczny i bez wątpienia najbardziej doświadczony. Nowojorski saksofonista dysponuje charakterystyczną rozedrganą, a zarazem bardzo intensywną frazą. Warto zauważyć, że grał bez nagłośnienia, a mimo to potrafił osiągnąć niesłychanie mocarne brzmienie. Odniosłem też wrażenie jakby wystawiał na próbę kolegów z zespołu – było to szczególnie wyraźne w interakcji z Wójcińskim, któremu saksofonista narzucał niekiedy obłąkańcze tempo. Kontrabasiście ani razu nie powinęła się noga w podobnych dialogach i nawet czasem Gayle dawał za wygraną. Galopujący bas i porywczy, rozkołysany, zawodzący saksofon doskonale równoważył Klaus Kugel grą raczej delikatną, stabilną, przestrzenną i bardzo „talerzową”.

Charles Gayle & Ksawery Wójciński

Koncert znakomicie zażarł już od pierwszych minut – słychać było między muzykami chemię, naturalne wyczuwanie intencji, swobodne flow, co przełożyło się na występ o pasjonującej, wciągającej dramaturgii. Trio pomiędzy własne kompozycje wplatało „hity” emblematyczne dla gatunku jak np. „Ghosts” Aylera, czy „Giant Steps” Coltrane’a. Nie jestem wielkim fanem sięgania po standardy, ale w żywiołowej interpretacji zespołu Gayle’a wysłuchałem ich z prawdziwą przyjemnością. Zresztą saksofonista ma wszelkie podstawy (i predyspozycje) do grania podobnie natchnionej i do pewnego stopnia wyczynowej, ekspresyjnej muzyki.

Jeśli free jazz posiada swą istotę, to koncert w Pardon To Tu stanowił udaną próbę jej uchwycenia. Jaka to istota? Ona tkwi w muzyce i znacznie lepiej jej doświadczyć niż przyswajać tekstowy ekwiwalent. Zdumiewające, że free, którego rodowód przypada (mniej więcej) na połowę ubiegłego wieku, brzmi tak świeżo w dniu dzisiejszym. Tak to bywa gdy świetni muzycy grają na 100% z pełnym zaangażowaniem i pasją. Pisząc te słowa słucham „Christ Everlasting” i znów „doświadczam”, ponieważ krążek trzyma równie wysoki poziom co koncert. Jest też ciekawy pod tym względem, że pokazuje Gayla jako pianistę (swoją drogą CG nagrywał też albumy wyłącznie na klawiszach i ogólnie jest multiinstrumentalistą).

PS: Po występie główny bohater wieczoru opowiedział kilka anegdot, a także emocjonalnie pochwalił Ksawerego Wójcińskiego, którego określił jednym z dwóch (tutaj liczby zaczynają już ulegać plotkarskim wariacjom) najlepszych kontrabasistów, z jakimi kiedykolwiek grał (!). A grał z takimi kozakami jak William Parker czy Dominic Duval. „Bądźcie świadomi kogo macie w kraju”. Bądźmy (klik).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Ksawery Wójciński solo w Dwa Osiem

Ksawery Wójciński

O tym, że Ksawery Wójciński jest muzykiem zdolnym do budowania samodzielnej, zróżnicowanej i wciągającej wypowiedzi artystycznej z nawiązką zaświadczył zeszłoroczny solowy album kontrabasisty „The Soul” (recenzja). To specyficzne wydawnictwo, na którym muzyk zagrał na wszystkich instrumentach (głównie kontrabas, pianino, perkusja), a w niektórych kawałkach pokazał się od strony wokalnej. Choć koncert w Dwa Osiem zatytułowany był właśnie „The Soul”, to próżno było oczekiwać po występie odtworzenia zawartości krążka. Zresztą w przypadku już tak doświadczonego improwizatora jak Wójciński nie miałoby to sensu. Niemniej echo końca albumu pojawiło się odpowiednio na zwieńczenie wieczoru.

Koncert złożył się z trzech wyraźnych bloków. Pierwszym z nich była minimalistyczna improwizacja smyczkiem, bardzo horyzontalna i transowa, z której gdzieniegdzie można było wyodrębnić ludowe motywy melodyczne. Były one jednak zaserwowane na tyle subtelnie i mimochodem, że nie zdeterminowały charakteru narracji. Ten opierał się zdecydowanie na narastającej, gęstniejącej atmosferze jednostajnych pociągnięć smyczkiem i nieznacznie zmieniającej się melodii. Kolejna część występu była popisem możliwość grania na kontrabasie palcami. Powstawały mocne, pulsujące groove’y, rozpędzone, bujające riffy. Być może jednak najbardziej spektakularny okazał się koniec koncertu, bis, w którym Wójciński zaprezentował się jako wokalista. Muzyk posługuje się głosem jakby był on kolejnym instrumentem, a niekoniecznie narzędziem do werbalnego przekazu. Choć nie zabrakło też słów. Trochę szkoda, że wers „Hold on just a little while longer” nie stał się zwiastunem wydłużenia występu, jednak warto pamiętać, że pozostawienie słuchacza w pozytywnym niedosycie to też duża sztuka – w muzyce improwizowanej często niedoceniana.

Oto fragmenty każdej z trzech części występu:

Wieczór w Dwa Osiem miał wszystkie cechy kameralnego koncertu, na który przychodzi publiczność nieprzypadkowa, ale też gotowa na niespodziewane. Tradycyjnie szczęściem w nieszczęściu okazała się malutka frekwencja. Pozwoliła nawiązać bardzo intymny kontakt z dźwiękami płynącymi ze sceny, jednak te zdecydowanie zasługiwały na większą ilość uszu i oczu chętnych do absorpcji scenicznego wystąpienia. Jak już nie raz w tekstach podkreślałem sytuacja koncertu solowego jest wyjątkowa pod wieloma względami. Jeśli ktoś choć raz był na jednoosobowym występie muzycznym w towarzystwie raptem kilku słuchaczy, to doskonale wie o co chodzi. Podobne koncerty pozwalają na bezpośrednie wejście w dźwiękowe uniwersum danego twórcy, co często bywa procesem fascynującym, ciężko opisywalnym. Oczywiście odpowiedzialność za tego typu doznania leży w znakomitej większości na barkach artysty, choć kontekst miejsca i odpowiednia otwartość odbiorcy też są nie do przecenienia. Tym razem okoliczności na każdej płaszczyźnie okazały się sprzyjające. Bardzo dobry, nastrojowy, wręcz poetycki koncert, po którym nie mam wątpliwości, że wers „everything’s gonna be alright” można odnieść bezpośrednio do twórczości Ksawerego Wójcińskiego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Już w niedzielę 17.05 kontrabasista wystąpi wraz z Charlesem Gaylem (klik) i Klausem Kugelem w Pardon To Tu. Instytut poleca! wydarzenie na FB

Dzień Jazzu: Power of the Horns w Studiu im. W. Lutosławskiego

Power of the Horns 1

W historii najnowszej polskiego jazzu Power of the Horns zapisało już swoją kartę. Big band Piotra Damasiewicza rejestrując na żywo album „Alaman”, położył kamień węgielny pod narodziny wydawnictwa For Tune, które przez dwa lata funkcjonowania wypuściło już kilkadziesiąt albumów artystów polskich i zagranicznych. To wyjątkowe osiągnięcie, które w sposób niebagatelny wpłynęło na krajową scenę jazzową i okołojazzową. Oprócz tego „Alaman” w warstwie muzycznej był doskonałym przykładem witalności i mocy jaką w XXI wieku może wykreować jazzowy kolektyw złożony ze znakomitych instrumentalistów pod wodzą charyzmatycznego lidera. Płyta zbierała zewsząd entuzjastyczne recenzje i stała się trampoliną dla wielu muzyków wchodzących w skład kolektywu, z samym Piotrem Damasiewiczem na czele.

W świetle tych ciężko podważalnych faktów, koncert Power of the Horns w Studiu Polskiego Radia był pod wieloma względami najsensowniejszym pomysłem na uczczenie Międzynarodowego Dnia Jazzu. A w każdym razie na pewno bardziej zasadnym niż zeszłoroczny występ Mitch & Mitch ze Zbigniewem Wodeckim (z całym szacunkiem). Można zatem zaryzykować teorię, że ensemble Damasiewicza pojawił się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Choć do tego drugiego miałbym pewne „ale”… Ale to za chwilę.

Na scenie, po krótkiej konferansjerce  Bartka Chacińskiego i Jacka Hawryluka, pojawiło się 15 muzyków łącznie z liderem i gościem – w tej roli wybitny tubista Zdzisław Piernik. Czyli mała jazzowa orkiestra z podwójną sekcją rytmiczną, fortepianem i 10 instrumentami dętymi. Okazało się już w trakcie wstępu, że Power of the Horns AD 2015, to nie to samo co PotH 2012. Przede wszystkim skład uległ zmianie od strony rytmicznej – kontrabasiści Max Mucha i Jakub Mielcarek zostali zastąpieni przez Marka Tokara i Ksawerego Wójcińskiego, a zamiast Wojciecha Romanowskiego na jednej z perkusji zagrał Samuel Hall. Modyfikacji uległ też zestaw „hornów”, do których dołączyli: Gerard Lebik, Piotr Łyszkiewicz, Mateusz Rybicki oraz Adam Milwiw. Wraz z Piernikiem dało to dwukrotnie większą liczbę dęciaków niż na „Alamanie”. Nie będzie zatem przesadą nazwanie zespołu wersją Power of the Horns 2.0. Band wystąpił w takim składzie po raz pierwszy (i w ogóle grał pierwszy raz od dłuższego czasu).

Power of the Horns 2

Zmianie uległa jednak przede wszystkim muzyka, pomysł na granie tak dużym składem. Piotr Damasiewicz przygotował na potrzebę koncertu kompozycję pt. „Suita 29”, która operowała zupełnie inną poetyką niż żywiołowy, soczysty, wręcz agresywny „Alaman”. Tym razem muzycy zostali okiełznani partyturą o wiele mniej bazującą na energetycznym potencjale dużego składu. „Suita 29” zasadzała się głównie na rozgrywaniu dźwięku w podzespołach, w mniejszych składach kolejno podejmujących wątek. Sam Damasiewicz występował na scenie przede wszystkim w roli dyrygenta, reżysera spektaklu, który chwyta za instrument jedynie od czasu do czasu. Podobne rozwiązanie było dość ryzykownym, choć odważnym posunięciem – z całą pewnością duża część słuchaczy znających PotH z albumu musiała być zaskoczona, żeby nie powiedzieć rozczarowana takim scenariuszem występu. Rezultatem był co prawda „power”, lecz budowany miarowo, oscylujący pomiędzy poszczególnymi sekcjami, ale bardzo rzadko wybuchający pełnią kolektywnej mocy. Trochę szkoda, że Damasiewicz nie pozostawił muzykom większej dozy improwizatorskiej wolności i swobody w budowaniu narracji – czynników intuitywnych, tak istotnych we współczesnym jazzie. Przez to skład brzmiał momentami aż nazbyt grzecznie, jakby grał pod linijkę. Często dochodziło też do sytuacji, w których dłuższe fragmenty grało jedynie kilku spośród 15 muzyków. Owszem, były to partie ciekawe, pokazujące indywidualność poszczególnych artystów, jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że stały one w sprzeczności z potencjałem zróżnicowanej, big bandowej gry. Były to serie improwizacji, trzymanych na krótkiej wodzy w ramach jednej kompozycji.

Występ określiłbym świetną ilustracją wyraźnego dualizmu, który można zauważyć we współczesnym jazzie. Może nawet nie jednego, a dwóch – po pierwsze: kompozycja/improwizacja; po drugie: indywidualizm/kolektywizm. Wydaje mi się, że koncert Power of the Horns w większej mierze pokazał zbiór interesujących osobowości artystycznych, niż zgrany zespół o wspólnej tożsamości. I tutaj powracam do „ale” z drugiego akapitu – bardzo możliwe, że po prostu zabrakło czasu żeby zespół w takim składzie osiągnął większy poziom muzycznego porozumienia, nabrał lekkości, przekładającej się na spontaniczną wypowiedź. To chyba główny problem, ponieważ wymienione wartości są – w moim mniemaniu – jednymi z najważniejszych w jazzie w ogóle. Na dobrą sprawę, to co usłyszeliśmy w Lutosławskim można nazwać nie tyle jazzem, co muzyką współczesną zagraną przez jazzmanów, improwizatorów. Rezultat wielokrotnie bywał interesujący, ale pozostaje poczucie niedosytu i trochę niewykorzystanej szansy na puszczenie wodzy fantazji w tak ciekawej konfiguracji wyrazistych artystów. Jak na ironię zabrakło mi w występie Power of the Horns przede wszystkim mocy, operowania kontrolowanym chaosem z większą swobodą kolektywnego flow.

Power of the Horns 3

Być może to właśnie nieszczęsna, poniekąd zobowiązująca data wydarzenia wpłynęła na przesadne wykonawcze napięcie emanujące ze sceny? Może udział wybitnego gościa? Może presja wynikała z gabarytów sali? Może z racji transmisji na żywo w radio? Pewnie wszystko po trochu. I chociaż z całą pewnością nie był to koncert zły, to nie spełnił do końca pokładanych w nim oczekiwań. A największy paradoks tkwi w tym, że okazał się również doświadczeniem dużo bardziej pouczającym niż występ jednoznacznie wspaniały, z którego każdy wyszedłby w niemym zachwycie. To też znak czasu – jazz w Polsce to nieustanne work in progress. Ta praca odbywa się w klubach i na regularnych koncertach, a niekoniecznie na wydarzeniach okazjonalnych.

Jak napisał na swoim profilu warszawski Mózg: „Świat ma jeden Międzynarodowy Dzień Jazzu w roku. Dziś. Mózg ma takich 365”. Szczęśliwie dla jazzu, miejsc w Polsce o podobnej filozofii jest jeszcze trochę i warto je odwiedzać nie tylko od święta.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Recenzje, wywiady – PopUp #46, post scriptum indywidualne

okładka PopUp #46

Nowy numer PopUpMusic od kilku dni śmiga po internecie. Po raz kolejny zasiliłem go serią tekstów, których tematyka czy też „przedmiot” są nieprzypadkowe. W oceanie artystów i wydawnictw właściwa selekcja to istotny, o ile nie najistotniejszy aspekt krytyki muzycznej w ogóle. Dodawać nie muszę, że uwzględnienie wszystkiego, co ciekawe jest niemożliwe – ale dodam, bo to prawda. Wbrew niekiedy utrzymywanym pozorom nawet ludzie piszący o muzyce mają ograniczenia może nie tyle percepcyjne (choć te również się zdarzają), ale zwyczajnie czasowe. Niemniej jestem przekonany, że najnowszy PopUp stanowi względnie szerokie kompendium wiedzy (informacji? refleksji?) o aktualnie interesujących zjawiskach muzycznych. Dlatego zanim przejdę do części indywidualnej gorąco polecam zapoznanie się z różnorodną całością numeru. Nie przeczytałem jeszcze wszystkiego (nieregularniki wręcz należy sobie dawkować), ale z dłuższych form z pewnością warto sprawdzić wywiad z Ukrytymi Zaletami Systemu. Trio wydało bardzo mocny debiut (klik), szczególnie ciekawy w warstwie tekstowej. Rozmowa z Garym Lucasem, jednym z ostatnich współpracowników Captaina Beefhearta i Jeffa Buckleya, również na dużym „propsie”.

Osobiście postanowiłem skupić się głównie na muzyce polskiej. Chociaż „postanowiłem” to złe słowo – po prostu na krajowej scenie działo się w ostatnich miesiącach dużo dobrego, o czym zwyczajnie przemilczeć się nie dało. Zatem z 11 recenzji, które napisałem tylko dwie pozbawione są jakiegokolwiek polskiego akcentu: „Reverse Blue” Mary Halvorson i kooperacja „Radian vs. Howie Gelb”. Także drobne odchylenia w stronę USA i Europy Zachodniej, swoją drogą muzycznie bardzo ciekawe.

Wszystkie recenzje, w których maczałem palce w kolejności alfabetycznej:

1. Artur Maćkowiak & Grzegorz Pleszyński – „A Sound Of The Wooden Fish”

Maćkowiak, Pleszynski - A Sound Of The Wooden Fish

2. Hang Em High – „Beef & Bottle”

hang-em-high-beef-bottle

3. Jacek Mazurkiewicz solo, 3FoNIA – „Chosen Poems”

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

4. Ksawery Wójciński – „The Soul”

Ksawery Wójciński - The Soul

5. Gerard Lebik, Piotr Damasiewicz, Gabriel Ferrandini – „veNN Circles”

Lebik, Damasiewicz, Ferrandini - veNN circles

6. Lotto – „Ask The Dust”

LOTTO - Ask The Dust

7. Mary Halvorson – „Reverse Blue”

Mary-Halvorson-Reverse-Blue

8. Paweł Bartnik – „Bez Tytułu”

Paweł Bartnik - Bez tytułu

9. Radian & Howe Gelb – „Radian Verses Howe Gelb”

Radian verses Howe Gelb

10. Scott Stain – „I’ve Always Wanted to Meet You”

Scott Stain - I've Always Wanted To Meet You

11. Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves”

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Jak widać zestawienie zdominowały indywidualne wypowiedzi artystyczne i ta przewaga wpisuje się zresztą doskonale w specyfikę ubiegłego roku.

Udało mi się również porozmawiać z autorami dwóch bardzo dobrych solowych krążków, które wyszły w ostatnich miesiącach – z Jackiem Mazurkiewiczem i z Hubertem Zemlerem. Płyty obu Panów są znakomitym świadectwem tego jak przy użyciu minimalnych środków stworzyć muzykę niejednoznaczną, wielowarstwową i samowystarczalną.

Wywiad z Jackiem Mazurkiewiczem

Wywiad z Hubertem Zemlerem

Niniejszym gorąco polecam lekturę 46 numeru PopUp’a!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Warsaw Improvisers Orchestra w Pardon To Tu

Warsaw Improvisers Orchestra

W przeciągu 2014 roku na scenie Pardon To Tu wystąpiła cała plejada wielkich nazwisk muzyki improwizowanej, czego absolutnym przesileniem był listopad, kiedy średnio co trzy dni przy pl. Grzybowskim gościła kolejna gwiazda. Klub ściągał w tym roku artystów niemal z całego świata i stosunkowo rzadko prezentował twórców lokalnych, stawiając bardziej na program międzynarodowy. Sytuacja uległa znacznej zmianie w grudniu, kiedy line-up wypełniły niemal wyłącznie polskie składy, a na zamknięcie koncertowego sezonu wystąpił projekt ze wszech miar wyjątkowy w pejzażu krajowej sceny – Warsaw Improvisers Orchestra.

Orkiestra powołana do życia przez Raya Dickaty’ego zrzesza mieszkających w Warszawie improwizatorów, zarówno muzyków znanych z różnych innych projektów, z powiedzmy bogatszym cv, jak i artystów dopiero debiutujących. Chęć wspólnej gry wydaje się podstawowym kwalifikatorem – pomijając, lecz nie zapominając o umiejętnościach – który decyduje o dołączeniu do kolektywu. W efekcie oglądając WIO można zetknąć się z dużym i różnorodnym fragmentem warszawskiej sceny improwizowanej, a bigbandowy charakter występów każdorazowo nieco inaczej skompilowanego składu, ma bardzo dużą siłę rażenia. Oglądając kilka razy Orkiestrę na bardziej kameralnych, comiesięcznych występach w Chmurach myślałem, że tylko kwestią czasu będzie przeniesienie się zespołu w przestrzenie bardziej dostępne dla szerszej publiczności. Koncert w Pardon To Tu, które jest stołecznym salonem muzyki improwizowanej, stanowił pierwszą z rezydencji WIO poza – w ostatnich miesiącach – praskim matecznikiem. Oprócz kilkunastu muzyków na scenie pojawił się również Chór Eksperymentalny, a całość została zamknięta w dwóch, mocno kontrastujących setach.

Rozdział I

WIO2

Podczas części pierwszej wystąpiło „zaledwie” ośmiu muzyków pod precyzyjną dyrygenturą Raya Dickaty’ego. Koncert otworzyła delikatna noise’owa elektronika Łukasza Kacperczyka, do której po chwili dołączyła na wokalu Hania Piosik. I tak jak elektronika w dalszej części schowała się nieco na plan dalszy (trochę ku mojemu rozczarowaniu), tak wokal przez cały set był jednym z głównych, dominujących pierwiastków w tej odsłonie Orkiestry. Muszę przyznać, że odrobinę zaskoczyła mnie strategia jaką obrał Ray Dickaty. Muzyk postanowił nie eksploatować potencjału dużego składu w celu tworzenia spektakularnych, głośnych kulminacji, a bardziej skupił się na tworzeniu bardzo uporządkowanej narracji, konsekwentnie wprowadzając i wygaszając kolejne instrumenty. Muzycy zestawiani byli ze sobą najczęściej w duety – wokalistce akompaniowała na flecie Daria Wolicka, z Natanem Kryszkiem na saksofonie w dialog wchodził bardziej sonorystyczny, pozytywnie piskliwy klarnecista Piotr Mełech. Sekcja smyczkowa z Ksawerym Wójcińskim i Mikołajem Pałoszem była bardziej ograniczona do roli tła. Mocna i głośna perkusja Dominika Mokrzewskiego pojawiała się w wybranych momentach i również poddana była arbitralnej dyscyplinie, jaką narzucał na muzyków Dickaty. Brytyjski saksofonista eksperymentował z aranżacją, testując różne konfiguracje instrumentalne i budując dość intensywny klimat, który jednak ani razu nie został doprowadzony do pełnej eksplozji, pozostał w napięciu i zawieszeniu do samego końca. W kontekście kolejnego setu podobne niedopowiedzenie zafunkcjonowało interesująco, choć mogło budzić lekki niedosyt u słuchaczy spodziewających się potężnego, orkiestrowego brzmienia. W zamian Dickaty zaproponował publiczności mocno zniuansowany, subtelny i wyciszony instant-composing.

——————————————————————————————————

Rozdział II

WIO1

Miałem wątpliwości czy scena Pardonu pomieści 21 muzyków, ostatecznie jakimś cudem się to udało. Mistrzem ceremonii drugiego setu był Dominik Strycharski, muzyk, który potwierdził już w tym roku osobowość urodzonego lidera nagrywając w septecie, jako Pulsarus „Bee Itch”, album pełen monumentalnych i bogatych aranżacyjnie kompozycji. W związku z tym nie było dla mnie dużym zaskoczeniem, że Strycharski znakomicie odnalazł się w roli dyrygenta. Sam skład Orkiestry został nieco zmodyfikowany i rozszerzony do 11 muzyków – dołączyły 2 trąbki, 3 saksofony, skrzypce i gitara basowa, natomiast odpadł wokal, flet i elektronika. Tak jak pierwszy set był stosunkowo spokojnym i różnorodnym budowaniem wypowiedzi, tak druga część wieczoru stanowiła instrumentalno-wokalne trzęsienie ziemi pełne nagłych wybuchów kolektywnej energii. Strycharski postawił na brzmienie potężne i pulsujący groove generowany w mniejszych podgrupach. Wyciszenia stanowiły jedynie pretekst dla przesileń, kompulsywnych, głośnych spięć. Poszczególne sekcje płynnie się przeplatały w improwizacjach, a bigbandową, jazzową konwencję całości ciekawie przełamywały wokalne eksperymenty chóru, nadając występowi nieoczywisty i nieprzewidywalny charakter, niekiedy przynoszący skojarzenia z Fire! Orchestra. Warto podkreślić, że z wyjątkiem elektrycznej gitary basowej Jacka Mazurkiewicza brzmienie Orkiestry było właściwie pozbawione asysty energii elektrycznej. Muzyk w drugiej części występu podbudował całość charakterystycznym riffem, na którego kanwie (i mocnym perkusyjnym bicie) toczyły się dalsze improwizacje. Bardzo dobrze wypadły przekrzykujące się dęciaki – intensywna, świdrująca trąbka Redy Haddada, ciekawie kontrastowała z trochę bardziej delikatnym i rozkołysanym brzmieniem Olgierda Dokalskiego. Trębaczy bardzo dobrze podkręcał przeszywający klarnet Piotra Mełecha. Strycharski „uruchamiał” poszczególnych muzyków z zawrotną prędkością, testując ich refleks i zdolności natychmiastowego ustosunkowania się do wcześniejszych partii – było to szczególnie wyraźne w dialogach saksofonów (trzech tenorów i głębokiego barytonu Kryszka), ale nie tylko (np. smyczkowce – chór). Właściwie cały występ miał charakter ćwiczenia na szybkość i kreatywnośc reagowania, co często popychało narrację na zupełnie nowe tory. Pasjonujące, porywające widowisko.

Wieczór pokazał dwa odmienne oblicza Warsaw Improvisers Orchestra. Jednocześnie były to wizerunki jedne z wielu, ponieważ przez skład kolektywu rotacyjnie przetacza się właściwie drugie tyle muzyków (o ile nie więcej). Część z nich przyszła do klubu w charakterze widzów. Nie wiem czy Pardon To Tu mogło wybrać na zakończenie sezonu koncertowego bardziej pełnokrwiste, a zarazem lokalnie zakorzenione zwieńczenie. Warszawska scena pokazała moc. Jeśli chcieć szukać polskiego odpowiednika kultowego AACM, to chyba właśnie WIO ze swoją egalitarną formułą byłoby mu najbliższe. Ale chyba nie ma sensu na siłę tworzyć analogii – Orkiestra powołana przez Raya Dickaty’ego ma swoją własną specyfikę i autonomiczny charakter. I fajny skrót. A ja chyba jeszcze nigdy nie miałem w tagach pod wpisem aż tylu nazwisk…

Krzysztof Wójcik (((ii)))