KRISTEN – „LAS” w NInA (premiera płyty)

kristen2

Jak się okazało „Sekretna Mapa” z 2014 roku zaprowadziła muzyków Kristen w „Las”, lecz w żadnym razie nie są to artystyczne manowce.
Zespół zagrał pierwszy koncert promujący wydawnictwo w Narodowym Instytucie Audiowizualnym w sali „Ziemia obiecana”  i tenże kontekst nazwy okazał się w stosunku do „Lasu” bardzo adekwatny.
Las to przestrzeń specyficzna, pozornie chaotyczna i bezładna, lecz w rzeczywistości harmonijna, rządząca się własnymi prawami. Wieloelementowość lasu na pierwszy rzut oka jest niezauważalna, poszczególne warstwy od ściółki po koronę drzew zdają się być jednolitą masą, podczas gdy każda z nich pełni swoją określoną rolę w powiązaniu z innymi elementami, tworząc jeden złożony organizm. Podobną złożoność można zaobserwować na płycie Kristen – pod fasadą prostoty w większości instrumentalnych numerów kryje się całe mnóstwo brzmieniowych drobiazgów, które decydują o wysmakowaniu wydawnictwa. Dzięki temu „Las” można przyswajać na powierzchownym poziomie groove’u, polirytmii, repetycji, ale też istnieje opcja wsłuchania się w subtelne elementy „pozornie-niepozorne”, acz funkcjonujące równolegle w muzykosystemie tych 35 minut, nadające im głębi, która niepostrzeżenie wciąga.

Biorą pod uwagę formę, to „Las” Kristen przypomina gęste, krautrockowe lasy niemieckie lat 70., jednak wzrastające już w powietrzu XXI wieku. Słuchając zespołu w NInA, miałem momentami skojarzenia z tegorocznym koncertem Follakzoid w Pardon To Tu (pisałem tu), chociaż muzyka Kristen ma w sobie znacznie więcej światła niż w przypadku chilijskiego tria. Najwięcej psychodeliczno-gitarowego mroku można zaznać w wieńczącej album, znakomitej kompozycji tytułowej, w której Michał Biela po raz pierwszy śpiewa (a raczej melorecytuje) po polsku. Gdy usłyszałem utwór „Las” z tekstem w duchu realizmu magicznego, skojarzenia poszybowały w stronę Ścianki i jej przewrotnych quasi-mikro-słuchowisk. Kompozycja doskonale sprawdza się jako finał albumu i nadaje całości płyty specyficzny kontekst, ni to muzyki drogi, ni to zagłębiania się w podświadomość, przechodzenia przez kolejne warstwy… „Las” – cały album, jak i sam utwór – interpretowałbym tutaj jako metaforę stanu umysłu.

Co do samego koncertu. Kristen jest zespołem, który na żywo nabiera dodatkowych barw i nie inaczej było w NInA. Oprócz materiału z najnowszej płyty kwartet zagrał kilka starszych, bardziej drapieżnych, piosenkowych utworów, co dobrze zbalansowało impresyjne kompozycje z „Lasu”. Sam koncert był zwięzły, podobnie zresztą jak wszystkie płyty Kristen i trwał niespełna godzinę (razem z bisem). Format esencjonalny, jak dla mnie w sam raz. A dodając do tego świetne warunki do grania (i słuchania) jakimi dysponuje Narodowy Instytut Audiowizualny, wieczór zaliczam do zdecydowanie udanych. Bardzo fajnie, że instytucja dba o ambitny program muzyczny i w dodatku organizuje koncerty egalitarne z wejściem za free. Kolejny tego typu wieczór już 8 października, gdy zagrają w NInA Marcin Dymiter i Paul Wirkus (klik). Będzie to wydarzenie z gatunku unikalnych, gorąco polecam się wybrać.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kristen (support: Piotr Bukowski) w Dwa Osiem

Kristen

Ciekawe imprezy muzyczne coraz donioślej pobrzękują o szprychy rowerowego klubu Dwa Osiem. Podczas relatywnie krótkiej działalności w praskim lokalu zdążyła już wystąpić m.in. Ścianka, The Kurws, How How, Kamil Szuszkiewicz, trio kontrabasowe z wokalem (Mazurkiewicz, Traczyk, Wójciński, Gokieli), a już w najbliższych dniach „28” będzie jedną ze scen interesująco zapowiadającego się festiwalu Playback Play. W zeszły piątek do annałów koncertowych swe wpisy miały dołączyć dwa kolejne zespoły składające się (w większości) z braci – Kristen i Columbus Duo. Ostatecznie ci ostatni niestety wypadli z programu, troszkę rozbijając ultra-familiarny charakter wieczoru. Zatem na scenie zagościło Kristen, których występ poprzedził solowy set Piotra Bukowskiego.

To już drugi raz, kiedy w odstępie kilku tygodni Bukowski pojawia się w ostatniej chwili, niczym królik z kapelusza, w roli supportu dla głośnego warszawskiego koncertu (poprzednio zagrał przed Innercity Ensemble w Hydro). Chociaż miałem duży apetyt na występ Columbus Duo, który znacznie podgrzała tegoroczna płyta, to zastępstwo last-minute w osobie Bukowskiego przyjąłem z entuzjazmem, ponieważ poprzedni solowy support pokazał gitarzystę od dobrej strony. Tym razem lider zespołów Hokei i Xenony upiął występ w nieco bardziej czytelne ramy. Improwizatorskie sekwencje dość mocno bazowały na repetycji odrobinę bluesowych, przesterowanych riffów. Bukowski ciekawie wykorzystywał pedał modulujący natężenie dźwięku, poszerzając paletę gitarowych środków wyrazu o grę z akustyką klubu. Całość miała charakter spójnej, rytmicznej wariacji na temat efektów gitarowych, z których muzyk korzystał na tyle kreatywnie, że z łatwością utrzymał moją uwagę przez cały mini-set. Podobało mi się to nerwowe pędzenie do przodu i melodyjne adhd, które mając w sobie coś ze spontanicznej gitarowej rozgrzewki, unikało przegadania i efekciarskiej onanistyki. Po „dwóch razach” z Bukowskim solo jestem bardzo ciekaw jak dalej potoczy się jego samodzielna aktywność.

Kristen3

Ilość recenzenckiego lukru wylanego na zespół Kristen przy okazji tegorocznej płyty „The Secret Map” byłaby niepokojąca, gdyby ten materiał faktycznie nie był aż tak solidny. Oczywiście retoryczne zagrywki opisujące skład jako „najlepszy obecnie gitarowy zespół w Polsce” itd., trzeba traktować z odpowiednim dystansem, tak jak wszystkie inne, subiektywne stwierdzenia o muzyce, które z upodobaniem eksploatują przedrostek „naj”. Jesteśmy w sezonie końcoworocznych podsumowań i w tym kontekście sprawa wydaje się dosyć aktualna. Kristen jest zjawiskiem wyjątkowym w polskim pejzażu alternatywy przynajmniej z dwóch powodów – długowieczności i ewolucyjności. Ostatnim razem słuchałem zespołu na żywo w roku 2012 i muszę przyznać, że w Dwa Osiem miałem już do czynienia z zupełnie inną muzyczną propozycją. Podczas koncertu skład Kristen został co prawda rozszerzony o Macieja Bączyka, soundmanipulatora który wspomagał muzyków na ostatniej płycie, jednak w przypadku koncertu nie przeceniałbym jego roli, a w każdym razie nie przypisywałbym jej jakiegoś rażącego wpływu na brzmienie całości. Nie jest to skądinąd zarzut, ponieważ muzyka tria sama w sobie rozwinęła się w dostatecznie interesującym stopniu, że wystarczy ją delikatnie podkręcać. Chociaż być może bardziej radykalne manipulacje dźwiękiem na żywo byłyby ciekawym rozwinięciem estetyki Kristen w dalszej perspektywie.

Kristen2

Wobec tego, jaką formę muzyczną trio/kwartet prezentuje w tzw. chwili obecnej? Otóż wydaje mi się, że dzisiejsze brzmienie Kristen bardzo dużo zyskało dzięki aktywności poza zespołem. Michał Biela rozwinął się jako songwriter, o czym świadczy jego solowa, stricte piosenkowa płyta. Z drugiej strony w Ściance, zespole z definicji „wodzowskim”, gitarzysta podporządkowany jest autorskiej/autorytarnej wizji Macieja Cieślaka, co też skutkować może pewną kumulacją twórczej energii. Inne muzyczne terytoria penetrują bracia Rychliccy, angażując się w projekty głównie instrumentalne, nastawione w dużej mierze na improwizację, bardziej szorstkie, jazgotliwe brzmienie (Salto, Lotto, czy Free Gate). Kristen w tym kontekście jawi się obecnie jako synteza przynajmniej dwóch porządków, co odnajduje odzwierciedlenie w muzyce. Koncert w Dwa Osiem opierał się głównie na nowym materiale, jednak muzycy odgrywali go z dużą dozą swobody i otwartości na eksperymenty z brzmieniem i strukturą kompozycji. Biela bardzo dobrze wywiązywał się z roli frontmana, biorąc na siebie „ciężar konferansjerki”, oprócz tego był odpowiedzialny za uporządkowanie i melodyczne oblicze muzyki z charakterystycznymi riffami i angielskim wokalem. Z kolei Łukasz Rychlicki czarował zagrywkami bardziej noise’owymi, poddawał gitarę preparacjom, eksperymentował z dużym wyczuciem i konsekwencją tworząc rozmaite efekty specjalne. W gruncie rzeczy dość ascetyczne, niejednokrotnie przeszywające, innym razem brzmiące jak zdezelowana pozytywka z pokręconą melodią (komplement). Wszystko na tle mocnej, poukładanej i dobrze akcentującej perkusji Mateusza Rychlickiego.

Przed koncertem publiczność usłyszała, że będzie to muzyka nastrojowa i tak było w rzeczywistości. Paleta nastrojów, odcieni, półcieni i zwrotów akcji jest u Kristen na tyle bogata, że w istocie zespół wykracza poza ramy gatunkowe, a jednocześnie prezentuje muzykę spójną stylistycznie, bardzo samoświadomą wykorzystywanych środków wyrazu. Dawno nie byłem na tzw. gitarowo-piosenkowym koncercie, bo czułem zmęczenie materiału tego rodzaju formułą. Występ Kristen nie męczył, a intrygował subtelnie eksperymentalnym obliczem i oryginalnym podejściem do grania piosenek. Natomiast materiał z „The Secret Map” na żywo wypada chyba jeszcze lepiej niż na albumie. Bardzo pozytywne rozpoczęcie grudnia.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Bar Studio/Cafe Kulturalna: Sarbak, Masecki i Ścianka ku chwale budżetu partycypacyjnego

O zeszłotygodniowych koncertach w PKiN dowiedziałem się niezwykle późno i mało brakowało, żeby kompletnie uszły mojej uwadze. Szczęśliwie tak się nie stało. Początkowo występy miały odbyć się na Placu Defilad, jednak ostatecznie pogoda pokrzyżowała plany uczczenia partycypacji w przestrzeni, którą można śmiało nazwać pomnikiem impotencji miejskich władz… Szkoda, byłaby w tym pewna doza perwersji. Chociaż z drugiej strony świętowanie „demokratycznego procesu dyskusji i podejmowania decyzji” w podwojach poradzieckiego prezentu też miało swój urok. Podczas gdy Stadion Narodowy dzielnie zarabiał na swoje utrzymanie koncertem zespołu Metallica, w dwóch odnogach najwyższego budynku w Polsce rezydencję objęli artyści polscy: Małgorzata Sarbak, Marcin Masecki oraz Ścianka.

 

Sarbak/Masecki w Barze Studio

Bach grany na keyboardach, Bach nagrywany na dyktafon, Bach lo-fi, Bach na Barce, Bach poza salą koncertową, choć – powiedzmy sobie szczerze – w nie mniej, a inaczej wysublimowanych okolicznościach przyrody… Jednym słowem: Bach jako nieustannie tętniące źródło inspiracji Marcina Maseckiego po raz N-ty. Koncert w Barze Studio zaciekawił mnie głównie ze względu na udział Małgorzaty Sarbak, w której towarzystwie jeszcze Maseckiego nie widziałem. Przypomnijmy, że pianistka także zdążyła już zarejestrować efekt swojej fascynacji muzyką niemieckiego kompozytora na zeszłorocznym, trzypłytowym albumie „J.S. Bach: Partity klawesynowe”. Z perspektywy człowieka, który nie jest z Bachem aż tak za pan brat jak duet Masecki/Sarbak, główne skojarzenia, jakie przychodzą mi do głowy to po pierwsze polifonia, po drugie Wendy Carlos – artystka, która (jeszcze jako artysta) wprowadziła dzieło geniusza doby baroku w czasy współczesne, narzucając nań elektroniczne, awangardowe szaty. Paradoksalnie muzyka Bacha przywodzi mi na myśl bardziej klimaty futurystyczne, niż archaiczne, a jej wycyzelowaną formułę łączę z atmosferą nieco nadąsanej, przerysowanej elegancji. Być może popkultura zgwałciła moją recepcję muzyki kompozytora… cóż, nic już na to nie poradzę.

CAM00618

Trafiłem na koncert Maseckiego i Sarbak z lekkim poślizgiem, lecz nawet jeśli rozpoczął się punktualnie, to musiał trwać nie dłużej jak pół godziny. Przez ten czas cztery dłonie artystów czarowały mniej lub bardziej zainteresowanych słuchaczy znajomymi dźwiękami Bacha o charakterystycznym dla keyboardów brzmieniu. Tymczasem towarzystwo zgromadzone w Barze Studio popijało, zakąszało, rozmawiało… i także – zdawać by się mogło mimo woli – słuchało, choć muzyka równie dobrze mogłoby być muzakiem puszczanym w windzie, czy czilałtową sushi-nudą. Nie jestem w stanie odmówić artystom kunsztu i umiejętności wykonawczych, ale również nie mogę pozbyć się wrażenia dysonansu. Bach jako soundtrack do wódeczki – być może właśnie w ten sposób cel zdejmowania z piedestału muzyki klasycznej został osiągnięty? Akurat w Barze Studio nie widziałem i nie słyszałem w tej formule „wartości dodanej”, a chciałbym i będę próbował ją dostrzec w przyszłości. Może zabrakło czasu? Dziwne, biorąc pod uwagę, że na Ściankę przyszło czekać blisko godzinę, o ile nie dłużej…

 

Ścianka w Kulturalnej

Długo zwlekałem z napisaniem relacji z tego koncertu. I choć właściwie winić za zwłokę pozostaje mi tylko tzw. „przyczyny obiektywne”, to ostatecznie cieszę się, że tekst swoje odleżał. Nie jest łatwo pisać o Ściance, która w swojej karierze wydawniczej nie zaliczyła ani jednej skuchy, od bez mała 20 lat właściwie stale eksperymentuje i w dalszym ciągu ewoluuje w tempie dla wielu bandów nierealnym.

Przygotowania do koncertu – jak to w Kulturalnej bywa – miały charakter otwarty, co z mojej perspektywy (i w przypadku zespołu takiego jak Ścianka) okazało się wielce interesujące. Maciej Cieślak dokładnie testował nagłośnienie i brzmienie instrumentów – co ciekawe nie tylko gitary, ale i perkusji. A tymczasem sala powoli się napełniała… Nastąpił moment próby całego zespołu, która to próba w zasadzie zaczynała przypominać powoli regularny występ (odliczania „razrazrazraz” napędzane tłustym, basowym groovem Michała Bieli przybierały formy niemal quasi-piosenkowe). Gdy już wszystkie aspekty nagłośnieniowe zostały dopięte na ostatni guzik – Ścianka wystartowała mocno i pewnie. Motoryczna, intensywna perkusja Arkadego Kowalczyka przywoływała na myśl Klausa Dingera i w zasadzie przez cały występ była dla zespołu cholernie solidnym punktem zaczepienia. Cieślak początkowo posługiwał się mikrofonem na zasadzie wydawania odgłosów dźwiękonaśladowczych, które po przetworzeniu przez efekty zyskiwały niesamowite, przeszywające, psychodeliczne brzmienie, coś jak beatbox Syda Barretta pięćdziesiąt lat później.

CAM00627

Wrażenie początkowe było piorunujące i szczerze mówiąc nie zasmuciłbym się jakby Ścianka do końca występu grała podobnie naspeedowany, rytmiczny set, jednak ostatecznie ustąpił on miejsca formom piosenkowym, które trio z uporem maniaka dopieszcza przez ostatnie lata. Niestety nie przywołam tytułów, bo nie mam w sobie aż tyle determinacji żeby śledzić bootlegi z ostatnich lat. Utwory bardzo różnorodne jak na dość ograniczone możliwości aranżacyjne, prezentowały się znakomicie. Improwizacje sąsiadowały z elementami bardziej poukładanymi, piosenki dopracowane i domknięte przeplatały się z riffowymi odlotami, jak przystało na klasyczne power-trio, którym to mianem, na upartego, można zespół dzisiaj nazwać.

W przypadku Ścianki muzyczna wyobraźnia żyje w symbiozie ze sceniczną swobodą, a zarazem dyscypliną przekazu. Elementem wyróżniającym koncert w Kulturalnej był bardzo precyzyjnie utrzymywany rytm, na którym powstawały rzeczy w dużej mierze naprawdę spektakularne, jeśli chodzi o poziom songwritingu. Co ciekawe moje ostatnie spotkanie z muzyką Ścianki w Powiększeniu pod koniec zeszłego roku pokazało zespół od zupełnie innej strony – medytacyjnej, para-rytualnej, drone’owej… W Kulturalnej trio pokazało drugą stronę tej samej monety, być może bardziej przystępną, lecz z pewnością równie wysmakowaną i ambitną. Właśnie tego typu artystyczna odwaga i bezkompromisowość Cieślaka, Bieli i Kowalczyka potwierdza, że mimo wydawniczej absencji, Ścianka w dalszym ciągu pozostaje jednym z najciekawszych zjawisk w polskiej muzyce niezależnej.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik