Piotr Kurek / LOTTO na Placu Zabaw

Piotr Kurek

Właściwie czekałem na te dwa koncerty od kiedy po raz pierwszy poznałem line-up tegorocznego Lado w Mieście. Niewielu jest w Polsce muzyków elektronicznych, których darzyłbym takim uznaniem i szacunkiem jak Piotra Kurka. Z dwóch powodów. Po pierwsze artysta nie zaliczył ani jednej skuchy wydawniczej, każda z jego płyt to przemyślana opowieść, immanentny świat dźwięków rządzący się własnymi prawami, obdarzony niezwykłym, trochę „baśniowym” klimatem. Po drugie – koncerty. Widziałem Kurka już wielokrotnie, na rozmaitych scenach, w wydaniu solo, z Piętnastką, dwukrotnie w towarzystwie Łukasza Rychlickiego (w tym raz z Pawłem Szpurą) i zawsze były to wyjątkowe wydarzenia muzyczne. Nie inaczej było na Placu Zabaw.

Przede wszystkim uznanie budzi wrażliwość z jaką artysta dostosował brzmienie i charakter koncertu do okoliczności miejsca i czasu. Kurek zastosował „slow power” w budowaniu onirycznej narracji, która rozlała się na nadwiślański bulwar w sposób nieinwazyjny, a jednak dojmujący. Strukturalna złożoność muzyki idzie tutaj w parze z dużym talentem i łatwością tworzenia subtelnych melodii, ewoluujących organowych polifonii. Dźwięki na poły futurystyczne, na poły old schoolowe, folkowe, zawieszone gdzieś pomiędzy. Kurek to „El Grande Hypnotizer”, elektroniczny kataryniarz, którego muzyka sprawia, że można się poczuć niczym tresowana małpka na sznurku psychodelicznego tripu. Świetny koncert, z całą pewnością jeden z lepszych podczas tegorocznej edycji Lado w Mieście. Mam nadzieję, że artysta niedługo przełamie wydawniczy impas pełnowymiarowym albumem, póki co pozostaje 7″ wydana w lutym w BDTA.

Z większością płyt muzyka można zapoznać się na bandcamp (niestety z wyjątkiem znakomitych „Innych Pieśni”). Instytut szanuje, więc propaguje:

Solo – https://piotrkurek.bandcamp.com/music

Piętnastka – https://pietnastka.bandcamp.com/

Suaves Figures – https://suavesfigures.bandcamp.com/album/nouveaux-gymnastes

————————————————————————-

LOTTO

Miałem cichą nadzieję, że Piotr Kurek wystąpi gościnnie z Lotto (nie byłoby w tym nic dziwnego zważywszy na wcześniejsze wspólne grania z Rychlickim i Szpurą), jednak tak się nie stało. Trochę szkoda, bo okazja była znakomita. Niemniej Lotto to skład samowystarczalny, fuzja trzech talentów i trzech różnych backgroundów, dzięki czemu trio gra  muzykę wymykającą się prostej kategoryzacji. Recenzując „Ask The Dust” (klik) stwierdziłem, że płyta – choć zdecydowanie udana – to nie wyczerpuje w pełni potencjału formacji, który najlepiej widać na koncertach. Cóż, mogę się ponownie podpisać pod tymi słowami. Na Placu Zabaw słychać było, że Lotto jest już muzycznie znacznie dalej niż na albumie (bandcamp). Przede wszystkim trio buduje na koncercie znacznie dłuższe formy. Panowie zaczęli od dynamicznego groove’u, z wyraźnie zarysowanym kontrabasem Mike’a Majkowskiego. Pod osłoną transowych repetycji znalazło się miejsce dla wielu drobnych niuansów gitarowych i perkusyjnych. Potem muzyka Lotto wyraźnie zwolniła, wyciszyła się, ale był to jedynie pretekst by na nowo cegiełka po cegiełce budować ścianę dźwięku. W obecnej odsłonie tria dużą rolę odgrywa rytm, a w zasadzie polirytmie, ponieważ nawet gitara Rychlickiego obok generowania ostrego jak brzytwa hałasu, operuje najczęściej w wyraźnych, choć często nieokrzesanych ramach rytmicznych. Muzyk z koncertu na koncert posługuje się noise’em w sposób coraz bardziej trafny i wyważony, nie unikając przy tym kontrastów i przejaskrawień. Kontrabas pełni rolę stabilnego i względnie oszczędnego ogniwa. Majkowski – w swoim stylu – skupia się bardziej na fakturze brzmienia instrumentu niż na technicznych popisach. Natomiast Paweł Szpura potwierdza, że jest jednym z bardziej kreatywnych i dynamicznych perkusistów. Otwarty, niedookreślony stylistycznie format Lotto doskonale pozwala mu na kanalizowanie energii i wyobraźni w najróżniejsze formy (to zresztą tyczy się wszystkich członków formacji). Mocny, szorstki, a przy tym stosunkowo minimalistyczny występ okazał się dobrym kontrastem dla marzycielskiej, ulotnej muzyki Kurka. Niemniej na Placu Zabaw można było doświadczyć dwóch strategii budowania dźwiękowego transu – podprogowej i bardziej brutalistycznej. Do wyboru, do koloru, co kto lubi. Efektem wieczór kompleksowy i wielce udany.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zebry a Mit / Bye Bye Butterfly na Placu Zabaw

Zebry a Mit

Tegoroczne Lado w Mieście, to w 90% prezentacja zespołów/artystów niezwiązanych bezpośrednio z warszawskim labelem. Znalazło się jednak miejsce dla kilku wyjątków i jednym z nich jest właśnie kwartet Zebry a Mit, pod wodzą trębacza Kamila Szuszkiewicza. Muzyka wydana na minidiscu, to trzecia premiera tego lata w Lado ABC (po „Beethovenie” Marcina Maseckiego i „Heroizmie Woli” Lomi Lomi), która doskonale wpisuje się w profil estetyczny warszawskiej oficyny.

Koncert na Placu Zabaw był bodaj pierwszym występem Zebry a Mit pod tą zagadkową nazwą. Nazwiska muzyków zaangażowanych w kwartet mocno podkręciły oczekiwania. Szczególne nadzieje rozbudził udział Huberta Zemlera, z którego pomocą Szuszkiewicz wydał w maju tego roku znakomitą, zwięzłą, liryczno-eksperymentalną kasetę „Istina” (bandcamp). Miałem po cichu nadzieję, że Zebry okażą się koncertową inkarnacją materiału z „Istiny”. Tak się nie stało, ale można powiedzieć, że kwartet do pewnego stopnia stanowi rozwinięcie pomysłów subtelnie sygnalizowanych na kasecie – mam tu na myśli zwłaszcza relację akustycznego instrumentarium i elektronicznej modulacji brzmienia.

Zebry a Mit 2

Główną wartością dodaną jest odrobinę post punkowy, kwadratowy groove na linii bas-perkusja. Zemler i Traczyk grają przeważnie twardo, prymitywistycznie, co nadaje muzyce przyjemnej, brudnej motoryki. Taki szkielet bardzo dobrze dopełniają kreatywne perkusjonalia Dąbrowskiego (blachy, piły, gongi, miski etc.), tworzące tło pełne sonorystycznych efektów specjalnych, atrakcyjne w sposób audio-wizualny. Nad całością unosi się trąbka Szuszkiewicza – oszczędna, głównie skupiona na kreśleniu wyrazistych melodii wchodzących w dialog z elektronicznymi pętlami (co przypomina trochę strategię Roba Mazurka w Chicago Underground). Ten dualizm, współistnienie żywego i przetworzonego syntetycznie brzmienia jest znacznie bardziej wyrazisty i czytelny na płycie, w formie koncertowej wymaga jeszcze dopracowania, chociaż jak na pierwszy występ i tak wyszedł muzykom całkiem nieźle. Zebry a Mit eksperymentują w sposób logiczny, wyważony i nieprzypadkowy. Jestem ciekaw rozwinięcia tej metody, bo ewidentnie ma potencjał – szczególnie w swoich bardziej dynamicznych, intensywnych, rytmicznych przejawach. Koncert (podobnie jak płytkę) zwieńczył „zmultiplikowany chór anielski”, muzycy puścili podkład i bez słowa zeszli ze sceny. Intrygująca coda, intrygujący występ.

 ————————————————————————————–

Bye Bye Butterfly

Nie bardzo byłem w stanie skupić się na Bye Bye Butterfly. Właściwie ciężko mi powiedzieć z czego to wynikało. Ola Bilińska, Daniel Pigoński i (gościnnie) Maciej Cieślak zagrali na dobrą sprawę przyzwoity, przyjemny koncert, ale jakoś nie potrafiłem go słuchać inaczej niż w charakterze tła. Dziwna sytuacja, bo teoretycznie pojawienie się na scenie lidera Ścianki powinno zadziałać jak bonus + 100 do charyzmy. Chociaż ostatnie przedsięwzięcia wydawnicze Bilińskiej (płyta z kołysankami w jidysz  „Berjozkele”) i Pigońskiego (drapieżny album Der Father) uważam za rzeczy bardzo udane i oryginalne, to w Bye Bye Butterfly jakoś nie potrafię dostrzec synergii, zespół brzmi aż nadto jednorodnie. Odrobinę większą różnorodność i niuanse w prowadzeniu narracji można usłyszeć na świeżo wydanym albumie formacji (bandcamp), jednak elementy wyraziste toną w rozwodnionej, pościelowej psychodelii. Po zapoznaniu się z całością ciężko rozróżnić poszczególne numery. Niemniej materiału słucha się przyjemnie, jest dobrze zrealizowany, ale nie zostaje w głowie na dłużej niż czas trwania płyty. Szkoda, bo osobom zamieszanym w „Do Come By” ciężko imputować deficyty talentów… Jeżeli przez takie realizacje Maciej Cieślak nie ma czasu na pracę nad nowym albumem Ścianki (solowym lub jakimkolwiek własnym), to ja tu widzę spore nieporozumienie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

T’ien Lai / Souvenir De Tanger na Placu Zabaw

Souvenir De TangerPod względem niepokojącego, elektronicznego klimatu, zahaczającego o brzmienia etniczne, był to prawdopodobnie najbardziej spójny wieczór koncertowy podczas tegorocznego Lado w Mieście. Zestawienie Souvenir De Tanger, czyli niezwykle obiecującego producenta czerpiącego z bliskowschodnich sampli, z obecną orientalno-ezoteryczno-klubową inkarnacją T’ien Lai, okazało się strzałem w dziesiątkę. Oba występy doskonale się uzupełniły.

Początek wieczoru należał do Wiktora Milczarka, artysty ukrywającego się pod szyldem Tangerskiej Pamiątki. Muzyk wszedł na scenę Placu Zabaw skąpaną w ostatnich promieniach zachodzącego słońca (a tego dnia mocno przygrzało…) i momentalnie wykreował zawiesistą ścianę dźwięku, na którą składały się początkowo niskie drone’y i gęste szumy. Po chwili z głośników zaczęły wylewać się również dalekie echa śpiewu muezina, zniekształcone dźwięki arabskich instrumentów – wszystko pod głośną, obezwładniającą falą pierwszego, noise’owego komponentu. Przysłowiową wisienką na torcie był bit. Milczarek ciął nim tę wschodnio-elektroniczną masę na porcje, dzięki czemu całość oddziaływała jeszcze silniej. Słuchanie tego brutalnego występu było jak wąchanie wypalanych przez Saddama Husajna pól naftowych, bądź oglądanie naturalistycznego dokumentu o dżihadzie. Muzyka Souvenir De Tanger jest mocno sugestywna i niesie ze sobą tego typu skojarzenia, a na żywo jeszcze bardziej zyskuje na sile, rozwija pomysły z płyt w sposób radykalny. Okoliczności przyrody również sprzyjały tej dusznej, agresywnej i jednolitej, linearnej wypowiedzi scenicznej. Gdy intensywność występu zaczęła mnie przerastać i powędrowałem w stronę baru, muzyka po chwili uległa wygaszeniu. Także timing niemal idealny. Rzadko kiedy elektronika potrafi mnie aż tak wciągnąć na koncercie. To dobrze wróży na przyszłość.

T'ien LaiOstatni raz widziałem T’ien Lai na żywo podczas występu, wtedy jeszcze duetu, w Pardon To Tu w połowie zeszłego roku (klik). Gdy wychodząc z Placu Zabaw przypomniałem sobie tamten koncert (swoją drogą bardzo ciekawy, bo połączony z występem duetu Jachna/Buhl) to ciężko mi było uwierzyć, że mam do czynienia z tym samym zespołem. T’ien Lai z płyty „Da’at”, to postapokaliptyczna, niepokojąca elektronika bazująca na radiowych samplach, przetworzonych gitarowych loopach, ekstatycznych drone’ach. Muzyka w dużej mierze linearna, o ambientowym potencjale. Tymczasem na Placu Zabaw pojawiło się czterech zamaskowanych jegomości, którzy zaprezentowali muzykę uber-rytmiczną z okolic etno-kosmik techno.

T’ien Lai to obecnie kwartet, którego jedynie połowa jest znana z imienia i nazwiska (Łukasz Jędrzejczak i Kuba Ziołek), dwaj pozostali członkowie wizualnie przypominają trochę duet BNNT przekwalifikowany na afrykańskie instrumenty perkusyjne (konga w roli głównej). To właśnie akustyczna sekcja rytmiczna wpływa obecnie najsilniej na brzmienie zespołu. Bębniarze przez około godzinny występ grali jak w transie, przeważnie bardzo szybki, gęsty, plemienny rytm (czasami okraszany uderzeniami w różnego rodzaju idiofony). Na tle motorycznych kong „oryginalne” T’ien Lai nawarstwiało psychodeliczne drone’y, a w dalszej części dorzuciło również elektroniczny bit. Efekt takiej mieszanki był podwójnie atrakcyjny. Po pierwsze pierwiastek performatywny powodował, że można się było poczuć jak podczas jakiegoś rytualnego obrządku – co potęgowały maski, dym i muzyk wychodzący z tamburynem w publiczność. Po drugie idealnie wyważony i skomponowany kontrast akustyczno-elektronicznego transu, który atakował na równi intelekt (pytanie: jak oni to robią?) i ciało (konstatacja: „nóżki nie oszukasz”). Zatem jeśli chodzi o T’ien Lai a.d. 2015, to można mówić nie tyle o ewolucji, co bardziej o rewolucji w podejściu do grania muzyki. I mówię tu o rewolucji zdecydowanie pozytywnej. Jeśli zespół zachowa dynamikę i swobodę rozwoju, to naprawdę nie mogę się doczekać kolejnych koncertów i płyt. Mam nadzieję, że najbliższa, nagrana jeszcze w duecie „Rotor Wołgograd”, ukaże się jak najprędzej, bo bardzo chętnie posłuchałbym już tej w wydaniu czteroosobowym. Tak czy inaczej, warto trzymać rękę na pulsie, bo T’ien Lai na Placu Zabaw zabrzmiało imponująco i obiecująco.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Innercity Ensemble na Placu Zabaw

Innercity7

Czas szybko leci, od ostatniego podwójnego albumu Innercity Ensemble minęło już półtora roku. Ten dystans słychać było podczas występu na Placu Zabaw, który stanowił swoistą rozgrzewkę formacji przed wyjazdem na Off Festival. Z Katowic – wedle kilku relacji – Panowie wrócili z tarczą, a nawet triumfalnie. Na podstawie warszawskiego koncertu nie jest trudno w te pogłoski uwierzyć.

Dla osób mających zacięcie encyklopedyczne pisanie o Innercity Ensemble to w 50-75% przytaczanie nazw zespołów, z których poszczególni muzycy się wywodzą. Nuda, ale znamienna. O tych zespołach słuchacze dysponujący elementarną wiedzą dotyczącą polskiej sceny niezależnej naczytali się już po stokroć. Dlaczego? Otóż dlatego, że tak zwana scena bydgosko-toruńska (okolice Milieu L’Acéphale) to w ostatnich latach prawdziwy fenomen. Członkowie Innercity rozsiani po rozmaitych składach, lub tworzący solo, przeżywają obecnie fantastyczny, twórczy okres. W zasadzie każdy spośród 7 muzyków kolektywu podpisał się ostatnio pod płytą bardzo dobrą (o kilku z nich można poczytać w aktualnym PopUp). Natomiast samo Innercity Ensemble to synergia – połączenie różnych artystycznych osobowości, skład demokratyczny, improwizujący i wyjątkowy w pejzażu polskich „big bandów”, ponieważ septet nie czerpie bezpośrednio z tradycji jazzowej – ona pojawia się niejako przy okazji bogactwa wszelkich pozostałych wpływów.

Innercity2

 Zespół – mimo dużej aktywności wszystkich muzyków na własnych polach – pozostaje na dobrą sprawę working bandem, dość regularnie jeżdżącym w trasy i wypuszczającym nowy materiał. Słuchając występu na Placu Zabaw można było odnieść wrażenie, że kolejny rozdział w karierze Innercity jest właśnie in statu nascendi.

Na narrację kolektywu głównie składa się mocno rozbudowana, czteroosobowa sekcja rytmiczna i to właśnie szeroko rozumiany „beat” był pierwszoplanowym bohaterem nadwiślańskiego koncertu. Rafał Iwański, Rafał Kołacki, Radek Dziubek i Tomek Popowski potrafią wspólnymi siłami wygenerować bardzo złożone polirytmie, które tworzą naturalne, gęste, lecz przyjazne środowisko dla hipnotycznych gitar Kuby Ziołka i Artura Maćkowiak. Na pozycji uprzywilejowanej znajduje się w zespole jedyny solista Wojciech Jachna, ponieważ trąbka ma do dyspozycji stosunkowo największy margines swobody. Niemniej Jachna korzysta z tej wolności w sposób subtelny i powściągliwy, dzięki czemu relacja tło/pierwszy plan pozostaje nieoczywista. Groove nieustannie ściera się z drobnymi niuansami brzmienia poszczególnych instrumentów (a jest ich na scenie multum) i elektroniki. Na dobrą sprawę mimo siedmioosobowego składu muzyka Innercity jest oszczędna, szalenie spójna, podporządkowana płynnym ewolucjom w budowaniu niezwykłej onirycznej atmosfery.

Jestem bardzo ciekaw kolejnego wydawniczego kroku formacji. Kolejne już doświadczenie koncertowe utwierdziło mnie w przekonaniu, że zespół dysponuje wciąż rosnącym potencjałem, który być może warto by było skrzyżować z udziałem jakichś „elementów zewnętrznych” na kolejnym krążku? Otwarta forma muzyki Innercity Ensemble wydaje mi się wprost stworzona do artystycznej absorpcji gości. Myślę, że w Polsce (i nie tylko) nie zabrakłoby chętnych do zagrania z jednym z najciekawszych big bandów w tym kraju – wejścia do wspólnej piaskownicy na muzycznym placu zabaw.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Wojciech Bąkowski „Telegaz”: recenzja + wideo / Lado w Mieście 2015

Powołanie do życia Placu Zabaw w nowej lokalizacji to duża szansa na promocję polskiej muzyki alternatywnej. Bulwar nadwiślański w bliskim sąsiedztwie metra, to dla wielu osób przestrzeń przelotowa podczas wieczornych spacerów, w związku z tym darmowy koncert w plenerze ma szansę na dużo szersze zafunkcjonowanie w jaźni przypadkowych odbiorców w porównaniu z dotychczasową, bardziej punktową siedzibą Placu przy Agrykoli. Organizatorzy Lado w Mieście 2015 sprawnie wykorzystują dobrodziejstwo szerzej dostępnej lokalizacji i co czwartek prezentują program podwójnych koncertów, zapraszając w tym roku artystów i zespoły w większości niezwiązane ze stołecznym Lado ABC. W związku z tym tegoroczna edycja wakacyjnego festiwalu to dla wielu wykonawców niepowtarzalna okazja by zagrać w Warszawie dla publiczności, której liczebność jest teoretycznie nieograniczona, zarówno przez przestrzeń (plener), jak i portfel (free). Można powiedzieć, bez dużej przesady, że Lado w Mieście 2015 to egalitarny przegląd najciekawszych, aktualnych zjawisk muzycznych z różnych zakątków kraju. Tym razem swój program miał okazję zaprezentować artysta rdzennie poznański (i rdzennie wizualny) Wojciech Bąkowski.

Bąkowski1

Przyznam, że trochę obawiałem się czy minimalistyczna, kameralna estetyka, jaką prezentuje Bąkowski zda egzamin podczas otwartego koncertu pod gołym niebem. Muzyka artysty brzmi niczym stworzona do klubowych, klaustrofobicznych przestrzeni zamkniętych, jest bardzo hermetyczna. Okazało się jednak, że pozory mylą. Artysta wyszedł na scenę już pod osłoną nocy, w warunkach, w których czerwień t-shirtu i ekranu projektora zyskiwała na jaskrawości i mocy. Adekwatnie, ponieważ Bąkowski jest twórcą o wyjątkowo ostro zarysowanej i wyrazistej powierzchowności artystycznej, skrywającej wrażliwość poezji pod szczelnie dopracowaną, konsekwentnie surową formą. W skrócie: podkład, głos, projektor i artysta ograniczający sceniczną ekspresję do minimum (choć nie obyło się bez konferansjerki, WSB między utworami przedstawił się, a nawet „zaprosił do wspólnej zabawy”). Zdumiewające było dla mnie jak dużej siły rażenia nabiera muzyka złożona z muzaków (z tego właściwie składa się „Telegaz”) w sytuacji koncertowej, która jeszcze dobitniej podkreślała karykaturalną plastikowość i syntetyczność źródłowych prefabrykatów. Bąkowski dokonał transfuzji własnej, bezdyskusyjnej charyzmy artystycznej, wtłaczając ją w dźwięki programowo miałkie, odhumanizowane, legitymizujące się jedynie swym utylitaryzmem konsumpcyjnym. W ten sposób udało się stworzyć wyjątkowo spójny, oszczędny przekaz podszyty poezją i melancholią, a także specyficznym dla Bąkowskiego rodzajem dekadentyzmu. Ciekaw jestem jak tego typu program zafunkcjonowałby na scenie dużego festiwalu muzycznego typu Opener, chciałbym zobaczyć miny zdezorientowanej publiczności.

Poniżej, w trybie ekskluzywnym, recenzja płyty „Telegaz” , która początkowo miała się ukazać w (zbliżającym się wielkimi krokami) nowym numerze PopUpMusic. Krążek doczeka się co prawda niezależnego opracowania na łamach PopUp, ale już nie mojego autorstwa. Jednak im więcej tekstów o takich albumach, tym lepiej.

Wojciech Bąkowski – „Telegaz”

Wojciech Bąkowski - Telegaz

Jeśli komuś poprzednia solowa płyta Wojciecha Bąkowskiego „Kształt” wydawała się surowa i nieprzystępna, ten może być „Telegazem” mocno zaskoczony. Tym razem artysta czerpie z przebogatego arsenału muzaków, noise’ów otaczającej nas audiosfery elektronicznej, jak choćby – wibracji tel. komórkowego, nagrań zapowiadających przystanki, czy głosu lektora w telewizji. Bąkowski tworzy narrację z dźwiękowych i pisanych przejawów hiperrzeczywistości atakującej codziennie mieszkańców kapitalistycznych miast XXI wieku, pełnych galerii handlowych i nowoczesnych technologii komunikacyjnych. Artysta robi to przewrotnie, nie pozostawiając jednoznacznej odpowiedzi czy tworzy afirmację, krytykę, czy może tylko suchą, reporterską rejestrację. Być może wszystko po trochu?

Prawdę mówiąc ciężko stwierdzić, ponieważ w warstwie tekstowej Bąkowski postanowił zaprezentować niemalże tylko rzeczowniki, wyrazy-stopklatki. Hasła z szyldów reklamowych i znaków drogowych z ulicy dużego miasta okraszone samplami, subtelnym klawiszem, bitem lub hi-hatem. Rzeczywistość narracyjna choć plastikowa, została upięta w sposób inteligentny i poetycki. Wyjątkowym doświadczeniem jest słuchanie „Telegazu” podczas przemieszczania się po mieście. Płyta w pewnym momencie zaczyna doskonale współgrać z tym co dociera zewsząd do oczu i uszu, w pewnym sensie wyostrza zmysły, jednocześnie nie sugeruje bezpośredniej waloryzacji tych wszystkich bodźców – tej musi już dokonać odbiorca.

„Telegaz” to album konceptualny, na którym oszczędna forma została stworzona z zegarmistrzowską precyzją, jest jak dobry kolaż, albo nawet fotomontaż. Dzwiękomontaż? Jeśli „Kształt” był szorstki, dosadnie brutalny, tak „Telegaz” jest sterylnym destylatem, przewrotnym i urzekającym minimalizmem środków. Słucha się tej płyty z niebezpieczną i zastanawiającą przyjemnością, której siła tkwi w poetyckiej niejednoznaczności, oderwaniu od „ja”. Bardzo intrygująca ewolucja.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zobacz też —–> relacja + wideo z koncertu duetu SYNY na Placu Zabaw