Płyty w roku 2015 (PL) – czyli „Ce ne sont pas le classement”

Płyty w roku 2015

3… 2…

1…

0!

Płytą roku 2015 jest…

Poniżej rozpościera się zestaw 20 polskich albumów, wydanych na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy, które z rozmaitych względów postanowiłem tutaj umieścić. Dlaczego? Bo są najlepsze? Najciekawsze? Najbardziej oryginalne? A może są najgorsze? Wołają o pomstę do nieba? Tajemnica. Ewentualna hierarchiczność zatarta układem A-Z. Większości z płyt/kaset można posłuchać, klikając „słuchaj”. Do wielu można przeczytać moje recenzje, klikając „czytaj”. Oprócz tego pod każdą pozycją zamieściłem krótki komentarz, czasami wyłuskany z istniejących już tekstów.

Z pewnością lista z czasem się wydłuży/skurczy, bo muzyka generalnie dzieje się w czasie i też czas ją weryfikuje. Na pewno niektóre ciekawostki mi umknęły… Ale tu nie będę już nic zmieniał, oto stan na 31 grudnia 2015.

W kontekście rozmaitych podsumowań i rankingów (to nie jest ranking!) przypomnę wniosek sprzed roku: (rankingi to…) „…brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne.”

Alfabetycznie:

Alameda 5 – „Duch Tornada” (wyd. Instant Classic) ->słuchaj ->czytaj

Alameda 5 - Duch Tornada

„Duch Tornada” to album epicki, o świetnym wyczuciu proporcji i w moim odczuciu szczytowe osiągnięcie artystów działających pod szyldem Milieu L’Acéphale. Płyta-kalejdoskop, która potrafi przenieść słuchacza w inny wymiar. A właściwie wymiary, bo czaruje koherentną różnorodnością, klimatem i wyobraźnią na każdym kroku.

Heroiny – „Ahh-Ohh” (wyd. DUNNO Recordings) ->słuchaj ->czytaj

Heroiny - ACH-OCH

Album stanowi  dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Piotra Kurka, a przy okazji jest chyba najbardziej „przebojowym” materiałem w karierze muzyka. Wyjątkowo charakterystyczne brzmienie artysty zostało tutaj poszerzone o nowe wątki, eksperymenty unikają przefajnowania, a całość zachowuje formę zwięzłą i spójną. Kolejny mocny punkt w arcyciekawej dyskografii.

Wojciech Jachna / Ksawery Wójciński – „Night Talks” (wyd. Fundacja Słuchaj) ->słuchaj ->czytaj

Jachna&Wójciński - Night Talks

Wojciech Jachna i Ksawery Wójciński  na „Night Talks” szanują ciszę, unikają tak częstego w jazzie przegadania, a jednocześnie ich wypowiedź pozostaje swobodna i pełna wyobraźni. Słychać to w transowych, mięsistych partiach kontrabasu, w trąbce kreatywnej, lecz zarazem subtelnej i oszczędnej. Muzykom udało się wykreować wyjątkową aurę napięcia i melancholii, której ciężko się oprzeć.

kIRk – „III” (wyd. Asfalt Records) ->słuchaj ->czytaj

kIRk - III

Płynna konstrukcja „III” sprawia, że jest to, jak dotąd, materiał najbardziej przypominający koncertową odsłonę zespołu, a ta – nieodmiennie – fascynuje brzmieniem gęstym i transowym, przecinanym świdrującą trąbką, zaplątaną w bity i pętle. Album znakomicie funkcjonuje jako całość, jest esencjonalny, a jednocześnie stanowi intrygującą zapowiedź nowego rozdziału w historii kIRk.

Księżyc – „Rabbit Eclipse” (wyd. Penultimate Press) ->słuchaj

Księżyc-Rabbit-Eclipse

„Rabbit Eclipse” brzmi jak naturalna konsekwencja i dopełnienie wydanego niespełna 20 lat temu znakomitego debiutu. Płyta poza czasem, klimat nie do podrobienia. 40 minut niesamowitości.

Kolega Doriana – „Kolega Doriana” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Kolega Doriana

Płyta odważna, estetycznie konsekwentna, wykorzystująca strategię „mniej znaczy więcej”. Album jest precyzyjnie poukładany z rozmaitych sonicznych osobliwości, trio umiejętnie operuje detalem, kontrastami ciszy i hałasu. Rzecz bardzo procesualna i wymagająca skupienia. Niewiele polskich składów improwizuje w tak oryginalny sposób.

Marcin Masecki – „Mazurki” (wyd. For Tune) ->słuchaj ->czytaj

Mazurki - Marcin Masecki

„Mazurki” brzmią jak muzyczny autoportret Marcina Maseckiego. Pomysł goni pomysł, a forma mazurka jest jedynie pretekstem do eksperymentów i doświadczeń na „żywym” i elektrycznym instrumencie. Całość zachowuje surowy, wyjątkowo hermetyczny charakter. Podstawą jest tutaj niepewność kształtu każdego kolejnego taktu i ciężko oprzeć się wrażeniu, że w „Mazurkach” jest potencjalny margines na każdego rodzaju dźwięk klawiszy pianina, który nagle, nieoczekiwanie, zyskuje spójność i własne miejsce w układance.

Jerzy Mazzoll & Micromelancolié – „MAZZMELANCOLIÉ” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj

Mazzmelancolie

Obok płyty nagranej w duecie z Tomaszem Sroczyńskim jest to bodaj najciekawsze wydawnictwo Jerzego Mazzolla po powrocie artysty do regularnego publikowania. Trochę szkoda, że kaseta zawiera jedynie dźwięki z recyklingu, z archiwów, niemniej efekt finalny budzi respekt. „Mazzmelancolie” jest pozycją oryginalną, usytuowaną na pograniczu kilku estetyk, odważną i zaskakującą, a jednocześnie komunikatywną, o wciągającej, słuchowiskowej narracji.

Mirt – „Vanishing Land” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Mirt - Vanishing Land

Tytuł adekwatny do zawartości. Kontakt z „Vanishing Land” to jak wyprawa na terra incognita. Nagrania terenowe, ambientowe plamy, mnóstwo detali, brzmienie analogowego sprzętu. Całość ma charakter wyjątkowo spójny, płynny, a jednocześnie nieprzewidywalny. Trochę retro, trochę futuro. Prawdziwa przygoda dla ucha.

Nagrobki – „Stan Prac” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Nagrobki - Stan Prac

Oryginalny koncept i finezyjna prostota. „Stan Prac” to płyta inteligentna, przewrotna i zrealizowana brawurowo od początku do końca, zarówno pod względem tekstów, jak i muzyki – the whole package. Obok duetu pojawiają się znakomici goście (Mikołaj Trzaska, Michał Bunio Skrok, Piotr Pawlak, Olo Walicki, Tomasz Ziętek), którzy wyciągają całość na jeszcze wyższy level. Obok Synów i Ukrytych Zalet Systemu moja ulubiona płyta tego roku w kategorii „piosenka polska”.

Paper Cuts – „Divorce Material” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj ->czytaj

Paper Cuts - Divorce Material

Świetnie rozwijający się materiał, wciąga, czaruje drobnostkami i wielkim wyczuciem brzmienia. Każdy utwór to odrębna historia zasadzona na ciekawym pomyśle. Gra w częściach, gra w całości. Kaseta ma własny, wciągający, mocno surrealistyczny klimat i  jest jak dotąd najbardziej kompletnym owocem współpracy Łukasza Kacperczyka (syntezator modularny) i Wojciecha Kurka (perkusja).

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes. African Mystic Music” (wyd. Bołt Records) ->słuchaj ->czytaj

Raphael Rogiński - Coltrane

Główną zaletą tego wydawnictwa jest powściągliwa wirtuozeria Rogińskiego, pełna wyczucia i wrażliwości na najbardziej ulotne brzmieniowe detale, często właśnie nimi operująca. Płyta jest niezwykle udaną odpowiedzią na pytanie jak w kreatywny sposób oddać hołd muzyce o statusie ikonicznym. Właśnie tego typu interpretacje udowadniają, że dziedzictwo Coltrane’a nie musi być spetryfikowane w standardach i leżeć na zakurzonym postumencie zatytułowanym „klasyka jazzu”.

Jacek Sienkiewicz – Drifting (wyd. Recognition) ->słuchaj

Sienkiewicz - Drifting

Po włożeniu na uszy słuchawek, dobry album techno powinien podporządkowywać strukturze dolatującego do świadomości bitu całą otaczającą rzeczywistość. Powinien wciągać. A od Drifting” naprawdę ciężko się oderwać. Oprócz tego warto sprawdzić bardziej abstrakcyjny „Instynkt” ->słuchaj.

Slalom – „Wunderkamera” (wyd. Lado ABC) ->słuchaj ->czytaj

Slalom - Wunderkamera

„Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Tytuł odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest tutaj nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny. Eksperymenty nie podważają w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru.

SYNY – „Orient” (wyd. Latarnia Records) ->słuchaj ->czytaj

SYNY - Orient

Wielką siłą tego albumu jest stylistyczna spójność, wyjątkowy klimat, a także otwarte, eksperymentalne podejście do hip-hopowej formy. Orient wciąga od „Intro” aż po zamykające zestaw 20 kawałków „Świnoujście”, jest interesujący jako twór muzyczno-literacki. Synom już na wysokości debiutu udało się osiągnąć oryginalne, własne brzmienie, stanowiące ciekawą wypadkową dotychczasowej działalności Piernikowskiego i Jankowiaka – wypadkową, która przynosi de facto nową jakość.

Kamil Szuszkiewicz – „Istina” / „Robot Czarek” (wyd. Wounded Knife / Bołt Records) ->słuchaj1 ->słuchaj2

Kamil Szuszkiewicz - IstinaKamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

Kamil Szuszkiewicz na „Istinie” i „Robocie Czarku” jawi się jako wyjątkowo radykalny i konsekwentny eksperymentator. Obie kasety rządzą się własnymi prawami, porażają oryginalnym konceptem i bezkompromisowością, ale co najważniejsze intrygują. Warto zadać sobie trud, aby wejść głębiej w te nieszablonowe wydawnictwa, które śmiało można określić jedynymi w swoim rodzaju. Warto też sprawdzić minialbum kwartetu Zebry A Mit ->słuchaj.

T’ien Lai – „RHTHM” (wyd. Monotype Records) ->słuchaj

T'ien Lai - RHTHM

Redefinicja brzmienia T’ien Lai, postawienie na motorykę i techno bit, okazała się strzałem w dziesiątkę. Na „RHTHM” obok tytułowego rytmu znajdują się gigantyczne pokłady psychodelii, dzięki czemu seans z albumem należy do wyjątkowych doświadczeń. Niespodzianki kryją się niemal w każdej minucie albumu.

Ukryte Zalety Systemu – „Ukryte Zalety Systemu” (wyd. Antena Krzyku) ->słuchaj

Ukryte Zalety Systemu

UZS udało się stworzyć system z wieloma ukrytymi zaletami. Teksty zaangażowane, a niebanalne, wręcz uniwersalne. Muzyka prosta, lecz charakterystyczna i intrygująca jak diabli. Koncept. Energia. Zwięzłość. Prostota. Oryginalność. Siła rażenia porównywalna z pierwszymi dwoma albumami Republiki.

X:Navi-Et – „Vox Paradox” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj 

XNaviEt - Vox Paradox

„Vox Paradox” to muzyka grozy, dobry bad trip z jednym reżyserem. Siłą tej kasety jest jej konstrukcja, układ, dramaturgia. Każdy utwór intryguje niepokojącym klimatem, złożonością użytych środków, a także dużym wyczuciem w ich dystrybuowaniu. Słychać tutaj jak duży wkład ma Rafał Iwański w brzmienie duetu Kapital. Jeśli komuś podobała się płyta „Chaos to Chaos” (->słuchaj), to po bardziej surowe „Vox Paradox” powinien sięgnąć niezwłocznie.

Evan Ziporyn / Wacław Zimpel / Hubert Zemler / Gyan Riley – „Green Light” (wyd. Multikulti) ->słuchaj

Ziporyn, Zimpel, Zemler Riley - Green Light

Znakomici muzycy zagraniczni + znakomici muzycy polscy = bardzo dobry wspólny album z dużą ilością niespodzianek. Płyta na pograniczu etno, minimalizmu, improwizacji i kompozycji, nagrana z naprawdę dużą wyobraźnią. Aż ciężko uwierzyć, że wszystkie dźwięki powstały bez użycia elektroniki. Muzyka na „Green Light” koi i uwodzi, unikając zarazem łatwych rozwiązań.

—————————————————————–

Dziękuję za uwagę w roku (już) ubiegłym i zakończę po szekspirowsku – reszta jest słuchaniem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

PopUp #47 – garść recenzji i wywiadów

98ee660f5ecdd8f0708fa197fa0ecf6d7db0c971

Po ponad półrocznej przerwie udało nam się w końcu doprowadzić do finalizacji kolejny, już 47 numer internetowej gazety PopUpMusic.pl. Jak zwykle prezentujemy subiektywny wybór najciekawszych muzycznych zjawisk ostatnich miesięcy (i nie tylko). Numer, któremu (jak zwykle) przyświecają imperatywy syntezy i selekcji, zawiera ponad 60 recenzji, a także wywiady z artystami z Polski i zagranicy. Z czasem będzie pączkował fotorelacjami, konkursami i innymi niespodziankami. Czyli tradycyjnie – stary, dobry PopUp, kolejny rozdział.

To już 7 numer, w którego przygotowaniu miałem przyjemność partycypować. Ta szczęśliwa liczba, jak się okazało, sprzyjała produktywności i mam nadzieję jakości tekstów. Tym razem zasiliłem numer odrobinę większą „cegiełką” niż dotychczas. Oczywiście gorąco polecam lekturę całości, ale tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam poniżej swoje pięć groszy. Zapraszam do klikania w linki, czytania i słuchania!

Wywiady:

DJ Lenar

Ksawery Wójciński

Michał Górczyński

 

Recenzje:

Alameda 5 – „Duch Tornada”

Alameda 5 - Duch Tornada

Alchimia – „Aurora”

Alchimia - Aurora

Aphex Twin – „Comupter Controlled Acoustic Instruments Pt.II”

Aphex Twin - Computer Controlled

Artur Maćkowiak – „If It’s Not Real”

Artur Maćkowiak - If it's not real

Budzyński / Jacaszek / Trzaska – „Rimbaud”

Budzyński, Trzaska, Jacaszek - Rimbaud

Colin Stetson / Sarah Neufeld – „Never Were The Way She Was”

Colin Stetson & Sarah Neufeld

Eve Risser – „Des Pas Sur La Neige”

Eve Risser - Des Pas Sur La Neige

Haronim – „Haronim”

Haronim - Haronim

Kapital – „Chaos to Chaos”

Kapital - Chaos to Chaos

kIRk – „III”

kIRk - III

Krojc – „0101”

Krojc - 0101

Lenar, Masecki, Zrałek – „Fortepian Chopina”

Lenar, Masecki, Zrałek - Fortepian Chopina

Marcin Masecki – „Mazurki”

Marcin Masecki - Mazurki

MazzSacre – „+”

MazzSacre - +

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes African mystic music”

Raphael Rogiński - Coltrane

Scott Stain – „Calu/Streo”

Scott Stain - Calu  Scott Stain - Streo

Shofar – „Gold Of Małkinia”

Shofar - Gold of Malkinia

SYNY – „Orient”

SYNY - Orient

—————————————

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Trzaska / DJ Lenar / Masecki / Rogiewicz / Sienkiewicz w Cafe Kulturalna

Nazwiska imponujące w intrygującym zestawieniu nieprawdaż? Wyżej wymienieni Panowie, artyści charakterystyczni i zasłużeni dla polskiej muzyki/kultury ostatnich lat/dekad, musieli zagrać w jeden z najgorszych wieczorów jakie co roku odbywają się w Warszawie. Noc Muzeów to bodaj najbardziej upiorny termin na wychodzenie z domu. Impreza charakteryzuje się masowym przyswajaniem kultury w wersji instant, rozwodnionej, festyniarskiej, fasadowej. Swego rodzaju muzealny odpust, który można przypieczętować kiełbasą z grilla lub belgijską frytą na Placu Defilad. W Noc Muzeów można paradoksalnie zobaczyć jak dużo osób do instytucji kultury nie chadza. Piszę te słowa mając świadomość jak to wygląda od kuchni, jako osoba do niedawna związana z muzealnictwem. Zresztą nie jest to żadne odkrycie Ameryki. W Noc Muzeów kultura jest jak łapczywie chwytany, darmowy napój Zbyszko z radomskiej wigilii. Smakuje (jakoś) i gasi pragnienie (jakoś), ale nie dostarcza organizmowi nic poza wodą, cukrem i sztucznymi aromatami.

O tej „przeklętej” dacie przypomniałem sobie niestety dopiero w chwili wyjścia na koncerty do Cafe Kulturalnej (które przy okazji były zwieńczeniem festiwalu filmowego Docs Against Gravity). Zatem podwójna kumulacja… Niemniej jednak nazwiska muzyków zachowały magnetyczną siłę przyciągania. Dawno tak dobitnie nie odczułem, że kontekst determinuje sytuację, że byt kształtuje świadomość, czy coś w tym rodzaju.

Proponuję zatem foto-story. Jak na Noc Muzeów jest to chyba idealna forma wpisu.

Mikołaj Trzaska na czerwonym dywanie:

Mikołaj Trzaska

Absolutnie nie dziwię się saksofoniście, że wybrał tak ustronne miejsce, zapewniające minimalną dozę autonomii względem otaczającego zewsząd zgiełku. Pamiętam jak przed kilkoma laty miałem wielką przyjemność słuchać solowego występu Trzaski w warszawskiej Synagodze im. Nożyków – to był wyjątkowy koncert z fenomenalnym klimatem, doskonale korespondującym z muzyką. Ultra-komfortowe okoliczności. Tym razem Trzaska musiał walczyć o audialną czasoprzestrzeń w warunkach festynu, musiał zabrzmieć bezkompromisowo, jak free jazzowy wojownik. I chociaż wystąpił w najbardziej wycofanym zakątku, to zagrał swoje, a przeszywające, szorstkie brzmienie altu pozwalało na rozedrgany azyl w pulsującej rzeczywistości. Autentyzm i konsekwencja – za to duży szacunek. Przy okazji słychać, że Trzaska nie ma najmniejszego problemu z sytuacją samodzielnego koncertu i odnajduje się w podobnej sytuacji równie dobrze jak podczas występów z innymi muzykami. Narracja artysty wciąga, intryguje, „nie pozostawia obojętnym” – i nie jest to slogan. Warto podkreślić, że wyjątkowo mało wyczuwalny był pierwiastek żydowskiej melodyki, gdzieniegdzie pobrzmiewał, lecz nie zdeterminował wypowiedzi. Mankamentem była natomiast mała wizualna dostępność Trzaski, mogła go dostrzec zaledwie garstka słuchaczy.

DJ Lenar pokazuje sufit:

DJ Lenar

Po koncercie Trzaski była niewiadoma: co dalej? Pozostali muzycy – wedle opisu wydarzenia – mieli występować w różnych, nie do końca jasnych konfiguracjach. Zaczął solo DJ Lenar – z dużą dozą prawdopodobieństwa najbardziej oryginalny „dysk dżokej” polskiej, a w każdym razie warszawskiej sceny. Lenar należy do muzyków, którzy przede wszystkim tworzą klimat, wypełniają audiosferę dźwiękami przypominającymi podkręcone i zniekształcone szumy rzeczywistości otaczającej. Muzyka Lenara jest w pozytywnym sensie niedomknięta, tworzy hipnotyczne, noise’owe tło do zastanej sytuacji. Brak bitu, brak skreczów i turntablistycznych popisów zastępuje bardzo przemyślana, horyzontalna warstwa dźwięków o zmieniającym się natężeniu. Wielu DJ-ów mogłoby się od Lenara uczyć sztuki powściągliwości i minimalizacji środków. Program solowy mocno przypominał wydawnictwo „Re:PRES” sprzed trzech lat, na którym artysta poddał autorskiej modyfikacji „Miniatury” Eugeniusza Rudnika. Warto o tym wspomnieć, by ów cykl nestora polskiej elektroniki właśnie doczekał się wydania przez Requiem Records w formie imponującego boxu 4 płyt (klik). Propozycja Lenara na podobnie awangardowy set w sytuacji klubowego zgiełku była dość radykalna, lecz paradoksalnie doskonale wpisała się w klimat, przykuwając uwagę wielu słuchaczy. Wielka szkoda, że DJ Lenar od czasu wspomnianego „Re: PRES” nie wydał żadnego nowego materiału.

Marcin Masecki w blasku światła (i CCTV):

Marcin Masecki

Kolejny solista. Tym razem pomysł na formułę koncertu okazał się lepszy niż samo wykonanie. Improwizacja na pianinie i keyboardach do ujęć zarejestrowanych przez kamery przemysłowe brzmi ciekawie, szczególnie w świetle kończącego się Docs Against Gravity. Jednakże Masecki podszedł do zagadnienia w mało kreatywny sposób, ograniczając się do typowych dla siebie „popsutych” zagrywek, od czasu do czasu bawiąc się mocą elektronicznego brzmienia. Równie dobrze mogłoby nie być warstwy wizualnej, skądinąd dość interesującej (obraz spod mikroskopu, ludzie biegnący po ulicy, satelitarne zdjęcia Ziemi, bojówkarze z karabinami, opakowanie laptopa…). Ciekawe, choć też nie do końca wykorzystane były sekwencje, w których na ekranie pojawiały się ujęcia z przestrzeni Kulturalnej. Masecki zagrał jak na siebie dość „konwencjonalnie niekonwencjonalnie”, ale zabrakło wyrazistości i związku z warstwą wizualną. Cały set można podsumować „pianista sobie, obraz sobie”. Szkoda, bo sam pomysł miał duży potencjał.

DJ Lenar, Jerzy Rogiewicz (poza zdjęciem, za konsoletą Jacek Sienkiewicz):

DJ Lenar & Jerzy Rogiewicz

Cóż, był to dla mnie ostatni muzyczny obrazek podczas wieczoru w Kulturalnej. Tym razem Lenar zaproponował bit, a trzaski i szumy upiął rytmiczną siatką, do której plecenia dołączył po chwili Rogiewicz z Sienkiewiczem. Brzmienie łączyło brud z coraz bardziej gęstniejącym, prostym klubowym drivem. Hi-hat i werbel Rogiewicza nadawały elektronicznemu garage-tandemowi przyjemny organiczny, „żywy” pierwiastek. Dobrze się tego słuchało, struktura powoli się rozwijała, a trans wisiał w powietrzu. Tym akcentem zakończyłem wizytę w Kulturalnej, a uwodzicielski zapach grillowanej kiełbasy na Placu Defilad odprowadził mnie do metra.

Wnioski po koncertach: za dużo, nie do końca wykorzystana szansa konfiguracyjna, ogólnie niejasny zamysł kuratorski całego przedsięwzięcia. Choć chaos i niejasność, a czasem łopatologia to akurat pewniki jeśli chodzi o Noc Muzeów. I piszmy jednak z małej – noc muzeów.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Środa pełna ForTune’y (premiery: Malerai +goście / M. Masecki)

Chłodna wiosna

Nad mokrymi polami ryżowymi

Chmury bez korzeni

– „Haru” Hakigoto Kawahigashi (jeden z utworów na „Utsuroi”)

Korzenie bez chmur

8 kwietnia w Warszawie upłynął pod znakiem koncertowych premier dwóch projektów zielonej (teoretycznie folkowej) serii wydawniczej oficyny For Tune. W tym samym czasie koncerty zagrało Malerai (z Kazuhisą Uchihashim i Mayą R) w Studiu im. W. Szpilmana promując „Utsuroi”, natomiast w Pardon To Tu Marcin Masecki zaprezentował „Mazurki”. Dość osobliwa strategia promocyjna postawiła słuchacza w roli osiołka, któremu to w żłobie dano… Cóż, jako że na żywo „Mazurki” spożywałem już ze żłobu im. W. Lutosławskiego (klik), wybór mój padł na koncertową premierę Malerai.

Utsuroi - Malerai-Uchihashi-Maya RMazurki - Marcin Masecki

Płyta „Utsuroi” (po japońsku: Przemijanie) jest już drugą częścią projektu „Muzyka do języków” Michała Górczyńskiego. Po albumie nagranym w jidysz „Preparing to Dance” z gościnnym udziałem Marcina Maseckiego i Hanny Goldstein, przyszedł czas na skok do dalekiego kraju kwitnącej wiśni. Tym razem trio Malerai (Dagna Sadkowska, Michał Górczyński, Mikołaj Pałosz) zostało wsparte przez znakomitego gitarzystę i improwizatora Kazuhisę Uchihashiego oraz wokalistkę Mayę R. Na utwory z „Utsuroi” składa się głównie japońskie haiku autorstwa Yashihiro Harady i Kawahigashiego Hekigoto, ale też (dość ekscentryczny pomysł) przekłady z niemieckiego poezji Fryderyka Nietzschego. Wszystkie teksty w tłumaczeniu na polski i angielski były dostępne do wglądu dla publiczności na kartkach. Tyle liner notesów.

Ogólnie rzecz ujmując był to koncert bardzo energetyczny. Materiał został w jakichś 90 procentach skomponowany przez Górczyńskiego, który również na scenie pełnił rolę niekwestionowanego lidera kwintetu. Przy okazji nie ograniczał się do klarnetu – grał również na flecie, saksofonie tenorowym, niewielkich rozmiarów keyboardzie, puszczał organiczne sample (czyt. szum fal, śpiew ptaków), beatboxował… Przy okazji artysta wykorzystał w trakcie występu doświadczenie performerskie, biegał po sali uderzając pałeczką w krzesła, rzucał fletem w pulpit, schodził za scenę zagrać intensywne klarnetowe solo. Wszystkie te elementy, wydawać by się mogło pozamuzyczne (chociaż nie, bo generowały, bądź modulowały dźwięk), były bardzo dobrze wkomponowane w strukturę występu, urozmaicały go i nieustannie ogniskowały uwagę słuchacza. Bardzo podobała mi się funkcja jaką w składzie pełniła gitara Uchihashiego – była bardziej ornamentalna, lecz charakterystyczna, kiedy trzeba ostra jak brzytwa, jednak stosunkowo sporadycznie wychylała się na pierwszy plan. Podobno Japończyk w procesie nagrywania albumu, skomponowanego od początku do końca, zachował improwizatorską swobodę. Na koncercie widać było jak umiejętnie z tej wolności potrafi korzystać, nie przytłaczając brzmieniem instrumentu całości wypowiedzi – klasa. Również duże wrażenie zrobił na mnie wokal Mayi R, który po raz pierwszy miałem przyjemność słyszeć na żywo. Artystka dysponuje imponującym głosem, a nieprzewidywalna, zadziorna muzyka Malerai i Uchihashiego świetnie komponowała się z wokalną ekspresją – raz delikatną, subtelną, kiedy indziej wrzaskliwą. Kwintet zagrał cały materiał z albumu, powtarzając jedną z piosenek na bis.

Malerai_Uchihashi_Maya_R - foto. Piotr Lewandowski

Nad tego rodzaju projektami często unosi się groźne widmo popadnięcia w cepelie, bądź ślepą uliczkę world music. W przypadku „Utsuroi” nie ma o tym mowy. To materiał bardzo przemyślany, dopracowany, a przy okazji zrealizowany (również na płycie) z dużą wyobraźnią, która mówiąc sloganem – „nie pozwala na nudę”. W następnej odsłonie projektu Malerai bierze na warsztat poezję perską. Brzmi ciekawie! „Utsuroi” to nietypowa i charakterystyczna pozycja w pejzażu polskiego rynku wydawniczego, również dobry przykład na to, że eksperyment nie musi zakładać nieczytelności i unikać klarownej koncepcji. Jak również – parafrazując klasyka – awangarda nie musi być smutna.

————————————————————————————————————————–

Wychodząc ze Studia im. W. Szpilmana pomyślałem: „a może by tak do Pardonu skoczyć, załapać się jeszcze na jeden czy dwa mazurki…”. Marcin Masecki działa na warszawską publiczność jak magnes i nie ulegało wątpliwości, że klub będzie tego wieczoru pękał w szwach. Przed dwoma miesiącami pianista grając „Mazurki” wypełnił szczelnie potężne Studio Lutosławskiego. Powrót „Mazurków” do Pardon To Tu miał jednak charakter symboliczny – to pod klubem narodziła się sama idea projektu. Niestety, zbliżając się do placu Grzybowskiego stawało się coraz bardziej jasne, że nie załapię się nawet na bis. Tłumy już wylewały się z wnętrza klubu. Zatem nie będzie o koncercie, a ogólnie.

Marcin Masecki - foto. Marcin_Marchwiński

Wychodząc z premiery Malerai usłyszałem ciekawą opinię odnośnie zainteresowania jakie zawsze generuje osoba Maseckiego: „Ludzie się zachwycają, a tak naprawdę nie wiedzą co dokładnie im się w tej muzyce podoba. Sytuacja trochę jak ze Swans”. Cóż, myślę, że pianista do pewnego stopnia jest „ofiarą” autokreacji, charakterystycznego wizerunku rozrabiaki, łobuzerskiego wirtuoza, który gra tupiąc nogą w kapciach. To pierwsza, powierzchowna i bardzo małostkowa perspektywa, przesłaniająca często to, co najważniejsze, czyli muzykę. Wracając spod Pardonu, słuchałem „Mazurków” na słuchawkach i doszedłem do wniosku, że Masecki powinien grać koncerty po ciemku, albo rozdawać publiczności opaski na oczy, żeby skanalizować odbiór tylko na zmysł słuchu, nie odwracać uwagi od meritum. To naprawdę wyjątkowa płyta, na której pianista posługuje się własną logiką porządkowania dźwięków, a baczne śledzenie tej układanki jest fascynujące. Frywolna, rytmiczna forma mazurka powoli przekształca się w coś osobnego, oryginalnego i „precyzyjnie popsutego”. Tutaj sztuka zniekształcenia przewyższa sam obiekt zniekształcany. To już kwestia stylu, flow, języka, który Masecki ma nie do podrobienia. W „Jaka to melodia” dałby się odgadnąć po jednej nutce – i to jest komplement! Każdy dobry artysta jest charakterystyczny (choć nie każdy charakterystyczny muzyk jest od razu dobrym artystą). „Mazurki” są zdecydowanie materiałem artystycznym dużej klasy, spójnym, konsekwentnym w niekonsekwencji. I pamiętajmy – awangarda nie musi być smutna. Tak jak okładka nie musi być zawsze czarno-biała… Ale mniejsza o to, zamknijmy oczy, liczy się muzyka.

Tam ta tam, tam ta tam, tam ta tam, tam ta tam, tatatatatatatatatata. Bum.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zdjęcia:

Malerai – © Piotr Lewandowski

M. Masecki – © Marcin Marchwiński (fotoblog)

Marcin Masecki „Mazurki” / Christopher Dell & Oleś Brothers „Komeda Ahead” w Studiu im. W. Lutosławskiego

Studio Lutosławskiego - fot. Krzysztof Wójcik

Ostatni raz gościłem w Studiu Lutosławskiego na London Jazz Composers przy okazji festiwalu Ad Libitum 2013. Wówczas na scenie pojawiła się cała rzesza muzyków (w dużej mierze legendarnych), natomiast widownia jak na doniosłość wydarzenia wcale nie została wypełniona po brzegi. Tym razem, choć w sumie wystąpiło czworo instrumentalistów miejsca zajęte były w niemal stu procentach. Wieczór był koncertową premierą dwóch krążków – solowych „Mazurków” Marcina Maseckiego i albumu „Komeda Ahead” tria braci Oleś i Christophera Della. Zatem nad całością wydarzenia unosił się duch „wielkich polskiej kultury” – Krzysztofa Komedy w sposób bezpośredni i Fryderyka Chopina bardziej na zasadzie automatycznego skojarzenia: „mazurek = Chopin”. W rzeczywistości twórczość romantycznego kompozytora wybrzmiała tylko raz, na bis i to w dość zrewidowanej wersji. Wieczór rozpoczął spektakl jednego aktora, a zarazem jednej z barwniejszych i ciekawszych postaci polskiej sceny.

Na początku zastanawiałem się przez moment czy Marcin Masecki wystąpi w dresie, polarze i kapciach, które częstokroć stanowią integralny element jego artystycznego emploi. W ogóle oglądanie koncertu pianisty w warunkach dość zobowiązującej sali koncertowej było doświadczeniem nieco surrealistycznym, ponieważ zwykle muzyk występuje w kontekstach powiedzmy mniej „bon ton”. Niemniej świetna akustyka Studia Lutosławskiego okazała się sprzymierzeńcem doskonale eksponującym różnicę brzmienia elektrycznego i akustycznego pianina. A prezentowanie wszelkiego rodzaju kontrastów estetycznych to niejako modus operandi warszawskiego artysty.

Marcin Masecki-Mazurki_fot. Piotr Lewandowski

Marcin Masecki jest trochę takim muzycznym Gombrowiczem. Świadomie podejmuje określoną formę, konwencję, a następnie eksploatuje ją z przewrotną frywolnością. Ostatecznie pianista odbija się od schematu, bądź go rozsadza i samodzielnie ustala reguły gry. Masecki każdorazowo, niezależnie od tego czy gra Bacha, Scarlattiego, czy po prostu improwizuje, jest podmiotem nadrzędnym, który decyduje o ostatecznym charakterze muzyki. Jednocześnie artysta wciąż posiłkuje się jasnymi odwołaniami, przywołuje inspiracje dosłownie – te klarownie wskazane „przypisy” decydują w dużej mierze o efekcie jaki wywiera na odbiorcy. Dla jednych eksperymenty muzyka będą konsternujące i obrazoburcze, dla innych fascynujące pod względem autorskiego, oryginalnego ujęcia tematu. Zdecydowanie zaliczam się do słuchaczy tej drugiej kategorii.

Forma mazurka okazała się dla Maseckiego jedynie pretekstem do zaprezentowania swojego charakterystycznego podejścia do muzyki i muzycznej tradycji. Kompozycje choć sprawiały wrażenie dopracowanych miniatur miały w sobie również spory ładunek improwizatorskiej spontaniczności. Artysta eksponował nie tyle melodie, co samą ich artykulację, częstokroć opierając poszczególne fragmenty na drobnych, acz wżynających się w mózg akcentach. Dużą część eksperymentów Maseckiego stanowiły rytmiczne wariacje, zmiany tempa, nagłe przyspieszenia, spowolnienia, kompletne wyciszenia i ekstrawertyczne grzmocenie w klawisze. Swego rodzaju wykonawcze adhd sprawiało, że właściwie non stop nie wiadomo było co wydarzy się za chwilę. Ta niepewność była fascynująca i zaangażowała moją uwagę na tyle, że nawet nie zauważyłem kiedy występ dobiegł końca. W perspektywie wcześniejszych wydawniczych i koncertowych aktywności Maseckiego program „Mazurków” jest chyba najbardziej koherentnym solowym materiałem artysty. Naprawdę świetny występ, po którym nie mogę się doczekać poznania albumu.

Oles_Brothers_&_Christopher_Dell - fot. Piotr Lewandowski

Druga część wieczoru upłynęła pod znakiem Komedy. Trio Christophera Della i braci Oleś zaprezentowało program złożony z rozmaitych kompozycji legendarnego pianisty – od utworów z „Astigmatic” po numery rozproszone na innych wydawnictwach. Przez kilka chwil miałem cień nadziei, że gościnnie na scenie pojawi się Masecki, jednak zmieszanie składów nie miało miejsca. Szkoda, bo w występie tria trochę zabrakło mi pewnego rodzaju nieokrzesania i nieprzewidywalności, którymi pianista mógłby rozsadzić precyzyjnie poukładany program „Komeda Ahead”. Sednem tego projektu jest przeniesienie muzyki w kameralny kontekst instrumentalny. Komeda tworzył swoje jazzowe utwory zwykle dla składów większych niż trio, tutaj natomiast wibrafon, kontrabas i perkusja musiały zagospodarować całość przestrzeni dźwiękowej. Braci Oleś i Dell to muzycy dużej klasy, w związku z tym ich gra na scenie nie przypominała walki z materią, a raczej dość spokojny, precyzyjnie zaplanowany i efektowny spacerek po nitce do kłębka. Lubię i cenię twórczość Komedy dlatego słuchało mi się koncertu z przyjemnością, jednak mam poczucie, że artyści dysponujący tak dobrym warsztatem mogliby się pokusić o bardziej swobodne czy dekonstrukcyjne interpretacje. Niemniej jednak był to występ zdecydowanie przyzwoity, prezentujący dużą wirtuozerię i zgranie muzyków. Na niekorzyść odbioru z pewnością wpłynął kontekst koncertu Maseckiego, który grając materiał w zasadzie nie mający nic wspólnego z jazzem sensu stricto, zaprezentował muzykę szalenie żywotną i nieprzewidywalną, mimo że odwołującą się do formy anachronicznej. I właśnie takiego Komedę chciałbym usłyszeć. Pytanie tylko, czy wtedy byłby to jeszcze Komeda?

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zdjęcia muzyków: Piotr Lewandowski

Warszawa koncertowa-dwubrzegowa vol. 2.0

Czyli ciąg dalszy sążnistego wpisu vol. 1.0

 

Mikołaj Trzaska/Adam Witkowski w Muzeum Historii Żydów Polskich

20140904_174952

Wakacyjny cykl audiowizualny MHŻP „Kino_Muzyka_Lato” skupiający się na prezentacji przedwojennych niemych filmów z muzyką na żywo, był programem o tyle ciekawym, co fatalnie wypromowanym. Jakkolwiek wieczór z Mikołajem Trzaską i Adamem Witkowskim zebrał relatywnie spore grono odbiorców, tak na dwa tygodnie wcześniejszym występie Raphaela Rogińskiego muzeum wręcz świeciło pustkami. Szkoda, bo instytucja posiada audytorium o dobrej akustyce, a biletów na seanse nie zaliczyłbym do drogich. Nie w tym jednak rzecz.

Langfurtka – jak się okazało właśnie tak brzmi nazwa duetu – grała do filmu „Cud nad Wisłą” z 1921 roku, którego tematyka była o dziwo bardziej obyczajowa niż patriotyczna. Pomijając fakt, że film został zmontowany jedynie z ocalałych fragmentów taśmy, to fabuła obrazu była wręcz absurdalnie grubo ciosana, w związku z czym pozostawały jedynie walory czysto wizualne (ciekawe kadry, wczesne eksperymenty montażowe, różnice kolorystyczne wynikające z patchworkowego charakteru rekonstrukcji). Dużo obiecywałem sobie po tym seansie, zważywszy na jakość muzyki jaką Trzaska zrealizował do wielu projektów Wojciecha Smarzowskiego (z pewnością najmniej znany tytuł „Kuracja” – gorąco polecam!). Mając w pamięci doskonałe wykonanie „Róży” na OFF Festivalu spodziewałem się bardzo wiele i chyba zbyt wiele. Przede wszystkim zestawienie muzyków i filmu było zdecydowanie chybione – mam tu na myśli nieprzystające do siebie jakości muzyczne i wizualne. Brzmienie klarnetów i gitary elektrycznej samo w sobie tworzyło dość interesujący efekt (niekiedy zbliżony do ostatniej płyty Łoskotu), jednak muzykom ciężko było wpisać się w klimat filmu – właściwie najlepiej było zamknąć oczy. Warto podkreślić, że bez oprawy dźwiękowej Trzaski i Witkowskiego oglądanie „Cudu nad Wisłą” byłoby przeżyciem wręcz hardkorowym, nie na odwrót. Z obrazem najlepiej współgrały momenty muzyczne, w których słychać było tylko jeden z instrumentów. Gitara dość mocno przytłaczała brzmienie klarnetu i zbytnio dominowała nad całością, z kolei klarnet najlepiej wypadał w momentach niskich, intensywnych przesileń, a biorąc pod uwagę infantylizm i banał scenariusza podobne sekwencje nie zdarzały się za często. Myślę, że o wiele lepiej muzyka duetu wybrzmiałaby na przykład w asyście niemych dzieł niemieckiego ekspresjonizmu. W muzeum dysonans pomiędzy specyfiką wizji a fonii był zbyt wyraźny, a nijakość filmu brutalnie rzutowała na muzykę, która – siłą rzeczy – musiała odgrywać służalczą rolę wobec obrazu.

———————————————————————————————————————–

 

Tupika, Masecki/Moretti/Rogiński, Cukunft w Cafe Kulturalnej

Czyli przedostatni dzień tegorocznego cyklu Lado w mieście i występy składów w przeważającej mierze nieaktywnych już koncertowo i wydawniczo. Wieczór nabrał charakteru wspominkowego, nostalgicznego, jednak jeśli chodzi o poziom koncertów był to bodaj najbardziej wyrównany dzień spośród wszystkich „lad” jakie w tym roku widziałem.

20140827_221742

Koncerty zainaugurowała Tupika czyli trio Pawła Szamburskiego, Patryka Zakrockiego i Norberta Kubacza. Hipnotyczna, miarowa gra prostych partii kontrabasu była silnym kręgosłupem, na którym pląsały dość swobodnie klarnet i skrzypce, tworząc nastrojowe, senne dialogi z incydentalnymi żywszymi momentami. Współpraca na linii Zakrocki – Szamburski (czyli podzespołu Sza/Za) przebiegała bez zarzutu, muzycy doskonale wyczuwali swoje intencje, przy okazji czerpiąc z gry wyraźną frajdę. Solidny występ upstrzył bis, którego wysłuchałem z przyjemnością.

20140828_001016

W następnej kolejności zagrało supertrio Masecki/Moretti/Rogiński, które swego czasu nagrało spontaniczną koncertową płytę na Chłodnej 25. Jako że nie udało mi się wówczas zobaczyć składu na żywo, a o znakomitych występach tria od tamtego czasu zdążyła wręcz narosnąć miejska legenda, szykowałem się na coś specjalnego. Muzycy rozpoczęli koncert z bardzo dużą energią, która po sennej Tupice była mi tego dnia niezwykle potrzebna. Kąśliwa i kreatywna gitara Rogińskiego tworzyła znakomity drive, któremu towarzyszyło perkusyjne, mocne adhd Morettiego i dość ozdobnikowa, wręcz ascetyczna, lecz pewna gra Maseckiego na klawiszach. Nad wszystkim unosiła się nieco psychodeliczna aura lat 60., która jednak ewoluowała w przesilenia i momenty zdecydowanie współczesne, powiedzmy bardziej naspeedowane niż kwaśne. Występ pokazał, że to trio ma wielki potencjał, który zwyczajnie nie powinien zatrzymać się na albumie sprzed lat. Może przynajmniej jeszcze kilka koncertów?

20140828_003430

Cukunft wbrew moim oczekiwaniom zakończył wieczór występem bardzo energetycznym, czego nie sugerowałaby ostatnia melancholijna, solidna płyta „Wilde Blumen”. Prowadząca gitara Rogińskiego była solidnym, melodycznym fundamentem dla rozimprowizowanych klarnetów Szamburskiego i Michała Górczyńskiego, których widowiskowe, świdrujące dialogi były najbardziej charakterystycznym elementem koncertu. Występ, choć krótki, nadrabiał zwięzłość intensywnością przekazu. Szczerze mówiąc ta żwawa i głośna odsłona Cukunftu przypadła mi do gustu nawet bardziej niż wyciszone kompozycje z zeszłorocznego albumu – w każdym razie tego wieczoru miałem bardziej ochotę na klarnetowe szaleństwo. Dobrze się stało, że powyższe koncerty odbyły się w Cafe Kulturalnej, ponieważ ich charakter zdecydowanie lepiej pasował do przestrzeni zamkniętego klubu. Niestety na ostatni dzień Lada nie udało mi się dotrzeć, ponieważ wybrałem konkurencyjny event po prawej stronie Wisły…

——————————————————————————————————————————

 

Wojciech Jachna/Ksawery Wójciński + Susana Santos Silva/Torböjrn Zetterberg w Chmurach

20140829_215938

Dwa duety – jeden złożony z polskich uznanych i znanych mi muzyków, drugi portugalsko-szwedzki, przed rokiem wydany w prestiżowym lizbońskim Clean Feed. Wojciech Jachna jest chyba obecnie najbardziej aktywnym bydgoskim trębaczem, członkiem kolektywu Innercity Ensemble i połową duetu Jachna/Buhl (o którym już pisałem jakiś czas temu tutaj). Spotkanie Jachny z Ksawerym Wójcińskim, który szykuje się obecnie do wydania debiutanckiej solowej płyty i jest muzykiem wielu projektów, było ich pierwszym wspólnym graniem w duecie i na jednej scenie. Podobne sytuacje naznaczone są w równej mierze potencjałem co ryzykiem, jednak w tym wypadku więcej było słychać potencjału. Wójciński grając smyczkiem intensywne, wręcz drone’owe podkłady stwarzał bardzo dużo przestrzeni dla trąbki. Jachna kreślił raczej spokojne, choć meandryczne melodie, najciekawiej brzmiące z subtelnymi elektronicznymi pętlami. Set podzielony został na kilka odrębnych części, przypominających kompozycyjne szkice. Myślę, że ten projekt ma szansę rozwinąć się w ciekawą współpracę, szczególnie jeśli muzycy zaczną operować nieco bardziej radykalnymi środkami wyrazu. Te ostatnie były kanwą drugiej części wieczoru.

20140829_222718

Dość dużą egzotyką w perspektywie polskiej sceny jest kobieta grająca na trąbce. Osobiście nigdy nie widziałem na żywo tego instrumentu w damskich dłoniach. Swoboda i wyobraźnia z jaką Susana Santos Silva posługiwała się trąbką były naprawdę imponujące. Artystka dysponowała przeszywającym, świdrującym brzmieniem, a śmiałe sonorystyczne eksperymenty wydawały się bardzo samoświadome, dalekie od pustej popisówki. Podobnie kreatywne wykorzystanie tego „instrumentu dętego blaszanego” widziałem na koncercie Petera Evansa. Jest to granie bardzo nowoczesne, ekspresyjne, łamiące konwencjonalne brzmienie. Czasami podobne wyczyny sprawiają wrażenie przekombinowanych, jednak w grze Silvy i Torböjrna Zetterberga raczej tego nie wyczułem. Kontrabasista grając wedle podobnego stylistycznego klucza co trębaczka, w moim odbiorze był nieco mniej widowiskowy i jego gra schodziła trochę na dalszy plan, sama w sobie była też odrobinę mniej interesująca. Ciekaw jestem jak charakterystyczne brzmienie Silvy wypadłoby w towarzystwie kontrabasisty nieco bardziej stabilnego, wsłuchującego się nie tylko w swój instrument.

20140829_223709

Ogólnie rzecz biorąc pomysł zestawienia na jednej scenie dwóch duetów trąbka-kontrabas okazał się interesujący, jednak trochę żałuję, że nie doszło na przykład do wymieszania składów, co mogłoby dać znacznie bardziej nieoczekiwany efekt artystyczny. Mimo wszystko duże brawa dla organizatorów, którzy sprowadzili do Chmur tak znakomitych artystów. Koncerty były dobrym przykładem jak można wykorzystać potencjał miejsca przy ulicy 11 Listopada.

20140824_203136

——————————————————————————————————————-

Niniejszy dwuczęściowy tekst rozpoczął się narzekaniem na warszawską infrastrukturę klubową. Chociaż miniony, ostatni tydzień sierpnia pod względem interesujących eventów był dość bogaty i rozproszony, to można go określić wyjątkiem potwierdzającym regułę. Z perspektywy muzyki improwizowanej po prawej stronie Wisły funkcjonuje zaledwie jedno miejsce, które na takową jest otwarte z relatywną regularnością i są to właśnie Chmury. Być może z końcem roku sceną konkurencyjną stanie się po praskiej stronie „warszawska filia” bydgoskiego klubu Mózg, który z początkiem listopada rozpoczyna swą działalność. Natomiast jeśli chodzi o lewobrzeżną Warszawę to po zamknięciu Powiększenia, Kosmosu, Chaosu, wobec dość niestabilnej działalności Cafe Kulturalnej, zostają de facto dwa miejsca gdzie interesującą muzykę na żywo można usłyszeć z co najmniej cotygodniową regularnością. Mam tu na myśli mocniej osadzone w świadomości słuchaczy Pardon To Tu, oraz pozostająca trochę w cieniu (lecz prezentująca konsekwentny, ambitny program) Eufemia. Można zatem skwitować niniejszy tekst konstatacją „na zachodzie bez zmian”, chociaż w perspektywie jesienno zimowej odpadną jeszcze miejsca plenerowe… Cóż, pozytywne w tym kontekście jest wprowadzanie muzyki do stosunkowo młodych instytucji publicznych i takie programy jak „Co słychać” Muzeum Sztuki Nowoczesnej, czy wspomniany na początku tekstu cykl z muzyką do filmów w Muzeum Historii Żydów Polskich. W najbliższych dniach również intrygująco zapowiadający się Festiwal Przemiany w Centrum Nauki Kopernik. Powyższe instytucje nie wykonają jednak „pracy u podstaw”, która powinna przebiegać w tzw. „warszawskiej klubosferze”. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłości z podobnego terminu będzie można zabrać cudzysłów.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

LADO w mieście: LXMP i Profesjonalezy na Placu Zabaw

CAM00649

Pierwszy dzień trzeciego śród-tygodniowego weekendu fetowania 10-lecia Lado ABC niefortunnie zbiegł się z meczem przy Łazienkowskiej, co mogło przysporzyć podróżującym dodatkowego dreszczyku emocji (również z racji kiepawego wyniku). Choć w programie Placu Zabaw na 16.07 figurowały teoretycznie dwa zespoły, to ostatecznie hybrydyczni Profesjonalezi objawili się w dwóch odsłonach przerwanych uroczym skitem z Bee Gees’ów. Było to moje pierwsze Lado w tym roku na Placu Zabaw – wcześniej byłem jedynie na inauguracji w Kulturalnej – i przyznać muszę, że okoliczności koncertów plenerowych znacznie lepiej pasują do luźnego charakteru imprezy, na którą przychodzimy głównie żeby zobaczyć składy już nam (zwykle) znane, cofnąć się w czasie, powspominać, dobrze się bawić. Tak też było w środę, choć nie bez niespodzianek!

LXMP zaczęło wieczór od nietypowego eksperymentu formalnego. Macio Moretti z Piotrem Zabrodzkim postanowili usytuować własną scenę za barem, pozbawiając tym samym zgromadzoną publiczność dostępu do płynów. Wyczyn o znamionach terrorystycznych w warunkach warszawskich upałów, pozwolił sfokusować uwagę na meritum – muzyce, która w przypadku duetu działa nie gorzej jak napoje wyskokowe. Zabrodzki na dwóch klawiaturach syntezatorów, Moretti na syntezatorze i perkusji są w stanie wyczarować dźwięki z pogranicza funku, drum’n’bassu, disco, fusion (i wielu innych…), po czym zgnieść je w kanciastą pigułę, w zwariowany, nakręcony, psychodeliczny trip. Chciałbym kiedyś zobaczyć jak LXMP gra na żywo muzykę do jakiegoś starego filmu sci-fi klas dalszych niż „B”, na przykład do „Planu 9 z kosmosu”, albo „Milczącej gwiazdy”, chociaż z drugiej strony „Pan Kleks” też mógłby ciekawie zadziałać… Moretti i Zabrodzki grają umyślnie koślawo, w czym są oprócz metody, duże umiejętności techniczne i muzyczna wyobraźnia. Erudycyjna zabawa kosmicznym brzmieniem na wysokim poziomie, przypominającym nieco wydawnictwa z Planet Mu. Nie słucham dużo takiej muzyki na co dzień, jednak na koncercie sprawdza się fantastycznie. Duet wspomagał na konsolecie co jakiś czas DJ Lenar, co prawdopodobnie zadziałało jak dodatkowy katalizator dziwacznego, intrygującego chaosu brzmienia LXMP.

IMG_20140716_223728

Profesjonalezy okazały się oczywiście Profesjonalizmem i Polonezami, chociaż do samego końca miałem nadzieję, że Marcin Masecki dokona jakiejś fuzji, drobnej rewolucji, niespodzianki – na przykład składy zamienią się materiałem, który sam mógłby zostać przearanżowany itp. Cokolwiek. Ogólnie rzecz biorąc spodziewałem się muzycznej odpowiedzi na obiecująco dziwaczną nazwę. Ostatecznie obyło się bez podobnych eksperymentów i po prostu najpierw zagrał sekstet Profesjonalizm, potem na scenę w błękitnych marynarkach wyszły Polonezy. Oba występy pod względem formy były niespodziewanie aż zdyscyplinowane. Składy odegrały kolejno materiał z płyt „Chopin, Chopin, Chopin” i „Polonezy”, swego rodzaju bisem można określić odegranie hymnu Polski pod batutą Marcina Maseckiego. Czy zawężenie koncertów jedynie do stosunkowo wiernego odegrania programów okazało się zaletą?

profesjonalizm

 Trudno powiedzieć. Profesjonalizm uważam osobiście za jeden z najjaśniejszych momentów w karierze Maseckiego. Dużą zaletą było to, że na płycie sprzed trzech lat zjawiskowy, oryginalny styl kompozytorski warszawskiego pianisty, znalazł wsparcie w fantastycznie zgranym i zdyscyplinowanym zespole, w którym umiejętności każdego z muzyków (Jerzy Rogiewicz, Tomasz Duda, Michał Górczyński, Piotr Domagalski, Kamil Szuszkiewicz) zostały zogniskowane na właściwe im tory. Materiał po latach Profesjonalizm zagrał z dużą swobodą – nikomu nie potrzebne były nuty, a mimo tego kompozycje odwzorowywane były niczym precyzyjne kalki oryginałów znanych z albumu. Utwory z „Chopin, Chopin, Chopin” są na tyle ciekawie zniuansowanymi, dobrze skomponowanymi strukturami, że wręcz nie wymagają improwizacji, czy zbędnego kombinowania. Choć widziałem już sekstet wielokrotnie, to w dalszym ciągiem słucham go z niemal niesłabnącym entuzjazmem. Mam dużą nadzieję, że muzycy wydadzą jeszcze jakąś muzykę właśnie jako sekstet.

Przy setach LXMP i Profesjonalizmu, Polonezy – którym przypadła rola ukoronowania wieczoru – wypadły chyba najsłabiej, lecz nie słabo. Być może gdyby orkiestra rozpoczynała koncerty, to jej wydźwięk byłby lepszy… Nie wiadomo. Pomijając gdybania, program obejmujący „paszportową” płytę trochę przytłoczył wieczór swoim jednak dość złożonym ciężarem gatunkowym. Zawsze traktowałem „Polonezy”, jako pozycję wymagająca dość dużego skupienia i pod tym względem – paradoksalnie – nieco sztywną. Nie jest to oczywiście wada, ale w sytuacji grania jako trzeci zespół wieczoru – trochę brak zalety. Mimo, że słuchało mi się Polonezów dobrze, to nie udało mi się w tę muzykę bardziej zaangażować. Być może minął już urok jej pierwszego doświadczenia? Miałem wrażenie, że muzycy grają z trochę nazbyt wymuszoną dyscypliną, a w muzykę zespołu wkradł się bardziej żywiołowy, chaotyczny flow niestety dopiero pod koniec występu. Zwieńczenie w postaci big bandowej wersji polskiego hymnu wypadło aż nadspodziewanie interesująco i luźno.

CAM00644

Tak zakończył się piąty dzień tegorocznej, wyjątkowej edycji festiwalu „LADO w mieście”, który kompleksowo udowadnia jak bardzo różnorodna, a zarazem spójna jest artystyczna propozycja ludzi od 10 lat związanych z Lado ABC. Jeżeli ktoś chce w trybie instant zapoznać się z twórczością jednych z ciekawszych polskich twórców muzyki niezależnej XXI wieku, ten powinien spędzać środy i czwartki właśnie na Placu Zabaw (bądź w Pałacu Kultury w razie pluchy).

Dekada działalności to dobry moment na podsumowania, wspominania, cofanie się pamięcią do przeszłości, a także nazywanie zamkniętych etapów. Można sobie pozwolić na odrobinę dobrego patosu. Lado ABC jako zjawisko w polskim pejzażu muzycznym ostatnich 10 lat zapisało wiele złotych kart i z pewnością jeszcze zapisze. Trzymam kciuki i mam szczerą nadzieję, że w kolejnych latach Lado ABC przyniesie słuchaczom równie dużo świetnej muzyki. Najlepszego!

 

Tekst: Krzysztof Wójcik

Zdjęcia Marcin Marchwiński (2,3), Krzysztof Wójcik (1,4)

Bar Studio/Cafe Kulturalna: Sarbak, Masecki i Ścianka ku chwale budżetu partycypacyjnego

O zeszłotygodniowych koncertach w PKiN dowiedziałem się niezwykle późno i mało brakowało, żeby kompletnie uszły mojej uwadze. Szczęśliwie tak się nie stało. Początkowo występy miały odbyć się na Placu Defilad, jednak ostatecznie pogoda pokrzyżowała plany uczczenia partycypacji w przestrzeni, którą można śmiało nazwać pomnikiem impotencji miejskich władz… Szkoda, byłaby w tym pewna doza perwersji. Chociaż z drugiej strony świętowanie „demokratycznego procesu dyskusji i podejmowania decyzji” w podwojach poradzieckiego prezentu też miało swój urok. Podczas gdy Stadion Narodowy dzielnie zarabiał na swoje utrzymanie koncertem zespołu Metallica, w dwóch odnogach najwyższego budynku w Polsce rezydencję objęli artyści polscy: Małgorzata Sarbak, Marcin Masecki oraz Ścianka.

 

Sarbak/Masecki w Barze Studio

Bach grany na keyboardach, Bach nagrywany na dyktafon, Bach lo-fi, Bach na Barce, Bach poza salą koncertową, choć – powiedzmy sobie szczerze – w nie mniej, a inaczej wysublimowanych okolicznościach przyrody… Jednym słowem: Bach jako nieustannie tętniące źródło inspiracji Marcina Maseckiego po raz N-ty. Koncert w Barze Studio zaciekawił mnie głównie ze względu na udział Małgorzaty Sarbak, w której towarzystwie jeszcze Maseckiego nie widziałem. Przypomnijmy, że pianistka także zdążyła już zarejestrować efekt swojej fascynacji muzyką niemieckiego kompozytora na zeszłorocznym, trzypłytowym albumie „J.S. Bach: Partity klawesynowe”. Z perspektywy człowieka, który nie jest z Bachem aż tak za pan brat jak duet Masecki/Sarbak, główne skojarzenia, jakie przychodzą mi do głowy to po pierwsze polifonia, po drugie Wendy Carlos – artystka, która (jeszcze jako artysta) wprowadziła dzieło geniusza doby baroku w czasy współczesne, narzucając nań elektroniczne, awangardowe szaty. Paradoksalnie muzyka Bacha przywodzi mi na myśl bardziej klimaty futurystyczne, niż archaiczne, a jej wycyzelowaną formułę łączę z atmosferą nieco nadąsanej, przerysowanej elegancji. Być może popkultura zgwałciła moją recepcję muzyki kompozytora… cóż, nic już na to nie poradzę.

CAM00618

Trafiłem na koncert Maseckiego i Sarbak z lekkim poślizgiem, lecz nawet jeśli rozpoczął się punktualnie, to musiał trwać nie dłużej jak pół godziny. Przez ten czas cztery dłonie artystów czarowały mniej lub bardziej zainteresowanych słuchaczy znajomymi dźwiękami Bacha o charakterystycznym dla keyboardów brzmieniu. Tymczasem towarzystwo zgromadzone w Barze Studio popijało, zakąszało, rozmawiało… i także – zdawać by się mogło mimo woli – słuchało, choć muzyka równie dobrze mogłoby być muzakiem puszczanym w windzie, czy czilałtową sushi-nudą. Nie jestem w stanie odmówić artystom kunsztu i umiejętności wykonawczych, ale również nie mogę pozbyć się wrażenia dysonansu. Bach jako soundtrack do wódeczki – być może właśnie w ten sposób cel zdejmowania z piedestału muzyki klasycznej został osiągnięty? Akurat w Barze Studio nie widziałem i nie słyszałem w tej formule „wartości dodanej”, a chciałbym i będę próbował ją dostrzec w przyszłości. Może zabrakło czasu? Dziwne, biorąc pod uwagę, że na Ściankę przyszło czekać blisko godzinę, o ile nie dłużej…

 

Ścianka w Kulturalnej

Długo zwlekałem z napisaniem relacji z tego koncertu. I choć właściwie winić za zwłokę pozostaje mi tylko tzw. „przyczyny obiektywne”, to ostatecznie cieszę się, że tekst swoje odleżał. Nie jest łatwo pisać o Ściance, która w swojej karierze wydawniczej nie zaliczyła ani jednej skuchy, od bez mała 20 lat właściwie stale eksperymentuje i w dalszym ciągu ewoluuje w tempie dla wielu bandów nierealnym.

Przygotowania do koncertu – jak to w Kulturalnej bywa – miały charakter otwarty, co z mojej perspektywy (i w przypadku zespołu takiego jak Ścianka) okazało się wielce interesujące. Maciej Cieślak dokładnie testował nagłośnienie i brzmienie instrumentów – co ciekawe nie tylko gitary, ale i perkusji. A tymczasem sala powoli się napełniała… Nastąpił moment próby całego zespołu, która to próba w zasadzie zaczynała przypominać powoli regularny występ (odliczania „razrazrazraz” napędzane tłustym, basowym groovem Michała Bieli przybierały formy niemal quasi-piosenkowe). Gdy już wszystkie aspekty nagłośnieniowe zostały dopięte na ostatni guzik – Ścianka wystartowała mocno i pewnie. Motoryczna, intensywna perkusja Arkadego Kowalczyka przywoływała na myśl Klausa Dingera i w zasadzie przez cały występ była dla zespołu cholernie solidnym punktem zaczepienia. Cieślak początkowo posługiwał się mikrofonem na zasadzie wydawania odgłosów dźwiękonaśladowczych, które po przetworzeniu przez efekty zyskiwały niesamowite, przeszywające, psychodeliczne brzmienie, coś jak beatbox Syda Barretta pięćdziesiąt lat później.

CAM00627

Wrażenie początkowe było piorunujące i szczerze mówiąc nie zasmuciłbym się jakby Ścianka do końca występu grała podobnie naspeedowany, rytmiczny set, jednak ostatecznie ustąpił on miejsca formom piosenkowym, które trio z uporem maniaka dopieszcza przez ostatnie lata. Niestety nie przywołam tytułów, bo nie mam w sobie aż tyle determinacji żeby śledzić bootlegi z ostatnich lat. Utwory bardzo różnorodne jak na dość ograniczone możliwości aranżacyjne, prezentowały się znakomicie. Improwizacje sąsiadowały z elementami bardziej poukładanymi, piosenki dopracowane i domknięte przeplatały się z riffowymi odlotami, jak przystało na klasyczne power-trio, którym to mianem, na upartego, można zespół dzisiaj nazwać.

W przypadku Ścianki muzyczna wyobraźnia żyje w symbiozie ze sceniczną swobodą, a zarazem dyscypliną przekazu. Elementem wyróżniającym koncert w Kulturalnej był bardzo precyzyjnie utrzymywany rytm, na którym powstawały rzeczy w dużej mierze naprawdę spektakularne, jeśli chodzi o poziom songwritingu. Co ciekawe moje ostatnie spotkanie z muzyką Ścianki w Powiększeniu pod koniec zeszłego roku pokazało zespół od zupełnie innej strony – medytacyjnej, para-rytualnej, drone’owej… W Kulturalnej trio pokazało drugą stronę tej samej monety, być może bardziej przystępną, lecz z pewnością równie wysmakowaną i ambitną. Właśnie tego typu artystyczna odwaga i bezkompromisowość Cieślaka, Bieli i Kowalczyka potwierdza, że mimo wydawniczej absencji, Ścianka w dalszym ciągu pozostaje jednym z najciekawszych zjawisk w polskiej muzyce niezależnej.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Masecki i Moretti w Klubie Kultury Saska Kępa na Dzień Dziecka!

 

CAM00536

Saska Kępa jest miejscem o niezwykłym uroku. Przedwojenna, modernistyczna architektura, gęstwina zieleni, klimat spokojny, sielski, bardziej zawiesisty, zwolniony w stosunku do lewobrzeżnej Warszawy. Od pewnego czasu mieszkańcy tych okolic dysponują naprawdę imponującą „placówką kulturalną”, mianowicie Klubem Kultury Saska Kępa. Wielopoziomowy budynek usytuowany przy rozwidleniu ulicy Paryskiej, stanowi niesłychanie dogodne miejsce do realizacji szerokiego spektrum inicjatyw artystycznych, a przy okazji pełni funkcję integrującą i animującą lokalną społeczność. Ostatnimi czasy coraz częściej KKSK organizuje koncerty muzyki niezależnej, dlatego Brukselska 23 niewątpliwie stanie się adresem, pod który zaglądać będę z większą regularnością.

Występ duetu Antykrystyna miał być moim pierwszym koncertem na dachu, z czego zdałem sobie sprawę już na nim będąc. Podobna okoliczność jest wręcz mityczna, a już w szczególności dla zagorzałego fana The Beatles – pod tym względem był to dla mnie prawdziwy Dzień Dziecka. KKSK wyposażony jest w imponującą przestrzeń koncertową ulokowaną na dachu, z którego rozciąga się malownicza panorama okolicy, a muzycy mogą korzystać z dobrodziejstw otwartej przestrzeni – naturalnego światła słonecznego, świeżego powietrza, ale też z chłodu czerwcowego popołudnia. Szczęśliwie obyło się bez deszczu. Marcin Masecki i Macio Moretti są już właściwie ikonami warszawskiej sceny, artystami, którzy w znakomitym stopniu przyczynili się do animacji muzyki niezależnej, choć może bardziej nawet – niezależnego myślenia o muzyce. Nie tylko w skali Warszawy, a w skali kraju. Obaj artyści stanowią trzon środowiska twórczego, skupionego wokół wytwórni Lado ABC, która w tym roku świętuje dekadę działalności (sto lat!). Strategia estetyczna, którą Moretti z Maseckim od lat wykorzystują, opiera się w dużej mierze na zabawie przeróżnymi stylistykami muzycznymi, traktowaniem ich z dziecięcą kreatywnością i pomysłowością nieznającą kompromisu. Czego chcieć więcej w Dzień Dziecka?

CAM00544

Koncert, co łatwo można było przewidzieć, przybrał formę spontanicznego jam session, podczas którego muzycy z typową sobie swobodą zapuszczali się w najdalsze rejony eksperymentalnej kakofonii. Kto przyszedł na recital pianina i perkusji musiał być zaskoczony, choć nie wydaje mi się, by na dachu KKSK było wielu nieprzygotowanych słuchaczy. Masecki na trzech klawiaturach tworzył dźwięki nieortodoksyjne, choć niekiedy brzmiące jak spod ręki szalonego kościelnego organisty. Innym razem przypominały melodyjki ze starych gier Nintendo, by za chwilę przemienić się w melancholijne miniatury, których nie powstydziłby się Erik Satie. Pianista zadbał o typowe dla siebie sceniczne emploi, na które tym razem składały się kapcie, czapka i czerwony pled owinięty na lędźwiach, jako ochrona przed zaziębieniem. Wszak szczególnie Polacy po doświadczeniu Chopina powinni wiedzieć, jak kruche i delikatne jest zdrowie muzyka-pianisty. Wizerunek Maseckiego zwykle koresponduje z jego muzyką, nie inaczej było tym razem. Dźwięki nieokrzesane, frywolne dalekie były od jakiejkolwiek sprecyzowanej formy, paradoksalnie stwarzając nową, oryginalną meta-formę. Można jej przypisać roboczą nazwę groteski-pianistycznej. Groteska jest tak specyficzną dziedziną, że powierzchownie bawi, sieje konsternację, lecz po głębszym zastanowieniu odkrywa drugie dno, często niepozbawione przewrotnego geniuszu, metody w szaleństwie. Tak właśnie odbieram estetykę, której reprezentantem jest Masecki. Ilekroć zdarza mi się go słuchać, nawet jak gra nosem, co na dachu również miało miejsce, upewniam się, że to jeden z najciekawszych pianistów, jakich znam, a jego wystudiowana bezstylistyczność ma w sobie coś ze znaku czasu. Artystą podobnie eklektycznym i żonglującym muzycznymi środkami wyrazu jest Macio Moretti, który w KKSK oprócz obsługiwania zestawu perkusyjnego wytwarzał różnego rodzaju elektroniczne efekty specjalne. Połączenie akustycznego bitu z syntezatorowymi preparacjami stanowiło bardzo dobre towarzystwo dla nieokrzesanych popisów Maseckiego. Moretti kilkukrotnie tworzył zdumiewające soniczne motywy, które zbliżały muzykę duetu bardziej w stronę noise’u, czy koślawego drum’n’bassu’u. Co ciekawa występ Antykrystyny można z powodzeniem nazwać swobodną improwizacją, jednak nie było w niej za grosz jazzowego odcienia (a nawet jeśli był, to tonął w ferii innych barw). Dzięki temu muzyka była nieprzewidywalna, lekka, chaotyczna, kakofoniczna, intrygująca, choć czasami grzęznąca w ślepych uliczkach, których jednak artyści niespecjalnie się bali. Wspólnym mianownikiem występu była przede wszystkim spontaniczność i dobra zabawa, a na ich styku wydarzały się dźwięki mniej lub bardziej interesujące. Dla mnie przede wszystkim był to proces, uczestnictwo w ciekawym eksperymencie pozbawionym zadęcia. I w zasadzie właśnie tego po tym koncercie oczekiwałem.

saska macio 1 saska macio 2

W trakcie bisu duet poszerzył się do formatu trio za sprawą Morettiego Juniora, który oszczędną, lecz precyzyjną i trafiającą w punkt rytmiką wspomógł ojca na perkusji. Swoją drogą nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek słuchał tego instrumentu na żywo w wersji na cztery ręce… Bez wątpienia zakończenie godne Dnia Dziecka!

Żywię szczerą nadzieję, że podobnych muzycznych inicjatyw w KKSK będzie coraz więcej, bo miejsce ma ku temu znakomite warunki zarówno pod względem infrastruktury, jak i malowniczego usytuowania. Warszawie, nie tylko prawobrzeżnej, takie kluby kultury są po prostu bardzo potrzebne. A poza tym powiedzmy sobie szczerze: czy jest ktoś, kto nie chciałby zagrać na dachu?

Krzysztof Wójcik

 

PS: Ostatnie dwa zdjęcia copyright Marcin Marchwiński. Dzięki!