Marcin Ciupidro / JAAA! na Placu Zabaw

Czyli kolejna, dotychczas najzimniejsza odsłona Lado w Mieście nad Wisłą (serio, byłem w szaliku, ale w sumie wolę chłód niż gorąc). Zacznę od końca.

JAAA!

JAAA

Zanim zdążyłem w ogóle zanotować egzystencję zespołu JAAA! i zastanowić się, czy to przypadkiem nie jakaś niemiecka kapela neo-krautrockowa (była „Nowy!”, teraz mogła by być „Taaak!”), dostałem maila z singlem „Arsenio” bezpośrednio od zespołu, mniej więcej w okolicach maja zeszłego roku. Maila w języku polskim, chociaż wokalista Miron Grzegorkiewicz śpiewa po angielsku, w dodatku robi to nieźle, z charakterystyczną rozpaczliwą manierą (tak jest, trochę nadwiślańska hybryda Thom Yorke / Justin Vernon). Od tego czasu zespół wydał album „Remik” (bandcamp) i zagrał na kilku większych i mniejszych krajowych festiwalach, generalnie znajduje się w trybie ofensywno-ekspansywnym, jest coraz bardziej rozpoznawalny i coraz częściej komentowany, zwykle w entuzjastycznym tonie.

Z pewnością nie bez znaczenia jest fakt, że JAAA! to nie anonimowi debiutanci, tylko trzech muzyków zaprawionych w innych, względnie rozpoznawalnych i dosyć różnorodnych stylistycznie projektach (m.in.: Napszykłat – Marek Karolczyk; Daktari, How How – Miron Grzegorkiewicz;  Contemporary Noise Quartet, Quintet, Sextet – Kamil Pater) – ta informacja zwykle zajmuje akapit w tekstach poświęconych JAAA!, więc nie będę się wyłamywał z trendu.

To the point… Gdybym miał określić jednym słowem muzykę, która znalazła się na „Remiku”, przede wszystkim powiedziałbym, że jest ekstatyczna. Dobra do szybkiej jazdy na rowerze. Na płycie fajne jest to, że ścieżka wiedzie przez nieoczywiste tereny krajobrazowe, dźwiękowe i emocjonalne – bywa melancholijnie, paranoicznie, słodko-kwaśnie… Z całą pewnością jest spójnie. Natomiast podczas koncertu dominuje energia, mocny bit, świetne psychodeliczne wizualizacje (generowane na żywo przez Karolinę Głusiec), a wszystko zlepia odpowiednia dawka stroboskopu. Nie trudno było się rozgrzać.

„Remik” odrobinę przypomina mi klimatem młodszego, bardziej przystępnego, elektro-popowego brata znakomitej płyty „NP” duetu Napszykłat, tworzonego przez Marka Karolczyka z Robertem Piernikowskim. Debiut JAAA! nie ma dla mnie tak dużej siły rażenia (to trochę mniej moja bajka), jednak utwory takie jak „Ivo”, „Lunatic”, „Berlin”, „Zamek”,  czy finalne”Bujillo” pokazują, że trio potrafi pisać niebanalne kompozycje, w których eksperyment brzmieniowy idzie w parze z popowym, tanecznym potencjałem. Dodając do tego angielski wokal, powstaje naprawdę interesujący produkt eksportowy z „made in Poland” na papierze. Chociaż, umówmy się, wokal w JAAA! pełni bardziej rolę muzyczną niż treściową, dla mnie mógłby to być nawet język mongolski (no offence).


Marcin Ciupidro

Marcin Ciupidro band

Początek wieczoru na Placu Zabaw należał do wibrafonisty Marcina Ciupidro z zespołem. Artystę kojarzyłem do tej pory z płyty „MetaMuzyka”, nagranej wraz z Kubą Sucharem i Maciejem Filipczukiem. Płyty zresztą bardzo ciekawie podejmującej wątek tradycyjnej muzyki wiejskiej (mazurki). Tymczasem kompletnie umknął mi solowy album Marcina Ciupidro pt. „Talking Tree” (bandcamp) z 2013 roku. Koncert wypełniły kompozycje własnie z tego wydawnictwa, bardzo przyjemnego, zwięzłego, o dosyć bajkowej narracji, choć tu i ówdzie pojawiają się nagłe zwroty akcji – trochę jak w strukturze bajki magicznej Proppa, drodzy kulturoznawcy. Chociaż nie wiem czy akurat Ciupidro zrealizował punkt po punkcie wszystkie 31 funkcji… Niemniej jednak w pozornie uroczych, subtelnych melodyjkach artysta zainstalował wiele niespodzianek, dzięki czemu muzyka nabiera niejednoznacznego, odrobinę groteskowego charakteru. Duży soundtrackowy potencjał. Zresztą wystarczy obejrzeć świetne wideo autorstwa Huberta Pokrandta (full screen!):

To był bardzo porządny, poukładany koncert, co można poczytywać jako jednocześnie zaletę i wadę. Trochę zabrakło mi tzw. scenicznego szaleństwa, ognia, chociaż im dłużej występ trwał, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że tego typu muzyka wymaga właśnie takiej skrupulatnej konwencji performerskiej. Największe wrażenie zrobił na mnie klarnecista Mateusz Rybicki, który pomysłowo wdzierał się z instrumentem w precyzyjne rytmiczne struktury reszty zespołu (Reich, Tortoise, te sprawy). Fajnie jakby muzycy zagrali do jakichś, nazwijmy to, niebanalnych wizualizacji (patrz wyżej^), albo do filmu niemego, animowanego… Tak czy inaczej, wysłuchałem występu Marcina Ciupidro z przyjemnością.

Kto wie, czy nie był to jak dotąd najbardziej wyrównany wieczór jeśli chodzi o poziom koncertów na tegorocznym Lado w Mieście… Ja nie wiem, ale tak mi się wydaje. Mogło tak być. A było zdecydowanie dobrze. Do końca całości pozostały 4 czwartki i każdy zapowiada się świetnie (a mówię to nie tylko z patronackiej kurtuazji). Lepiej być!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Dzień Jazzu: Power of the Horns w Studiu im. W. Lutosławskiego

Power of the Horns 1

W historii najnowszej polskiego jazzu Power of the Horns zapisało już swoją kartę. Big band Piotra Damasiewicza rejestrując na żywo album „Alaman”, położył kamień węgielny pod narodziny wydawnictwa For Tune, które przez dwa lata funkcjonowania wypuściło już kilkadziesiąt albumów artystów polskich i zagranicznych. To wyjątkowe osiągnięcie, które w sposób niebagatelny wpłynęło na krajową scenę jazzową i okołojazzową. Oprócz tego „Alaman” w warstwie muzycznej był doskonałym przykładem witalności i mocy jaką w XXI wieku może wykreować jazzowy kolektyw złożony ze znakomitych instrumentalistów pod wodzą charyzmatycznego lidera. Płyta zbierała zewsząd entuzjastyczne recenzje i stała się trampoliną dla wielu muzyków wchodzących w skład kolektywu, z samym Piotrem Damasiewiczem na czele.

W świetle tych ciężko podważalnych faktów, koncert Power of the Horns w Studiu Polskiego Radia był pod wieloma względami najsensowniejszym pomysłem na uczczenie Międzynarodowego Dnia Jazzu. A w każdym razie na pewno bardziej zasadnym niż zeszłoroczny występ Mitch & Mitch ze Zbigniewem Wodeckim (z całym szacunkiem). Można zatem zaryzykować teorię, że ensemble Damasiewicza pojawił się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Choć do tego drugiego miałbym pewne „ale”… Ale to za chwilę.

Na scenie, po krótkiej konferansjerce  Bartka Chacińskiego i Jacka Hawryluka, pojawiło się 15 muzyków łącznie z liderem i gościem – w tej roli wybitny tubista Zdzisław Piernik. Czyli mała jazzowa orkiestra z podwójną sekcją rytmiczną, fortepianem i 10 instrumentami dętymi. Okazało się już w trakcie wstępu, że Power of the Horns AD 2015, to nie to samo co PotH 2012. Przede wszystkim skład uległ zmianie od strony rytmicznej – kontrabasiści Max Mucha i Jakub Mielcarek zostali zastąpieni przez Marka Tokara i Ksawerego Wójcińskiego, a zamiast Wojciecha Romanowskiego na jednej z perkusji zagrał Samuel Hall. Modyfikacji uległ też zestaw „hornów”, do których dołączyli: Gerard Lebik, Piotr Łyszkiewicz, Mateusz Rybicki oraz Adam Milwiw. Wraz z Piernikiem dało to dwukrotnie większą liczbę dęciaków niż na „Alamanie”. Nie będzie zatem przesadą nazwanie zespołu wersją Power of the Horns 2.0. Band wystąpił w takim składzie po raz pierwszy (i w ogóle grał pierwszy raz od dłuższego czasu).

Power of the Horns 2

Zmianie uległa jednak przede wszystkim muzyka, pomysł na granie tak dużym składem. Piotr Damasiewicz przygotował na potrzebę koncertu kompozycję pt. „Suita 29”, która operowała zupełnie inną poetyką niż żywiołowy, soczysty, wręcz agresywny „Alaman”. Tym razem muzycy zostali okiełznani partyturą o wiele mniej bazującą na energetycznym potencjale dużego składu. „Suita 29” zasadzała się głównie na rozgrywaniu dźwięku w podzespołach, w mniejszych składach kolejno podejmujących wątek. Sam Damasiewicz występował na scenie przede wszystkim w roli dyrygenta, reżysera spektaklu, który chwyta za instrument jedynie od czasu do czasu. Podobne rozwiązanie było dość ryzykownym, choć odważnym posunięciem – z całą pewnością duża część słuchaczy znających PotH z albumu musiała być zaskoczona, żeby nie powiedzieć rozczarowana takim scenariuszem występu. Rezultatem był co prawda „power”, lecz budowany miarowo, oscylujący pomiędzy poszczególnymi sekcjami, ale bardzo rzadko wybuchający pełnią kolektywnej mocy. Trochę szkoda, że Damasiewicz nie pozostawił muzykom większej dozy improwizatorskiej wolności i swobody w budowaniu narracji – czynników intuitywnych, tak istotnych we współczesnym jazzie. Przez to skład brzmiał momentami aż nazbyt grzecznie, jakby grał pod linijkę. Często dochodziło też do sytuacji, w których dłuższe fragmenty grało jedynie kilku spośród 15 muzyków. Owszem, były to partie ciekawe, pokazujące indywidualność poszczególnych artystów, jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że stały one w sprzeczności z potencjałem zróżnicowanej, big bandowej gry. Były to serie improwizacji, trzymanych na krótkiej wodzy w ramach jednej kompozycji.

Występ określiłbym świetną ilustracją wyraźnego dualizmu, który można zauważyć we współczesnym jazzie. Może nawet nie jednego, a dwóch – po pierwsze: kompozycja/improwizacja; po drugie: indywidualizm/kolektywizm. Wydaje mi się, że koncert Power of the Horns w większej mierze pokazał zbiór interesujących osobowości artystycznych, niż zgrany zespół o wspólnej tożsamości. I tutaj powracam do „ale” z drugiego akapitu – bardzo możliwe, że po prostu zabrakło czasu żeby zespół w takim składzie osiągnął większy poziom muzycznego porozumienia, nabrał lekkości, przekładającej się na spontaniczną wypowiedź. To chyba główny problem, ponieważ wymienione wartości są – w moim mniemaniu – jednymi z najważniejszych w jazzie w ogóle. Na dobrą sprawę, to co usłyszeliśmy w Lutosławskim można nazwać nie tyle jazzem, co muzyką współczesną zagraną przez jazzmanów, improwizatorów. Rezultat wielokrotnie bywał interesujący, ale pozostaje poczucie niedosytu i trochę niewykorzystanej szansy na puszczenie wodzy fantazji w tak ciekawej konfiguracji wyrazistych artystów. Jak na ironię zabrakło mi w występie Power of the Horns przede wszystkim mocy, operowania kontrolowanym chaosem z większą swobodą kolektywnego flow.

Power of the Horns 3

Być może to właśnie nieszczęsna, poniekąd zobowiązująca data wydarzenia wpłynęła na przesadne wykonawcze napięcie emanujące ze sceny? Może udział wybitnego gościa? Może presja wynikała z gabarytów sali? Może z racji transmisji na żywo w radio? Pewnie wszystko po trochu. I chociaż z całą pewnością nie był to koncert zły, to nie spełnił do końca pokładanych w nim oczekiwań. A największy paradoks tkwi w tym, że okazał się również doświadczeniem dużo bardziej pouczającym niż występ jednoznacznie wspaniały, z którego każdy wyszedłby w niemym zachwycie. To też znak czasu – jazz w Polsce to nieustanne work in progress. Ta praca odbywa się w klubach i na regularnych koncertach, a niekoniecznie na wydarzeniach okazjonalnych.

Jak napisał na swoim profilu warszawski Mózg: „Świat ma jeden Międzynarodowy Dzień Jazzu w roku. Dziś. Mózg ma takich 365”. Szczęśliwie dla jazzu, miejsc w Polsce o podobnej filozofii jest jeszcze trochę i warto je odwiedzać nie tylko od święta.

Krzysztof Wójcik (((ii)))