Lado na Wsi #3: Cierliński – Szamburski – Domagalski // Jurkiewicz – Kozieł

Jak mawiają do trzech razy sztuka… W końcu udało mi się dotrzeć na trzecią odsłonę nowego, plenerowego cyklu koncertowego, organizowanego przez muzyków Lado ABC na warszawskim Jazdowie w każdą środę. Występy w założeniu zwięzłe i kameralne odbywają się pośród trawy i listowia, w świetle dogasającego słońca, a w późniejszej kolejności przy świecach/lampionach. Cóż, dawno nie słuchałem muzyki w tak pięknych, spokojnych i klimatycznych okolicznościach.

To, że jeszcze jakiś czas temu osiedle domków fińskich na tyłach parku Ujazdowskiego chciano usunąć ze względu na ich „niereprezentatywny charakter” poczytuję za skandal (swoją droga doskonale wpisujący się w poronioną stołeczną politykę urbanistyczną). Zniszczenie tak unikalnego kawałka miasta – niemalże wiejskiej, sielskiej i zacisznej enklawy w centrum dużej europejskiej stolicy – byłoby zbrodnią niewybaczalną. Osiedle Jazdów to miejsce wyjątkowe na mapie Warszawy, z którego miasto powinno być dumne. Koncerty organizowane pod adresem Jazdów 7/14, to jedna z wielu inicjatyw kulturalnych, które w ostatnim czasie znalazły wśród fińskich domków bezpieczną przystań – miejmy nadzieję na jak najdłużej.

Maciej Cierliński & Paweł Szamburski

Wieczór rozpoczął występ duetu Pawła Szamburskiego (klarnet) i Macieja Cierlińskiego (lira korbowa). Koncert opierał się o ludowe melodie, które muzycy kreatywnie i luźno reinterpretowali. Połączenie klarnetu i liry korbowej okazało się doskonałym posunięciem. Dronowe, nieco bzyczące brzmienie, dźwięki jednostajne i transowe wydawane przez lirę, stanowiły gęste, niebanalne tło dla meandrycznych i skupionych solówek klarnetowych. Panowie świetnie kontrolowali dramaturgię występu, kolejne jego części rozwijali w sposób sprzyjający pełnemu „wejściu”, zaangażowaniu się w graną muzykę, której charakter dodatkowo podkreślił (i podkręcił) wiejski, naturalny kontekst miejsca.

W drugiej części dołączył do duetu Piotr Domagalski (najpierw na barabanie, później na kontrabasie). Tak poszerzony skład zyskiwał dodatkowe możliwości brzmieniowe. Domagalski, grając smyczkiem stabilne, powolne frazy, odciążył nieco lirę Cierlińskiego, który mógł dzięki temu wchodzić w bardziej zniuansowane dialogi z Szamburskim. Całość zyskiwała momentami bliskowschodniego, mistycznego wymiaru. A może po prostu polska muzyka folkowa ma w sobie ten nieuchwytny transowy, bliskowschodni pierwiastek? Trio na koniec zagrało ciekawą wersję kujawiaka, wtłaczając w starą, ludową formę muzyczną nowe życie. Fantastyczny koncert, właściwie bez słabych punktów. Mógłby być spokojnie nagrany i wydany. Chociaż oczywiście na żywo taka muzyka sprawdza się najlepiej. Chętnie zobaczył/usłyszałbym ten skład ponownie.

Anna Jurkiewicz & Olga Kozieł

W ogóle nie wiedziałem czego się spodziewać po kolejnym występie duetu wokalnego Sekunda Mała (Anna Jurkiewicz i Olga Kozieł). I bardzo lubię tego typu niespodzianki. Artystki zaśpiewały dwu i jednogłosowe bałkańskie pieśni ludowe, wykonały je pośród publiczności zgromadzonej na działce, w pełnej ciszy, przy świetle lampionów, bez akompaniamentu. Śpiewały unisono, białym głosem, z tymi wszystkimi niewielkimi acz znaczącymi odchyleniami, dzięki którym całość brzmi tak niesamowicie, pierwotnie, mocno. Występ trwał nie dłużej jak pół godziny, ale wywarł na mnie potężne wrażenie. W dodatku doskonale dopełnił pierwszą, instrumentalną część wieczoru. Na sam koniec zagrał jeszcze Dj Lenar, ale już niestety musiałem się zbierać.

W plenerze, jak wiadomo, atmosfera to czynnik arcyważny. Na Jazdowie jest swobodnie, spokojnie i sielsko. Nawet gdy w pewnym momencie programowo kameralne koncerty przyciągnęły grubo ponad 100-osobowe audytorium. Magnes: klimat wiejski, świetni artyści i rodzaj muzycznej chłopomanii.

Pamiętajcie więc o wakacyjnych środach na Jazdowie 7/14. Już w najbliższą (27.07) wystąpią: Joanna Halszka Sokołowska, Bartek Tyciński, Hubert Zemler, Dj Lenar.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Płyty w roku 2015 (PL) – czyli „Ce ne sont pas le classement”

Płyty w roku 2015

3… 2…

1…

0!

Płytą roku 2015 jest…

Poniżej rozpościera się zestaw 20 polskich albumów, wydanych na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy, które z rozmaitych względów postanowiłem tutaj umieścić. Dlaczego? Bo są najlepsze? Najciekawsze? Najbardziej oryginalne? A może są najgorsze? Wołają o pomstę do nieba? Tajemnica. Ewentualna hierarchiczność zatarta układem A-Z. Większości z płyt/kaset można posłuchać, klikając „słuchaj”. Do wielu można przeczytać moje recenzje, klikając „czytaj”. Oprócz tego pod każdą pozycją zamieściłem krótki komentarz, czasami wyłuskany z istniejących już tekstów.

Z pewnością lista z czasem się wydłuży/skurczy, bo muzyka generalnie dzieje się w czasie i też czas ją weryfikuje. Na pewno niektóre ciekawostki mi umknęły… Ale tu nie będę już nic zmieniał, oto stan na 31 grudnia 2015.

W kontekście rozmaitych podsumowań i rankingów (to nie jest ranking!) przypomnę wniosek sprzed roku: (rankingi to…) „…brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne.”

Alfabetycznie:

Alameda 5 – „Duch Tornada” (wyd. Instant Classic) ->słuchaj ->czytaj

Alameda 5 - Duch Tornada

„Duch Tornada” to album epicki, o świetnym wyczuciu proporcji i w moim odczuciu szczytowe osiągnięcie artystów działających pod szyldem Milieu L’Acéphale. Płyta-kalejdoskop, która potrafi przenieść słuchacza w inny wymiar. A właściwie wymiary, bo czaruje koherentną różnorodnością, klimatem i wyobraźnią na każdym kroku.

Heroiny – „Ahh-Ohh” (wyd. DUNNO Recordings) ->słuchaj ->czytaj

Heroiny - ACH-OCH

Album stanowi  dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Piotra Kurka, a przy okazji jest chyba najbardziej „przebojowym” materiałem w karierze muzyka. Wyjątkowo charakterystyczne brzmienie artysty zostało tutaj poszerzone o nowe wątki, eksperymenty unikają przefajnowania, a całość zachowuje formę zwięzłą i spójną. Kolejny mocny punkt w arcyciekawej dyskografii.

Wojciech Jachna / Ksawery Wójciński – „Night Talks” (wyd. Fundacja Słuchaj) ->słuchaj ->czytaj

Jachna&Wójciński - Night Talks

Wojciech Jachna i Ksawery Wójciński  na „Night Talks” szanują ciszę, unikają tak częstego w jazzie przegadania, a jednocześnie ich wypowiedź pozostaje swobodna i pełna wyobraźni. Słychać to w transowych, mięsistych partiach kontrabasu, w trąbce kreatywnej, lecz zarazem subtelnej i oszczędnej. Muzykom udało się wykreować wyjątkową aurę napięcia i melancholii, której ciężko się oprzeć.

kIRk – „III” (wyd. Asfalt Records) ->słuchaj ->czytaj

kIRk - III

Płynna konstrukcja „III” sprawia, że jest to, jak dotąd, materiał najbardziej przypominający koncertową odsłonę zespołu, a ta – nieodmiennie – fascynuje brzmieniem gęstym i transowym, przecinanym świdrującą trąbką, zaplątaną w bity i pętle. Album znakomicie funkcjonuje jako całość, jest esencjonalny, a jednocześnie stanowi intrygującą zapowiedź nowego rozdziału w historii kIRk.

Księżyc – „Rabbit Eclipse” (wyd. Penultimate Press) ->słuchaj

Księżyc-Rabbit-Eclipse

„Rabbit Eclipse” brzmi jak naturalna konsekwencja i dopełnienie wydanego niespełna 20 lat temu znakomitego debiutu. Płyta poza czasem, klimat nie do podrobienia. 40 minut niesamowitości.

Kolega Doriana – „Kolega Doriana” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Kolega Doriana

Płyta odważna, estetycznie konsekwentna, wykorzystująca strategię „mniej znaczy więcej”. Album jest precyzyjnie poukładany z rozmaitych sonicznych osobliwości, trio umiejętnie operuje detalem, kontrastami ciszy i hałasu. Rzecz bardzo procesualna i wymagająca skupienia. Niewiele polskich składów improwizuje w tak oryginalny sposób.

Marcin Masecki – „Mazurki” (wyd. For Tune) ->słuchaj ->czytaj

Mazurki - Marcin Masecki

„Mazurki” brzmią jak muzyczny autoportret Marcina Maseckiego. Pomysł goni pomysł, a forma mazurka jest jedynie pretekstem do eksperymentów i doświadczeń na „żywym” i elektrycznym instrumencie. Całość zachowuje surowy, wyjątkowo hermetyczny charakter. Podstawą jest tutaj niepewność kształtu każdego kolejnego taktu i ciężko oprzeć się wrażeniu, że w „Mazurkach” jest potencjalny margines na każdego rodzaju dźwięk klawiszy pianina, który nagle, nieoczekiwanie, zyskuje spójność i własne miejsce w układance.

Jerzy Mazzoll & Micromelancolié – „MAZZMELANCOLIÉ” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj

Mazzmelancolie

Obok płyty nagranej w duecie z Tomaszem Sroczyńskim jest to bodaj najciekawsze wydawnictwo Jerzego Mazzolla po powrocie artysty do regularnego publikowania. Trochę szkoda, że kaseta zawiera jedynie dźwięki z recyklingu, z archiwów, niemniej efekt finalny budzi respekt. „Mazzmelancolie” jest pozycją oryginalną, usytuowaną na pograniczu kilku estetyk, odważną i zaskakującą, a jednocześnie komunikatywną, o wciągającej, słuchowiskowej narracji.

Mirt – „Vanishing Land” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Mirt - Vanishing Land

Tytuł adekwatny do zawartości. Kontakt z „Vanishing Land” to jak wyprawa na terra incognita. Nagrania terenowe, ambientowe plamy, mnóstwo detali, brzmienie analogowego sprzętu. Całość ma charakter wyjątkowo spójny, płynny, a jednocześnie nieprzewidywalny. Trochę retro, trochę futuro. Prawdziwa przygoda dla ucha.

Nagrobki – „Stan Prac” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Nagrobki - Stan Prac

Oryginalny koncept i finezyjna prostota. „Stan Prac” to płyta inteligentna, przewrotna i zrealizowana brawurowo od początku do końca, zarówno pod względem tekstów, jak i muzyki – the whole package. Obok duetu pojawiają się znakomici goście (Mikołaj Trzaska, Michał Bunio Skrok, Piotr Pawlak, Olo Walicki, Tomasz Ziętek), którzy wyciągają całość na jeszcze wyższy level. Obok Synów i Ukrytych Zalet Systemu moja ulubiona płyta tego roku w kategorii „piosenka polska”.

Paper Cuts – „Divorce Material” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj ->czytaj

Paper Cuts - Divorce Material

Świetnie rozwijający się materiał, wciąga, czaruje drobnostkami i wielkim wyczuciem brzmienia. Każdy utwór to odrębna historia zasadzona na ciekawym pomyśle. Gra w częściach, gra w całości. Kaseta ma własny, wciągający, mocno surrealistyczny klimat i  jest jak dotąd najbardziej kompletnym owocem współpracy Łukasza Kacperczyka (syntezator modularny) i Wojciecha Kurka (perkusja).

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes. African Mystic Music” (wyd. Bołt Records) ->słuchaj ->czytaj

Raphael Rogiński - Coltrane

Główną zaletą tego wydawnictwa jest powściągliwa wirtuozeria Rogińskiego, pełna wyczucia i wrażliwości na najbardziej ulotne brzmieniowe detale, często właśnie nimi operująca. Płyta jest niezwykle udaną odpowiedzią na pytanie jak w kreatywny sposób oddać hołd muzyce o statusie ikonicznym. Właśnie tego typu interpretacje udowadniają, że dziedzictwo Coltrane’a nie musi być spetryfikowane w standardach i leżeć na zakurzonym postumencie zatytułowanym „klasyka jazzu”.

Jacek Sienkiewicz – Drifting (wyd. Recognition) ->słuchaj

Sienkiewicz - Drifting

Po włożeniu na uszy słuchawek, dobry album techno powinien podporządkowywać strukturze dolatującego do świadomości bitu całą otaczającą rzeczywistość. Powinien wciągać. A od Drifting” naprawdę ciężko się oderwać. Oprócz tego warto sprawdzić bardziej abstrakcyjny „Instynkt” ->słuchaj.

Slalom – „Wunderkamera” (wyd. Lado ABC) ->słuchaj ->czytaj

Slalom - Wunderkamera

„Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Tytuł odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest tutaj nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny. Eksperymenty nie podważają w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru.

SYNY – „Orient” (wyd. Latarnia Records) ->słuchaj ->czytaj

SYNY - Orient

Wielką siłą tego albumu jest stylistyczna spójność, wyjątkowy klimat, a także otwarte, eksperymentalne podejście do hip-hopowej formy. Orient wciąga od „Intro” aż po zamykające zestaw 20 kawałków „Świnoujście”, jest interesujący jako twór muzyczno-literacki. Synom już na wysokości debiutu udało się osiągnąć oryginalne, własne brzmienie, stanowiące ciekawą wypadkową dotychczasowej działalności Piernikowskiego i Jankowiaka – wypadkową, która przynosi de facto nową jakość.

Kamil Szuszkiewicz – „Istina” / „Robot Czarek” (wyd. Wounded Knife / Bołt Records) ->słuchaj1 ->słuchaj2

Kamil Szuszkiewicz - IstinaKamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

Kamil Szuszkiewicz na „Istinie” i „Robocie Czarku” jawi się jako wyjątkowo radykalny i konsekwentny eksperymentator. Obie kasety rządzą się własnymi prawami, porażają oryginalnym konceptem i bezkompromisowością, ale co najważniejsze intrygują. Warto zadać sobie trud, aby wejść głębiej w te nieszablonowe wydawnictwa, które śmiało można określić jedynymi w swoim rodzaju. Warto też sprawdzić minialbum kwartetu Zebry A Mit ->słuchaj.

T’ien Lai – „RHTHM” (wyd. Monotype Records) ->słuchaj

T'ien Lai - RHTHM

Redefinicja brzmienia T’ien Lai, postawienie na motorykę i techno bit, okazała się strzałem w dziesiątkę. Na „RHTHM” obok tytułowego rytmu znajdują się gigantyczne pokłady psychodelii, dzięki czemu seans z albumem należy do wyjątkowych doświadczeń. Niespodzianki kryją się niemal w każdej minucie albumu.

Ukryte Zalety Systemu – „Ukryte Zalety Systemu” (wyd. Antena Krzyku) ->słuchaj

Ukryte Zalety Systemu

UZS udało się stworzyć system z wieloma ukrytymi zaletami. Teksty zaangażowane, a niebanalne, wręcz uniwersalne. Muzyka prosta, lecz charakterystyczna i intrygująca jak diabli. Koncept. Energia. Zwięzłość. Prostota. Oryginalność. Siła rażenia porównywalna z pierwszymi dwoma albumami Republiki.

X:Navi-Et – „Vox Paradox” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj 

XNaviEt - Vox Paradox

„Vox Paradox” to muzyka grozy, dobry bad trip z jednym reżyserem. Siłą tej kasety jest jej konstrukcja, układ, dramaturgia. Każdy utwór intryguje niepokojącym klimatem, złożonością użytych środków, a także dużym wyczuciem w ich dystrybuowaniu. Słychać tutaj jak duży wkład ma Rafał Iwański w brzmienie duetu Kapital. Jeśli komuś podobała się płyta „Chaos to Chaos” (->słuchaj), to po bardziej surowe „Vox Paradox” powinien sięgnąć niezwłocznie.

Evan Ziporyn / Wacław Zimpel / Hubert Zemler / Gyan Riley – „Green Light” (wyd. Multikulti) ->słuchaj

Ziporyn, Zimpel, Zemler Riley - Green Light

Znakomici muzycy zagraniczni + znakomici muzycy polscy = bardzo dobry wspólny album z dużą ilością niespodzianek. Płyta na pograniczu etno, minimalizmu, improwizacji i kompozycji, nagrana z naprawdę dużą wyobraźnią. Aż ciężko uwierzyć, że wszystkie dźwięki powstały bez użycia elektroniki. Muzyka na „Green Light” koi i uwodzi, unikając zarazem łatwych rozwiązań.

—————————————————————–

Dziękuję za uwagę w roku (już) ubiegłym i zakończę po szekspirowsku – reszta jest słuchaniem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Der Father w Dziku

Der Father_1

Wstęp

Warunki atmosferyczne tego wieczoru nie były po stronie Der Father. Przeprawa przez pół miasta w jak dotąd najgorszej aurze ad 2015 wymagała ode mnie nie lada determinacji. Niemniej zeszłoroczny koncert formacji przy okazji Lado w mieście zrobił na mnie na tyle dobre wrażenie (klik), że postanowiłem stawić czoło pogodowym przeciwnościom losu… Wartością dodaną wieczoru było samo miejsce, ponieważ był to mój „pierwszy raz w Dziku”, który na początek roku przygotował bardzo solidny program artystyczny.

Zacznijmy zatem od klubu. Dzik w pierwszej chwili zaskakuje swoją quasi-mieszkaniową strukturą, z wyraźnie zarysowanym holem, okazałym, widnym salonem, przestrzenią barowo-kuchenną i licznymi zakamarkami, w których można zaznać komfortu względnej intymności. Całość spowija stylistyka retro, w rodzaju PRL-owskiego glamour lat 50-60. W sali „bawialnej” na ścianie przeciwległej do sceny nieustannie wyświetlane były widoczki przypominające egzotyczne fototapety, słowem – drobina lata w środku mitycznej, mroźnej środkowo-europejskiej zimy. Przy okazji piękny kontrast dla old schoolowego wystroju.

Sokołowska_Pigoński

Rozwinięcie

Zespół wystąpił w Dziku w otoczeniu żywych kwiatów doniczkowych, a dookoła unosił się zapach indyjskich kadzidełek – taki rajski anturaż nadawał sytuacji ciekawy, surrealistyczny pierwiastek. Koncerty Der Father to w dużej mierze warstwa wizualna, pełna glamowego blichtru, kreacji scenicznej, wchodzenia w rolę „gwiazd estrady” i magnetycznego performowania. Gra konwencją nie kończy się jedynie na poziomie wizerunku, a sięga głębiej, do samej muzyki. Owej gry nie należy jednak absolutnie utożsamiać z trywializacją własnego podejścia do twórczości. „Przymrużenie oka” u Der Father jest bardzo inteligentne i estetycznie konsekwentne. W tekstach zespołu można odnaleźć bezpośrednie cytaty z Elvisa Prasleya, Johna Lennona, Velvet Underground, ale też np. obszerny passus z Rihianny (który swoją drogą pasuje jak ulał). Kto wie co jeszcze… Warszawski kwartet wciąga tego rodzaju gwiezdny pył popkulturowy by przekuć go w muzykę suwerenną, szalenie charakterystyczną, spójną, a zarazem nieprzewidywalną – artyści, jak powiedziałby sportowy komentator, formują „monolyt”. A rozbijając go na cząstki… Niesłychana charyzma sceniczna w połączeniu z operowymi wręcz warunkami głosu i nieokiełznaną ekspresją czynią z Joanny Halszki Sokołowskiej frontmenkę idealną. I tutaj znów warto wrócić do tekstów, które całościowo stanowią bardzo inteligentną mieszankę absurdalnych opowiastek, surrealistycznych wizji i kampowej zabawy kontekstami. Muzyka Der Father podchodzi bardzo liberalnie do stylistyk, jest równie postmodernistyczna w wyrazie i formie, która zwykle ma niewiele wspólnego z konwencjonalną strukturą kompozycji popowej. Dodanie do składu drugiej gitary, w osobie Bartka Tycińskiego, tylko pozornie kieruje muzykę zespołu na tory bardziej punkowo jazgotliwe (chociaż one też się pojawiają). Tyciński bardzo fajnie wzbogaca brzmienie Der Father, a zarazem nie stawia przy tym stempla „muzyka gitarowa”, co jest zasługą instrumentalnej wyobraźni i stylu muzyka. W dalszym ciągu brzmieniowa differentia specifica formacji to relacja elektroniki i keyboardu Daniela Pigońskiego z naspeedowaną, motoryczną perkusją Jerzego Rogiewicza, dla których gitary Sokołowskiej i Tycińskiego stanowią dobry riffowy kontrapunkt. Słuchając koncertu w Dziku przyszła mi na myśl znakomita płyta „The Idiot”, na której Iggy Pop (przy dużej pomocy Davida Bowie) ominął punk rocka, przechodząc od proto punka wprost w objęcia awangardy New wave’u, antycypując post punk lat 80. Z tym, że Sokołowska na koncertach nie tarza się we szkle jak Iggy, tylko odpala kadzidełka, uderza we własny talerz, ewentualnie zmienia outfit – notabene podczas znakomitego, transowego utworu „Stronger fit”. Der Father mają według mnie „the strongest fit” od czasów Paristetris – na pewno w kategorii oryginalnego zmysłu songwriterskiego, odważnych aranżacji i koncertowego magnetyzmu.

Der Father 2

Zakończenie

Pomijając wszystkie teoretyczne rozkminki występ w Dziku był przede wszystkim bardzo intensywnym, elektryzującym doświadczeniem, świetną zabawą na wysokim poziomie, podczas której „nie ma miejsca na nudę :)”. Zespół zagrał cały materiał z zeszłorocznej, znakomitej płyty „Wake Up”, zachowując właściwie tracklistę 1 do 1. Program spięło energetyczne intro – klaskane, bluesowe (zdaje się, że cover?) i bis ze świetnym płynnym przejściem od elektronicznego techno bitu do transowego finału gitarowo-perkusyjnego. Podobnie porywający koncert utrzymany w piosenkowej konwencji oglądałem chyba właśnie na zeszłorocznym Lado w mieście i był to zespół o znajomo brzmiącej nazwie Der Father. Wniosek? Klasa sama w sobie. Bardzo udany wieczór – poczułem karnawał!

PS: A propos sceny – czy tylko ja odnoszę wrażenie, że Juka to najpopularniejszy kwiat w polskich mieszkaniach lat 90.?

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Muzyczne podsumowanie a.d.2014, którego miało nie być

20141231_122904

0.1: Kluby, koncerty

Z perspektywy Rady Instytutu Improwizacji scena warszawska ulokowana jest najbliżej serca. W ostatnich miesiącach zaszło kilka ciekawych fluktuacji w tej materii. W pierwszej połowie roku zamknęło się niezwykle zasłużone Powiększenie, czy aspirujące do ciekawej, kameralnej przestrzeni koncertowej Nie Zawsze Musi Być Chaos, również Kosmos Kosmos, co prawda w ostatnich miesiącach działania świecący pustkami, lecz niekiedy pozytywnie zaskakujący. Cafe Kulturalna dość mocno wyhamowała i organizując koncerty jedynie od czasu do czasu… Niepodważalną dominację Pardon To Tu balansowała jedynie przez około dwa miesiące jubileuszowa edycja LADO w mieście. I gdy koniec lata nie zapowiadał optymistycznej koncertowej jesieni, nagle w stołecznym pejzażu pojawiły się takie miejsca jak Mózg Powszechny i Dwa Osiem.

Pierwszy klub to warszawska filia bydgoskiego, kultowego, dwudziestoletniego już matecznika, która zaatakowała lokalną scenę bogatym i ambitnym programem artystycznym. Warszawa zyskała swoją muzyczną Małą Bydgoszcz, czyli namiastkę miasta nazywanego Małym Berlinem, czy nawet Polskim Amsterdamem… Zatem nie jest źle. Udało mi się do tej pory uczestniczyć w kilku wydarzeniach warszawskiego Mózgu i mam dojmujące przekonanie, że takie miejsce jest w Warszawie potrzebne. Nawet jeśli klub w dalszym ciągu dopiero aklimatyzuje się w stołecznej tkance muzycznej, to jestem przekonany, że już niedługo za sprawą konsekwentnego programu wykształci własną publiczność.

Drugie miejsce, rzut beretem od Mózgu, ulokowane przy Zamoyskiego 26a, to feniks z popiołów po Powiększeniu. Dwa Osiem pod koniec roku zgotowało warszawskiej publiczności mocarny program goszcząc m.in. Ściankę, Kristen, czy The Kurws oraz udzielając przestrzeni pod wyjątkowy festiwal Playback Play. Bliskie sąsiedztwo Mózgu, czyni z okolicy silne „zagłębie klubowe”, z którym równać się może chyba jedynie kumulacja miejsc przy ulicy 11 Listopada.

Chmury w 2014 roku zapamiętam przede wszystkim jako scenę otwartą na młodych warszawskich improwizatorów, a to za sprawą działalności Warsaw Improvisers Orchestra, inicjatywy, która spektakularnie zakończyła rok na deskach Pardon To Tu. Natomiast w Hydrozagadce miałem okazję zobaczyć znakomity koncert Innercity Ensemble, zespołu, który chyba najczęściej gości w końcoworocznych muzycznych podsumowaniach (i to nie tylko w Polsce).

O Pardon To Tu w tym roku pisałem zdecydowanie najczęściej, ponieważ program właśnie tego klubu z największą regularnością wabił mnie w swe progi. Fenomen miejsca przy pl. Grzybowskim zauważają już najbardziej prominentni muzycy światowej sceny impro – Vandermark, Gustafsson, Brötzmann, Mazurek, McPhee, Ribot, Evans… Lista jest naprawdę bardzo długa. Dziś występowanie w Pardon To Tu to zaszczyt, prestiż, a zarazem sytuacja wymagająca, ponieważ klub doczekał się własnej publiczności, która nie jedno już uchem łapała. Obok ściągania gwiazd zagranicznych, niekiedy grających w ogóle po raz pierwszy w naszym kraju, klub nie zapomina o scenie lokalnej i najciekawszych polskich projektach. Trzy koncerty (spośród całej masy bardzo dobrych), które zapamiętałem jako te szczególne: Peter Evans solo, Colin Stetson i trio Trzaska/Harnik/Brandlmayr.

Po lewej stronie Wisły nie można też zapomnieć o Eufemii, gdzie w kameralnej atmosferze prezentowane są niekiedy rzeczy absolutnie zjawiskowe – dla mnie takimi koncertami były występy Pola, The Kurws i Jacka Mazurkiewicza. Klub ponadto otwarty jest na jedną z ciekawszych warszawskich inicjatyw muzycznych, czyli na Impro-mitingi, swoistą kuźnię talentów i warsztat pracy dla wielu interesujących, choć często (jak dotąd) mniej znanych artystów. Podobne funkcje, choć w inny sposób spełnia Warsaw Improvisers Orchestra.

Z rzadka koncertami przyciągała niestety Cafe Kulturalna (po prostu było ich mało, nie licząc Lado w mieście). Mam nadzieję, że klub zwiększy aktywność, bo na przykład taka Ścianka kapitalnie wypadła w stylowym wnętrzu z zeszłej epoki.

Jeśli rok 2015 utrzyma klubowe status quo z grudnia 2014, to nie będę narzekał, ale niewykluczone, że za rok o tej porze rozkład kart będzie zupełnie inny. Chociaż gwiazdy zapowiadają bardziej drastyczne zmiany dopiero gdy Księżyc wejdzie w Raka, a nad Ziemią w koniunkcji z Saturnem przeleci kometa… Jednym słowem w warszawskiej klubosferze nic nie jest pewne i lepiej chodzić na koncerty póki jeszcze są ludzie, którzy mają zapał, pomysły i energię do ich organizacji. Szczęśliwie jest ich w Warszawie jeszcze trochę.

0.2: Płyty polskie

20141231_124404

O płytach piszę regularnie na PopUpMusic, portalu który cenię między innymi za to, że nie przypisuje krążkom cyferek, gwiazdek, czy uśmiechniętych słoneczek, finalnie zwalniających odbiorcę od wchodzenia w recenzenckie meandry, a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Ale wpisując się już w konwencję podsumowań… To był udany rok dla polskiej muzyki niezależnej i wiele płyt mnie zaintrygowało. Oto wierzchołek pagórka, ale płaski, bez podium, kolejność absolutnie przypadkowa:

Pole – „Radom” (dźwięk)

Pole - Radom

Msza Święta w Altonie – „Bezkrólewie” (dźwięk)

MŚWA - Bezkrólewie

The Kurws – „Wszystko Co Stałe Rozpływa Się W Powietrzu” (dźwięk)

The Kurws - Wszystko co stałe...

Sroczyński/Pospieszalski – „Bareness” (dźwięk)

Sroczyski_Pospieszalski - Bareness

Der Father – „Wake Up” (dźwięk)

Der Father - Wake Up

Innercity Ensemble – „II” (dźwięk)

Innercity Ensemble - II

Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves” (dźwięk)

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Lotto – „Ask The Dust” (dźwięk)

LOTTO - Ask The Dust

3FoNIA – „Chosen Poems” (dźwięk)

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers(dźwięk)

Trzaska-Mazur-Pandi_Tar&Feathers

Scott Stain – „Catnip” (dźwięk)

Scott Stain - Catnip

—————

Post scriptum:

Jacaszek & Kwartludium – „Catalogue des Arbres” (dźwięk)

Jacaszek

—————–

[linki pod płytami prowadzą do recenzji, które już popełniłem; część płyt bez linku doczeka się opracowania w najbliższym miesiącu]

Wielu rzeczy z tego roku jeszcze nie słuchałem, wiele też z pewnością umknęło mojej uwadze, ale tak czy inaczej powyższe pozycje mogę polecić z czystym sumieniem. Przyklejam znaczek jakości „Instytut Improwizacji highly recommend”.

0.3: Inne

-> Jak powszechnie jest głoszone, to był rok reaktywacji ogólnie pojętego dziennikarstwa muzycznego. Szczególnie w formie tradycyjnej, to znaczy papierowej. Bez wątpienia pozytywnym zjawiskiem jest powstanie takich periodyków jak M/I Magazyn, czy Noise Magazine. Oprócz tego swoją pracę zintensyfikowało Glissando, a przy okazji zaczęło systematycznie udostępniać za darmo w formie cyfrowej numery archiwalne, teksty zdecydowanie godne polecenia.

-> 10 lat istnienia świętowało Lado ABC organizując imponujący cykl letnich koncertów. Artyści związani z wytwórnią mieli z okazji jubileuszu możliwość zaprezentowania się w TVP Kultura i gdy wszystko zaczęło się rozkręcać wszedł Wodecki… To bez wątpienia jedna z silniejszych marek na polskiej scenie, co brzmiałoby banalnie gdyby nie płyty, które swą jakością potwierdzają wyjątkowy status Lado w pejzażu polskiej muzyki niezależnej.

-> Targi Wydawnictw Niezależnych Wytwórni

-> Na muzykę zaczynają otwierać się państwowe instytucje kultury. Wyróżnić można tutaj przede wszystkim CSW Zamek Ujazdowski (program Strefa, festiwal Ad Libitum, koncerty zewnętrzne jak np. Thurston Moore, organizowany z Powiększeniem), ale też Muzeum Sztuki Nowoczesnej z cyklem „Co słychać”, Zachętę z przeglądem artystów wizualnych tworzących ogólnie pojęte dźwięki. Również warto wyróżnić świeżo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, którego misję widziałbym w analizowaniu zjawiska jakim jest tzw. Nowa Muzyka Żydowska. W dalszym ciągu jednak muzea otwarte są głównie na sztukę wizualną, czym same sobie szkodzą. Wszak nie tylko „sound art” jest formą sztuki korzystającej z dźwięków, jakkolwiek artefakty z dopiskiem „art” lepiej się sprzedają i mają większy potencjał snobistyczny.

-> Dla mnie ten rok był też ważny z dość prozaicznego względu. Z początkiem maja powołałem do życia niniejszy Instytut Improwizacji (jedyny w Polsce!) i udało mi się dorzucić swoją garść kilkudziesięciu tekstów do garnuszka krytyki, skupiając się głównie na zjawiskach aktualnych i lokalnych. Korzystając z okazji dziękuję wszystkim czytelnikom za uwagę poświęconą niniejszemu adresowi.

Podsumowanie Podsumowania

20141103_140932

Ogólnie rzecz ujmując pisanie końcoworocznych muzycznych bilansów wydaje mi się czynnością dość groteskową, którą ciężko mi z perspektywy czytającego odbierać na poważnie, nie mówiąc już o sytuacji osoby piszącej. Dlatego tego wpisu właściwie miało nie być. Przykład myślenia dziecięcego: „a teraz uszereguję moje zabawki w kolejności od najukochańszej do najmniej ukochańszej, każda dostanie odpowiednią cyferkę i miejsce w szeregu, a te schowane do szafy będą płakać i tulić w rozpaczy pokiereszowane pluszowe serca”. Najbardziej brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne. Zapewne wiadomo o czym mowa, nawet bez Romana Ingardena (wspomniany onanizm przemyconej erudycji, czy zbłąkany osad nauki akademickiej?). Co by powiedział Roland Barthes? Subwersja, transgresja, wspólnoty interpretacyjne, dyskursy, dialektyka, post-pseudo-intelektualizm, frenetyczna hauntologia, nagrania terenowe, sound art., postmodernistyczny bricolage, ironiczna zabawa ironią, kasety, sonorystyka, fajerwerki!?

Ciekawą rzeczą byłaby meta-analiza różnych podsumowań. To dopiero pomysł na podsumowanie! Może w przyszłym roku…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Warszawa koncertowa-dwubrzegowa vol. 2.0

Czyli ciąg dalszy sążnistego wpisu vol. 1.0

 

Mikołaj Trzaska/Adam Witkowski w Muzeum Historii Żydów Polskich

20140904_174952

Wakacyjny cykl audiowizualny MHŻP „Kino_Muzyka_Lato” skupiający się na prezentacji przedwojennych niemych filmów z muzyką na żywo, był programem o tyle ciekawym, co fatalnie wypromowanym. Jakkolwiek wieczór z Mikołajem Trzaską i Adamem Witkowskim zebrał relatywnie spore grono odbiorców, tak na dwa tygodnie wcześniejszym występie Raphaela Rogińskiego muzeum wręcz świeciło pustkami. Szkoda, bo instytucja posiada audytorium o dobrej akustyce, a biletów na seanse nie zaliczyłbym do drogich. Nie w tym jednak rzecz.

Langfurtka – jak się okazało właśnie tak brzmi nazwa duetu – grała do filmu „Cud nad Wisłą” z 1921 roku, którego tematyka była o dziwo bardziej obyczajowa niż patriotyczna. Pomijając fakt, że film został zmontowany jedynie z ocalałych fragmentów taśmy, to fabuła obrazu była wręcz absurdalnie grubo ciosana, w związku z czym pozostawały jedynie walory czysto wizualne (ciekawe kadry, wczesne eksperymenty montażowe, różnice kolorystyczne wynikające z patchworkowego charakteru rekonstrukcji). Dużo obiecywałem sobie po tym seansie, zważywszy na jakość muzyki jaką Trzaska zrealizował do wielu projektów Wojciecha Smarzowskiego (z pewnością najmniej znany tytuł „Kuracja” – gorąco polecam!). Mając w pamięci doskonałe wykonanie „Róży” na OFF Festivalu spodziewałem się bardzo wiele i chyba zbyt wiele. Przede wszystkim zestawienie muzyków i filmu było zdecydowanie chybione – mam tu na myśli nieprzystające do siebie jakości muzyczne i wizualne. Brzmienie klarnetów i gitary elektrycznej samo w sobie tworzyło dość interesujący efekt (niekiedy zbliżony do ostatniej płyty Łoskotu), jednak muzykom ciężko było wpisać się w klimat filmu – właściwie najlepiej było zamknąć oczy. Warto podkreślić, że bez oprawy dźwiękowej Trzaski i Witkowskiego oglądanie „Cudu nad Wisłą” byłoby przeżyciem wręcz hardkorowym, nie na odwrót. Z obrazem najlepiej współgrały momenty muzyczne, w których słychać było tylko jeden z instrumentów. Gitara dość mocno przytłaczała brzmienie klarnetu i zbytnio dominowała nad całością, z kolei klarnet najlepiej wypadał w momentach niskich, intensywnych przesileń, a biorąc pod uwagę infantylizm i banał scenariusza podobne sekwencje nie zdarzały się za często. Myślę, że o wiele lepiej muzyka duetu wybrzmiałaby na przykład w asyście niemych dzieł niemieckiego ekspresjonizmu. W muzeum dysonans pomiędzy specyfiką wizji a fonii był zbyt wyraźny, a nijakość filmu brutalnie rzutowała na muzykę, która – siłą rzeczy – musiała odgrywać służalczą rolę wobec obrazu.

———————————————————————————————————————–

 

Tupika, Masecki/Moretti/Rogiński, Cukunft w Cafe Kulturalnej

Czyli przedostatni dzień tegorocznego cyklu Lado w mieście i występy składów w przeważającej mierze nieaktywnych już koncertowo i wydawniczo. Wieczór nabrał charakteru wspominkowego, nostalgicznego, jednak jeśli chodzi o poziom koncertów był to bodaj najbardziej wyrównany dzień spośród wszystkich „lad” jakie w tym roku widziałem.

20140827_221742

Koncerty zainaugurowała Tupika czyli trio Pawła Szamburskiego, Patryka Zakrockiego i Norberta Kubacza. Hipnotyczna, miarowa gra prostych partii kontrabasu była silnym kręgosłupem, na którym pląsały dość swobodnie klarnet i skrzypce, tworząc nastrojowe, senne dialogi z incydentalnymi żywszymi momentami. Współpraca na linii Zakrocki – Szamburski (czyli podzespołu Sza/Za) przebiegała bez zarzutu, muzycy doskonale wyczuwali swoje intencje, przy okazji czerpiąc z gry wyraźną frajdę. Solidny występ upstrzył bis, którego wysłuchałem z przyjemnością.

20140828_001016

W następnej kolejności zagrało supertrio Masecki/Moretti/Rogiński, które swego czasu nagrało spontaniczną koncertową płytę na Chłodnej 25. Jako że nie udało mi się wówczas zobaczyć składu na żywo, a o znakomitych występach tria od tamtego czasu zdążyła wręcz narosnąć miejska legenda, szykowałem się na coś specjalnego. Muzycy rozpoczęli koncert z bardzo dużą energią, która po sennej Tupice była mi tego dnia niezwykle potrzebna. Kąśliwa i kreatywna gitara Rogińskiego tworzyła znakomity drive, któremu towarzyszyło perkusyjne, mocne adhd Morettiego i dość ozdobnikowa, wręcz ascetyczna, lecz pewna gra Maseckiego na klawiszach. Nad wszystkim unosiła się nieco psychodeliczna aura lat 60., która jednak ewoluowała w przesilenia i momenty zdecydowanie współczesne, powiedzmy bardziej naspeedowane niż kwaśne. Występ pokazał, że to trio ma wielki potencjał, który zwyczajnie nie powinien zatrzymać się na albumie sprzed lat. Może przynajmniej jeszcze kilka koncertów?

20140828_003430

Cukunft wbrew moim oczekiwaniom zakończył wieczór występem bardzo energetycznym, czego nie sugerowałaby ostatnia melancholijna, solidna płyta „Wilde Blumen”. Prowadząca gitara Rogińskiego była solidnym, melodycznym fundamentem dla rozimprowizowanych klarnetów Szamburskiego i Michała Górczyńskiego, których widowiskowe, świdrujące dialogi były najbardziej charakterystycznym elementem koncertu. Występ, choć krótki, nadrabiał zwięzłość intensywnością przekazu. Szczerze mówiąc ta żwawa i głośna odsłona Cukunftu przypadła mi do gustu nawet bardziej niż wyciszone kompozycje z zeszłorocznego albumu – w każdym razie tego wieczoru miałem bardziej ochotę na klarnetowe szaleństwo. Dobrze się stało, że powyższe koncerty odbyły się w Cafe Kulturalnej, ponieważ ich charakter zdecydowanie lepiej pasował do przestrzeni zamkniętego klubu. Niestety na ostatni dzień Lada nie udało mi się dotrzeć, ponieważ wybrałem konkurencyjny event po prawej stronie Wisły…

——————————————————————————————————————————

 

Wojciech Jachna/Ksawery Wójciński + Susana Santos Silva/Torböjrn Zetterberg w Chmurach

20140829_215938

Dwa duety – jeden złożony z polskich uznanych i znanych mi muzyków, drugi portugalsko-szwedzki, przed rokiem wydany w prestiżowym lizbońskim Clean Feed. Wojciech Jachna jest chyba obecnie najbardziej aktywnym bydgoskim trębaczem, członkiem kolektywu Innercity Ensemble i połową duetu Jachna/Buhl (o którym już pisałem jakiś czas temu tutaj). Spotkanie Jachny z Ksawerym Wójcińskim, który szykuje się obecnie do wydania debiutanckiej solowej płyty i jest muzykiem wielu projektów, było ich pierwszym wspólnym graniem w duecie i na jednej scenie. Podobne sytuacje naznaczone są w równej mierze potencjałem co ryzykiem, jednak w tym wypadku więcej było słychać potencjału. Wójciński grając smyczkiem intensywne, wręcz drone’owe podkłady stwarzał bardzo dużo przestrzeni dla trąbki. Jachna kreślił raczej spokojne, choć meandryczne melodie, najciekawiej brzmiące z subtelnymi elektronicznymi pętlami. Set podzielony został na kilka odrębnych części, przypominających kompozycyjne szkice. Myślę, że ten projekt ma szansę rozwinąć się w ciekawą współpracę, szczególnie jeśli muzycy zaczną operować nieco bardziej radykalnymi środkami wyrazu. Te ostatnie były kanwą drugiej części wieczoru.

20140829_222718

Dość dużą egzotyką w perspektywie polskiej sceny jest kobieta grająca na trąbce. Osobiście nigdy nie widziałem na żywo tego instrumentu w damskich dłoniach. Swoboda i wyobraźnia z jaką Susana Santos Silva posługiwała się trąbką były naprawdę imponujące. Artystka dysponowała przeszywającym, świdrującym brzmieniem, a śmiałe sonorystyczne eksperymenty wydawały się bardzo samoświadome, dalekie od pustej popisówki. Podobnie kreatywne wykorzystanie tego „instrumentu dętego blaszanego” widziałem na koncercie Petera Evansa. Jest to granie bardzo nowoczesne, ekspresyjne, łamiące konwencjonalne brzmienie. Czasami podobne wyczyny sprawiają wrażenie przekombinowanych, jednak w grze Silvy i Torböjrna Zetterberga raczej tego nie wyczułem. Kontrabasista grając wedle podobnego stylistycznego klucza co trębaczka, w moim odbiorze był nieco mniej widowiskowy i jego gra schodziła trochę na dalszy plan, sama w sobie była też odrobinę mniej interesująca. Ciekaw jestem jak charakterystyczne brzmienie Silvy wypadłoby w towarzystwie kontrabasisty nieco bardziej stabilnego, wsłuchującego się nie tylko w swój instrument.

20140829_223709

Ogólnie rzecz biorąc pomysł zestawienia na jednej scenie dwóch duetów trąbka-kontrabas okazał się interesujący, jednak trochę żałuję, że nie doszło na przykład do wymieszania składów, co mogłoby dać znacznie bardziej nieoczekiwany efekt artystyczny. Mimo wszystko duże brawa dla organizatorów, którzy sprowadzili do Chmur tak znakomitych artystów. Koncerty były dobrym przykładem jak można wykorzystać potencjał miejsca przy ulicy 11 Listopada.

20140824_203136

——————————————————————————————————————-

Niniejszy dwuczęściowy tekst rozpoczął się narzekaniem na warszawską infrastrukturę klubową. Chociaż miniony, ostatni tydzień sierpnia pod względem interesujących eventów był dość bogaty i rozproszony, to można go określić wyjątkiem potwierdzającym regułę. Z perspektywy muzyki improwizowanej po prawej stronie Wisły funkcjonuje zaledwie jedno miejsce, które na takową jest otwarte z relatywną regularnością i są to właśnie Chmury. Być może z końcem roku sceną konkurencyjną stanie się po praskiej stronie „warszawska filia” bydgoskiego klubu Mózg, który z początkiem listopada rozpoczyna swą działalność. Natomiast jeśli chodzi o lewobrzeżną Warszawę to po zamknięciu Powiększenia, Kosmosu, Chaosu, wobec dość niestabilnej działalności Cafe Kulturalnej, zostają de facto dwa miejsca gdzie interesującą muzykę na żywo można usłyszeć z co najmniej cotygodniową regularnością. Mam tu na myśli mocniej osadzone w świadomości słuchaczy Pardon To Tu, oraz pozostająca trochę w cieniu (lecz prezentująca konsekwentny, ambitny program) Eufemia. Można zatem skwitować niniejszy tekst konstatacją „na zachodzie bez zmian”, chociaż w perspektywie jesienno zimowej odpadną jeszcze miejsca plenerowe… Cóż, pozytywne w tym kontekście jest wprowadzanie muzyki do stosunkowo młodych instytucji publicznych i takie programy jak „Co słychać” Muzeum Sztuki Nowoczesnej, czy wspomniany na początku tekstu cykl z muzyką do filmów w Muzeum Historii Żydów Polskich. W najbliższych dniach również intrygująco zapowiadający się Festiwal Przemiany w Centrum Nauki Kopernik. Powyższe instytucje nie wykonają jednak „pracy u podstaw”, która powinna przebiegać w tzw. „warszawskiej klubosferze”. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłości z podobnego terminu będzie można zabrać cudzysłów.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Warszawa elektroniczna: Fennesz, Kubin, Karkowski, Xenakis

IMG_8635

Miniony tydzień był dla miłośników muzyki elektronicznej niezwykle hojny. W trzech różnych miejscach w Warszawie, na przestrzeni zaledwie kilku dni można było zapoznać się z rozmaitymi koncepcjami współczesnej elektroniki. Od ambientu po noise, od wykonań solowych po ośmioosobowy chór. Od kameralnej scenerii klubu przez otwarty plener aż po majestat muzealnego audytorium. Specyfika poszczególnych występów była na tyle wyrazista, że wspólne ich rozpatrywanie jest równie karkołomne, co fascynujące. Zachowajmy jednak pozory chronologii, analizę pozostawiając aktywnej roli odbiorcy.

Fennesz w Pardon To Tu (dzień pierwszy)

Cykl „2 Nights With…” skupiony jest wokół pogłębionego prezentowania artystycznych osobowości w formacie rozciągniętym na dwa wieczory koncertowe. Dotychczas rezydentem „2 Nights with…” był m.in. Peter Brötzmann, Michael Gira, Joe McPhee, czy Michael Zerang. Fennesz pośród tego w znakomitej większości jazzowego towarzystwa jawił się, jako zagubione elektroniczne ogniwo, ying dla stylistycznego yang Pardon To Tu. Austriak przyjechał do Warszawy owiany nimbem sławy innowatora europejskiej muzyki elektronicznej, dla której Wiedeń od przynajmniej dwóch dekad jest adresem szczególnym. Jakkolwiek obcowanie z płytą „Bécs” nie podniosło mi ciśnienia w stopniu wysokim, jaki sugerować mogły entuzjastyczne recenzje, zobaczenia Fennesza na scenie nie potrafiłem sobie odmówić.

20140819_205554

Wieść gminna o niefortunnym charakterze pierwszego wieczoru z muzyką Austriaka dotarła już z pewnością do większości zainteresowanych. Spektakularnie spalony limiter dźwięku okazał się najbardziej charakterystycznym epizodem koncertu, jednak to nie problemy techniczne położyły się cieniem na całości występu, lecz zły rodzaj gwiazdorstwa, którym muzyk starał się przysłonić ewidentny brak pomysłu na kontynuowanie gry w sytuacji – nazwijmy to – kryzysowej. W moim odbiorze artyście – szczególnie cieszącemu się taką opinią jak Fennesz – po prostu nie wypada zrzucać odpowiedzialności wykonawczej na swój (czy też klubowy) sprzęt. Można wyobrazić sobie sytuację, w której problemy techniczne zostałyby potraktowane w sposób kreatywny, zmuszając muzyka do zepchnięcia występu na nieco inne, zaskakujące tory. Fennesz ostatecznie spróbował pójść tą drogą jednak towarzyszyło mu przy tym nadąsanie primabaleriny, której talent w niewygodnych pantofelkach nie jest w stanie wybrzmieć w pełnej krasie. Przerwanie koncertu, które wisiało na włosku, byłoby już zupełnym kuriozum, jednak ostatecznie artysta – nie kryjąc niezadowolenia – podjął wyzwanie. Zmysł improwizatorski został u Austriaka wystawiony na ciężką próbę, z której obronną ręką udawało mu się wyjść z rzadka w sposób nazwijmy to umiarkowany. Fennesz z gitarą, pozbawiony asysty mocarnych dźwięków płynących z macbooka, brzmiał jak artysta jeden z wielu. Przypuszczam, że mógł się zdecydowanie bardziej postarać. Muzykę przyćmiła technologia, która mimo specyfiki gatunku, powinna być na drugim miejscu. Postawa z pewnością niegodna artysty określanego niekiedy mianem geniusza. Dawno nie słyszałem w Pardon To Tu tak zachowawczych, a zarazem adekwatnych do sytuacji braw. Mam nadzieję, że drugi dzień z Fenneszem przyćmił pierwszy w pozytywnym tego słowa znaczeniu, jednak mój kredyt zaufania uległ wyczerpaniu i środowy wieczór zaplanowałem zgoła inaczej. Pełna zgoda z Piotrem Lewandowskim: „Po tym wieczorze muzyka Fennesza jest dla mnie w jeszcze większym stopniu zjawiskiem studyjno-płytowym”. Mimo wszystko było to interesujące doświadczenie.

—————————————————————————————-

 

Felix Kubin na Placu Zabaw

Kubina po raz pierwszy – i do niedawna ostatni – widziałem na mysłowickim jeszcze OFF Festivalu w 2008 roku i wówczas Niemiec zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Mieszanina retro-futuryzmu, groteski i performerskiego zacięcia dopracowana w najdrobniejszym szczególe okazała się tak magnetyczna, że po sześciu latach pełen ekscytacji udałem się na Plac Zabaw. Nie wiem nawet czy bardziej chciałem zobaczyć jak zmienił się Kubin, czy moje odbieranie tego typu muzyki. Koncertowa podróż sentymentalna? Powiedzmy.

20140820_211722

Dzień przed koncertem opisywałem Kubina znajomemu, jako „zagubione ogniwo Kraftwerku” i muszę przyznać, że jestem z tej metafory całkiem zadowolony. Zwariowany Niemiec całymi garściami czerpie z pięknej elektronicznej tradycji swego kraju, umiejętnie balansując pomiędzy brzmieniowym wysmakowaniem, eksperymentem, popową chwytliwością i quasi-teatralnym wizerunkiem scenicznym, który plasuje go gdzieś na przecięciu „Metropolis” Fritza Langa i statku Enterprise. Festynowa, luźna sceneria Placu Zabaw ostatecznie okazała się idealną przestrzenią dla tego elektronicznego prestidigitatora, chociaż myślę, że socreal Cafe Kulturalnej dodałby stylistyce Niemca jeszcze większej pikanterii.

Felix Kubin jest „muzykiem elektronicznym” (jak sam się przedstawił), który posiada dość nietypowe dla gatunku cechy showmana, dzięki czemu koncerty artysty nie ograniczają się do oglądania „człowieka grającego na komputerze w pasjansa w towarzystwie dźwięków”. Koncert Niemca był doświadczeniem porywającym. Kubin oprócz pantomimicznej ekspresji scenicznej pokazał się od dobrej strony wokalnej, nie mówiąc już o purnonsensowej konferansjerce, którą poprzedzał niemal każdy numer. Repertuar zaprezentowany na Placu Zabaw miał charakter dość przekrojowy, publiczność mogła usłyszeć muzykę, którą artysta napisał jeszcze w latach 80., introwertyczną (i znakomitą!) wersję „Hello” Lionela Richie, czy wreszcie swój „most commercial track”, rewiowy „There is a garden”, podczas którego Kubin pochwalił się tańcem z mikrofonem, którego nie powstydziłby się sam Jerzy Połomski. Oprócz tego typu szlagierów nie zabrakło miejsca na kawałki z najnowszej „Zemsty Plutona”, jak i na kompozycje bardziej eksperymentalne, mieszające techno z absurdalnym samplingiem. Te ostatnie pozwalały przypuszczać, że Niemiec śmiało mógłby zaserwować słuchaczom „wysmakowanę awęgardĘ”, jednak szczęśliwie nie pozwolił na zwycięstwo pozerki nad spontanicznością, która akurat w jego przypadku jest wystarczająco oryginalna i nowatorska.

20140820_220452

Po koncercie na Placu Zabaw jestem przekonany, że Felixa Kubina trzeba traktować, jako „whole package”. Muzyka, wizerunek, sceniczna ekspresja – wszystko to łączy się u artysty na zasadzie specyficznej, karnawałowej logiki, która uświęca wszelkie ewentualne błędy, a z postmodernistycznej niekonsekwencji czyni stylistykę. Adekwatna strategia artystyczna do imprezy, jaką jest jubileusz Lado ABC. Świetny koncert zarówno w muzycznym, jak i intelektualnym wymiarze.

 

—————————————————————————————————-

Karkowski, Xenakis w Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Ostatnie spośród opisywanych w tym tekście wydarzeń obdarzone jest największym ciężarem gatunkowym. Noise, muzyka współczesna, powaga państwowej instytucji kultury, teoretyczne wstępy przed wykonaniami, wreszcie próba zmierzenia się z dziedzictwem artystów niezwykle zasłużonych dla muzyki współczesnej.

Cykl „Co słychać” (towarzyszący wystawie „Co widać”) jest właściwie pierwszą inicjatywą Muzeum Sztuki Nowoczesnej, która zogniskowana została całkowicie wokół problematyki audialnej, co jest ważnym precedensem, który mam nadzieję doczeka się kontynuacji. Na przestrzeni kilku koncertów zespół kuratorski przedstawił stosunkowo szerokie – choć zdecydowanie wybiórcze – spektrum intrygujących zjawisk w muzyce polskiej. Spośród dotychczasowych wydarzeń „Co słychać” próba prezentacji i zestawienia twórczości Iannisa Xenakisa i Zbigniewa Karkowskiego jawi się jako przedsięwzięcie najbardziej ambitne, nie tyle ze względu na doniosłość twórczości artystycznej, co na trudności wynikające z czynników czysto technicznych, akustycznych. Muszę przyznać, że pod tym względem niegdysiejszy salon meblowy spisał się zaskakująco dobrze, choć oczywiście nie były to warunki, jakimi szczyci się Laboratorium CSW.

Wieczór został podzielony na dwa około 45-minutowe bloki, podczas których publiczność miała możliwość w sposób naprzemienny obcować z muzyką greckiego i polskiego kompozytora. Spośród dotychczas opisywanych w tym tekście wydarzeń koncerty w MSN-ie były z pewnością najbardziej zróżnicowane z punktu widzenia wykorzystanych muzycznych środków. Za dwa, stricte perkusyjne wykonania kompozycji Xenakisa („Rebonds” A i B) odpowiedzialny był Miłosz Pękala, znakomity, w ostatnich tygodniach wręcz wszędobylski perkusista. Były to z pewnością najbardziej widowiskowe części piątkowego wieczoru, a ich intensywność okazała się odwrotnie proporcjonalna w stosunku do czasu trwania (8 i 6 minut). Dużą przyjemność sprawiło mi podziwianie muzyka w tak wymagającym, trudnym do wykonania repertuarze, któremu artysta sprostał z wręcz chirurgiczną precyzją.

20140822_194352

Wykonania Pękali przedzieliła prezentacja „Doing by Not Doing”, 15-minutowego remiksu kompozycji „Persepolis” Xenakisa, autorstwa Karkowskiego. Odtworzeniu monumentalnego utworu towarzyszył jedynie slajd przedstawiający greckiego kompozytora pośród ruin świątyni Dariusza. Prezentacja poprzez pozbawienie jej choćby promila aspektu performatywnego w kontekście pozostałych części wieczoru była z pewnością najmniej spektakularna, jednak charakterystyczny dla noise’u fizyczny aspekt jej oddziaływania, pozwalał niekiedy zapomnieć o braku innych bodźców. Fizyczność „hałasu” w kontekście archaicznych, greckich misteriów przedfilozoficznych (do których odwoływały się kompozycje Xenakisa), pozwalała na uchwycenie analogii historycznych na poziomie cielesnym, pozaintelektualnym. Paradoksalnie formuła muzyki noise, która jest być może najbardziej adekwatna do współczesnego, zglobalizowanego świata ogarniętego szumem informacyjnym, ma charakter oczyszczający, tragiczny – w greckim rozumieniu tego słowa. Konsternacja intelektualna, zmusza do przyjmowania tej muzyki w sposób czysto zmysłowy, zgrabnie wymykając się klasycznym wspólnotom interpretacyjnym i ich teoriom. Warto zaznaczyć, że remiks Karkowskiego oparty został na kanwie kompozycji, której esencją był misterialny, kolektywny charakter pierwszego, pełnego rozmachu wykonania na pustyni pośród starożytnych ruin w asyście laserów i wojskowych reflektorów. Sceneria – na prawach remiksu – została zamieniona na współczesne muzeum sztuki.

Ukoronowaniem wieczoru był występ ośmioosobowego chóru złożonego z mężczyzn i kobiet (z zachowaniem parytetu), czyli zespołu wokalnego Gęba. Artyści/artystki na tle elektronicznego podkładu generowanego przez Wolframa, wykonali czterdziestominutową kompozycję Karkowskiego pt. „Encumberance”. Wybór tego utworu był o tyle trafny, że zdystansował twórczość polskiego artysty od muzyki noise, z którą powszechnie jest głównie utożsamiany. Wykonanie w audytorium MSN-u było dopiero trzecim razem, kiedy kompozycja miała okazję wybrzmieć na żywo. „Encumberance” jest dziełem opartym na partyturze graficzno-aproksymatywnej, pozwalającej na względnie swobodną interpretację wokalną. Wzajemna interakcja dźwięków elektronicznych i niezwykle organicznie reagujących na nie artystów robiła niesłychane wrażenie zarówno podczas sekwencji jednostajnych, jak i bardziej zniuansowanych, podczas których ciężko było wyznaczyć podział między tym co wokalne, a komputerowe. Format chóru był kolejnym czytelnym odwołaniem do starożytnej Grecji, przez co całość wieczoru nabrała spójnego, a zarazem dialektycznego charakteru. Gdy ostatnie dźwięki wybrzmiały, cisza, która zapanowała w audytorium zyskała wymiar kolejnego, pozapartyturowego taktu nadającego wykonaniu jeszcze większej mocy.

20140822_203735

Wieczór w MSN oprócz wartości czysto estetycznej, odegrał dużą rolę edukacyjną, chociaż może przede wszystkim memoratywną, jeśli chodzi o postać zmarłego niespełna rok temu Zbigniewa Karkowskiego. Paradoksalnie artysta, który wielokrotnie dystansował się od państwowych instytucji kultury (szczególnie zorientowanych na sztuki wizualne), zostaje pośmiertnie przywołany właśnie przez tego typu miejsce. W kontekście jednego z ostatnich wywiadów, jakiego kompozytor udzielił dla Glissanda w 2013 roku, wieczór w MSN może się jawić jako swego rodzaju gigantyczna ironia losu. Niemniej sądzę, że profesjonalizm i wysoka jakość artystyczna przedsięwzięcia znalazłyby uznanie w oczach Karkowskiego, który – jako wybitna osobowość polskiej kultury współczesnej – powinien być w dalszym ciągu obecny w jej obiegu.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Ladowe Przedoffie / OFF-typy / Levity, Polpo Motel

20140729_231641

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że w ostatnich tygodniach w Warszawie występowanie interesujących wydarzeń muzycznych przybrało intensywność od dawna niespotykaną. Zdanie wyświechtane: „Bez wątpienia wakacje nie są dla stołecznej sceny sezonem ogórkowym”. Spora w tym zasługa tegorocznego „LADO w mieście”, które w okresie dwóch miesięcy prezentuje cyklicznie ponad 40 składów. Nadszedł półmetek. Instytut Improwizacji ze względną regularnością śledzi jubileuszowe występy artystów warszawskiego wydawnictwa.

Jak powszechnie wiadomo z początkiem sierpnia w Katowicach odbędzie się OFF Festival. Zanim jednak ta wielka impreza w pełni zaabsorbuje energię niżej podpisanego (i być może czytającego), chciałbym gorąco zaprosić na ostatnie w tym miesiącu koncerty „LADO w mieście” na Placu Zabaw, które dla warszawskiego słuchacza mogą stać się ciekawą wigilią katowickiej sztafety:

W najbliższą środę – Zocha i Igor, Wovoka

W najbliższy czwartek – 67,5 Minut Projekt, Baoba Stereo Club + M. Takara, Meritum

Na szczególną uwagę zasługuje bez wątpienia Baoba Stereo Club + M. Takara, którzy raczej tak prędko nad Wisłę nie powrócą.

————————————————————————————————————–

Portale muzyczne od jakiegoś czasu serwują swoje rekomendacje konkretnych występów na OFF Festivalu. Instytut Improwizacji nie powieli tego schematu w imię zasady, że na wszelkiego rodzaju festiwalach najciekawsi okazują się artyści, którzy jeszcze nie są nam znani. Zatem proponuję kierować się przede wszystkim własną intuicją, ewentualnie lekko poprzedzoną internetowym research’em, choć zaręczam, że najlepiej dać się zaskoczyć.

Podam jedynie 4 żelazne punkty tegorocznego line-up’u, które niezależnie od pozostałych nazwisk i tak przyciągnęłyby mnie na OFF Festival. Kolejność alfabetyczna:

Glenn Branca

Michael Rother

Gary Wilson

Evan Ziporyn

———————————————————————————————————–

Aby z czystym sumieniem zostawić „warszawskie sprawy” słów kilka musi paść o zeszłotygodniowym koncercie Levity.

Trio w pewnym sensie spaja dwa powyższe tematy. Powód prosty – moje ostatnie spotkanie z Levity na żywo miało miejsce właśnie na OFF Festivalu przed dwoma laty. Przyznać muszę, że był to dla mnie jeden z lepszych polskich koncertów w Dolinie Trzech Stawów a.d. 2012. Nie ukrywam, że dużo obiecywałem sobie po zreaktywowanym występie zespołu z okazji dziesięciolecia LADO.

20140724_211837

Tymczasem Levity zagrali klasyczny nierówny koncert, którego na dobrą sprawę można się było spodziewać po składzie, który przez ostatnie półtora roku właściwie nie funkcjonował jako working band. Nie byłbym w opinii aż tak skrajny jak Piotr Lewandowski – występ miał swoje lepsze momenty, kiedy dochodziło do ciekawych, intensywniejszych spięć między instrumentami (szczególnie początek i koniec). Niemniej chemia, którą Levity mieli dwa lata temu widoczna była zdecydowanie rzadziej niż bym sobie tego życzył. Duże umiejętności muzyczne (które w jednostkowych popisach były wyraźne) pozwalają jednak w dalszym ciągu spoglądać w przyszłość tria z nadzieją, że wpisana w nazwę lekkość znajdzie znów przełożenie na brzmienie całości i wzajemny flow. Trzymam kciuki, bo zwyczajnie chciałbym jeszcze usłyszeć znakomite Levity sprzed lat, które wskrzesić mogą próby, koncerty, wspólne granie, którego niedostatek ewidentnie na Placu Zabaw dawał o sobie znać.

20140724_225820

Nierówny występ tria zbalansował doskonale duet Polpo Motel. Zespół stanowił dla mnie zagadkę, jednak po zejściu ze sceny charyzmatycznej Olgi Mysłowskiej i Daniela Pigońskiego, jestem zdeterminowany do śledzenia ich dalszych poczynań, które mam nadzieję w niedalekiej przyszłości ujrzą światło dzienne. Bardzo dobry, magnetyczny show.

 

Krzysztof Wójcik

LADO w mieście: LXMP i Profesjonalezy na Placu Zabaw

CAM00649

Pierwszy dzień trzeciego śród-tygodniowego weekendu fetowania 10-lecia Lado ABC niefortunnie zbiegł się z meczem przy Łazienkowskiej, co mogło przysporzyć podróżującym dodatkowego dreszczyku emocji (również z racji kiepawego wyniku). Choć w programie Placu Zabaw na 16.07 figurowały teoretycznie dwa zespoły, to ostatecznie hybrydyczni Profesjonalezi objawili się w dwóch odsłonach przerwanych uroczym skitem z Bee Gees’ów. Było to moje pierwsze Lado w tym roku na Placu Zabaw – wcześniej byłem jedynie na inauguracji w Kulturalnej – i przyznać muszę, że okoliczności koncertów plenerowych znacznie lepiej pasują do luźnego charakteru imprezy, na którą przychodzimy głównie żeby zobaczyć składy już nam (zwykle) znane, cofnąć się w czasie, powspominać, dobrze się bawić. Tak też było w środę, choć nie bez niespodzianek!

LXMP zaczęło wieczór od nietypowego eksperymentu formalnego. Macio Moretti z Piotrem Zabrodzkim postanowili usytuować własną scenę za barem, pozbawiając tym samym zgromadzoną publiczność dostępu do płynów. Wyczyn o znamionach terrorystycznych w warunkach warszawskich upałów, pozwolił sfokusować uwagę na meritum – muzyce, która w przypadku duetu działa nie gorzej jak napoje wyskokowe. Zabrodzki na dwóch klawiaturach syntezatorów, Moretti na syntezatorze i perkusji są w stanie wyczarować dźwięki z pogranicza funku, drum’n’bassu, disco, fusion (i wielu innych…), po czym zgnieść je w kanciastą pigułę, w zwariowany, nakręcony, psychodeliczny trip. Chciałbym kiedyś zobaczyć jak LXMP gra na żywo muzykę do jakiegoś starego filmu sci-fi klas dalszych niż „B”, na przykład do „Planu 9 z kosmosu”, albo „Milczącej gwiazdy”, chociaż z drugiej strony „Pan Kleks” też mógłby ciekawie zadziałać… Moretti i Zabrodzki grają umyślnie koślawo, w czym są oprócz metody, duże umiejętności techniczne i muzyczna wyobraźnia. Erudycyjna zabawa kosmicznym brzmieniem na wysokim poziomie, przypominającym nieco wydawnictwa z Planet Mu. Nie słucham dużo takiej muzyki na co dzień, jednak na koncercie sprawdza się fantastycznie. Duet wspomagał na konsolecie co jakiś czas DJ Lenar, co prawdopodobnie zadziałało jak dodatkowy katalizator dziwacznego, intrygującego chaosu brzmienia LXMP.

IMG_20140716_223728

Profesjonalezy okazały się oczywiście Profesjonalizmem i Polonezami, chociaż do samego końca miałem nadzieję, że Marcin Masecki dokona jakiejś fuzji, drobnej rewolucji, niespodzianki – na przykład składy zamienią się materiałem, który sam mógłby zostać przearanżowany itp. Cokolwiek. Ogólnie rzecz biorąc spodziewałem się muzycznej odpowiedzi na obiecująco dziwaczną nazwę. Ostatecznie obyło się bez podobnych eksperymentów i po prostu najpierw zagrał sekstet Profesjonalizm, potem na scenę w błękitnych marynarkach wyszły Polonezy. Oba występy pod względem formy były niespodziewanie aż zdyscyplinowane. Składy odegrały kolejno materiał z płyt „Chopin, Chopin, Chopin” i „Polonezy”, swego rodzaju bisem można określić odegranie hymnu Polski pod batutą Marcina Maseckiego. Czy zawężenie koncertów jedynie do stosunkowo wiernego odegrania programów okazało się zaletą?

profesjonalizm

 Trudno powiedzieć. Profesjonalizm uważam osobiście za jeden z najjaśniejszych momentów w karierze Maseckiego. Dużą zaletą było to, że na płycie sprzed trzech lat zjawiskowy, oryginalny styl kompozytorski warszawskiego pianisty, znalazł wsparcie w fantastycznie zgranym i zdyscyplinowanym zespole, w którym umiejętności każdego z muzyków (Jerzy Rogiewicz, Tomasz Duda, Michał Górczyński, Piotr Domagalski, Kamil Szuszkiewicz) zostały zogniskowane na właściwe im tory. Materiał po latach Profesjonalizm zagrał z dużą swobodą – nikomu nie potrzebne były nuty, a mimo tego kompozycje odwzorowywane były niczym precyzyjne kalki oryginałów znanych z albumu. Utwory z „Chopin, Chopin, Chopin” są na tyle ciekawie zniuansowanymi, dobrze skomponowanymi strukturami, że wręcz nie wymagają improwizacji, czy zbędnego kombinowania. Choć widziałem już sekstet wielokrotnie, to w dalszym ciągiem słucham go z niemal niesłabnącym entuzjazmem. Mam dużą nadzieję, że muzycy wydadzą jeszcze jakąś muzykę właśnie jako sekstet.

Przy setach LXMP i Profesjonalizmu, Polonezy – którym przypadła rola ukoronowania wieczoru – wypadły chyba najsłabiej, lecz nie słabo. Być może gdyby orkiestra rozpoczynała koncerty, to jej wydźwięk byłby lepszy… Nie wiadomo. Pomijając gdybania, program obejmujący „paszportową” płytę trochę przytłoczył wieczór swoim jednak dość złożonym ciężarem gatunkowym. Zawsze traktowałem „Polonezy”, jako pozycję wymagająca dość dużego skupienia i pod tym względem – paradoksalnie – nieco sztywną. Nie jest to oczywiście wada, ale w sytuacji grania jako trzeci zespół wieczoru – trochę brak zalety. Mimo, że słuchało mi się Polonezów dobrze, to nie udało mi się w tę muzykę bardziej zaangażować. Być może minął już urok jej pierwszego doświadczenia? Miałem wrażenie, że muzycy grają z trochę nazbyt wymuszoną dyscypliną, a w muzykę zespołu wkradł się bardziej żywiołowy, chaotyczny flow niestety dopiero pod koniec występu. Zwieńczenie w postaci big bandowej wersji polskiego hymnu wypadło aż nadspodziewanie interesująco i luźno.

CAM00644

Tak zakończył się piąty dzień tegorocznej, wyjątkowej edycji festiwalu „LADO w mieście”, który kompleksowo udowadnia jak bardzo różnorodna, a zarazem spójna jest artystyczna propozycja ludzi od 10 lat związanych z Lado ABC. Jeżeli ktoś chce w trybie instant zapoznać się z twórczością jednych z ciekawszych polskich twórców muzyki niezależnej XXI wieku, ten powinien spędzać środy i czwartki właśnie na Placu Zabaw (bądź w Pałacu Kultury w razie pluchy).

Dekada działalności to dobry moment na podsumowania, wspominania, cofanie się pamięcią do przeszłości, a także nazywanie zamkniętych etapów. Można sobie pozwolić na odrobinę dobrego patosu. Lado ABC jako zjawisko w polskim pejzażu muzycznym ostatnich 10 lat zapisało wiele złotych kart i z pewnością jeszcze zapisze. Trzymam kciuki i mam szczerą nadzieję, że w kolejnych latach Lado ABC przyniesie słuchaczom równie dużo świetnej muzyki. Najlepszego!

 

Tekst: Krzysztof Wójcik

Zdjęcia Marcin Marchwiński (2,3), Krzysztof Wójcik (1,4)

Masecki i Moretti w Klubie Kultury Saska Kępa na Dzień Dziecka!

 

CAM00536

Saska Kępa jest miejscem o niezwykłym uroku. Przedwojenna, modernistyczna architektura, gęstwina zieleni, klimat spokojny, sielski, bardziej zawiesisty, zwolniony w stosunku do lewobrzeżnej Warszawy. Od pewnego czasu mieszkańcy tych okolic dysponują naprawdę imponującą „placówką kulturalną”, mianowicie Klubem Kultury Saska Kępa. Wielopoziomowy budynek usytuowany przy rozwidleniu ulicy Paryskiej, stanowi niesłychanie dogodne miejsce do realizacji szerokiego spektrum inicjatyw artystycznych, a przy okazji pełni funkcję integrującą i animującą lokalną społeczność. Ostatnimi czasy coraz częściej KKSK organizuje koncerty muzyki niezależnej, dlatego Brukselska 23 niewątpliwie stanie się adresem, pod który zaglądać będę z większą regularnością.

Występ duetu Antykrystyna miał być moim pierwszym koncertem na dachu, z czego zdałem sobie sprawę już na nim będąc. Podobna okoliczność jest wręcz mityczna, a już w szczególności dla zagorzałego fana The Beatles – pod tym względem był to dla mnie prawdziwy Dzień Dziecka. KKSK wyposażony jest w imponującą przestrzeń koncertową ulokowaną na dachu, z którego rozciąga się malownicza panorama okolicy, a muzycy mogą korzystać z dobrodziejstw otwartej przestrzeni – naturalnego światła słonecznego, świeżego powietrza, ale też z chłodu czerwcowego popołudnia. Szczęśliwie obyło się bez deszczu. Marcin Masecki i Macio Moretti są już właściwie ikonami warszawskiej sceny, artystami, którzy w znakomitym stopniu przyczynili się do animacji muzyki niezależnej, choć może bardziej nawet – niezależnego myślenia o muzyce. Nie tylko w skali Warszawy, a w skali kraju. Obaj artyści stanowią trzon środowiska twórczego, skupionego wokół wytwórni Lado ABC, która w tym roku świętuje dekadę działalności (sto lat!). Strategia estetyczna, którą Moretti z Maseckim od lat wykorzystują, opiera się w dużej mierze na zabawie przeróżnymi stylistykami muzycznymi, traktowaniem ich z dziecięcą kreatywnością i pomysłowością nieznającą kompromisu. Czego chcieć więcej w Dzień Dziecka?

CAM00544

Koncert, co łatwo można było przewidzieć, przybrał formę spontanicznego jam session, podczas którego muzycy z typową sobie swobodą zapuszczali się w najdalsze rejony eksperymentalnej kakofonii. Kto przyszedł na recital pianina i perkusji musiał być zaskoczony, choć nie wydaje mi się, by na dachu KKSK było wielu nieprzygotowanych słuchaczy. Masecki na trzech klawiaturach tworzył dźwięki nieortodoksyjne, choć niekiedy brzmiące jak spod ręki szalonego kościelnego organisty. Innym razem przypominały melodyjki ze starych gier Nintendo, by za chwilę przemienić się w melancholijne miniatury, których nie powstydziłby się Erik Satie. Pianista zadbał o typowe dla siebie sceniczne emploi, na które tym razem składały się kapcie, czapka i czerwony pled owinięty na lędźwiach, jako ochrona przed zaziębieniem. Wszak szczególnie Polacy po doświadczeniu Chopina powinni wiedzieć, jak kruche i delikatne jest zdrowie muzyka-pianisty. Wizerunek Maseckiego zwykle koresponduje z jego muzyką, nie inaczej było tym razem. Dźwięki nieokrzesane, frywolne dalekie były od jakiejkolwiek sprecyzowanej formy, paradoksalnie stwarzając nową, oryginalną meta-formę. Można jej przypisać roboczą nazwę groteski-pianistycznej. Groteska jest tak specyficzną dziedziną, że powierzchownie bawi, sieje konsternację, lecz po głębszym zastanowieniu odkrywa drugie dno, często niepozbawione przewrotnego geniuszu, metody w szaleństwie. Tak właśnie odbieram estetykę, której reprezentantem jest Masecki. Ilekroć zdarza mi się go słuchać, nawet jak gra nosem, co na dachu również miało miejsce, upewniam się, że to jeden z najciekawszych pianistów, jakich znam, a jego wystudiowana bezstylistyczność ma w sobie coś ze znaku czasu. Artystą podobnie eklektycznym i żonglującym muzycznymi środkami wyrazu jest Macio Moretti, który w KKSK oprócz obsługiwania zestawu perkusyjnego wytwarzał różnego rodzaju elektroniczne efekty specjalne. Połączenie akustycznego bitu z syntezatorowymi preparacjami stanowiło bardzo dobre towarzystwo dla nieokrzesanych popisów Maseckiego. Moretti kilkukrotnie tworzył zdumiewające soniczne motywy, które zbliżały muzykę duetu bardziej w stronę noise’u, czy koślawego drum’n’bassu’u. Co ciekawa występ Antykrystyny można z powodzeniem nazwać swobodną improwizacją, jednak nie było w niej za grosz jazzowego odcienia (a nawet jeśli był, to tonął w ferii innych barw). Dzięki temu muzyka była nieprzewidywalna, lekka, chaotyczna, kakofoniczna, intrygująca, choć czasami grzęznąca w ślepych uliczkach, których jednak artyści niespecjalnie się bali. Wspólnym mianownikiem występu była przede wszystkim spontaniczność i dobra zabawa, a na ich styku wydarzały się dźwięki mniej lub bardziej interesujące. Dla mnie przede wszystkim był to proces, uczestnictwo w ciekawym eksperymencie pozbawionym zadęcia. I w zasadzie właśnie tego po tym koncercie oczekiwałem.

saska macio 1 saska macio 2

W trakcie bisu duet poszerzył się do formatu trio za sprawą Morettiego Juniora, który oszczędną, lecz precyzyjną i trafiającą w punkt rytmiką wspomógł ojca na perkusji. Swoją drogą nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek słuchał tego instrumentu na żywo w wersji na cztery ręce… Bez wątpienia zakończenie godne Dnia Dziecka!

Żywię szczerą nadzieję, że podobnych muzycznych inicjatyw w KKSK będzie coraz więcej, bo miejsce ma ku temu znakomite warunki zarówno pod względem infrastruktury, jak i malowniczego usytuowania. Warszawie, nie tylko prawobrzeżnej, takie kluby kultury są po prostu bardzo potrzebne. A poza tym powiedzmy sobie szczerze: czy jest ktoś, kto nie chciałby zagrać na dachu?

Krzysztof Wójcik

 

PS: Ostatnie dwa zdjęcia copyright Marcin Marchwiński. Dzięki!