LOTTO w Kadrze (relacja)

lotto-2

Ostatni raz widziałem na żywo zespół Lotto relatywnie dawno, bo jeszcze chwilkę przed wydaniem drugiej płyty Elite Feline (bandcamp), która  trochę niespodziewanie zdominowała podsumowania roku 2016. Niespodziewanie głównie ze względu na dość radykalnie minimalistyczną zawartość, która równie dobrze mogłaby być potraktowana po macoszemu. Dlaczego tak się nie stało? Na tym chyba właśnie polega sekret i czarodziejstwo muzyki Mike’a Majkowskiego, Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury. A ta magia w sytuacji koncertowej działa wielokrotnie mocniej.

Lotto należy do polskich zespołów, o których w ostatnich latach pisałem z dosyć dużą regularnością (3 relacje z różnych etapów działalności + recenzje obydwu płyt: 1, 2). Przyznam, że obserwowanie rozwoju formacji w perspektywie czasu jest fascynujące. Każde kolejne spotkanie z Lotto pokazuje jak bardzo witalna i artystycznie płodna potrafi być prosta, transowa, hipnotyczna formuła grania. Obecnie trio osiągnęło wyjątkowo wysoki poziom scenicznego zgrania, porozumienia. Koncert w warszawskim Domu Kultury Kadr był dobitnym potwierdzeniem entuzjastycznych opinii wielu muzycznych komentatorów. Jednocześnie pokazał, że zespół – jak przystało na trio improwizatorów – na żywo wykracza daleko poza albumowe ramy, kadry i kreuje nowe na oczach/uszach słuchaczy.

W Kadrze, pomijając otwierający koncert utwór „Gremlin-Prone” z debiutu, Lotto zaprezentowało zupełnie nowy materiał, w którym jak dotąd chyba najbardziej słyszalne są odległe inspiracje rozkołysanym country – w wersji tria przybierającym osnowę mroczną, duszną, psychodeliczną. W premierowych motywach melodycznych i rytmicznych patentach kryje się duża doza specyficznie rozumianej „przebojowości”, którą trio bawi się, rozciąga, dekonstruuje, modyfikuje z fantazją i polotem. Jeśli musiałbym wyróżnić jednego z muzyków, który zrobił na mnie największe wrażenie piątkowego wieczoru, to byłby nim Paweł Szpura. Perkusista grał z niesłychaną mocą i precyzją, nadając całości bardziej agresywny, energetyczny odcień niż znany z ostatniej, „medytacyjnej” płyty Lotto. Żywiołowość Szpury doskonale upina w ramy stateczna, ultra-dokładna gra Majkowskiego, pozwalająca z kolei Łukaszowi Rychlickiemu na rozlewanie abstrakcyjnych gitarowych plam tu i ówdzie.

Około godzinny koncert w Kadrze nie miał jak dla mnie słabych punktów. Był porywający i wciągający od początku do końca. Pokazał znakomity zespół w doskonałej formie, a przede wszystkim zasygnalizował, że Lotto szykuje dla słuchaczy nowy, intrygujący materiał, na który mam nadzieję nie będziemy musieli długo czekać.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

KRISTEN – „LAS” w NInA (premiera płyty)

kristen2

Jak się okazało „Sekretna Mapa” z 2014 roku zaprowadziła muzyków Kristen w „Las”, lecz w żadnym razie nie są to artystyczne manowce.
Zespół zagrał pierwszy koncert promujący wydawnictwo w Narodowym Instytucie Audiowizualnym w sali „Ziemia obiecana”  i tenże kontekst nazwy okazał się w stosunku do „Lasu” bardzo adekwatny.
Las to przestrzeń specyficzna, pozornie chaotyczna i bezładna, lecz w rzeczywistości harmonijna, rządząca się własnymi prawami. Wieloelementowość lasu na pierwszy rzut oka jest niezauważalna, poszczególne warstwy od ściółki po koronę drzew zdają się być jednolitą masą, podczas gdy każda z nich pełni swoją określoną rolę w powiązaniu z innymi elementami, tworząc jeden złożony organizm. Podobną złożoność można zaobserwować na płycie Kristen – pod fasadą prostoty w większości instrumentalnych numerów kryje się całe mnóstwo brzmieniowych drobiazgów, które decydują o wysmakowaniu wydawnictwa. Dzięki temu „Las” można przyswajać na powierzchownym poziomie groove’u, polirytmii, repetycji, ale też istnieje opcja wsłuchania się w subtelne elementy „pozornie-niepozorne”, acz funkcjonujące równolegle w muzykosystemie tych 35 minut, nadające im głębi, która niepostrzeżenie wciąga.

Biorą pod uwagę formę, to „Las” Kristen przypomina gęste, krautrockowe lasy niemieckie lat 70., jednak wzrastające już w powietrzu XXI wieku. Słuchając zespołu w NInA, miałem momentami skojarzenia z tegorocznym koncertem Follakzoid w Pardon To Tu (pisałem tu), chociaż muzyka Kristen ma w sobie znacznie więcej światła niż w przypadku chilijskiego tria. Najwięcej psychodeliczno-gitarowego mroku można zaznać w wieńczącej album, znakomitej kompozycji tytułowej, w której Michał Biela po raz pierwszy śpiewa (a raczej melorecytuje) po polsku. Gdy usłyszałem utwór „Las” z tekstem w duchu realizmu magicznego, skojarzenia poszybowały w stronę Ścianki i jej przewrotnych quasi-mikro-słuchowisk. Kompozycja doskonale sprawdza się jako finał albumu i nadaje całości płyty specyficzny kontekst, ni to muzyki drogi, ni to zagłębiania się w podświadomość, przechodzenia przez kolejne warstwy… „Las” – cały album, jak i sam utwór – interpretowałbym tutaj jako metaforę stanu umysłu.

Co do samego koncertu. Kristen jest zespołem, który na żywo nabiera dodatkowych barw i nie inaczej było w NInA. Oprócz materiału z najnowszej płyty kwartet zagrał kilka starszych, bardziej drapieżnych, piosenkowych utworów, co dobrze zbalansowało impresyjne kompozycje z „Lasu”. Sam koncert był zwięzły, podobnie zresztą jak wszystkie płyty Kristen i trwał niespełna godzinę (razem z bisem). Format esencjonalny, jak dla mnie w sam raz. A dodając do tego świetne warunki do grania (i słuchania) jakimi dysponuje Narodowy Instytut Audiowizualny, wieczór zaliczam do zdecydowanie udanych. Bardzo fajnie, że instytucja dba o ambitny program muzyczny i w dodatku organizuje koncerty egalitarne z wejściem za free. Kolejny tego typu wieczór już 8 października, gdy zagrają w NInA Marcin Dymiter i Paul Wirkus (klik). Będzie to wydarzenie z gatunku unikalnych, gorąco polecam się wybrać.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

BNNT zbombardowało Plac Zabaw

BNNT + Łukasz Rychlicki

Czy w obecnej dekadzie na krajowym rynku tzw. muzyki niezależnej ukazała się jakakolwiek bardziej  agresywna, surowa i głośna pozycja niż album duetu BNNT pt. „_ _” z 2012 roku? Śmiem wątpić. Debiut Konrada Smoleńskiego i Daniela Szweda to muzyczny ekwiwalent koktajlu Mołotowa, płyta o drapieżności zarazem magnetycznej i obezwładniającej. Brązowa nuta (BrowN NoTe)? Sound bombing? Guerrilla gigs? Przecięcie sztuk wizualnych, performansu i muzyki? Tak jest – BNNT to whole package, przemyślany spójny, precyzyjnie skonstruowany mechanizm, koncertowe monstrum działające wielokanałowo na zmysły odbiorców.

Na Placu Zabaw Smoleński i Szwed nie objawili się jednak jako muzyczni terroryści ingerujący niespodziewanie, znienacka w tkankę miejską – zagrali zapowiedziany koncert na normalnej, plenerowej scenie przed australijskim trio My Disco. I to była jedna z tych sytuacji, kiedy support przyćmiewa „gwiazdę wieczoru”. Po dzikim, surowym, quasi-rytualnym występie BNNT, My Disco zabrzmieli dosyć… konwencjonalnie. Być może była to kwestia tego, że oba składy prezentują podobnie ciężką, skondensowaną muzykę i po prostu zadziałał nadmiar. W każdym razie jakoś nie byłem w stanie zaangażować się w występ Australijczyków i odpuściłem go sobie bez żalu po kilkunastu minutach.

BNNT zagrali tego wieczoru w rozszerzonym, trzyosobowym składzie – duet uzupełnił na gitarze Łukasz „Pan Lotto” Rychlicki. Ciekawa kombinacja. Na tegorocznym, minimalistycznym „Elite Feline” (bandcamp / recenzja) Rychlicki zaprezentował się od strony niezwykle subtelnej, by nie powiedzieć delikatnej. Wraz z BNNT mógł natomiast dać upust gitarowemu żywiołowi hałasu, którym na przestrzeni wieloletniej kariery nauczył się operować w stopniu niemal mistrzowskim. Udział trzeciego muzyka sprawił, że Konrad Smoleński ze swoją specyficzną dwustrunową „bombotarą” przesunął się bardziej na pozycję basową, dając większą przestrzeń dla noise’ów Rychlickiego. Wszystko upinała motoryczna, twarda i bezlitosna perkusja Daniela Szweda. Muzyk grał z wręcz dingerowską energią, powściągliwością i precyzją, dzięki czemu BNNT+ zabrzmiało trochę jak mroczny, zły brat bliźniak Neu!. Przedstawienia dopełniał oczywiści charakterystyczny wizerunek sceniczny.

BNNT+Rychlicki3

Wyjątkowo magnetyczny, intensywny koncert. Ciężko porównywać BNNT a.d. 2016 z tym znanym z płyty „_ _”, która jednak dużo zawdzięczała wykorzystaniu różnorakich sampli i udziale gości. Niemniej występ na Placu Zabaw sugeruje, że na kolejnym, zapowiadanym na ten rok krążku, brzmienie będzie nieco mniej frywolne, a wybuchowe, noise’owe adhd, duet przekuje w bardziej rozbudowane, potężne, transowe struktury. Jakby mniej młotów pneumatycznych na rzecz ciężkich, acz rozpędzonych walców. Ale to tylko spekulacje. Natomiast jedno jest jak dla mnie pewne – drugi, regularny album BNNT będzie głośnym wydarzeniem. I już nie mogę się doczekać koncertów go promujących.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

LOTTO / Mike Majkowski solo w Pardon To Tu

Lotto

Nie znasz jeszcze grupy LOTTO? Zapytaj/poproś Pył (bandcamp), a opowie Ci o sobie językiem dźwięków. Ja opowiem inaczej, ale dobrze mieć podkład. Szczególnie gdy na wyciągnięcie kliknięcia mamy „taśmę profesjonalną”.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… Był lot. (Od) Lot to był daleki… Było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel, a moc była z nimi. Triolot, lottrio..?
Rozwikłanie nazwy jednej z najciekawszych polskich grup improwizowanych spoza idiomu „jazz” nastręcza wiele możliwości i wariacji. Paradoksalnie przypadkowość skaczących piłeczek z kabiny maszyny losującej nie do końca oddaje coraz bardziej poukładany i procesualny sposób prowadzenia narracji tria. Jeśli chodzi o jakość, to do wspólnych koncertów Mike’a Majkowskiego, Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury bardziej pasowałoby określenie „twój szczęśliwy numerek” – łatwiej go trafić, a póki co zespół trafia bez pudła. Ale mniejsza o nazwy, nie o nie tutaj chodzi.  Zacznijmy inaczej, na około lot to będzie.

Gdy przed rokiem pisałem recenzję płyty „Ask The Dust” (w grudniu krążek obchodzi swoje pierwsze urodziny), powiedziałem mniej więcej, że nagranie w pełni nie wyczerpuje potencjału zespołu, który najjaśniejszym blaskiem świeci podczas koncertów. Cóż, chyba najgorszą sytuacją dla składu improwizowanego byłoby właśnie „wyczerpać swój potencjał” na albumie. Występ w Pardon To Tu pokazał jak na dłoni, że w Lotto wciąż spoczywają potężne pokłady możliwości, które na scenie potrafią wygenerować samozapłon.

Mike Majkowski

Z całą pewnością koncert Lotto nie zadziałałby aż tak silnie gdyby nie pierwsza, wyciszona, kontemplacyjna część wieczoru pod znakiem solowego występu Mike’a Majkowskiego. Najlepszy nadgarstek III RP zaprezentował publiczności materiał ze swojej świeżutkiej płyty „Bright Astonishment of the Night„, wydanej przez Bocian Records (fragmencik). Cóż, dla osób, które miały już styczność z koncertami Majkowskiego w pojedynkę, występ w Pardon To Tu nie mógł być zaskoczeniem. Polsko-australijski kontrabasista dysponuje bardzo wyrazistym językiem, opartym na doskonałym opanowaniu instrumentu, a także ogromnej wrażliwości na choćby najdrobniejsze niuanse brzenia. Oszczędność i precyzja to dwa pierwiastki, które Majkowski wykorzystuje do maksimum. Elementy te w toku jednostajnych repetycji hipnotyzują słuchacza, przestrajają percepcję i w efekcie wyostrzają zmysły na każdy mikro-detal wykonania. Koncerty Majkowskiego solo są jak obserwowanie pracy zegarmistrza. Dokładność rozciągnięta w czasie, dźwięki gasnące w ciszy. Minimalizm i wirtuozeria wysokiej próby. Muzyka aż tak subtelna, że paradoksalnie wytrącająca słuchacza ze strefy komfortu – wprowadzająca w coś znacznie ciekawszego. Klasa.

Łukasz Rychlicki

W formacie Lotto ponadprzeciętna precyzja Majkowskiego jest najbardziej stabilnym elementem konstrukcji, oparciem i punktem zaczepienia. Było to doskonale widoczne i słyszalne podczas pierwszych kilkunastu minut koncertu, które okazały się absolutnym popisem ekspresyjnej, kreatywnej acz nieprzegadanej perkusji. Szpura mając w tle metronomiczny puls kontrabasu wyraźnie poczuł husarię. Przez dłuższą chwilę jego gra opierała się jedynie na talerzu, ale obezwładniała intensywnością i wysoką amplitudą temperatur. Gitara Rychlickiego wyłaniała się z ciszy tak powoli i płynnie, że aż nie zauważyłem kiedy dokładnie stała się częścią narracji, dodając całości ciekawej, elektronicznej faktury i potęgując tym samym psychoaktywne brzmienie całości. Wszystko zmierzało nieubłaganie do przesilenia, potężnej jazgotliwej kulminacji.

Koncert Lotto można określić właśnie jako permanentne budowanie, zwiększanie, dozowanie napięcia. Wypowiedź tria była ultra-linearna, przypominała muzyczny ekwiwalent kina drogi, w którym bardziej chodzi o podróż, proces, niż o samo osiągnięcie celu. I chyba największą siłą Lotto jest właśnie to, że słuchacz chce jak najdłużej pozostać w stanie lekkiego niedosytu, czytania przecinków zamiast kropek. Muzykom udało się to uczucie utrzymać,  również za sprawą bisu, krótkiego przytoczenia marzycielskiego tematu „Divider”.

Trio nagrało już podobno materiał na kolejną płytę i jeśli mistrzowskie wyczucie dramaturgii koncertowej zostanie zachowane na krążku, to szykuje się naprawdę mocna rzecz. Lot-to może być niezwykły…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Łukasz Rychlicki & 1988 w Pardon To Tu

Rychlicki + 1988

Niewielu muzyków krajowej alternatywy ma obecnie tak świetną passę (i „prassę”). Bardzo dobre płyty „The Secret Map” Kristen, „Ask The Dust” LOTTO, występy na prestiżowych festiwalach w Polsce i za granicą, wzmożona aktywność na polu muzyki improwizowanej – to krótki wykaz ostatniego roku w karierze Łukasza Rychlickiego, jednego z najciekawszych gitarzystów polskiej sceny niezależnej. Z kolei Przemysław Jankowiak, od kilku lat doceniany za producenckie talenty (weźmy choćby solowe „Lovely Interstellar Trip” ), z początkiem roku rozbił bank wypuszczając wraz z Robertem Piernikowskim „Orient” . O debiucie Synów wielu pisało podkreślając przede wszystkim znakomitą instrumentalną warstwę płyty. Z tymi zachwytami ciężko się nie zgodzić, choć osobiście należę do osób doceniających w równej mierze rap. Zresztą jeśli zestawić synowski krążek z „Się Żegnaj” , przepełnioną brudnymi samplami solową płytą Piernikowskiego, to słychać, że muzyka na „Oriencie” ma zdecydowanie dwóch tatusiów i do każdego z nich jest podobna.

Dźwiękom skrzesanym przez 1988 i Rychlickiego w Pardon To Tu również można przypisać podwójne ojcostwo. Choć był to oficjalnie pierwszy koncert duetu, Panowie mieli okazję współpracować już w przeszłości – Etamski wspomagał Kristen na albumie „Western Lands” i na koncertach, Rychlicki dograł gitarę do kilku solowych utworów 1988, zanim jeszcze ten przybrał nowy, cyferkowy pseudonim. Bez wątpienia wzajemna znajomość poetyk wpłynęła pozytywnie na charakter wspólnego występu. Można powiedzieć, że bazą dla wypowiedzi muzyków stanowił gęsty, tężejący dub, pełen echa, deley’ów, reverbów, pętli i nagłych „plaskaczy” bitu. Oszczędna, skupiona gitara Rychlickiego pełniła bardziej rolę szorstkiej faktury, koloru subtelnie zmieniającego odcień, barwę i nasycenie. Kiedy indziej instrument powtarzał melodie wychodzące od 88 i pokazywał je w lekko krzywym zwierciadle. Podobało mi się, że artyści nie pozostawali długo w jednym miejscu, starali się rozwijać wypowiedź, kierować ją na nowe tory. Nawet w momentach gdy łapali przysłowiowe bandżery, to już za moment poddawali je stopniowej dekonstrukcji, bawili się nimi jak gumą do żucia. Choć kilka razy eksperymenty były trochę zbyt rozwlekłe, to i tak muzycy szybko ratowali sytuację wprowadzając do układanki jakiś nowy element. Określiłbym ten koncert jako kontrolowaną burzę mózgów, podczas której głównie grzmiało, a pioruny zdarzały się incydentalnie, wyładowania elektryczne przebiegały gdzieś na horyzoncie, co w rezultacie dało intrygujący kontrast napięcia i relaksu. Można było się skupić na poszczególnych drobiazgach przemycanych tu i ówdzie, ale też swobodnie popłynąć z dźwiękiem. I tutaj mamy uchwycony „the secret of dub”.

Słychać, że muzycznie jest Rychlickiemu i 88 bardzo po drodze i sądzę, że marnotrawstwem byłoby nieprzekucie tej współpracy w coś więcej niż koncert. Na bis został puszczony bit, który ma się znaleźć na kolejnym wydawnictwie Synów (fragment w końcówce powyższego filmiku). Występ w Pardonie potwierdził, że warto bacznie obserwować poczynania artystów. Czyli dobrej prasy ciąg dalszy.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Piotr Kurek / LOTTO na Placu Zabaw

Piotr Kurek

Właściwie czekałem na te dwa koncerty od kiedy po raz pierwszy poznałem line-up tegorocznego Lado w Mieście. Niewielu jest w Polsce muzyków elektronicznych, których darzyłbym takim uznaniem i szacunkiem jak Piotra Kurka. Z dwóch powodów. Po pierwsze artysta nie zaliczył ani jednej skuchy wydawniczej, każda z jego płyt to przemyślana opowieść, immanentny świat dźwięków rządzący się własnymi prawami, obdarzony niezwykłym, trochę „baśniowym” klimatem. Po drugie – koncerty. Widziałem Kurka już wielokrotnie, na rozmaitych scenach, w wydaniu solo, z Piętnastką, dwukrotnie w towarzystwie Łukasza Rychlickiego (w tym raz z Pawłem Szpurą) i zawsze były to wyjątkowe wydarzenia muzyczne. Nie inaczej było na Placu Zabaw.

Przede wszystkim uznanie budzi wrażliwość z jaką artysta dostosował brzmienie i charakter koncertu do okoliczności miejsca i czasu. Kurek zastosował „slow power” w budowaniu onirycznej narracji, która rozlała się na nadwiślański bulwar w sposób nieinwazyjny, a jednak dojmujący. Strukturalna złożoność muzyki idzie tutaj w parze z dużym talentem i łatwością tworzenia subtelnych melodii, ewoluujących organowych polifonii. Dźwięki na poły futurystyczne, na poły old schoolowe, folkowe, zawieszone gdzieś pomiędzy. Kurek to „El Grande Hypnotizer”, elektroniczny kataryniarz, którego muzyka sprawia, że można się poczuć niczym tresowana małpka na sznurku psychodelicznego tripu. Świetny koncert, z całą pewnością jeden z lepszych podczas tegorocznej edycji Lado w Mieście. Mam nadzieję, że artysta niedługo przełamie wydawniczy impas pełnowymiarowym albumem, póki co pozostaje 7″ wydana w lutym w BDTA.

Z większością płyt muzyka można zapoznać się na bandcamp (niestety z wyjątkiem znakomitych „Innych Pieśni”). Instytut szanuje, więc propaguje:

Solo – https://piotrkurek.bandcamp.com/music

Piętnastka – https://pietnastka.bandcamp.com/

Suaves Figures – https://suavesfigures.bandcamp.com/album/nouveaux-gymnastes

————————————————————————-

LOTTO

Miałem cichą nadzieję, że Piotr Kurek wystąpi gościnnie z Lotto (nie byłoby w tym nic dziwnego zważywszy na wcześniejsze wspólne grania z Rychlickim i Szpurą), jednak tak się nie stało. Trochę szkoda, bo okazja była znakomita. Niemniej Lotto to skład samowystarczalny, fuzja trzech talentów i trzech różnych backgroundów, dzięki czemu trio gra  muzykę wymykającą się prostej kategoryzacji. Recenzując „Ask The Dust” (klik) stwierdziłem, że płyta – choć zdecydowanie udana – to nie wyczerpuje w pełni potencjału formacji, który najlepiej widać na koncertach. Cóż, mogę się ponownie podpisać pod tymi słowami. Na Placu Zabaw słychać było, że Lotto jest już muzycznie znacznie dalej niż na albumie (bandcamp). Przede wszystkim trio buduje na koncercie znacznie dłuższe formy. Panowie zaczęli od dynamicznego groove’u, z wyraźnie zarysowanym kontrabasem Mike’a Majkowskiego. Pod osłoną transowych repetycji znalazło się miejsce dla wielu drobnych niuansów gitarowych i perkusyjnych. Potem muzyka Lotto wyraźnie zwolniła, wyciszyła się, ale był to jedynie pretekst by na nowo cegiełka po cegiełce budować ścianę dźwięku. W obecnej odsłonie tria dużą rolę odgrywa rytm, a w zasadzie polirytmie, ponieważ nawet gitara Rychlickiego obok generowania ostrego jak brzytwa hałasu, operuje najczęściej w wyraźnych, choć często nieokrzesanych ramach rytmicznych. Muzyk z koncertu na koncert posługuje się noise’em w sposób coraz bardziej trafny i wyważony, nie unikając przy tym kontrastów i przejaskrawień. Kontrabas pełni rolę stabilnego i względnie oszczędnego ogniwa. Majkowski – w swoim stylu – skupia się bardziej na fakturze brzmienia instrumentu niż na technicznych popisach. Natomiast Paweł Szpura potwierdza, że jest jednym z bardziej kreatywnych i dynamicznych perkusistów. Otwarty, niedookreślony stylistycznie format Lotto doskonale pozwala mu na kanalizowanie energii i wyobraźni w najróżniejsze formy (to zresztą tyczy się wszystkich członków formacji). Mocny, szorstki, a przy tym stosunkowo minimalistyczny występ okazał się dobrym kontrastem dla marzycielskiej, ulotnej muzyki Kurka. Niemniej na Placu Zabaw można było doświadczyć dwóch strategii budowania dźwiękowego transu – podprogowej i bardziej brutalistycznej. Do wyboru, do koloru, co kto lubi. Efektem wieczór kompleksowy i wielce udany.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Chrobot #8 w ADA Puławska (Futoma, VTR / Rychlicki, Szpura)

Futoma

Dziś opowiem o zjawisku, które wydarza się w Warszawie już od jakiegoś czasu, jednak po raz pierwszy przyszło mi w nim uczestniczyć (i już wiem, że z pewnością nie ostatni). Chrobot to cykliczne koncerty organizowane w mokotowskiej Adzie Puławskiej. Miejsce od ponad roku wskrzesza muzycznego ducha, który przed laty tętnił pod tym adresem w czasach Galerii Off. Przestrzenią dla Chrobotu jest niewielka sala, znajdująca się za pierwszymi drzwiami po prawej, gdy miniemy już kratę w bramie Puławska 37. Sala służy przede wszystkim warszawskim muzykom za miejsce prób, natomiast koncerty zdarzają się przy okazji. Po poniedziałkowych występach liczę, że podobnych okazji będzie coraz więcej.

Co do muzyki przedstawianej w ramach Chrobotu, to właściwie nazwa cyklu mówi sama za siebie. Dźwięki eksperymentalne, współczesne, poszukujące, futurystyczne. Podczas pierwszego audiowizualnego, elektronicznego koncertu cząstka „robot” wydawała mi się zdecydowanie dominująca. Futoma to pseudonim Miłosza Pękali, niezwykle utalentowanego perkusisty, o którym niejednokrotnie już na łamach Instytutu pisałem. Okazuje się, że Pękala jest nie tylko wszechstronnym muzykiem, ale także sprawnym organizatorem/animatorem, ponieważ to właśnie on zainicjował cykl Chrobot, na którym dotychczas występował najczęściej. Podczas niespełna 10 wieczorów koncertowych w Adzie pojawili się artyści rozmaici, m.in. Krzysztof Knittel, Władysław Komendarek, Gerard Lebik, Wojciech Traczyk, Hubert Zemler, Piotr Zabrodzki (klik). Zatem dość szerokie spektrum line-up’owe.

Koncert Futomy poprzedził Pękala krótkim wstęp-o-witaniem, kurtuazyjnie błogosławiąc kameralne okoliczności wydarzenia (absolutnie się zgadzam). Muzyk ubrany w koszulkę z napisem „Star Trek” trochę przypominał serialowego Spocka. Ten kontekst okazał się jeszcze silniejszy, gdy Pękala usiadł za konsoletą na tle kosmicznych wizualizacji VTR (czyli Wiktora Podgórskiego). Występ Futomy składał się z dwóch części. Pierwsza operowała przede wszystkim cyrkulującym drone’m o zmiennej intensywności, który wchodził w ciekawą reakcję zarówno z przestrzenią akustyczną sali, jak i z minimalistyczną oprawą wizualną. W efekcie powstała psychodeliczna kombinacja przypominająca trochę lot Dave’a z końcówki „Odysei Kosmicznej”(klik), choć zarówno pod względem muzycznym jak i optycznym była to hybryda dużo bardziej stonowana, subtelna i na tym poziomie fascynująca. Gapiłem się w ekran projektora jak zaklęty, a delikatnie ewoluująca narracja Pękali wprowadzała w przyjemny trans, który mógłby trwać bardzo długo bez ryzyka nudy. Drugi set był bardziej dynamiczny, warstwa audio została poszerzona o różnorakie struktury rytmiczne, bitowe, noise’owe, podobnie wizualizacje zaczęły operować mocniejszymi akcentami w dystrybucji obrazów. Całość występu Futomy i VTR nie trwała dłużej niż pół godziny, lecz tyle czasu absolutnie wystarczyło artystom żeby zaprezentować się od znakomitej strony jeśli chodzi o budowanie wciągającej wypowiedzi i przemyślane podejście do eksperymentu.

Rychlicki-Szpura

Druga część wieczoru należała do Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury. Panowie grają wspólnie od dłuższego czasu. Osobiście widziałem ich na scenie wielokrotnie, lecz zawsze w formacie trzyosobowym (w Lotto z Mike’iem Majkowskim, we Free Gate z Mikołajem Trzaską i raz w trio z Piotrem Kurkiem). Jak się okazało nieobecność trzeciego ogniwa nie stanowi dla Szpury i Rychlickiego większego problemu. Muzycy zagrali w Adzie krótki, ale treściwy, galopujący set, który można określić hasłem „impro-free-noise” (jeśli ktoś koniecznie chciałby określać). Duet wyładował energię w sposób bezkompromisowy, tworząc jednostajną kulminację, narrację hałasu, przekrzykujące się kaskady dźwięków gitary i perkusji. W tej muzyce nie było miejsca na intelektualne podejście, chodziło o żywioł, afirmację swobody i świetnego zgrania, bez którego podobny set okazałby się klapą. Dało się też odczuć, że muzycy w formie krótkiego, pełnokrwistego sparingu eksperymentują z technikami i patentami wykorzystywanymi na co dzień przy okazji różnych innych składów, jenak przepuszczając je przez ekstremalną soczewkę. Muzyczny ekwiwalent action painting, ale bardziej w stylu Burroughsa, czyli strzelanie ze strzelby w puszki z farbą, zawierzenie intuicji. Rychlicki i Szpura również zagospodarowali na występ około pół godziny – zaprezentowana estetyka „tour de force” zdecydowanie nie wymagała dłuższej formy.

Cały Chrobot trwał w sumie jakąś godzinę, lecz pokazał naprawdę rozległy wachlarz brzmień, a kameralna atmosfera wydarzenia sprzyjała przyswajaniu. Fantastycznie, że takie rzeczy dzieją się w Warszawie, że są poligony doświadczalne, gdzie za darmo można obserwować jak hartuje się muzyczna stal. Jestem pewien, że jeszcze nie raz stawię się na Chrobocie i zalecam to wszystkim, którzy są ciekawi niestandardowego podejścia do dźwiękowej materii.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Łukasz Rychlicki i Piotr Kurek w Dwa Osiem

Rychlicki_Kurek1

Koncertowy rok 2015 rozpocząłem na Pradze, co w obliczu obecnego rozkładu warszawskiej klubosfery, odczytuję jako znamienną inaugurację. Dwa Osiem przygotowało na początek programu koncertowego duet na gitarę elektryczną i syntezator, a w rolach głównych pojawili się muzycy mówiący własnym, charakterystycznym językiem – Łukasz Rychlicki i Piotr Kurek. Nie ukrywam, że mimo pogody, z dużym entuzjazmem przemierzałem pół miasta w pielgrzymce na Zamoyskiego. Ostatni raz gdy widziałem duet towarzyszył mu jeszcze na perkusji Paweł Szpura i zapamiętałem tamten występ z bardzo dobrej strony. Zupełnie osobną sprawą jest wrażenie jakie robi na mnie muzyka zarówno Kurka (Piętnastka!!!, solo), jak i Rychlickiego (pomijając Kristen, przede wszystkim surowe Lotto oraz drapieżne, choć do tej pory niestety tylko koncertowe trio Free Gate ze Szpurą i Mikołajem Trzaską). Jednym słowem miałem nadzieję na swego rodzaju thursday night fever.

Na deskach dwa wzmacniacze, dwa instrumenty – minimalistyczny obrazek, pięknie prezentujący się na charakterystycznie zarysowanej scenie Dwa Osiem. Rychlicki z Kurkiem na tle czarnej kotary, w szczątkowo oświetlonej scenerii rozpoczęli swoją muzyczną opowieść, spektakl na dwóch aktorów. Atmosfera zaczęła gęstnieć, muzyka potężnieć, wylewać się ze sceny. Kosmiczne partie Kurka, były raczej ascetyczne pod względem melodii, bazowały na ciekawych niuansach na poziomie czysto akustycznych rozwiązań. Swoją drogą nagłośnienie na sali zostało bardzo przyzwoicie zrealizowane. Rychlicki na gitarze wytwarzał podobnie monumentalnie i ciężko brzmiące sekwencje. Instrumenty bardzo prędko zlały się w jedną zawiesistą masę, w której można się było zatopić, ale mogła też przytłoczyć swym ciężarem. Szczerze mówiąc mnie odrobinę zniecierpliwiła statyka, brak zmienności, dominacja dążenia za wszelką cenę do ściany dźwięku. Oczywiście zdarzały się podczas występu ciekawe „pęknięcia” faktury pionu, trzymając się budowlanej metaforyki, niemniej trochę zbyt często poczynania muzyków okazywały się another brick in the wall. Brakowało mi mocno jakiegoś rytmicznego przełamania w powolnej, z lekka ociężałej linearności dźwięków, czegoś co dodawał podczas koncertu w Pardon To Tu w 2014 udział Pawła Szpury. Duet w Dwa Osiem zbyt często mówił jednym głosem.

Rychlicki

Pierwsza, nieproporcjonalnie długa część występu ustąpiła miejsca finałowej sekwencji, podczas której muzyczne języki Rychlickiego i Kurka, zaczynały wypowiadać się bardziej suwerennie. Dzięki temu koncert odwrócił się odrobinę od duetowego, jednolitego monologu, w stronę dialogu, dość szorstkiego, często wychodzącego przy okazji. Na wierzch zaczęły wypływać duże umiejętności Kurka w dziedzinie budowania niepokojąco groteskowego klimatu, również Rychlicki mocniej skupił się na kontrastowaniu i różnicowaniu swoich partii, preparował gitarę. Całość zyskała dużo bardziej interesujący, eksperymentalny charakter. Sądzę, że odwrócenie kolejności prezentowanych setów mogłoby nadać wieczorowi ciekawszą dramaturgię.

Kurek

Oczywiście tego typu wniosek jest bujaniem w przypuszczeniach, bo przecież nie mam pojęcia jak wówczas wybrzmiałby dla mnie poszczególne części występu. Jednak finalny wniosek jaki powstał w mojej głowie wychodząc z Dwa Osiem brzmiał: po duecie złożonym z dwóch tak interesujących muzyków spodziewałem się czegoś bardziej hmmm syntetycznego? Dialektycznego w stosunku do brzmienia poszczególnych ogniw? Trzeciego ogniwa? Czegoś o lepiej zaplanowanej, czy zdefiniowanej strukturze? Co prawda nie powinno się chodzić na koncerty z gotowym założeniem, ale raz) ciężko; dwa) wrażenie ostateczne, to i tak jedyne realne, a nie hipotetyczne. Chodzenie bez założenia, też jest pewnym założeniem i koło się zamyka… W tym czysto wrażeniowym świetle koncert Rychlickiego i Kurka był dla mnie rozczarowujący. Chociaż z pewnością nie był to koncert zły, a niektóre momenty miał zdecydowanie intrygujące. Sama, stosunkowo licznie zgromadzona publiczność w Dwa Osiem przywitała muzykę duetu z aplauzem, do którego bardzo chciałem się w pełni przychylić, ale może po prostu byłem już za bardzo zmęczony. Tak czy inaczej ciekawy wieczór!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kristen (support: Piotr Bukowski) w Dwa Osiem

Kristen

Ciekawe imprezy muzyczne coraz donioślej pobrzękują o szprychy rowerowego klubu Dwa Osiem. Podczas relatywnie krótkiej działalności w praskim lokalu zdążyła już wystąpić m.in. Ścianka, The Kurws, How How, Kamil Szuszkiewicz, trio kontrabasowe z wokalem (Mazurkiewicz, Traczyk, Wójciński, Gokieli), a już w najbliższych dniach „28” będzie jedną ze scen interesująco zapowiadającego się festiwalu Playback Play. W zeszły piątek do annałów koncertowych swe wpisy miały dołączyć dwa kolejne zespoły składające się (w większości) z braci – Kristen i Columbus Duo. Ostatecznie ci ostatni niestety wypadli z programu, troszkę rozbijając ultra-familiarny charakter wieczoru. Zatem na scenie zagościło Kristen, których występ poprzedził solowy set Piotra Bukowskiego.

To już drugi raz, kiedy w odstępie kilku tygodni Bukowski pojawia się w ostatniej chwili, niczym królik z kapelusza, w roli supportu dla głośnego warszawskiego koncertu (poprzednio zagrał przed Innercity Ensemble w Hydro). Chociaż miałem duży apetyt na występ Columbus Duo, który znacznie podgrzała tegoroczna płyta, to zastępstwo last-minute w osobie Bukowskiego przyjąłem z entuzjazmem, ponieważ poprzedni solowy support pokazał gitarzystę od dobrej strony. Tym razem lider zespołów Hokei i Xenony upiął występ w nieco bardziej czytelne ramy. Improwizatorskie sekwencje dość mocno bazowały na repetycji odrobinę bluesowych, przesterowanych riffów. Bukowski ciekawie wykorzystywał pedał modulujący natężenie dźwięku, poszerzając paletę gitarowych środków wyrazu o grę z akustyką klubu. Całość miała charakter spójnej, rytmicznej wariacji na temat efektów gitarowych, z których muzyk korzystał na tyle kreatywnie, że z łatwością utrzymał moją uwagę przez cały mini-set. Podobało mi się to nerwowe pędzenie do przodu i melodyjne adhd, które mając w sobie coś ze spontanicznej gitarowej rozgrzewki, unikało przegadania i efekciarskiej onanistyki. Po „dwóch razach” z Bukowskim solo jestem bardzo ciekaw jak dalej potoczy się jego samodzielna aktywność.

Kristen3

Ilość recenzenckiego lukru wylanego na zespół Kristen przy okazji tegorocznej płyty „The Secret Map” byłaby niepokojąca, gdyby ten materiał faktycznie nie był aż tak solidny. Oczywiście retoryczne zagrywki opisujące skład jako „najlepszy obecnie gitarowy zespół w Polsce” itd., trzeba traktować z odpowiednim dystansem, tak jak wszystkie inne, subiektywne stwierdzenia o muzyce, które z upodobaniem eksploatują przedrostek „naj”. Jesteśmy w sezonie końcoworocznych podsumowań i w tym kontekście sprawa wydaje się dosyć aktualna. Kristen jest zjawiskiem wyjątkowym w polskim pejzażu alternatywy przynajmniej z dwóch powodów – długowieczności i ewolucyjności. Ostatnim razem słuchałem zespołu na żywo w roku 2012 i muszę przyznać, że w Dwa Osiem miałem już do czynienia z zupełnie inną muzyczną propozycją. Podczas koncertu skład Kristen został co prawda rozszerzony o Macieja Bączyka, soundmanipulatora który wspomagał muzyków na ostatniej płycie, jednak w przypadku koncertu nie przeceniałbym jego roli, a w każdym razie nie przypisywałbym jej jakiegoś rażącego wpływu na brzmienie całości. Nie jest to skądinąd zarzut, ponieważ muzyka tria sama w sobie rozwinęła się w dostatecznie interesującym stopniu, że wystarczy ją delikatnie podkręcać. Chociaż być może bardziej radykalne manipulacje dźwiękiem na żywo byłyby ciekawym rozwinięciem estetyki Kristen w dalszej perspektywie.

Kristen2

Wobec tego, jaką formę muzyczną trio/kwartet prezentuje w tzw. chwili obecnej? Otóż wydaje mi się, że dzisiejsze brzmienie Kristen bardzo dużo zyskało dzięki aktywności poza zespołem. Michał Biela rozwinął się jako songwriter, o czym świadczy jego solowa, stricte piosenkowa płyta. Z drugiej strony w Ściance, zespole z definicji „wodzowskim”, gitarzysta podporządkowany jest autorskiej/autorytarnej wizji Macieja Cieślaka, co też skutkować może pewną kumulacją twórczej energii. Inne muzyczne terytoria penetrują bracia Rychliccy, angażując się w projekty głównie instrumentalne, nastawione w dużej mierze na improwizację, bardziej szorstkie, jazgotliwe brzmienie (Salto, Lotto, czy Free Gate). Kristen w tym kontekście jawi się obecnie jako synteza przynajmniej dwóch porządków, co odnajduje odzwierciedlenie w muzyce. Koncert w Dwa Osiem opierał się głównie na nowym materiale, jednak muzycy odgrywali go z dużą dozą swobody i otwartości na eksperymenty z brzmieniem i strukturą kompozycji. Biela bardzo dobrze wywiązywał się z roli frontmana, biorąc na siebie „ciężar konferansjerki”, oprócz tego był odpowiedzialny za uporządkowanie i melodyczne oblicze muzyki z charakterystycznymi riffami i angielskim wokalem. Z kolei Łukasz Rychlicki czarował zagrywkami bardziej noise’owymi, poddawał gitarę preparacjom, eksperymentował z dużym wyczuciem i konsekwencją tworząc rozmaite efekty specjalne. W gruncie rzeczy dość ascetyczne, niejednokrotnie przeszywające, innym razem brzmiące jak zdezelowana pozytywka z pokręconą melodią (komplement). Wszystko na tle mocnej, poukładanej i dobrze akcentującej perkusji Mateusza Rychlickiego.

Przed koncertem publiczność usłyszała, że będzie to muzyka nastrojowa i tak było w rzeczywistości. Paleta nastrojów, odcieni, półcieni i zwrotów akcji jest u Kristen na tyle bogata, że w istocie zespół wykracza poza ramy gatunkowe, a jednocześnie prezentuje muzykę spójną stylistycznie, bardzo samoświadomą wykorzystywanych środków wyrazu. Dawno nie byłem na tzw. gitarowo-piosenkowym koncercie, bo czułem zmęczenie materiału tego rodzaju formułą. Występ Kristen nie męczył, a intrygował subtelnie eksperymentalnym obliczem i oryginalnym podejściem do grania piosenek. Natomiast materiał z „The Secret Map” na żywo wypada chyba jeszcze lepiej niż na albumie. Bardzo pozytywne rozpoczęcie grudnia.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kurek, Rychlicki, Szpura w Pardon To Tu

CAM00610

Konfiguracja personalna składu, który wystąpił na deskach Pardon To Tu była dla mnie wystarczającą zachętą aby odwiedzić klub pierwszego dnia lipca. W ostatnich miesiącach dwukrotnie widziałem Pawła Szpurę i Łukasza Rychlickiego (raz jako Lotto z Mike’iem Majkowskim, raz w ramach Freegate z Mikołajem Trzaską) za każdym razem były to występy bardzo dobre. Po Trzasce i Majkowskim przyszedł czas na polskiego mistrza syntezatora – Piotra Kurka.

Układa się zatem równanie z jedną niewiadomą: 2+1=x.

CAM00594

Szpura i Rychlicki jako duet tworzą strukturę dźwiękową bardzo otwartą na ingerencje osoby trzeciej. Zgrana sekcja noise’owo – rytmiczna jest w swojej grze na tyle swobodna, że udział dodatkowego muzyka – jak się okazało – każdorazowo przynosi interesujące rezultaty. Występ został podzielony na dwa długie sety. Pierwszy bazował na kolektywnym budowaniu ściany dźwięku, w której prym wiódł potężny syntezator Kurka, niekiedy aż nadto dominujący nad pozostałymi instrumentami. W drugiej części koncertu balans głośności utrzymany był w większych ryzach, co pozwoliło skupić się na niuansach brzmień. Perkusja Szpury miała tego wieczoru wymiar powolny, majestatyczny, unikała tworzenia jednostajnego rytmu, czy groove’u na rzecz otwartych, niejednoznacznych, choć prostych rozwiązań – w efekcie muzyk był dla Kurka partnerem zupełnie innym niż Hubert Zemler (połowa duetu Piętnastka), dzięki czemu syntezator mógł powędrować w bardziej abstrakcyjne rejony, choć też często bazował na charakterystycznych melodyjkach znanych z albumu “Dalia”. Rychlicki rozpoczął występ bez jednej struny, co biorąc pod uwagę jego styl gry może nie było specjalnym problemem, jednak okazało się symboliczne – gitarzysta miał podczas koncertu problem z nagłośnieniem, a jego gitara w najbardziej intensywnych momentach ginęła pod mocarnym brzmieniem syntezatora. Jeśli tak się nie działo noise’owe preparacje idealnie wpisywały się w psychodeliczny wymiar muzyki tria, szczególnie w drugiej, nieco bardziej wyciszonej części koncertu.

Występ pozostawił we mnie bardzo pozytywne wrażenie. Biorąc pod uwagę, że miał on (prawdopodobnie) charakter w pełni spontanicznej improwizacji, to trzeba przyznać, że muzykom z dużą łatwością udało się wypracować wspólne, intensywne brzmienie, które okazało się naturalną wypadkową noise’u, free i eksperymentalnej, analogowej elektroniki. Z przyjemnością posłuchałbym muzyki tria raz jeszcze na koncercie, bądź płycie. Artystyczny potencjał i wyobraźnia bez wątpienia pozwalają Kurkowi, Rychlickiemu i Szpurze na jedno i drugie.

 

Krzysztof Wójcik