Made to Break – 2 dni i 6 setów w Pardon To Tu

Made to Break 2

Pisząc przed dwoma miesiącami recenzję ostatniej płyty Made To Break (klik) nie spodziewałem się, że będę miał okazję tak prędko zobaczyć zespół na żywo. Biorąc pod uwagę, że była to jedna z lepszych płyt, jakie przyszło mi recenzować do numeru PopUp #45, perspektywa dwóch wieczorów ze składem Kena Vandermarka brzmiała ekscytująco. W efekcie nie odpuściłem żadnego spośród sześciu setów, na które złożył się program „2 Nights with Made To Break”, z czego bardzo się cieszę, ponieważ właściwie wszystkie występy pokazały nieco inne oblicze współczesnej muzyki improwizowanej. Każdy dzień cyklu został rozplanowany wedle klucza: cząstka MtB, cząstka MtB + reprezentant warszawskiej sceny i na koniec koncert rezydującej formacji. Tak zgrabnie rozłożona symetria wręcz determinuje analizę porównawczą obu wieczorów.

 

Vandermark + Daisy // Vandermark + Kurzmann

Sety otwierające można określić jako duety „Vandermark +”. Znając albumy nagrane przez saksofonistę w duecie z Daisy’m właściwie wiedziałem czego mogę się po występie muzyków spodziewać. Umówmy się – znakomici improwizatorzy grający ze sobą już tak długo, z tak dobrym porozumieniem scenicznym właściwie nie są w stanie zagrać złego koncertu. Vandermark z Daisy’m postawili na pierwiastek energetyczny, grając niezwykle rytmicznie i melodyjnie. Trochę większe wrażenie zrobił na mnie Tim Daisy swoim fenomenalnym akcentowaniem i niestandardowymi przejściami. Ogólnie koncertowy ekwiwalent kofeiny, otwierający rezydencje muzyków z przytupem. Chociaż nic mnie nie zaskoczyło, to słuchało mi się duetu znakomicie.

Daisy & Vandermark

O wiele ciekawiej zapowiadał się natomiast set otwierający drugi wieczór na klarnet i elektronikę, którą Christof Kurzmann zdążył już uraczyć słuchaczy dnia poprzedniego. Można powiedzieć, że pod względem klimatu była to antyteza duetu z Daisy’m. Vandermark tym razem ograniczył się jedynie do klarnetu, na którym sonorystyczne eksperymenty umiejętnie przeplatał z charakterystyczną dla siebie łatwością do budowania silnie zrytmizowanej melodii. Instrument modulowany na żywo przez Kurzmanna zyskiwał futurystyczne brzmienie, które na zmianę tworzyło dla Vandermarka kontrapunkty noise’owe i bardziej linearne, ambientowe, które Amerykanin albo balansował, albo podkręcał. Całość utrzymana w dość psychodelicznym, mrocznym klimacie z sonicznego punktu widzenia była najbardziej odrębną propozycją estetyczną zaprezentowaną podczas dwóch dni w Pardonie. Muzyka duetu przypominała do pewnego stopnia solowe nagrania Jeremiaha Cymermana, które cenię dość wysoko.

Kurzmann_Vandermark

 

Daisy + Stadhouders + Dickaty // Vandermark + Daisy + Wójciński

Czyli tria hybrydyczne, zestawiające muzyków, którzy na scenie spotkali się (wedle moich szacunków) po raz pierwszy. Jednocześnie każdorazowo powstawał format free jazzowego power trio: perkusja-bas-saksofon. Przyznam, że przed „2 Nights with” koncerty z udziałem warszawskich reprezentantów ciekawiły mnie niemal równie bardzo, co występ samego Made to Break. Przede wszystkim dlatego, że wybór padł na silne, wyraziste osobowości – Ray Dickaty i Ksawery Wójciński to muzycy, którzy mogą stanąć na jednej scenie z ekipą Vandermarka bez kompleksów. Mało tego – niejednokrotnie warszawscy improwizatorzy potrafili zdominować, a może raczej ukierunkować brzmienie całości. W większym stopniu odczułem to podczas występu z udziałem Dickaty’ego. Saksofonista początkowo stanął przed gęstą, nieco beefheartowską strukturą rytmiczną. Oczywistym krokiem było rzucenie się w wir ognistej improwizacji, jednak Anglik wybrał dużo ciekawszą strategię kontrastu. Dickaty generował przeciągłe, subtelne saksofonowe motywy, które niepostrzeżenie przecinały pracę sekcji, nadając całości bardziej wielowymiarowy charakter. W dalszej części występu Daisy ze Stadhoudersem jakby wytrąceni przez Dickaty’ego z własnego pomysłu, zaczęli nasłuchiwać saksofonu i grać dużo kreatywniej. Bardzo ciekawy set.

Daisy_Dickaty_Stadhouders

Trio z Wójcińskim obrało kurs fire music. Kontrabasista nadając gorący, intensywny puls zaprowadził Daisy’ego i Vandermarka w rejony, które Amerykanie eksplorowali w duecie dnia poprzedniego, jednak tym razem muzyka stała się jeszcze bardziej gęsta i nieokiełznana. Imponowała łatwość z jaką Wójciński wtopił się w dźwięki chicagowskiego duetu. Najciekawszy fragment setu nadszedł w momencie, kiedy kontrabasista sięgnął po smyczek, przy pomocy którego budował harmonię, łącząc ją równocześnie z rytmem granym palcami. Podejrzewam nawet, że Vandermark po udanym (i nieco wyczynowym) występie, nauczy się wymawiać imię i nazwisko polskiego muzyka. A nawet jeśli fonetyka zawiedzie, to z pewnością grę z Wójcińskim zapamięta.

Vandermark_Daisy_Wójciński

 

Made to Break

Co prawda z perspektywy czasu oba występy kwartetu trochę zlewają mi się w jedną całość, jednak wydaje mi się, że pierwszy wieczór zrobił na mnie odrobinę większe wrażenie. Chociaż możliwe, że była to po prostu kwestia pierwszego wrażenia. Made to Break jest kwartetem, w którym wszystkie muzyczne składowe zdają się odgrywać tak samo ważną rolę i nie jest to absolutnie Ken Vandermark Quartet, z czego się cieszę. Było to doskonale odczuwalne podczas występów, kiedy saksofonista bardzo często ustępował pola zasłuchując się w grę kolegów i skupiając się na dość liberalnym prowadzeniu zespołu. Nie wiem czy do takiej roli dałby się zepchnąć w podobnym formacie na przykład Mats Gustafsson.

Made to Break 1

Warto zaznaczyć, że podczas wieczorów w Pardonie Made to Break zagrali materiał premierowy, który w najbliższych tygodniach zostanie zarejestrowany w Wiedniu. Koncepcje nowej muzyki zespołu nazwałbym rozwinięciem pomysłów ze znakomitego „Cherchez La Femme”, z większym naciskiem położonym na grę w podgrupach i jeszcze bardziej rozszerzoną rolą Kurzmanna. Szczerze mówiąc manipulacje elektroniczne Austriaka przekonała mnie bardziej niż te, które pokazał przed miesiącem Sam Pluta w kwintecie Petera Evansa (klik). Tak jak Pluta jest niesłychanie zręcznym stylistą i kolorystą brzmienia, tak Kurzmann w wiele lepiej radzi sobie w momentach, kiedy musi sam zagospodarować muzyczną przestrzeń, również jego modulacje żywych instrumentów określiłbym jako bardziej wyraziste i konsekwentne.

Brzmienie Made to Break oscylowało między przesileniową, pełną groove’u grą całego zespołu, a mniejszymi segmentami, płynnie przechodzącymi przez różne konfiguracje personalne wewnątrz składu – w tych fragmentach większą rolę odgrywały brzmieniowe niuanse. Nie zawsze przekonanie budziły we mnie partie solowe Stadhoudersa (szczególnie gdy chwytał za smyczek), jednak trzeba pamiętać, że występuje z zespołem od niedawna i jest w składzie muzykiem najmłodszym, który grę na najwyższym poziomie ma dopiero przed sobą. Pomijając to, we współpracy z Daisy’m szło mu całkiem dobrze. Ciekaw jestem czy holenderski muzyk będzie brał udział w sesji nagraniowej nowego albumu, czy jest jedynie tymczasowym zastępcą Devina Hoffa.

Made to Break 3

Po występie Made to Break mam wrażenie, że nie jest to zespół kompletny o jasno zdefiniowanej tożsamości brzmieniowej i w moim odczuciu jest to raczej zaleta niż wada. Kwartet pokazał się od strony eksperymentalnej, może nie zawsze stabilnej, lecz otwartej na nowe dźwięki, a partie Vandermarka wydawały mi się w podobnym kontekście wyjątkowo świeże i ożywcze. Sam saksofonista sprawiał zresztą wrażenie jakby gra z Made to Break sprawiała mu niesłychaną frajdę. Muzyka zespołu była pobudzająca zarówno intelektualnie jak i emocjonalnie, co w przypadku awangardowego jazzu nie zawsze idzie w parze. I chociaż nie były to koncerty jednoznacznie olśniewające, to kipiały potencjałem i interesującym rodzajem niedookreśloności. Myślę, że Vandermark jest jeszcze w stanie popchnąć ten projekt w jeszcze bardziej zaskakujące rejony.

Tak też zaczął się intensywny listopadowy program Pardon To Tu, który bardziej przypomina line-up mocarnego festiwalu składającego się z samych headlinerów. Będzie to miesiąc absolutnie bezprecedensowy w historii klubu, chociaż bez zbytniej przesady można to sformułowanie odnieść do szerszej optyki. Vandermark wspominał nawet o skali światowej… Cóż, zazwyczaj zgadzam się z Vandermarkiem. Brawo!

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Reklamy

PopUp nr 45 – garść recenzji i wywiad z Tomaszem Sroczyńskim

popupmusic_gwiazdka_duze

Jak być może niektórym czytelnikom Instytutu już wiadomo, oprócz prowadzenia niniejszego partyzanckiego bloga, wkładam sporo energii we współtworzenie internetowego magazynu PopUpMusic. Z dniem dzisiejszym kolejny, już 45 numer trafił do sieci, a wraz z nim kilkanaście recenzji muzycznych mojego autorstwa oraz wywiad z utalentowanym młodym skrzypkiem Tomaszem Sroczyńskim. Poniżej odsyłacze do konkretnych tekstów:

Anthony Brice – „Sound Of Obsession”

Aphex Twin – „Syro”

Battle Trance – „Palace of Wind”

Eklektik Ensemble/Punkt/Lutosławski Quartet – „Punkt Eklektik Session 01”

Hiss Tracts – „Shortwave Nights”

Infant Joy Quintet – „New Ghosts”

Irmler/Liebezeit – „Flut”

Made To Break – „Cherchez La Femme”

Malayeen – „S/T”

Tape – „Permanent Vacation”

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers”

Trzy Tony – „Efekt Księżyca”

Venetian Snares – „My Love Is A Bulldozer”

Wywiad z Tomaszem Sroczyńskim

Oczywiście zachęcam gorąco do zapoznania się z całością materiału jesiennego wydania PopUp’a – redakcja wykonała naprawdę świetną robotę jeśli chodzi o dobór tematów, stronę graficzną i edytorską. Po raz kolejny bardzo mi miło współtworzyć grono autorów tego magazynu.

Dobrej lektury i udanych odsłuchów!

Krzysztof Wójcik