Szuflado otwórz się! Nowy PopUp #48 (garść recenzji i wywiadów)

PopUp #48

Sporo nam to zajęło, ale w końcu jest! Nowy, 48 numer PopUpMusic – czyli „niezależnego magazynu internetowego poświęconego muzyce”. Przy dobrej koniunkcji planet, jeszcze w tym roku będziemy świętować 50 wydań, złote gody! Od numeru 47 minęła dłuższa chwila, wystarczająca by na świecie mogło się począć i pojawić kilku potencjalnych przyszłych czytelników PopUp… Przez ten okres nie siedzieliśmy jednak bezczynnie – oprócz systematycznie aktualizowanych relacji z koncertów i festiwali, zaczęliśmy prowadzić regularną audycję w RadioJazz.fm (czwartki godzina 23).

9 miesięcy to w muzyce szmat czasu, który swoją drogą najlepiej weryfikuje kolejne pozycje wydawnicze. Taka przerwa zmusza do syntezowania i pogłębionej selekcji materiału. W związku z tym aktualny numer stoi jedną nogą (no może tylko piętą) w roku 2015 i znajdziecie w nim nie mało recenzji albumów z okresu, gdy teoretycznie taki David Bowie mógł jeszcze tej muzyki posłuchać. Niemniej w przeważającej części poświęcamy uwagę płytom z roku bieżącego, który jak dotąd – w mojej prywatnej opinii – trzyma bardzo dobry poziom.

Zapraszam rzecz jasna do czytania całości. Od siebie dorzuciłem 21 recenzji i 3 wywiady. Wszystkiego miało być więcej (i wcześniej), ale jak głosi starożytna maksyma – lepiej mniej.  A poniżej tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam materiał, w którego przygotowaniu maczałem palce.

Wywiady:

@ ŁUKASZ KACPERCZYK

@ KAMIL SZUSZKIEWICZ

@ WACŁAW ZIMPEL

———————————————-

Recenzje:

@ „A” Trio & Alan Bishop – „Burj Al Imam”

cms_A Trio & Alan Bishop - Burj Al Imam

@ Anenon – „Petrol”

cms_Anenon - Petrol

@ Artur Majewski – „Unimaginable Game”

cms_Artur Majewski - Unimaginable Game

@ Bachorze – „Okoły gnębione wiatrem”

cms_Bachorze - Okoły Gnębione Wiatrem

@ David Bowie – „Blackstar”

cms_David Bowie - Blackstar

@ Flora Quartet – „Muzikka Organikka”

cms_Flora Quartet - Muzikka Organikka

@ Heroiny – „Ach-Och”

cms_Heroiny - Ach-Och

@ Iggy Pop – „Post Pop Depression”

cms_Iggy Pop - Post Pop Depression

@ Kamil Szuszkiewicz – „Robot Czarek”

cms_Kamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

@ Kolega Doriana – „Kolega Doriana”

cms_Kolega Doriana

@ Lotto – „Elite Feline”

cms_Lotto - Elite Feline

@ Mikołaj Trzaska – „Delta Tree”

okladka_delta_free_grzbiet_druk_q

@ Modular String Trio – „Part of the Process”

cms_Modular String trio - Part of The Process

@ Mutant Goat – „Yonder”

Mutant Goat - Yonder

@ Nagrobki – „Stan Prac”

cms_Nagrobki - Stan Prac

@ Olgierd Dokalski – „Mirza Tarak”

Basic RGB

@ Paper Cuts – „Divorce Material”

cms_Paper Cuts - Divorce Material

@ Saagara – „Saagara”

cms_Saagara

@ Sefff – „Coats”

Sefff - Coats

@ Ścianka – „Niezwyciężony”

cms_Ścianka - Niezwyciężony

@ Travis Laplante & Peter Evans – „Secret Meeting”

cms_Travis Laplante & Peter Evans - Secret Meeting

—————————————–

Życzę miłego czytania, słuchania i mam nadzieję, że doczekacie się kolejnej porcji tekstów od autorów PopUp jeszcze przed końcem wakacji.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

4 x 2 = 9 (Polpo Motel // Nels Cline, Julian Lange // Arszyn/Duda, Paper Cuts i Olgierd Dokalski)

Tak, będzie o duetach.

Polpo Motel1

Pierwszy wieczór po chorobie upłynął mi pod znakiem koncertu Polpo Motel w Klubie Komediowym. Do centrum mam kawałek, ale jestem użytkownikiem podziemnej kolejki pt. metro warszawskie, więc nie narzekam. Zwykle słucham w metrze muzyki, niekoniecznie dlatego, że ubóstwiam noisy backround (chociaż czasem), raczej lubię się odciąć. Zresztą gdzie recenzent ma słuchać muzyki jak nie w warkoczącym wagonie na audiofilskich słuchawkach w cenie dużej pizzy? Robi się wtedy takie tło „Trans-Warsaw Express”, ewentualnie permanentne intro „Station to Station”. Z założenia nie słucham w drodze muzyki na którą jadę, bo nie lubię męczyć materiału. Puszczam więc płytę „Beyond and Between” Daniela Higgsa. Higgs wpisuje się w moją definicję dobrego wokalisty, który po pierwsze musi być wyrazisty, po drugie musi mieć świadomość brzmienia własnego głosu. Surowe banjo i obłąkańcze, szamańskie zawodzenie podziałało jak lekarstwo dousznie zaaplikowane. Od tygodnia nie czułem się lepiej.

Mam szczęście do duetów w Klubie Komediowym. Przed świętami widziałem tam naprawdę świetny koncert Nagrobków, który ostatecznie w 100% przekonał mnie do propozycji artystycznej Adama Witkowskiego i Macieja Salamona (między innymi dzięki temu „Stan Prac” wylądował na mojej końcoworocznej liście). Niby Komediowy jest przestrzenią koncertowo niełatwą, ale posiada specyfikę, z którą można zagrać w sposób przekonywujący, a wady (jak ograniczające widoczność filary, ogólna wagoniastość) przekuć w atuty. Panuje klimat – a to już wiele. A Polpo Motel, jako skład o dużym performatywnym potencjale, podkreślił ów klimat w sposób znakomity.

Polpo Motel2

Duet Olgi Mysłowskiej i Daniela Pigońskiego z końcem roku 2015 wydał swoją drugą płytę „Cadavre Exquis„, po 7 latach od debiutu (czyli można nawet powiedzieć, że mamy tu „comeback”). Traf chciał, że zapoznałem się z materiałem dopiero w styczniu i przez to nie załapał się do podsumowania zeszłorocznego.. Cóż, obiecałem, że nie będę listy nadpisywał, w związku z tym niezcholewię gęby, choć przesłanki muzyczne w tym wypadku bardzo mnie kuszą by zerwać z niezłomnością. „Cadavre Exquis” ma w sobie cechy, które pozwalają przed szeroko przez zespół pojmowaną etykietką „electro pop” dopisać słówko „art”. Album został sklecony z numerów obdarzonych wewnętrznym, kreatywnym rozedrganiem. Kolejne utwory posiadają pierwiastek ekscentrycznego magnetyzmu, zaskakująco ewoluują, mylą tropy. Tutaj tytuł albumu jest bardzo wymowny – „Cadavre Exquis”, czyli „wykwintny trup”, to gra wymyślona w latach 20 przez surrealistów, polegająca na grupowym, wspólnym tworzeniu, przy czym każdy z uczestników nie wie, co dokładnie zrobił poprzednik. To podejście często słychać na płycie, duet wspiął się na wysokie szczeble inteligentnego popowego songwritingu. Brzmienie Polpo Motel jest mechaniczne, składa się z wielu warstw i drobiazgów, które finalnie, wraz z absolutnie zjawiskowym głosem Olgi Mysłowskiej, tworzą mieszankę jedyną w swoim rodzaju. Posłuchajcie tej płyty na słuchawkach (stream). Niekoniecznie w metrze, lepiej w spokoju.

Polpo Motel - Cadavre Exquis

Koncert w Klubie Komediowym miał charakter dosyć kameralny, luźny, niemniej kolejne utwory hipnotyzowały, pozwalały odpłynąć na skrzydłach rozciągniętych, syntezatorowych pasaży, utonąć w mocnym, władczym wokalu. Występ zaczął się dwiema zupełnie nowymi, wyjątkowo onirycznymi kompozycjami, które jak dla mnie ustawiły cały koncert. Trafnie zauważył Piotr Lewandowski (klik), Polpo Motel wykreowali surrealny klimat bliski tajemniczej groteskowości serialu Twin Peaks. Trzy razy b.db.: bardzo dobry występ, bardzo dobra płyta, bardzo dobry zespół.

————————————————————————————————

Nels Cline & Julian Lage

W Pardon To Tu właściwie cały luty mija pod znakiem duetów. Drugi miesiąc roku, po dwie osoby na scenie – jest w tym jakaś logika. Po tłumnym koncercie Wacława Zimpla i Kuby Ziołka (nie sforsowałem kolejki) i podobno znakomitym występie Joe McPhee i Chrisa Corsano, przyszła kolej na dwóch gitarzystów Nelsa Cline’a i Juliana Lage.

Należę do osób, które uważają, że w składach jazzowych z jedną gitarą jest często o tę jedną gitarę za dużo. Generalnie nie przepadam za gitarą w jazzie, nie lubię gdy jest zbyt rozgadana, zbyt „perfekcyjna”. Znacznie bardziej cenię sobie gitarzystów niedoskonałych, grających raczej ekspresyjną plamą, a nie ściubiących efekciarsko-konwencjonalny pointylizm. Dlaczego w takim razie poszedłem na koncert dwóch gitarzystów? Hmm nie wiem, jakiś rodzaj muzycznego bdsm? W każdym razie nie żałuję.

Cline i Lage nie operowali tylko i wyłącznie idiomem jazzowym, odbijali się od niego – a im dalej, tym bardziej mi się podobało. Również ich dialog z rzadka opierał się na męczącym prześciganiu w technicznych popisach, panowie grali raczej komplementarnie, płynnie wymieniając się rolą „głosu numer 1”. Najciekawszy był dla mnie rytm i wynikające z niego nagłe zachwiania narracji, kierowanie jej na inne tory. Właściwie, jak na gitarzystów jazzowych, muzycy grali dość powściągliwie, a im bardziej polegali na rozwijaniu prostych patentów, chowając wirtuozerię do kieszeni, tym lepiej mi się tego słuchało.

Przyjemny, trochę melancholijny koncert (pierwszy na trasie!) i ujmująca postawa muzyków. Chyba moim ulubionym momentem wieczoru był ten, gdy Lage z rozbrajającym uśmiechem powiedział, że na barze stoją płyty cd, które generalnie wolą od winyli, bo jest na nich więcej miejsca. Stwierdzenie iście rokendrolowe w czasach nośnikowego snobizmu. Być może prorocze? Ja tam czekam na renesans cd. Już niedługo…

PS: Panowie promowali wspólną płytę (cd) pt. „Room” z 2014 roku.

——————————————————————————————-

Arszyn, Duda, PaperCuts, Dokalski

Kolejne (już ostatnie) dwa duety – Arszyn/Duda i Paper Cuts – wystąpiły wspólnie, na jednej scenie w Eufemii. Piątym ogniwem składu był Olgierd Dokalski i to on zaburzył równanie z tytułu tego tekstu. Koncert odbył się w ramach cyklu Impro Miting (klik), czyli coczwartkowego spotkania różnych muzyków, oddających się improwizacji w teorii stylistycznie niezdefiniowanej, niezdeterminowanej. Muzyka kreatywna i niespodziankowa. Była to już 18 edycja Impro Mitingu w nowej, odświeżonej odsłonie. Pełnoletność. Frekwencja dopisała wyjątkowo, co w przypadku niewielkiej, przedzielonej filarem sceny Eufemii, jest dla słuchacza zawsze słodko-gorzkim doświadczeniem. 5-osobowy skład to takie optimum/maksimum jak na tę przestrzeń.

„W sytuacjach takiego koncertu zawsze wychodzi się jak z jakiejś czarnej dziury” – tak powiedział mi jeden z muzyków tuż po występie. Tak jak Dokalski z członkami Paper Cuts grali już razem, chociażby w WIO, to Arszyn/Duda stanowili obce, nieznane ogniwo, które jednak szybko weszło w reakcję. Z całą pewnością odbiór tego koncertu byłby inny, gdyby publiczność nie stawiła się tak tłumnie, przez co często cichsze partie były zagłuszane. Niemniej sinusoidalny charakter występu – od wyciszenia, do wyładowań ekspresji – jak na pierwsze wspólne granie był jak najbardziej interesujący.

Dwa zestawy perkusyjne (Kurek, Topolski), między nimi dęciaki (Duda, Dokalski), a w centrum stolik z elektroniczną aparaturą (Kacperczyk) – tak wyglądała scena i arsenał, jakim muzycy dysponowali. Najbardziej wszędobylski okazał się rytm, a w zasadzie polirytmie, lub nazwijmy to poli-noise’y akustyczne. Tomasz Duda zagrał cały koncert na saksofonie sopranowym (podobno najtrudniejszym z saksofonów). Tworzył na nim zapętlające się ciągi dźwięków, skupione, transowe, sonorystyczne o lekkim etno zabarwieniu. Z kolei Dokalski grał bardziej punktowo, melodycznie, z dużą uwagą kontrolował natężenie brzmienia. Pamiętam jak w wywiadzie, przed dwoma laty (klik) Olgierd zdradził mi, że niegdyś fascynował go saksofon sopranowy – i to było słychać w dialogach, które budował z Dudą. [Ciekawe jak będzie na solowej płycie pt. „Mirza Tarak”, która już nadchodzi]. Zabrakło mi trochę większego udziału elektroniki Łukasza Kacperczyka. Skupił się raczej na cieniowaniu tła, które przez gwar często gdzieś ulatywało. Szkoda, że muzyk nie ingerował mocniej w narrację całości, bo potrafi to robić ze znakomitymi efektami (przykładem choćby tak duży format jak WIO). Ale podobno to dopiero początek współpracy, więc może następnym razem.

Słuchając kwintetu w  bardziej dzikich, rytmiczno-dętych przesileniach przyszło mi na myśl Art Ensemble of Chicago. Co prawda na chwilkę, ale przyszło, a to chyba dobry znak (taki eksperymentalny omen). Potencjał jest zdecydowanie. Intrygujące wyjście z czarnej dziury, oby nie jednorazowe.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zimowa podróż, trochę Cukru i kaszubskie wariacje…

daszek

Odwrócę chronologię wydarzeń i zacznę od końca. Zresztą każdy przyzwoity tekst, jak kij, ma przynajmniej dwa końce. Drugi/trzeci/czwarty/siódmy/domyślny powinien wylądować w aktywnym aparacie poznawczym czytelnika. Zatem raz, dwa…

Trzy:

Winterreise” czyli „Podróż zimowa” to cykl pieśni, które Franz Schubert skomponował do poezji Wilhelma Müllera. Właśnie dzieło Schuberta/Müllera stało się inspiracją dla dwóch kolejnych płyt z cyklu Populista, prowadzonego przez Michała Liberę dla Bôłt Records. Jak głosi nota „Winterreise” to: „modelowy przykład romantycznego songbooku o cierpieniu, miłości i samotności a wreszcie i XIX-wieczny odpowiednik albumu popowego, w którym przeglądały się kolejne pokolenia od roku 1828”. Tym razem przejrzały się w nim trzy artystki – wspólnie na jednej płycie Barbara Kinga Majewska i Emilia Sitarz; a samodzielnie, na drugiej, Joanna Halszka Sokołowska. Z końcem stycznia oba wydawnictwa  doczekały się premier koncertowych, które jak na złość odbyły się w dniach roztopów, nagłego rozpłynięcia zimy. Nie powstrzymało mnie to jednak przed zajściem do Królikarni na występ Sokołowskiej.

Winterreise

Przed rokiem, na festiwalu Playback Play w grudniu 2014 miałem już okazję widzieć artystkę w tym repertuarze, było to wówczas w ogóle pierwsze wykonanie (pisałem o nim tutaj). Tym razem wnętrze klubu zastąpiła wspaniała przestrzeń i akustyka Królikarni. Okoliczności miejsca w sposób znaczny wpłynęły na charakter występu. Po pierwsze wykonanie rozpoczęło się w całkowitych ciemnościach (i pozostało w nich do samego końca). Po drugie – Sokołowska kreatywnie wykorzystała specyficzną przestrzeń pałacyku. Druga część koncertu upłynęła na przechadzaniu się wokalistki po salach otaczających centralną, kolistą część budynku, w której siedziała publiczność. Śpiew nie ustawał, dobiegał z oddali, zbliżał się, błądził po Królikarni raz zgodnie ze wskazówkami zegara, raz odwrotnie. Zabieg okazał się genialny w swej prostocie – efekt akustyczny (i performatywny) był jedyny w swoim rodzaju, hipnotyzował i trzymał w napięciu. Można się było poczuć jak wewnątrz jakiegoś niezaistniałego filmu Herzoga. Na zakończenie Sokołowska zapaliła świecę i podziękowała za uwagę – tym samym utrzymała romantyczne decorum do samego końca. Bardzo osobliwy, melancholijny koncert site specific. Wsłuchiwanie się w pogłos kolejnych wersetów pieśni, w pauzy między nimi w otoczeniu mrocznej, akustycznie sterylnej Królikarni zapamiętam na długo jako wyjątkowe i nietypowe doświadczenie. Absolutnie nie dziwię się zespołowi Księżyc, że wybrał właśnie tę przestrzeń na nagrywanie swojej ostatniej płyty.

Dwa:

O zespole Cukier pisałem dość obszernie w maju zeszłego roku (klik). Był to jeden z pierwszych koncertów formacji, która przykuła moją uwagę (raz) ze względu na niecodzienne instrumentarium – syntezator modularny, klarnet, perkusja; (dwa) poprzez ciekawe, chaotyczno-energetyczne mieszanie różnych muzycznych języków – noise, free jazz, improwizacja elektro-akustyczna, trochę ambientu. Od tego czasu trio w składzie Łukasz Kacperczyk, Michał Kasperek i Piotr Mełech zdążyło wydać kasetę w Pawlaczu Perskim (bandcamp), na której w dość radykalny i bezkompromisowy sposób przedstawiło swój pomysł na muzykę.  „821” to ostra przejażdżka, przy okazji nagranie koncertowe, a nagrania koncertowe rządzą się swoimi prawami  [edit: jednak, nie koncertowe, tylko całodniowa sesja na żywo w warszawskim Mózgu]  i czasami bardziej brutalne szarże pozbawione pierwiastka wizualnego stają się nieczytelne. Niemniej jest to pozycja interesująca i odważna, pełna mocno kontrastujących zestawień. Sugeruję słuchanie „821” na głośnikach, tak by pozwolić muzyce wypełnić przestrzeń.

cukier1    cukier2Koncert w V9 odbył się przy okazji drugiej edycji DRUKUJ! Zinestu, czyli atmosfera DIY unosiła się w powietrzu od dobrych kilku godzin. Cukier wystąpił tego wieczoru w  nieco lżejszym wydaniu, ponieważ Piotr Mełech zrezygnował z użycia elektroniki i basklarnetu, zagrał cały koncert na zwykłym klarnecie. Był to koncert dość zwięzły, niespełna 40-minutowy i przyznam, że właśnie tego typu ramy czasowe są w sam raz w przypadku tak intensywnej muzyki. Podobała mi się dramaturgia występu. Cukier zaczął budować improwizację wychodząc od subtelnych partii syntezatora. Atmosfera gęstniała płynnie i oczywiście zmierzała do ekstatycznego jazgotu, ale zniuansowana „gra wstępna” pozwoliła na w miarę bezkolizyjne wejście w dzikie ostępy dźwięków brutalnych. Jednocześnie nie był to koncert o narracji prostej „od ciszy do zgiełku”, wykres napięcia i kolorów przedstawiałby się bardziej sinusoidalnie. To, że Cukier potrafi się ciekawie rozpędzić wiedziałem już od pierwszego zetknięcia z formacją. Teraz słychać, że oprócz tego muzycy wiedzą jak efektownie wyhamować, a przy okazji zrobić po drodze kilka niespodziewanych zakrętów. To dobrze wróży na przyszłość.

Jeden:

Ostatni mój tekst w roku 2015 dotyczył solowego występu Dominika Strycharskiego w Pardon To Tu (klik). Był to koncert znakomity, wirtuozerski, w dodatku najprawdopodobniej zostanie wydany na płycie. Raptem po kilku tygodniach Strycharski wrócił na tę samą scenę z formacją Core 6, by zaprezentować materiał z płyty „Czoczko” , na której poddaje kreatywnej interpretacji tradycyjną muzykę kaszubską. W zespole znaleźli się naprawdę mocni zawodnicy: Wacław Zimpel, Ksawery Wójciński, Zbigniew Kozera, Krzysztof Szmańda i Hubert Zemler. Czyli dwa instrumenty dęte i podwójna sekcja rytmiczna. Na albumie kluczowa rola przypada partiom duetu flet-klarnet (część utworów zagrana jest tylko w tym formacie), natomiast na koncercie siłą rzeczy większa była rola kolektywu.

Core 6

Podstawą tego projektu jest dualizm muzycznych światów, które Strycharski wraz z zespołem łączy – na poziomie podstawowym są to muzyka ludowa i free jazz. Kunszt instrumentalistów, ich improwizatorska biegłość, a także świetnie zaaranżowany materiał, złożyły się w nową jakość – silnie zakorzenioną w tradycji, a jednocześnie łamiącą granice gatunkowe. Coś podobnego udało się już choćby Marcinowi Maseckiemu (w wersji autorskiej na „Polonezach” i „Mazurkach”), również zeszłoroczne „Requiem Ludowe” Adama Struga i Kwadrofonik przenosi polską ludowość w XXI, wykorzystując współczesny język muzyczny. „Czoczko” składa się z tematów bezpośrednio zaczerpniętych z melodii tradycyjnych, natomiast rozwija je ze swobodą, rozmachem i dużą wrażliwością na poszczególne elementy brzmienia. Podwójna sekcja, tworzy dla Strycharskiego i Zimpla znakomitą, wielobarwną przestrzeń do dialogu, bądź snucia przyjemnie rozjeżdżających się wspólnych monologów. Koncert dość wiernie odzwierciedlił zawartość płyty, ale absolutnie nie na zasadzie 1:1. Zresztą nie byłby to nawet duży mankament, bo „Czoczko” to po prostu album bardzo dobry, zwięzły, nieprzegadany (niespełna 40 minut muzyki). Moje ulubione fragmenty to te, w których do głosu dochodzi pełen skład, szczególnie otwierający płytę tajemniczy utwór „Rubin”, oraz wieńczący nagranie „Antracyt” z fantastyczną woltą w środku. Kolejny mocny punkt w coraz ciekawszej dyskografii Dominika Strycharskiego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Paper Cuts na Chłodnej 25

Paper Cuts

Współpraca Łukasza Kacperczyka (syntezator modularny) i Wojciecha Kurka (perkusja) pod szyldem Paper Cuts rozpoczęła się w 2013 roku. Wówczas Panowie podzielili się ze światem zapisem swojej „Pierwszej Randki”, krótkim, lecz pełnym pomysłów materiałem – surowym, improwizowanym, psychodelicznym, o transowym perkusyjnym drive’ie. Na „First Date” (bandcamp) pierwiastki kreatywne tworzą iskry, a chemia między muzykami jest wyczuwalna od pierwszych minut. W roku następnym duet wydał jeszcze dwie dłuższe sesje – hipnotyczny, narastający i dość mroczny materiał o przewrotnym tytule „Muzak” (bandcamp), oraz półgodzinny koncert z klubu Chmury, z gościnnym udziałem saksofonisty Natana Kryszka (bandcamp). Po tej ofensywie słuch o Paper Cuts zaginął na 1,5 roku. Duet przypomniał o swoim istnieniu dopiero pod koniec września 2015, wydając  kasetę „Divorce Material” (bandcamp) w labelu Wounded Knife. Materiał zdecydowanie bardziej wyciszony niż poprzednie, w jeszcze większym stopniu skupiony na detalach brzmienia, bardzo dobrze funkcjonuje jako całość. Kaseta ma własny, wciągający, mocno surrealistyczny klimat i (jak dotąd) jest bez wątpienia najbardziej kompletnym owocem współpracy duetu Kacperczyk-Kurek. Co ciekawe została nagrana jeszcze w 2013 roku (za rejestrację odpowiadał Tomasz Mirt, co też z pewnością wpłynęło na ostateczny efekt). W takich sytuacjach naturalną koleją rzeczy są koncerty…

Paper Cuts + Tkacz Występ Paper Cuts na Chłodnej 25 był pierwszym po ponad 1,5 rocznej przerwie, czego nie dało się specjalnie odczuć. Muzyka duetu – podobnie jak na tegorocznej kasecie – rodziła się powoli, lecz nieubłaganie, angażując słuchacza nieprzerwanie przez cały koncert kaskadą rozproszonych, acz okiełznanych mikro dźwięków. Wieczór podzielony został na dwie części, w drugiej dołączył do Paper Cuts saksofonista Bartosz Tkacz (nie tak dawno pisałem o jego koncercie z Ray’em Dickaty pod tym samym adresem). Było to ciekawe posunięcie dramaturgiczne, pokazujące, że Paper Cuts jest w stanie działać równie dobrze jako skład suwerenny, jak i „gościnny”. Nazwijmy to roboczo „hospitable improvisation”.

Łukasz Kacperczyk jest osobą łamiącą niepisany stereotyp, który  mówi, że koncert muzyka elektronicznego nie posiada walorów performatywno-wizualnych. Stół, zastawiony rozmaitym analogowym sprzętem, przypomina stanowisko szalonego naukowca, który pozostaje w nieustannym w trybie „experiment”. Kacperczyk często preparował dźwięki generowane w czasie rzeczywistym przy użyciu łańcucha, pałeczek, starego instrumentu przypominającego cymbały… Jednocześnie przeprowadzając soniczne doświadczenia zachowywał umiar, nie przefajnował, grał oszczędnie z dużym wyczuciem, wsłuchując się w precyzyjną narrację bębnów. Wojciech Kurek należy do perkusistów, którzy potrafią grać ciszą i nie tracić wątku, budować formę, cieniować i podkreślać drobne elementy, które nagle stają się kluczowe. Interakcja Paper Cuts była pod tym względem komplementarna. I tutaj nazbyt dominujący saksofon mógł niepotrzebnie zakłócić układankę… Początkowo faktycznie dźwięki dęciaka trochę za bardzo „bujały”, próbowały uderzać w jazz, jednak Tkacz dość prędko zrewidował strategię i postawił na repetycje, sonorystykę, z którymi elektronika wchodziła w ciekawy dialog. Brzmiało to czasami jak dwa saksofony i „kosmische musik” w tle + motorik od Kurka, chociaż ogólna struktura była ciężko uchwytna, płynna, amorficzna. Fajnym efektem wizualnym podbijającym psychodeliczny wymiar muzyki było obfite zadymienie sceny, centralna lampka tworzyła klepsydryczny cień… Był klimat.

W światku polskiej alternatywy chyba najbardziej znanym duetem na syntezator modularny i perkusję jest Piętnastka w swej koncertowej inkarnacji z Hubertem Zemlerem na bębnach. Paper Cuts to trochę taka Piętnastka po drugiej stronie lustra (w równaniu: kompozycja / lustro / improwizacja). Zagranie tak dobrego, płynnego koncertu po dłuższej przerwie to sztuka. Mam nadzieję, że Panowie pójdą za ciosem – „Divorce Material” jest zdecydowanie zbyt ciekawym wydawnictwem by nie odnowić przysięgi ślubnej.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Cukier w Dwa Osiem

To nie będzie wpis dla noise’owych diabetyków. Przed Państwem Cukier – trio eksperymentalno-jazzowo-hałasowe!

Cukier

Zespół w składzie (od lewej) Łukasz Kacperczyk, Piotr Mełech i Michał Kasperek, zagrał w jeden z bardziej niewdzięcznych dni koncertowych maja – musiał walczyć o publiczność z 5 innymi wydarzeniami (m.in. z Kenem Vandermarkiem i Wovoką). I choć słuchacze nie przyszli do Dwa Osiem tłumnie, to z pewnością nie mogli narzekać na brak wrażeń.

Muzyka Cukru wbrew nazwie nie jest słodziutka, choć bez wątpienia silnie atakuje kubki smakowe. Może również zapewnić energetyczne odurzenie… Trio ma interesujący pomysł na grę. Syntezator modularny, klarnet i perkusja to cząsteczki, które przy zręcznym powiązaniu mogą dać zdumiewające, nieoczywiste rezultaty. Podczas koncertu w Dwa Osiem na pierwszym planie były: hałas, szum, szmer (efekty akustyczne określane w angielskiej nomenklaturze jednym, zbiorczym słowem: „noise”). Dźwięki elektroniczne o wysokich rejestrach kilkukrotnie rozlewały się ze sceny na widownię gorącą melasą, ciekawie wykorzystującą stereofonię, zniuansowaną na poziomie drobinek, kryształków. Duża w tym zasługa Łukasza Kacperczyka, który po raz kolejny zaimponował dużą wrażliwością na brzmieniowe detale. Muzyk umiejętnie łączy mocne, elektroniczne uderzenie z mikroskopijnymi, organicznymi drobiazgami (muzyka konkretna, sample nagrań terenowych?), ma wyczucie proporcji, które owocuje ciekawą wielowątkową narracją o „ludzkim”, analogowym obliczu. Zatem zawiesista melasa zmieszana z ulotnymi cząsteczkami cukru pudru, niekiedy grubiej zmielonego, zapewniającego błyski i świetlne refleksy.

Kacperczyk_Mełech

Mostem łączącym elektroniczne i akustyczne oblicze Cukru jest Piotr Mełech, w równym stopniu korzystający z klarnetów i bawiący się efektami pod wysokim napięciem. Zdarzały się podczas koncertu momenty gdy siła ściany dźwięku trochę przytłaczała – ginęła wówczas perkusja. Na szczęście trio podobne fragmenty potrafiło po chwili zbalansować muzyką skupioną na detalu, wchodzącą w bardziej subtelne interakcje. Cukier jest zbiorem osobowości o różnym artystycznym zapleczu, dzięki czemu ciężko przewidzieć efekt finalny, a brzmienie całości co chwila wymyka się kategoryzacji. Pierwiastek freejazzowy najsilniej inkorporowany jest przez Mełecha, szczególnie gdy chwyta za basklarnet – posługując się zwykłym klarnetem uzyskuje bardziej abstrakcyjne, sonorystyczne rezultaty. Fajnie, że zestawia ze sobą te dwa pierwiastki. Według mnie powinien częściej sięgać po instrument kosztem elektroniki, którą co prawda też posługuje się sprawnie, ale paradoksalnie brzmi ona najciekawiej, gdy generuje dźwięki zbliżone do barwy klarnetu. To pokazuje koherencję muzycznej wyobraźni niezależnie od medium. Jestem jednak przekonany, że Mełech jest za dobrym instrumentalistą na tak częste odkładanie klarnetu na bok.

Cukier3

Dobrze, że w Cukrze gra perkusista bez akademickiego, stricte jazzowego zaplecza, dysponujący bardziej post-punkowym, klubowym feelingiem. Stabilna i prosta, nieidiomatyczna rytmika jest tutaj wartością. Szkoda, że Kasperek nie wychodził specjalnie na pierwszy plan, raczej odnosił się do kolegów niż wpływał na wolty. Perkusja często ginęła pod elektroniką, a mogłaby bardziej dążyć do konfrontacji. Tutaj jest moim zdaniem potencjał do wykorzystania – mam na myśli spięcie ciekawych eksperymentów formalnych wyrazistym rytmem, silniej wpływającym na cieniowanie i intensyfikację całości. Kasperek powinien polegać na prostocie, wówczas muzyka tria ma szanse na zyskanie większej ostrości, komunikatywności.

Cukier jest zespołem znajdującym się dopiero w stadium embrionu, krystalizacji. Skład zagrał dotąd koncerty, które można policzyć na palcach jednej ręki – chociaż w Poznaniu Panowie mieli już okazję występować przed Kenem Vandermarkiem (zaledwie dzień przed koncertem w Dwa Osiem). Na moje ucho Cukier dysponuje sporym potencjałem, lecz jest na etapie szlifowania/poszukiwania brzmienia, work in progress, a to chyba najciekawszy czas dla zespołu. Może nawet najlepiej by było nigdy finalnego, jasno zdefiniowanego brzmienia nie znaleźć i pozostać naturalną, nierafinowaną demerarą? Jedno jest pewne: Cukier nie ma nic wspólnego z oszukanym syropem glukozowym, cieszy oryginalnym smakiem. I jestem bardzo ciekaw efektów, które w najbliższych miesiącach mają się ukazać w labelu Pawlacz Perski. Liczę na przebłyski tryboluminescencji…

Za Wikipedią:

„Uderzając silnie dwie kostki cukru o siebie, można zobaczyć zjawisko tryboluminescencji. Zabłysną na ułamek sekundy niebieskim światłem. Ale można to dostrzec tylko w absolutnych ciemnościach”.

Tutaj mamy aż trzy kostki, więc może być ciekawie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

„Noise clarinet” – Piotr Mełech solo w Mózgu Powszechnym

Piotr Mełech 1

Zacznijmy konfesyjnie. Mam słabość do klarnetu, a klarnet basowy jest dla mnie niekwestionowanym królem klarnetów. Lubię soniczną dwubiegunówkę, ciepło-szorstkie, przeszywająco-delikatne brzmienie tego instrumentu. We właściwych rękach klarnet może być prawdziwie spektakularnym narzędziem muzycznym. Tutaj większy nacisk kładę oczywiście na owe „właściwe ręce”, bo jeśli te mają do czynienia z właściwym instrumentem, to zawsze jest szansa na cuda. W Mózgu solowy program na klarnet i prąd zaprezentował Piotr Mełech, muzyk dotychczas najmocniej związany ze sceną poznańską, a od jakiegoś czasu mieszkający i aktywnie działający w Warszawie. W swojej karierze grywał już z takimi zagranicznymi sławami jak Mats Gustafsson, Clayton Thomas, Fred Lonberg-Holm, czy Michael Zerang. Autorski program nazwałbym raczej rodzajem muzycznego performansu, w którym eksperyment był na pierwszym miejscu, a klarnet jednym z kilku środków artystycznej wypowiedzi.

Piotr Mełech 2

Gdy wszedłem do Mózgu zobaczyłem Mełecha na scenie otoczonego plątaniną kabli, dużą liczbą efektów i rozmaitych elektronicznych zabawek. Ten widok przypominał trochę laboratorium szalonego naukowca. Okazało się, że dopięcie technikaliów trochę potrwa, jednak samo obserwowanie przygotowań można było potraktować jako „odkuchenne” widowisko. Występ poprzedziła projekcja filmu autorstwa Mełecha. Około 10-minutowy obraz rozpoczął się od amorficznych, kolorowych plam, korespondujących z równie  abstrakcyjną muzyką, wypadkową noise’u i ambientu, budowaną na bazie klarnetu i elektronicznych preparacji. Film przeplatały ujęcia realistyczne, przedstawiające żydowski cmentarz. Okazało się, że jest to nekropolia z Lubaczowa, rodzinnej miejscowości artysty ogrodzona blaszanym płotem, którego zbliżenia złożyły się na psychodeliczne ciągi ujęć. Mełech po projekcji w kilku zdaniach opisał genezę powstania filmu jako spontaniczną rejestrację telefonem komórkowym. Miała to być próba przepuszczenia znanych obrazów przez soczewkę artystycznej estetyzacji. Efekt określiłbym jako niepokojący i lekko surrealistyczny. Te pierwiastki dobrze zasygnalizowały dalszy rozwój wypadków.

Piotr Mełech + cień

Noise clarinet… Bardzo trafnie, adekwatnie do rzeczywistości zatytułowane przedsięwzięcie. Instrument  często stanowił dla Mełecha jedynie pretekst do zanurzenia się w elektronicznych eksperymentach, wyjątkowo dobrze funkcjonujących w niewielkiej przestrzeni klubu. Raz były to jednostajne plamy noise’u, kiedy indziej partie bardziej zrytmizowane o różnorodnym, trochę industrialnym brzmieniu. Elektryczna aparatura podłączona do klarnetu ciekawie podkreślała i eksponowała sonorystykę instrumentu, która następnie była przez artystę przetwarzana w dźwięki zupełnie nieprzewidywalne. Niekiedy Mełech w ogóle odkładał dęciak i skupiał się na zabawie efektami. Natomiast gdy sięgał po klarnet basowy koncert przybierał wręcz klasyczne oblicze. Muzyk dysponuje dość rozkołysaną frazą, częstokroć układającą się w melodyczne wariacje. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie duża wrażliwość w operowaniu cichymi partiami, którymi Mełech umiejętnie przeplatał wypowiedź na klarnetach. Te subtelniejsze momenty ciekawie kontrastowały z brutlistyczną, agresywną elektroniką. Przypomnijmy – brutalizm architektoniczny kładzie nacisk na przestrzeń, konstrukcję i właściwości materiałów w celu uzyskania formy surowej. Według mnie właśnie taka forma w Mózgu powstała.

Mełech - Kacperczyk

Na bis dołączył do klarnecisty Łukasz Kacperczyk, który wziął na siebie ciężar operowania brzmieniami syntetycznymi, raczej wyciszonymi, nawiązującymi bardziej do ambientu czy kosmische musik. Początkowo Mełech nawiązał z Kacperczykiem elektroniczny dialog, by po chwili sięgnąć po klarnet basowy. Lubię tego rodzaju bisy, które są w zasadzie oddzielnymi mini-programami artystycznymi, które coś wnoszą. Duet zagrał krótko, acz ciekawie, budując powoli narastającą wypowiedź skonstruowaną z wielu mikro-detali. Słychać było, że muzycy wyznają podobną, a w każdym razie komplementarną, filozofię improwizowania. Nic w tym zresztą dziwnego, ponieważ Panowie występują wspólnie w kilku projektach, jak chociażby Cukier, czy ostatnio przeze mnie recenzowane Sounds Of The Night Sky (klik). Na sam koniec klarnet wybrzmiał jeszcze raz samodzielnie i tym samym domknął nieco chaotyczną, lecz zdecydowanie intrygującą całość występu.

Mełech zaprezentował się jako artysta poszukujący, swobodnie operujący kilkoma muzycznymi językami. Niekiedy eksperymenty w łączeniu klarnetu z elektroniką nasuwały mi skojarzenia z Jeremiahem Cymermanem. A to porównanie zdecydowanie pozytywne. Koncert w Mózgu odbieram jako pokaz szerokiego spektrum możliwości i nieskrępowanej wyobraźni. Wydaje mi się, że solowa muzyka Mełecha jest dopiero w procesie krystalizacji. A może właśnie próbuje się tej krystalizacji wymknąć, sytuując się na niezapisanych marginesach wolności i intuicji? Tak czy inaczej otwarte, ryzykanckie podejście Mełecha do tzw. „dźwiękowej materii” zrobiło na mnie wrażenie i z całą pewnością warto śledzić dalszy rozwój wypadków.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Sounds Of The Night Sky [Ray Dickaty, Łukasz Kacperczyk, Piotr Mełech, Dominik Mokrzewski] w Mózgu Powszechnym

Kacperczyk_Dickaty_Mełech3

SOTNS – bo tak, dość psotnie, brzmi skrótowa nazwa zespołu – zagrało w Mózgu Powszechnym swój pierwszy koncert. Zatem historia dzieje się na naszych oczach podczas, co znamienne dla nazwy, marcowej pełni księżyca. Skład docelowo uzupełniać ma jeszcze „sekcja smyczkowa” w osobach Ksawerego Wójcińskiego i Mikołaja Pałosza, jednak muzykom nie udało się na koncert dotrzeć.

Wysokie występy w Mózgu WWA

Cóż mogę powiedzieć? Gdy zobaczyłem zespół o takiej konfiguracji personalnej nie zastanawiałem się zbyt długo czy przyjść na koncert. Zresztą po miesiącu z hakiem zdążyłem się odrobinę stęsknić za przestrzenią „warszawskiego-bydgoskiego klubu”. Muszę przyznać, że jak dotąd na scenie Mózgu nie miałem okazji zobaczyć słabego występu, a już kilkakrotnie (dosłownie) w praskich-bydgoskich podwojach gościłem. Klub ma przyjemny, kameralny klimat, przytulny wystrój i przede wszystkim naprawdę dobrą akustykę, w której doskonale sprawdzają się niewielkie koncerty. Niewielkie? To słowo to nienajlepiej oddaje charakter występów, jakie do tej pory w czarnej jak sadza sali przyszło mi oglądać. Powiedzmy, że były to koncerty zdecydowanie „wysokie”, wznoszące się swoją koncepcją nad poziomy przewidywalności i artystycznego oportunizmu. Nie inaczej było i tym razem.

Dickaty_Mełech_Mokrzewski2

Sounds Of The Night Sky zaaplikowali słuchaczom naprawdę imponującą dawkę wciągającej, uporządkowanej, a zarazem mocno zaskakującej muzyki. Bez przerw – jeden długi set podejmujący, rozwijający i żonglujący rozmaitością wątków oraz bis. Śledzenie koncertu w pełnym zaangażowaniu przyszło mi z dużą łatwością, którą przewyższała chyba jedynie przyjemność, wynikająca z roli słuchacza i widza. Czytaj: fascynujący występ. Potraktowałbym wywoływanie tak pozytywnych reakcji (zaznaczmy – podczas pierwszego zespołowego koncertu) jako dobrą monetę i nie zarzucał projektu, a wręcz zintensyfikował aktywność.

Szczegóły:

Kwartet w budowaniu improwizacji wykazywał się bardzo dużym skupieniem i wrażliwością na najdrobniejsze niuanse brzmienia. Początkowo była to muzyka rzeczywiście, jak przystało na nazwę zespołu, wyciszona, dość melancholijna, utkana z subtelnych interakcji instrumentów, jednak systematycznie atmosfera ulegała zagęszczeniu. Dużą rolę w nakreśleniu klimatu odegrała elektronika Łukasza Kacperczyka. Nagłośniona kalimba (i cała stacja efektów) pozwalała artyście na generowanie szumów, stukotów i szmerów w czasie rzeczywistym w sposób akustyczny, a następnie na wyważone podkręcanie ich barwy z użyciem syntezatora. Muzyk, choć skoncentrował się głównie na tworzeniu sonicznego backgroundu, znacznie wpłynął swymi manipulacjami na charakter całości. Z elektroniką dobrze korespondowała skupiona i poukładana perkusja Dominika Mokrzewskiego.

Mokrzewski

Artysta zagrał bardzo kreatywnie nie przytłaczając brzmieniem zestawu innych instrumentów. Mokrzewski raczej operował akcentami i brzmieniem poszczególnych części perkusyjnego arsenału. Nie zabrakło gry smyczkiem po talerzach, uderzania w bębny plastikową, rezonującą tubą, czy partii granych widelcami, których samodzielne drgania dawały efekt metalicznego pogłosu. Te zabawy w zbytnim natężeniu mogły przytłoczyć całość, jednak muzyk nie wychylał się przed szereg, a raczej wtapiał w grę w zespołu podsycając dramaturgię.

Dickaty_Mełech2

Sekcja dęta SOTNS w osobach Raya Dickaty’ego i Piotra Mełecha również nie była tradycyjnie frontalnym wysunięciem aerofonów na pierwszy plan. W ogóle zestawienie tych dwóch muzyków w jednym składzie uważam za strzał w dziesiątkę, ponieważ obaj charakteryzują się dużą wrażliwością na muzyczne drobiazgi, grając nie zapominają o słuchaniu i reakcji na bodźce innych instrumentów. Saksofon tenorowy skupiony był głównie na operowaniu frazą złożoną z delikatnych, drobnych elementów, w których sonorystyka szła w parze z melodyczną intuicją. Gra Dickaty’ego jest bardzo specyficzna potrafi płynnie przejść od subtelnych, wyciszonych tonów do ognistej, dynamicznej improwizacji. Tym razem dominował raczej ten pierwszy pierwiastek, a główny ciężar prowadzenia narracji spoczął na barkach Mełecha, którego klarnety dominowały nad brzmieniem saksofonu, chociaż też go nie zagłuszały. Gra Mełecha jest precyzyjna i czujna, przy okazji artysta nie stroni od eksperymentów brzmieniowych, ze znakiem firmowym „dęciem w podłogę” na czele. Klarnecista w sposób bardzo organiczny nawiązywał dialogi z saksofonem. Muzyk niebawem wyrusza w trasę po Polsce z solowymi występami, w których połączy klarnet z elektroniką. Cieszy, że coraz częściej można usłyszeć Mełecha w warszawskich klubach, bo to bez wątpienia jeden z bardziej oryginalnych klarnecistów.

Kacperczyk_Dickaty_Mełech2

Chociaż w koncercie SOTNS dominował umiar i kolektywna, uporządkowana opowieść, nie zabrakło momentów bardziej ekspresyjnych, które w kontekście całościowej subtelności wybrzmiały mocno i wyraziście. Najbardziej zapadł mi w pamięć jedna z erupcji, zapoczątkowana elektroniczną niską, dudniącą improwizacją Kacperczyka, do której dołączyli pozostali muzycy. Kawałek tego fragmentu udało się uwiecznić na filmiku poniżej.

Występ kwartetu oceniam jako bardzo dobry. Trochę ciężko mi wyobrazić sobie w tej muzyce udział jeszcze dwóch instrumentów, wydaje mi się, że w czteroosobowej konfiguracji Sounds Of The Night Sky zabrzmiało w sposób kompletny, ale oczywiście mogę się mylić. Tak czy inaczej zdecydowanie warto ten projekt śledzić i mam nadzieję, że przemieni się w regularny zespół – zdecydowanie ma potencjał. W najbliższym czasie będzie okazja zobaczyć muzyków na jednej scenie 14 marca podczas koncertu Warsaw Improvisers Orchestra w Laboratorium CSW, który niniejszym gorąco polecam.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć 

Warsaw Improvisers Orchestra w Pardon To Tu

Warsaw Improvisers Orchestra

W przeciągu 2014 roku na scenie Pardon To Tu wystąpiła cała plejada wielkich nazwisk muzyki improwizowanej, czego absolutnym przesileniem był listopad, kiedy średnio co trzy dni przy pl. Grzybowskim gościła kolejna gwiazda. Klub ściągał w tym roku artystów niemal z całego świata i stosunkowo rzadko prezentował twórców lokalnych, stawiając bardziej na program międzynarodowy. Sytuacja uległa znacznej zmianie w grudniu, kiedy line-up wypełniły niemal wyłącznie polskie składy, a na zamknięcie koncertowego sezonu wystąpił projekt ze wszech miar wyjątkowy w pejzażu krajowej sceny – Warsaw Improvisers Orchestra.

Orkiestra powołana do życia przez Raya Dickaty’ego zrzesza mieszkających w Warszawie improwizatorów, zarówno muzyków znanych z różnych innych projektów, z powiedzmy bogatszym cv, jak i artystów dopiero debiutujących. Chęć wspólnej gry wydaje się podstawowym kwalifikatorem – pomijając, lecz nie zapominając o umiejętnościach – który decyduje o dołączeniu do kolektywu. W efekcie oglądając WIO można zetknąć się z dużym i różnorodnym fragmentem warszawskiej sceny improwizowanej, a bigbandowy charakter występów każdorazowo nieco inaczej skompilowanego składu, ma bardzo dużą siłę rażenia. Oglądając kilka razy Orkiestrę na bardziej kameralnych, comiesięcznych występach w Chmurach myślałem, że tylko kwestią czasu będzie przeniesienie się zespołu w przestrzenie bardziej dostępne dla szerszej publiczności. Koncert w Pardon To Tu, które jest stołecznym salonem muzyki improwizowanej, stanowił pierwszą z rezydencji WIO poza – w ostatnich miesiącach – praskim matecznikiem. Oprócz kilkunastu muzyków na scenie pojawił się również Chór Eksperymentalny, a całość została zamknięta w dwóch, mocno kontrastujących setach.

Rozdział I

WIO2

Podczas części pierwszej wystąpiło „zaledwie” ośmiu muzyków pod precyzyjną dyrygenturą Raya Dickaty’ego. Koncert otworzyła delikatna noise’owa elektronika Łukasza Kacperczyka, do której po chwili dołączyła na wokalu Hania Piosik. I tak jak elektronika w dalszej części schowała się nieco na plan dalszy (trochę ku mojemu rozczarowaniu), tak wokal przez cały set był jednym z głównych, dominujących pierwiastków w tej odsłonie Orkiestry. Muszę przyznać, że odrobinę zaskoczyła mnie strategia jaką obrał Ray Dickaty. Muzyk postanowił nie eksploatować potencjału dużego składu w celu tworzenia spektakularnych, głośnych kulminacji, a bardziej skupił się na tworzeniu bardzo uporządkowanej narracji, konsekwentnie wprowadzając i wygaszając kolejne instrumenty. Muzycy zestawiani byli ze sobą najczęściej w duety – wokalistce akompaniowała na flecie Daria Wolicka, z Natanem Kryszkiem na saksofonie w dialog wchodził bardziej sonorystyczny, pozytywnie piskliwy klarnecista Piotr Mełech. Sekcja smyczkowa z Ksawerym Wójcińskim i Mikołajem Pałoszem była bardziej ograniczona do roli tła. Mocna i głośna perkusja Dominika Mokrzewskiego pojawiała się w wybranych momentach i również poddana była arbitralnej dyscyplinie, jaką narzucał na muzyków Dickaty. Brytyjski saksofonista eksperymentował z aranżacją, testując różne konfiguracje instrumentalne i budując dość intensywny klimat, który jednak ani razu nie został doprowadzony do pełnej eksplozji, pozostał w napięciu i zawieszeniu do samego końca. W kontekście kolejnego setu podobne niedopowiedzenie zafunkcjonowało interesująco, choć mogło budzić lekki niedosyt u słuchaczy spodziewających się potężnego, orkiestrowego brzmienia. W zamian Dickaty zaproponował publiczności mocno zniuansowany, subtelny i wyciszony instant-composing.

——————————————————————————————————

Rozdział II

WIO1

Miałem wątpliwości czy scena Pardonu pomieści 21 muzyków, ostatecznie jakimś cudem się to udało. Mistrzem ceremonii drugiego setu był Dominik Strycharski, muzyk, który potwierdził już w tym roku osobowość urodzonego lidera nagrywając w septecie, jako Pulsarus „Bee Itch”, album pełen monumentalnych i bogatych aranżacyjnie kompozycji. W związku z tym nie było dla mnie dużym zaskoczeniem, że Strycharski znakomicie odnalazł się w roli dyrygenta. Sam skład Orkiestry został nieco zmodyfikowany i rozszerzony do 11 muzyków – dołączyły 2 trąbki, 3 saksofony, skrzypce i gitara basowa, natomiast odpadł wokal, flet i elektronika. Tak jak pierwszy set był stosunkowo spokojnym i różnorodnym budowaniem wypowiedzi, tak druga część wieczoru stanowiła instrumentalno-wokalne trzęsienie ziemi pełne nagłych wybuchów kolektywnej energii. Strycharski postawił na brzmienie potężne i pulsujący groove generowany w mniejszych podgrupach. Wyciszenia stanowiły jedynie pretekst dla przesileń, kompulsywnych, głośnych spięć. Poszczególne sekcje płynnie się przeplatały w improwizacjach, a bigbandową, jazzową konwencję całości ciekawie przełamywały wokalne eksperymenty chóru, nadając występowi nieoczywisty i nieprzewidywalny charakter, niekiedy przynoszący skojarzenia z Fire! Orchestra. Warto podkreślić, że z wyjątkiem elektrycznej gitary basowej Jacka Mazurkiewicza brzmienie Orkiestry było właściwie pozbawione asysty energii elektrycznej. Muzyk w drugiej części występu podbudował całość charakterystycznym riffem, na którego kanwie (i mocnym perkusyjnym bicie) toczyły się dalsze improwizacje. Bardzo dobrze wypadły przekrzykujące się dęciaki – intensywna, świdrująca trąbka Redy Haddada, ciekawie kontrastowała z trochę bardziej delikatnym i rozkołysanym brzmieniem Olgierda Dokalskiego. Trębaczy bardzo dobrze podkręcał przeszywający klarnet Piotra Mełecha. Strycharski „uruchamiał” poszczególnych muzyków z zawrotną prędkością, testując ich refleks i zdolności natychmiastowego ustosunkowania się do wcześniejszych partii – było to szczególnie wyraźne w dialogach saksofonów (trzech tenorów i głębokiego barytonu Kryszka), ale nie tylko (np. smyczkowce – chór). Właściwie cały występ miał charakter ćwiczenia na szybkość i kreatywnośc reagowania, co często popychało narrację na zupełnie nowe tory. Pasjonujące, porywające widowisko.

Wieczór pokazał dwa odmienne oblicza Warsaw Improvisers Orchestra. Jednocześnie były to wizerunki jedne z wielu, ponieważ przez skład kolektywu rotacyjnie przetacza się właściwie drugie tyle muzyków (o ile nie więcej). Część z nich przyszła do klubu w charakterze widzów. Nie wiem czy Pardon To Tu mogło wybrać na zakończenie sezonu koncertowego bardziej pełnokrwiste, a zarazem lokalnie zakorzenione zwieńczenie. Warszawska scena pokazała moc. Jeśli chcieć szukać polskiego odpowiednika kultowego AACM, to chyba właśnie WIO ze swoją egalitarną formułą byłoby mu najbliższe. Ale chyba nie ma sensu na siłę tworzyć analogii – Orkiestra powołana przez Raya Dickaty’ego ma swoją własną specyfikę i autonomiczny charakter. I fajny skrót. A ja chyba jeszcze nigdy nie miałem w tagach pod wpisem aż tylu nazwisk…

Krzysztof Wójcik (((ii)))