Shofar w Cafe Kulturalna // premiera „Gold Of Małkinia”

Shofar

To nie będzie długi wpis – moją recenzję koncertowej płyty Shofar odnajdziecie (już niedługo) w nowym numerze PopUpMusic.pl, więc polecam trzymać rękę na pulsie.

Jeśli oceniać wartość zespołu po liczbie widzów, których jest w stanie przyciągnąć na koncerty, to trio Rogiński – Trzaska – Moretti stanowi prawdziwy fenomen na polskiej scenie alternatywnej. Co prawda w Kulturalnej wjazd był za free, ale wielokrotnie byłem świadkiem jak ten skład wypełniał po brzegi rozmaite sale i plenery. Nie pamiętam ile razy widziałem już Shofar na żywo, z pewnością było to wiele koncertów i chyba nie starczyłoby palców dwóch rąk żeby zliczyć. Ani jednego nie żałuję. Na dobrą sprawę miałem tego tekstu nie pisać, no bo „Shofar to wiadomo”, „ile można”, pisałem już nie raz itd. Ale nie powstrzymałem się, tym bardziej, że koncert w Kulturalnej był sporym kontrastem dla tego, co usłyszeć można na „Gold Of Małkinia”.

Jak wrzucałem na fb zajawkę występu, to podkreśliłem, że w porównaniu do materiału ze świeżo wydanej płyty (nagranej w 2013 r.) Raphael Rogiński, Mikołaj Trzaska i Macio Moretti są już o dwa lata lepszymi muzykami i można spodziewać się niespodzianek. Lepszymi = bardziej doświadczonymi, dwa lata jeśli chodzi o muzyków improwizujących (a w końcu nie tylko na tej scenie członkowie Shofar się obracają), to szmat czasu na ewolucję języka wypowiedzi. I ten rozwój w Kulturalnej było słychać już od pierwszych dźwięków, choć oczywiście każda sytuacja koncertowa ma swoją własną specyfikę itd.

Shofar2

Shofar zaprezentował się od drapieżnej i nieokiełznanej strony w porównaniu do nagranego występu z Chicago, w dużej mierze wyciszonego, bardziej impresyjnego. Muzycy zagrali głośno, a wewnętrzny smutek i melancholia tematów schodziła na dalszy plan, dominowała energia, pazur, nieokrzesanie. Szczególnie dało się to odczuć w partiach gitary Rogińskiego, które często sprzęgał, przesterowywał, że brzmiały czasami wręcz hendrixowsko. To prawdopodobnie owoc intensywnego grania z psychodeliczno-bluesową Wovoką w ostatnich latach, chociaż znakomity solowy album, też mógł dodać Rogińskiemu większej śmiałości i swobody, nawet jeśli utrzymany jest w znacznie bardziej subtelnej stylistyce (więcej w nadchodzącym PopUp). Moretti zagrał dynamicznie i pewnie. Trzaska mocarnie, agresywnie, ale z dużym wyczuciem. Odniosłem wrażenie, że muzycy napędzali się nawzajem, podkręcali temperaturę z mistrzowską wprawą i wyraźną frajdą z grania. Nie zabrakło też motywów, które słyszałem jak dotąd po raz pierwszy – sprawiały wyraźne wrażenie wyćwiczonych tematów. To dobrze wróży na przyszłość. Nie obraziłbym się gdyby trio kolejne płyty realizowało już tylko w sytuacjach koncertowych.

Czyli w sumie bez zmian – Shofar wciąż gra zjawiskowo, a z każdym rokiem synergia między muzykami jest coraz lepsza. Working band, czyli zespół który działa. W Kulturalnej zadziałał jak żyleta 🙂

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Warszawa koncertowa-dwubrzegowa vol. 2.0

Czyli ciąg dalszy sążnistego wpisu vol. 1.0

 

Mikołaj Trzaska/Adam Witkowski w Muzeum Historii Żydów Polskich

20140904_174952

Wakacyjny cykl audiowizualny MHŻP „Kino_Muzyka_Lato” skupiający się na prezentacji przedwojennych niemych filmów z muzyką na żywo, był programem o tyle ciekawym, co fatalnie wypromowanym. Jakkolwiek wieczór z Mikołajem Trzaską i Adamem Witkowskim zebrał relatywnie spore grono odbiorców, tak na dwa tygodnie wcześniejszym występie Raphaela Rogińskiego muzeum wręcz świeciło pustkami. Szkoda, bo instytucja posiada audytorium o dobrej akustyce, a biletów na seanse nie zaliczyłbym do drogich. Nie w tym jednak rzecz.

Langfurtka – jak się okazało właśnie tak brzmi nazwa duetu – grała do filmu „Cud nad Wisłą” z 1921 roku, którego tematyka była o dziwo bardziej obyczajowa niż patriotyczna. Pomijając fakt, że film został zmontowany jedynie z ocalałych fragmentów taśmy, to fabuła obrazu była wręcz absurdalnie grubo ciosana, w związku z czym pozostawały jedynie walory czysto wizualne (ciekawe kadry, wczesne eksperymenty montażowe, różnice kolorystyczne wynikające z patchworkowego charakteru rekonstrukcji). Dużo obiecywałem sobie po tym seansie, zważywszy na jakość muzyki jaką Trzaska zrealizował do wielu projektów Wojciecha Smarzowskiego (z pewnością najmniej znany tytuł „Kuracja” – gorąco polecam!). Mając w pamięci doskonałe wykonanie „Róży” na OFF Festivalu spodziewałem się bardzo wiele i chyba zbyt wiele. Przede wszystkim zestawienie muzyków i filmu było zdecydowanie chybione – mam tu na myśli nieprzystające do siebie jakości muzyczne i wizualne. Brzmienie klarnetów i gitary elektrycznej samo w sobie tworzyło dość interesujący efekt (niekiedy zbliżony do ostatniej płyty Łoskotu), jednak muzykom ciężko było wpisać się w klimat filmu – właściwie najlepiej było zamknąć oczy. Warto podkreślić, że bez oprawy dźwiękowej Trzaski i Witkowskiego oglądanie „Cudu nad Wisłą” byłoby przeżyciem wręcz hardkorowym, nie na odwrót. Z obrazem najlepiej współgrały momenty muzyczne, w których słychać było tylko jeden z instrumentów. Gitara dość mocno przytłaczała brzmienie klarnetu i zbytnio dominowała nad całością, z kolei klarnet najlepiej wypadał w momentach niskich, intensywnych przesileń, a biorąc pod uwagę infantylizm i banał scenariusza podobne sekwencje nie zdarzały się za często. Myślę, że o wiele lepiej muzyka duetu wybrzmiałaby na przykład w asyście niemych dzieł niemieckiego ekspresjonizmu. W muzeum dysonans pomiędzy specyfiką wizji a fonii był zbyt wyraźny, a nijakość filmu brutalnie rzutowała na muzykę, która – siłą rzeczy – musiała odgrywać służalczą rolę wobec obrazu.

———————————————————————————————————————–

 

Tupika, Masecki/Moretti/Rogiński, Cukunft w Cafe Kulturalnej

Czyli przedostatni dzień tegorocznego cyklu Lado w mieście i występy składów w przeważającej mierze nieaktywnych już koncertowo i wydawniczo. Wieczór nabrał charakteru wspominkowego, nostalgicznego, jednak jeśli chodzi o poziom koncertów był to bodaj najbardziej wyrównany dzień spośród wszystkich „lad” jakie w tym roku widziałem.

20140827_221742

Koncerty zainaugurowała Tupika czyli trio Pawła Szamburskiego, Patryka Zakrockiego i Norberta Kubacza. Hipnotyczna, miarowa gra prostych partii kontrabasu była silnym kręgosłupem, na którym pląsały dość swobodnie klarnet i skrzypce, tworząc nastrojowe, senne dialogi z incydentalnymi żywszymi momentami. Współpraca na linii Zakrocki – Szamburski (czyli podzespołu Sza/Za) przebiegała bez zarzutu, muzycy doskonale wyczuwali swoje intencje, przy okazji czerpiąc z gry wyraźną frajdę. Solidny występ upstrzył bis, którego wysłuchałem z przyjemnością.

20140828_001016

W następnej kolejności zagrało supertrio Masecki/Moretti/Rogiński, które swego czasu nagrało spontaniczną koncertową płytę na Chłodnej 25. Jako że nie udało mi się wówczas zobaczyć składu na żywo, a o znakomitych występach tria od tamtego czasu zdążyła wręcz narosnąć miejska legenda, szykowałem się na coś specjalnego. Muzycy rozpoczęli koncert z bardzo dużą energią, która po sennej Tupice była mi tego dnia niezwykle potrzebna. Kąśliwa i kreatywna gitara Rogińskiego tworzyła znakomity drive, któremu towarzyszyło perkusyjne, mocne adhd Morettiego i dość ozdobnikowa, wręcz ascetyczna, lecz pewna gra Maseckiego na klawiszach. Nad wszystkim unosiła się nieco psychodeliczna aura lat 60., która jednak ewoluowała w przesilenia i momenty zdecydowanie współczesne, powiedzmy bardziej naspeedowane niż kwaśne. Występ pokazał, że to trio ma wielki potencjał, który zwyczajnie nie powinien zatrzymać się na albumie sprzed lat. Może przynajmniej jeszcze kilka koncertów?

20140828_003430

Cukunft wbrew moim oczekiwaniom zakończył wieczór występem bardzo energetycznym, czego nie sugerowałaby ostatnia melancholijna, solidna płyta „Wilde Blumen”. Prowadząca gitara Rogińskiego była solidnym, melodycznym fundamentem dla rozimprowizowanych klarnetów Szamburskiego i Michała Górczyńskiego, których widowiskowe, świdrujące dialogi były najbardziej charakterystycznym elementem koncertu. Występ, choć krótki, nadrabiał zwięzłość intensywnością przekazu. Szczerze mówiąc ta żwawa i głośna odsłona Cukunftu przypadła mi do gustu nawet bardziej niż wyciszone kompozycje z zeszłorocznego albumu – w każdym razie tego wieczoru miałem bardziej ochotę na klarnetowe szaleństwo. Dobrze się stało, że powyższe koncerty odbyły się w Cafe Kulturalnej, ponieważ ich charakter zdecydowanie lepiej pasował do przestrzeni zamkniętego klubu. Niestety na ostatni dzień Lada nie udało mi się dotrzeć, ponieważ wybrałem konkurencyjny event po prawej stronie Wisły…

——————————————————————————————————————————

 

Wojciech Jachna/Ksawery Wójciński + Susana Santos Silva/Torböjrn Zetterberg w Chmurach

20140829_215938

Dwa duety – jeden złożony z polskich uznanych i znanych mi muzyków, drugi portugalsko-szwedzki, przed rokiem wydany w prestiżowym lizbońskim Clean Feed. Wojciech Jachna jest chyba obecnie najbardziej aktywnym bydgoskim trębaczem, członkiem kolektywu Innercity Ensemble i połową duetu Jachna/Buhl (o którym już pisałem jakiś czas temu tutaj). Spotkanie Jachny z Ksawerym Wójcińskim, który szykuje się obecnie do wydania debiutanckiej solowej płyty i jest muzykiem wielu projektów, było ich pierwszym wspólnym graniem w duecie i na jednej scenie. Podobne sytuacje naznaczone są w równej mierze potencjałem co ryzykiem, jednak w tym wypadku więcej było słychać potencjału. Wójciński grając smyczkiem intensywne, wręcz drone’owe podkłady stwarzał bardzo dużo przestrzeni dla trąbki. Jachna kreślił raczej spokojne, choć meandryczne melodie, najciekawiej brzmiące z subtelnymi elektronicznymi pętlami. Set podzielony został na kilka odrębnych części, przypominających kompozycyjne szkice. Myślę, że ten projekt ma szansę rozwinąć się w ciekawą współpracę, szczególnie jeśli muzycy zaczną operować nieco bardziej radykalnymi środkami wyrazu. Te ostatnie były kanwą drugiej części wieczoru.

20140829_222718

Dość dużą egzotyką w perspektywie polskiej sceny jest kobieta grająca na trąbce. Osobiście nigdy nie widziałem na żywo tego instrumentu w damskich dłoniach. Swoboda i wyobraźnia z jaką Susana Santos Silva posługiwała się trąbką były naprawdę imponujące. Artystka dysponowała przeszywającym, świdrującym brzmieniem, a śmiałe sonorystyczne eksperymenty wydawały się bardzo samoświadome, dalekie od pustej popisówki. Podobnie kreatywne wykorzystanie tego „instrumentu dętego blaszanego” widziałem na koncercie Petera Evansa. Jest to granie bardzo nowoczesne, ekspresyjne, łamiące konwencjonalne brzmienie. Czasami podobne wyczyny sprawiają wrażenie przekombinowanych, jednak w grze Silvy i Torböjrna Zetterberga raczej tego nie wyczułem. Kontrabasista grając wedle podobnego stylistycznego klucza co trębaczka, w moim odbiorze był nieco mniej widowiskowy i jego gra schodziła trochę na dalszy plan, sama w sobie była też odrobinę mniej interesująca. Ciekaw jestem jak charakterystyczne brzmienie Silvy wypadłoby w towarzystwie kontrabasisty nieco bardziej stabilnego, wsłuchującego się nie tylko w swój instrument.

20140829_223709

Ogólnie rzecz biorąc pomysł zestawienia na jednej scenie dwóch duetów trąbka-kontrabas okazał się interesujący, jednak trochę żałuję, że nie doszło na przykład do wymieszania składów, co mogłoby dać znacznie bardziej nieoczekiwany efekt artystyczny. Mimo wszystko duże brawa dla organizatorów, którzy sprowadzili do Chmur tak znakomitych artystów. Koncerty były dobrym przykładem jak można wykorzystać potencjał miejsca przy ulicy 11 Listopada.

20140824_203136

——————————————————————————————————————-

Niniejszy dwuczęściowy tekst rozpoczął się narzekaniem na warszawską infrastrukturę klubową. Chociaż miniony, ostatni tydzień sierpnia pod względem interesujących eventów był dość bogaty i rozproszony, to można go określić wyjątkiem potwierdzającym regułę. Z perspektywy muzyki improwizowanej po prawej stronie Wisły funkcjonuje zaledwie jedno miejsce, które na takową jest otwarte z relatywną regularnością i są to właśnie Chmury. Być może z końcem roku sceną konkurencyjną stanie się po praskiej stronie „warszawska filia” bydgoskiego klubu Mózg, który z początkiem listopada rozpoczyna swą działalność. Natomiast jeśli chodzi o lewobrzeżną Warszawę to po zamknięciu Powiększenia, Kosmosu, Chaosu, wobec dość niestabilnej działalności Cafe Kulturalnej, zostają de facto dwa miejsca gdzie interesującą muzykę na żywo można usłyszeć z co najmniej cotygodniową regularnością. Mam tu na myśli mocniej osadzone w świadomości słuchaczy Pardon To Tu, oraz pozostająca trochę w cieniu (lecz prezentująca konsekwentny, ambitny program) Eufemia. Można zatem skwitować niniejszy tekst konstatacją „na zachodzie bez zmian”, chociaż w perspektywie jesienno zimowej odpadną jeszcze miejsca plenerowe… Cóż, pozytywne w tym kontekście jest wprowadzanie muzyki do stosunkowo młodych instytucji publicznych i takie programy jak „Co słychać” Muzeum Sztuki Nowoczesnej, czy wspomniany na początku tekstu cykl z muzyką do filmów w Muzeum Historii Żydów Polskich. W najbliższych dniach również intrygująco zapowiadający się Festiwal Przemiany w Centrum Nauki Kopernik. Powyższe instytucje nie wykonają jednak „pracy u podstaw”, która powinna przebiegać w tzw. „warszawskiej klubosferze”. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłości z podobnego terminu będzie można zabrać cudzysłów.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

LADO w mieście: LXMP i Profesjonalezy na Placu Zabaw

CAM00649

Pierwszy dzień trzeciego śród-tygodniowego weekendu fetowania 10-lecia Lado ABC niefortunnie zbiegł się z meczem przy Łazienkowskiej, co mogło przysporzyć podróżującym dodatkowego dreszczyku emocji (również z racji kiepawego wyniku). Choć w programie Placu Zabaw na 16.07 figurowały teoretycznie dwa zespoły, to ostatecznie hybrydyczni Profesjonalezi objawili się w dwóch odsłonach przerwanych uroczym skitem z Bee Gees’ów. Było to moje pierwsze Lado w tym roku na Placu Zabaw – wcześniej byłem jedynie na inauguracji w Kulturalnej – i przyznać muszę, że okoliczności koncertów plenerowych znacznie lepiej pasują do luźnego charakteru imprezy, na którą przychodzimy głównie żeby zobaczyć składy już nam (zwykle) znane, cofnąć się w czasie, powspominać, dobrze się bawić. Tak też było w środę, choć nie bez niespodzianek!

LXMP zaczęło wieczór od nietypowego eksperymentu formalnego. Macio Moretti z Piotrem Zabrodzkim postanowili usytuować własną scenę za barem, pozbawiając tym samym zgromadzoną publiczność dostępu do płynów. Wyczyn o znamionach terrorystycznych w warunkach warszawskich upałów, pozwolił sfokusować uwagę na meritum – muzyce, która w przypadku duetu działa nie gorzej jak napoje wyskokowe. Zabrodzki na dwóch klawiaturach syntezatorów, Moretti na syntezatorze i perkusji są w stanie wyczarować dźwięki z pogranicza funku, drum’n’bassu, disco, fusion (i wielu innych…), po czym zgnieść je w kanciastą pigułę, w zwariowany, nakręcony, psychodeliczny trip. Chciałbym kiedyś zobaczyć jak LXMP gra na żywo muzykę do jakiegoś starego filmu sci-fi klas dalszych niż „B”, na przykład do „Planu 9 z kosmosu”, albo „Milczącej gwiazdy”, chociaż z drugiej strony „Pan Kleks” też mógłby ciekawie zadziałać… Moretti i Zabrodzki grają umyślnie koślawo, w czym są oprócz metody, duże umiejętności techniczne i muzyczna wyobraźnia. Erudycyjna zabawa kosmicznym brzmieniem na wysokim poziomie, przypominającym nieco wydawnictwa z Planet Mu. Nie słucham dużo takiej muzyki na co dzień, jednak na koncercie sprawdza się fantastycznie. Duet wspomagał na konsolecie co jakiś czas DJ Lenar, co prawdopodobnie zadziałało jak dodatkowy katalizator dziwacznego, intrygującego chaosu brzmienia LXMP.

IMG_20140716_223728

Profesjonalezy okazały się oczywiście Profesjonalizmem i Polonezami, chociaż do samego końca miałem nadzieję, że Marcin Masecki dokona jakiejś fuzji, drobnej rewolucji, niespodzianki – na przykład składy zamienią się materiałem, który sam mógłby zostać przearanżowany itp. Cokolwiek. Ogólnie rzecz biorąc spodziewałem się muzycznej odpowiedzi na obiecująco dziwaczną nazwę. Ostatecznie obyło się bez podobnych eksperymentów i po prostu najpierw zagrał sekstet Profesjonalizm, potem na scenę w błękitnych marynarkach wyszły Polonezy. Oba występy pod względem formy były niespodziewanie aż zdyscyplinowane. Składy odegrały kolejno materiał z płyt „Chopin, Chopin, Chopin” i „Polonezy”, swego rodzaju bisem można określić odegranie hymnu Polski pod batutą Marcina Maseckiego. Czy zawężenie koncertów jedynie do stosunkowo wiernego odegrania programów okazało się zaletą?

profesjonalizm

 Trudno powiedzieć. Profesjonalizm uważam osobiście za jeden z najjaśniejszych momentów w karierze Maseckiego. Dużą zaletą było to, że na płycie sprzed trzech lat zjawiskowy, oryginalny styl kompozytorski warszawskiego pianisty, znalazł wsparcie w fantastycznie zgranym i zdyscyplinowanym zespole, w którym umiejętności każdego z muzyków (Jerzy Rogiewicz, Tomasz Duda, Michał Górczyński, Piotr Domagalski, Kamil Szuszkiewicz) zostały zogniskowane na właściwe im tory. Materiał po latach Profesjonalizm zagrał z dużą swobodą – nikomu nie potrzebne były nuty, a mimo tego kompozycje odwzorowywane były niczym precyzyjne kalki oryginałów znanych z albumu. Utwory z „Chopin, Chopin, Chopin” są na tyle ciekawie zniuansowanymi, dobrze skomponowanymi strukturami, że wręcz nie wymagają improwizacji, czy zbędnego kombinowania. Choć widziałem już sekstet wielokrotnie, to w dalszym ciągiem słucham go z niemal niesłabnącym entuzjazmem. Mam dużą nadzieję, że muzycy wydadzą jeszcze jakąś muzykę właśnie jako sekstet.

Przy setach LXMP i Profesjonalizmu, Polonezy – którym przypadła rola ukoronowania wieczoru – wypadły chyba najsłabiej, lecz nie słabo. Być może gdyby orkiestra rozpoczynała koncerty, to jej wydźwięk byłby lepszy… Nie wiadomo. Pomijając gdybania, program obejmujący „paszportową” płytę trochę przytłoczył wieczór swoim jednak dość złożonym ciężarem gatunkowym. Zawsze traktowałem „Polonezy”, jako pozycję wymagająca dość dużego skupienia i pod tym względem – paradoksalnie – nieco sztywną. Nie jest to oczywiście wada, ale w sytuacji grania jako trzeci zespół wieczoru – trochę brak zalety. Mimo, że słuchało mi się Polonezów dobrze, to nie udało mi się w tę muzykę bardziej zaangażować. Być może minął już urok jej pierwszego doświadczenia? Miałem wrażenie, że muzycy grają z trochę nazbyt wymuszoną dyscypliną, a w muzykę zespołu wkradł się bardziej żywiołowy, chaotyczny flow niestety dopiero pod koniec występu. Zwieńczenie w postaci big bandowej wersji polskiego hymnu wypadło aż nadspodziewanie interesująco i luźno.

CAM00644

Tak zakończył się piąty dzień tegorocznej, wyjątkowej edycji festiwalu „LADO w mieście”, który kompleksowo udowadnia jak bardzo różnorodna, a zarazem spójna jest artystyczna propozycja ludzi od 10 lat związanych z Lado ABC. Jeżeli ktoś chce w trybie instant zapoznać się z twórczością jednych z ciekawszych polskich twórców muzyki niezależnej XXI wieku, ten powinien spędzać środy i czwartki właśnie na Placu Zabaw (bądź w Pałacu Kultury w razie pluchy).

Dekada działalności to dobry moment na podsumowania, wspominania, cofanie się pamięcią do przeszłości, a także nazywanie zamkniętych etapów. Można sobie pozwolić na odrobinę dobrego patosu. Lado ABC jako zjawisko w polskim pejzażu muzycznym ostatnich 10 lat zapisało wiele złotych kart i z pewnością jeszcze zapisze. Trzymam kciuki i mam szczerą nadzieję, że w kolejnych latach Lado ABC przyniesie słuchaczom równie dużo świetnej muzyki. Najlepszego!

 

Tekst: Krzysztof Wójcik

Zdjęcia Marcin Marchwiński (2,3), Krzysztof Wójcik (1,4)

Masecki i Moretti w Klubie Kultury Saska Kępa na Dzień Dziecka!

 

CAM00536

Saska Kępa jest miejscem o niezwykłym uroku. Przedwojenna, modernistyczna architektura, gęstwina zieleni, klimat spokojny, sielski, bardziej zawiesisty, zwolniony w stosunku do lewobrzeżnej Warszawy. Od pewnego czasu mieszkańcy tych okolic dysponują naprawdę imponującą „placówką kulturalną”, mianowicie Klubem Kultury Saska Kępa. Wielopoziomowy budynek usytuowany przy rozwidleniu ulicy Paryskiej, stanowi niesłychanie dogodne miejsce do realizacji szerokiego spektrum inicjatyw artystycznych, a przy okazji pełni funkcję integrującą i animującą lokalną społeczność. Ostatnimi czasy coraz częściej KKSK organizuje koncerty muzyki niezależnej, dlatego Brukselska 23 niewątpliwie stanie się adresem, pod który zaglądać będę z większą regularnością.

Występ duetu Antykrystyna miał być moim pierwszym koncertem na dachu, z czego zdałem sobie sprawę już na nim będąc. Podobna okoliczność jest wręcz mityczna, a już w szczególności dla zagorzałego fana The Beatles – pod tym względem był to dla mnie prawdziwy Dzień Dziecka. KKSK wyposażony jest w imponującą przestrzeń koncertową ulokowaną na dachu, z którego rozciąga się malownicza panorama okolicy, a muzycy mogą korzystać z dobrodziejstw otwartej przestrzeni – naturalnego światła słonecznego, świeżego powietrza, ale też z chłodu czerwcowego popołudnia. Szczęśliwie obyło się bez deszczu. Marcin Masecki i Macio Moretti są już właściwie ikonami warszawskiej sceny, artystami, którzy w znakomitym stopniu przyczynili się do animacji muzyki niezależnej, choć może bardziej nawet – niezależnego myślenia o muzyce. Nie tylko w skali Warszawy, a w skali kraju. Obaj artyści stanowią trzon środowiska twórczego, skupionego wokół wytwórni Lado ABC, która w tym roku świętuje dekadę działalności (sto lat!). Strategia estetyczna, którą Moretti z Maseckim od lat wykorzystują, opiera się w dużej mierze na zabawie przeróżnymi stylistykami muzycznymi, traktowaniem ich z dziecięcą kreatywnością i pomysłowością nieznającą kompromisu. Czego chcieć więcej w Dzień Dziecka?

CAM00544

Koncert, co łatwo można było przewidzieć, przybrał formę spontanicznego jam session, podczas którego muzycy z typową sobie swobodą zapuszczali się w najdalsze rejony eksperymentalnej kakofonii. Kto przyszedł na recital pianina i perkusji musiał być zaskoczony, choć nie wydaje mi się, by na dachu KKSK było wielu nieprzygotowanych słuchaczy. Masecki na trzech klawiaturach tworzył dźwięki nieortodoksyjne, choć niekiedy brzmiące jak spod ręki szalonego kościelnego organisty. Innym razem przypominały melodyjki ze starych gier Nintendo, by za chwilę przemienić się w melancholijne miniatury, których nie powstydziłby się Erik Satie. Pianista zadbał o typowe dla siebie sceniczne emploi, na które tym razem składały się kapcie, czapka i czerwony pled owinięty na lędźwiach, jako ochrona przed zaziębieniem. Wszak szczególnie Polacy po doświadczeniu Chopina powinni wiedzieć, jak kruche i delikatne jest zdrowie muzyka-pianisty. Wizerunek Maseckiego zwykle koresponduje z jego muzyką, nie inaczej było tym razem. Dźwięki nieokrzesane, frywolne dalekie były od jakiejkolwiek sprecyzowanej formy, paradoksalnie stwarzając nową, oryginalną meta-formę. Można jej przypisać roboczą nazwę groteski-pianistycznej. Groteska jest tak specyficzną dziedziną, że powierzchownie bawi, sieje konsternację, lecz po głębszym zastanowieniu odkrywa drugie dno, często niepozbawione przewrotnego geniuszu, metody w szaleństwie. Tak właśnie odbieram estetykę, której reprezentantem jest Masecki. Ilekroć zdarza mi się go słuchać, nawet jak gra nosem, co na dachu również miało miejsce, upewniam się, że to jeden z najciekawszych pianistów, jakich znam, a jego wystudiowana bezstylistyczność ma w sobie coś ze znaku czasu. Artystą podobnie eklektycznym i żonglującym muzycznymi środkami wyrazu jest Macio Moretti, który w KKSK oprócz obsługiwania zestawu perkusyjnego wytwarzał różnego rodzaju elektroniczne efekty specjalne. Połączenie akustycznego bitu z syntezatorowymi preparacjami stanowiło bardzo dobre towarzystwo dla nieokrzesanych popisów Maseckiego. Moretti kilkukrotnie tworzył zdumiewające soniczne motywy, które zbliżały muzykę duetu bardziej w stronę noise’u, czy koślawego drum’n’bassu’u. Co ciekawa występ Antykrystyny można z powodzeniem nazwać swobodną improwizacją, jednak nie było w niej za grosz jazzowego odcienia (a nawet jeśli był, to tonął w ferii innych barw). Dzięki temu muzyka była nieprzewidywalna, lekka, chaotyczna, kakofoniczna, intrygująca, choć czasami grzęznąca w ślepych uliczkach, których jednak artyści niespecjalnie się bali. Wspólnym mianownikiem występu była przede wszystkim spontaniczność i dobra zabawa, a na ich styku wydarzały się dźwięki mniej lub bardziej interesujące. Dla mnie przede wszystkim był to proces, uczestnictwo w ciekawym eksperymencie pozbawionym zadęcia. I w zasadzie właśnie tego po tym koncercie oczekiwałem.

saska macio 1 saska macio 2

W trakcie bisu duet poszerzył się do formatu trio za sprawą Morettiego Juniora, który oszczędną, lecz precyzyjną i trafiającą w punkt rytmiką wspomógł ojca na perkusji. Swoją drogą nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek słuchał tego instrumentu na żywo w wersji na cztery ręce… Bez wątpienia zakończenie godne Dnia Dziecka!

Żywię szczerą nadzieję, że podobnych muzycznych inicjatyw w KKSK będzie coraz więcej, bo miejsce ma ku temu znakomite warunki zarówno pod względem infrastruktury, jak i malowniczego usytuowania. Warszawie, nie tylko prawobrzeżnej, takie kluby kultury są po prostu bardzo potrzebne. A poza tym powiedzmy sobie szczerze: czy jest ktoś, kto nie chciałby zagrać na dachu?

Krzysztof Wójcik

 

PS: Ostatnie dwa zdjęcia copyright Marcin Marchwiński. Dzięki!