PopUp #47 – garść recenzji i wywiadów

98ee660f5ecdd8f0708fa197fa0ecf6d7db0c971

Po ponad półrocznej przerwie udało nam się w końcu doprowadzić do finalizacji kolejny, już 47 numer internetowej gazety PopUpMusic.pl. Jak zwykle prezentujemy subiektywny wybór najciekawszych muzycznych zjawisk ostatnich miesięcy (i nie tylko). Numer, któremu (jak zwykle) przyświecają imperatywy syntezy i selekcji, zawiera ponad 60 recenzji, a także wywiady z artystami z Polski i zagranicy. Z czasem będzie pączkował fotorelacjami, konkursami i innymi niespodziankami. Czyli tradycyjnie – stary, dobry PopUp, kolejny rozdział.

To już 7 numer, w którego przygotowaniu miałem przyjemność partycypować. Ta szczęśliwa liczba, jak się okazało, sprzyjała produktywności i mam nadzieję jakości tekstów. Tym razem zasiliłem numer odrobinę większą „cegiełką” niż dotychczas. Oczywiście gorąco polecam lekturę całości, ale tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam poniżej swoje pięć groszy. Zapraszam do klikania w linki, czytania i słuchania!

Wywiady:

DJ Lenar

Ksawery Wójciński

Michał Górczyński

 

Recenzje:

Alameda 5 – „Duch Tornada”

Alameda 5 - Duch Tornada

Alchimia – „Aurora”

Alchimia - Aurora

Aphex Twin – „Comupter Controlled Acoustic Instruments Pt.II”

Aphex Twin - Computer Controlled

Artur Maćkowiak – „If It’s Not Real”

Artur Maćkowiak - If it's not real

Budzyński / Jacaszek / Trzaska – „Rimbaud”

Budzyński, Trzaska, Jacaszek - Rimbaud

Colin Stetson / Sarah Neufeld – „Never Were The Way She Was”

Colin Stetson & Sarah Neufeld

Eve Risser – „Des Pas Sur La Neige”

Eve Risser - Des Pas Sur La Neige

Haronim – „Haronim”

Haronim - Haronim

Kapital – „Chaos to Chaos”

Kapital - Chaos to Chaos

kIRk – „III”

kIRk - III

Krojc – „0101”

Krojc - 0101

Lenar, Masecki, Zrałek – „Fortepian Chopina”

Lenar, Masecki, Zrałek - Fortepian Chopina

Marcin Masecki – „Mazurki”

Marcin Masecki - Mazurki

MazzSacre – „+”

MazzSacre - +

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes African mystic music”

Raphael Rogiński - Coltrane

Scott Stain – „Calu/Streo”

Scott Stain - Calu  Scott Stain - Streo

Shofar – „Gold Of Małkinia”

Shofar - Gold of Malkinia

SYNY – „Orient”

SYNY - Orient

—————————————

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Środa pełna ForTune’y (premiery: Malerai +goście / M. Masecki)

Chłodna wiosna

Nad mokrymi polami ryżowymi

Chmury bez korzeni

– „Haru” Hakigoto Kawahigashi (jeden z utworów na „Utsuroi”)

Korzenie bez chmur

8 kwietnia w Warszawie upłynął pod znakiem koncertowych premier dwóch projektów zielonej (teoretycznie folkowej) serii wydawniczej oficyny For Tune. W tym samym czasie koncerty zagrało Malerai (z Kazuhisą Uchihashim i Mayą R) w Studiu im. W. Szpilmana promując „Utsuroi”, natomiast w Pardon To Tu Marcin Masecki zaprezentował „Mazurki”. Dość osobliwa strategia promocyjna postawiła słuchacza w roli osiołka, któremu to w żłobie dano… Cóż, jako że na żywo „Mazurki” spożywałem już ze żłobu im. W. Lutosławskiego (klik), wybór mój padł na koncertową premierę Malerai.

Utsuroi - Malerai-Uchihashi-Maya RMazurki - Marcin Masecki

Płyta „Utsuroi” (po japońsku: Przemijanie) jest już drugą częścią projektu „Muzyka do języków” Michała Górczyńskiego. Po albumie nagranym w jidysz „Preparing to Dance” z gościnnym udziałem Marcina Maseckiego i Hanny Goldstein, przyszedł czas na skok do dalekiego kraju kwitnącej wiśni. Tym razem trio Malerai (Dagna Sadkowska, Michał Górczyński, Mikołaj Pałosz) zostało wsparte przez znakomitego gitarzystę i improwizatora Kazuhisę Uchihashiego oraz wokalistkę Mayę R. Na utwory z „Utsuroi” składa się głównie japońskie haiku autorstwa Yashihiro Harady i Kawahigashiego Hekigoto, ale też (dość ekscentryczny pomysł) przekłady z niemieckiego poezji Fryderyka Nietzschego. Wszystkie teksty w tłumaczeniu na polski i angielski były dostępne do wglądu dla publiczności na kartkach. Tyle liner notesów.

Ogólnie rzecz ujmując był to koncert bardzo energetyczny. Materiał został w jakichś 90 procentach skomponowany przez Górczyńskiego, który również na scenie pełnił rolę niekwestionowanego lidera kwintetu. Przy okazji nie ograniczał się do klarnetu – grał również na flecie, saksofonie tenorowym, niewielkich rozmiarów keyboardzie, puszczał organiczne sample (czyt. szum fal, śpiew ptaków), beatboxował… Przy okazji artysta wykorzystał w trakcie występu doświadczenie performerskie, biegał po sali uderzając pałeczką w krzesła, rzucał fletem w pulpit, schodził za scenę zagrać intensywne klarnetowe solo. Wszystkie te elementy, wydawać by się mogło pozamuzyczne (chociaż nie, bo generowały, bądź modulowały dźwięk), były bardzo dobrze wkomponowane w strukturę występu, urozmaicały go i nieustannie ogniskowały uwagę słuchacza. Bardzo podobała mi się funkcja jaką w składzie pełniła gitara Uchihashiego – była bardziej ornamentalna, lecz charakterystyczna, kiedy trzeba ostra jak brzytwa, jednak stosunkowo sporadycznie wychylała się na pierwszy plan. Podobno Japończyk w procesie nagrywania albumu, skomponowanego od początku do końca, zachował improwizatorską swobodę. Na koncercie widać było jak umiejętnie z tej wolności potrafi korzystać, nie przytłaczając brzmieniem instrumentu całości wypowiedzi – klasa. Również duże wrażenie zrobił na mnie wokal Mayi R, który po raz pierwszy miałem przyjemność słyszeć na żywo. Artystka dysponuje imponującym głosem, a nieprzewidywalna, zadziorna muzyka Malerai i Uchihashiego świetnie komponowała się z wokalną ekspresją – raz delikatną, subtelną, kiedy indziej wrzaskliwą. Kwintet zagrał cały materiał z albumu, powtarzając jedną z piosenek na bis.

Malerai_Uchihashi_Maya_R - foto. Piotr Lewandowski

Nad tego rodzaju projektami często unosi się groźne widmo popadnięcia w cepelie, bądź ślepą uliczkę world music. W przypadku „Utsuroi” nie ma o tym mowy. To materiał bardzo przemyślany, dopracowany, a przy okazji zrealizowany (również na płycie) z dużą wyobraźnią, która mówiąc sloganem – „nie pozwala na nudę”. W następnej odsłonie projektu Malerai bierze na warsztat poezję perską. Brzmi ciekawie! „Utsuroi” to nietypowa i charakterystyczna pozycja w pejzażu polskiego rynku wydawniczego, również dobry przykład na to, że eksperyment nie musi zakładać nieczytelności i unikać klarownej koncepcji. Jak również – parafrazując klasyka – awangarda nie musi być smutna.

————————————————————————————————————————–

Wychodząc ze Studia im. W. Szpilmana pomyślałem: „a może by tak do Pardonu skoczyć, załapać się jeszcze na jeden czy dwa mazurki…”. Marcin Masecki działa na warszawską publiczność jak magnes i nie ulegało wątpliwości, że klub będzie tego wieczoru pękał w szwach. Przed dwoma miesiącami pianista grając „Mazurki” wypełnił szczelnie potężne Studio Lutosławskiego. Powrót „Mazurków” do Pardon To Tu miał jednak charakter symboliczny – to pod klubem narodziła się sama idea projektu. Niestety, zbliżając się do placu Grzybowskiego stawało się coraz bardziej jasne, że nie załapię się nawet na bis. Tłumy już wylewały się z wnętrza klubu. Zatem nie będzie o koncercie, a ogólnie.

Marcin Masecki - foto. Marcin_Marchwiński

Wychodząc z premiery Malerai usłyszałem ciekawą opinię odnośnie zainteresowania jakie zawsze generuje osoba Maseckiego: „Ludzie się zachwycają, a tak naprawdę nie wiedzą co dokładnie im się w tej muzyce podoba. Sytuacja trochę jak ze Swans”. Cóż, myślę, że pianista do pewnego stopnia jest „ofiarą” autokreacji, charakterystycznego wizerunku rozrabiaki, łobuzerskiego wirtuoza, który gra tupiąc nogą w kapciach. To pierwsza, powierzchowna i bardzo małostkowa perspektywa, przesłaniająca często to, co najważniejsze, czyli muzykę. Wracając spod Pardonu, słuchałem „Mazurków” na słuchawkach i doszedłem do wniosku, że Masecki powinien grać koncerty po ciemku, albo rozdawać publiczności opaski na oczy, żeby skanalizować odbiór tylko na zmysł słuchu, nie odwracać uwagi od meritum. To naprawdę wyjątkowa płyta, na której pianista posługuje się własną logiką porządkowania dźwięków, a baczne śledzenie tej układanki jest fascynujące. Frywolna, rytmiczna forma mazurka powoli przekształca się w coś osobnego, oryginalnego i „precyzyjnie popsutego”. Tutaj sztuka zniekształcenia przewyższa sam obiekt zniekształcany. To już kwestia stylu, flow, języka, który Masecki ma nie do podrobienia. W „Jaka to melodia” dałby się odgadnąć po jednej nutce – i to jest komplement! Każdy dobry artysta jest charakterystyczny (choć nie każdy charakterystyczny muzyk jest od razu dobrym artystą). „Mazurki” są zdecydowanie materiałem artystycznym dużej klasy, spójnym, konsekwentnym w niekonsekwencji. I pamiętajmy – awangarda nie musi być smutna. Tak jak okładka nie musi być zawsze czarno-biała… Ale mniejsza o to, zamknijmy oczy, liczy się muzyka.

Tam ta tam, tam ta tam, tam ta tam, tam ta tam, tatatatatatatatatata. Bum.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zdjęcia:

Malerai – © Piotr Lewandowski

M. Masecki – © Marcin Marchwiński (fotoblog)

Pole w Pardon To Tu

Pole 2

Zespół Pole, czyli trio – Jan Emil Młynarski, Michał Górczyński i Piotr Zabrodzki – widziałem w zeszłym roku trzykrotnie. Za każdym razem były to koncerty bardzo energetyczne i zaskakujące. Na drugi czynnik w pewnej mierze wpłynął fakt, że na właściwie każdym z tych występów Pole występowało w asyście gościnnego muzyka. Raz był to Tomasz Duda w Powiększeniu, raz Oskar Carls w Eufemii i raz Carlos Zingaro podczas festiwalu Ad Libitum. Ciekawe urozmaicenia personalne dość dobrze komponowały się z otwartą stylistycznie formułą muzyki Pola, w której można odnaleźć bardzo różnorodne wątki i konteksty. Koncert w Pardon To Tu był inauguracją tegorocznego programu muzycznego klubu, a zarazem pierwszym występem Pola jaki widziałem, w którym zespół zaprezentował się w formacie tria bez żadnych gości.

Muzycy zagrali głównie materiał z płyty „Radom”, lecz poddali go oczywiście modyfikacjom, wariacjom wynikającym z sytuacji scenicznej. Oprócz tego wybrzmiała również muzyka, która dopiero zostanie wydana w tym roku przy okazji premiery filmu dokumentalnego „Rozbitkowie” o Morzu Aralskim i Uzbekistanie. Najnowsza kompozycja (autorstwa Michała Górczyńskiego) opierała się na charakterystycznej melodii klarnetowej. Na dodatek instrument został lekko podrasowany elektronicznie, co wpłynęło na ciekawe, przestrzenne brzmienie kawałka (udało się fragment uchwycić na filmie poniżej). Z tego co powiedział Piotr Zabrodzki zespół ma już materiał na dwie kolejne płyty, więc to co publiczność usłyszała w Pardonie było jedynie rąbkiem tajemnicy.

Pole

Ogólnie rzecz ujmując koncert miał dość skondensowaną strukturę i razem z bisem trwał niespełna godzinę. Odniosłem wrażenie, że trio potrzebowało odrobiny czasu żeby się w pełni rozkręcić i początkowo muzyka brzmiała trochę kanciaście, niczym w myśl idei arytmicznej perfekcji. Jednak z każdym kolejnym kawałkiem dało się wyczuć na scenie coraz lepszą interakcję między muzykami. Stylistyka w przypadku Pola jest rzeczą jak najbardziej względną i umowną, dzięki czemu w dalszym ciągu ciężko postrzegać formację jako „klasyczne trio”. Niezależnie jak luźno pojmowałoby się takie określenie. To bardziej zespół eksperymentalny, w którym każdy z muzyków wprowadza do finalnego amalgamatu swój własny język wypowiedzi, a wypadkowa jest zagadką. Jednocześnie wplatane melodie i groove sprawiają, że muzyka tria jest stosunkowo łatwo przyswajalna pomimo całego zaskakującego potencjału. Najbardziej uderzające podczas koncertu w Pardonie były mechaniczne wręcz repetycje na linii Młynarski – Zabrodzki, dla których kontrapunktem była bardziej frywolna, ekspresyjna gra Górczyńskiego. Po koncercie usłyszałem nawet porównanie tej części występu do twórczości Zu, co jest ciekawym tropem.W programie wieczoru nie zabrakło również momentów bardziej zahaczających o inspirację folkiem polskim (przy okazji utworu „Radom”) i żydowskim (charakterystyczna linia basu). Ciekawostką był również instrument Zabrodzkiego, ośmiostrunowa mini gitara elektryczna, o bardzo przenikliwym, ostrym brzmieniu. Na bis trio zagrało chyba najbardziej mocno i intensywnie, ale była to improwizacja „polsko-afrykańsko-japońska”, więc chyba inaczej być nie mogło. Wartością dodaną koncertu była córka Jana Młynarskiego, która dosadnie, acz bezskutecznie, próbowała nakłonić ojca do zejścia ze sceny, przerwania występu i powrotu do domu. Także w pewnym sensie znów był to występ „Pole +…”.

Satysfakcjonujący wieczór – zwięzły i konkretny. W kontekście moich poprzednich doświadczeń z muzyką tria jestem w stanie powiedzieć, że z koncertu na koncert propozycja zespołu ewoluuje i w dalszym ciągu potrafi zaskoczyć. Nieoczywisty miks stylistyczny połączony z fantazją i energią wykonawczą czyni z Pola zespół zdecydowanie wyróżniający się w pejzażu polskiej muzyki improwizowanej. Także zalecam czekanie na premierę „Rozbitków” (i płyty), lub wybranie się po prostu na jeden z koncertów Pola, bo z całą pewnością warto.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

5 minut z Polem (różne fragmenty występu):

2 dzień festiwalu Ad Libitum: Pole + Carlos Zingaro // Trio Aurora

20141022_003946

Dziewiąta już edycja festiwalu muzyki improwizowanej Ad Libitum została zogniskowana wokół twórczości hiszpańskiego pianisty Agustíego Fernándeza oraz portugalskiego skrzypka Carlosa Zingaro. Tak jak poprzednia odsłona imprezy skupiona była na przedstawicielach (a w zasadzie weteranach) brytyjskiej sceny improwizowanej XX wieku, tym razem nastąpiło wyraźne odchylenie geograficzne w stronę półwyspu iberyjskiego. Zmiana symptomatyczna, wszak obecnie właśnie na dalekim zachodzie Europy muzyka improwizowana przeżywa swój rozkwit. Oprócz zagranicznych headlinerów festiwal podobnie jak to miało miejsce w latach ubiegłych, prezentuje wybór interesujących przedstawicieli sceny krajowej. Tak też było w sobotni wieczór w Laboratorium CSW.

20141018_203058

Zespół Pole to moim zdaniem jeden z najciekawszych nowych, polskich składów improwizowanych. Debiutancki album „Radom” wydany w tym roku w Kilogram Records narobił sporo szumu w środowisku krytyki. I chociaż jest to płyta bardzo dobra, ze świetnie poprowadzoną, zwięzłą dramaturgią (czego wyraz już dawałem tutaj), to trio Górczyński/Młynarski/Zabrodzki postrzegam przede wszystkim jako zwierzę sceniczne. Pomysły zarysowane na „Radomiu” dopiero w sytuacji koncertowej zyskują optymalne skanalizowanie, charakteryzujące się wzajemnym katalizowaniem ekspresji jednostek (wow!). Podobnie rzecz się miała na Ad Libitum. Spośród trzech koncertów Pola, na których byłem, właściwie zawsze (w pełnym, bądź częściowym wymiarze) towarzyszył zespołowi dodatkowy muzyk. Ten otwarty na współpracę modus operandi sprawia, że za każdym razem muzyka tria nabiera nieco innego wyrazu. Do kooperacji z Carlosem Zingaro, czyli z „ikoną muzyki improwizowanej”, Pole podeszło bez większych kompleksów, co zaowocowało muzyką mocną i bezkompromisową. Portugalski muzyk sprawiał wrażenie jakby chciał grać bardziej „drugie skrzypce”, uciekał od nadawania tonu całości, w związku z czym publiczność miała do czynienia raczej z zespołem Pole i Carlosem Zingaro, niż kurtuazyjnie zapowiadanym skrzypkiem jako liderem.

20141018_202732

Mimo usilnych prób nie udało mi się dotrzeć na rozpoczęcie koncertu, a dziesięciominutowy poślizg zapewnił mi od razu wejście w oko cyklonu – kwartet właśnie był na etapie budowania ściany dźwięku. I chyba lepszej inauguracji wieczoru, po dość męczącym dniu, nie mogłem sobie wymarzyć. Trio wraz z Zingaro wręcz kipiało zawiesistą energią budowaną pomiędzy charakterystycznym brzmieniem sekcji a skrzypcami i klarnetem. W dalszym ciągu esencją brzmienia Pola są przede wszystkim nieortodoksyjna perkusja i bas, które w zestawieniu z intensywnymi popisami Michała Górczyńskiego na poły freejazzowymi, na poły zakorzenionymi w folkowej melodyce, tworzą mieszankę zarazem hipnotyczną i porywającą. Kompozycje znane z „Radomia” zostały zmieszane z dalece swobodniejszymi sekwencjami muzycznymi, opartymi na improwizacji, które jednak nie drżały w posadach dzięki bardzo czujnej grze Jana Emila Młynarskiego i podążającej za nim reszcie muzyków. Perkusista nie dopuszcza do swojego rytmicznego języka przegadania, chociaż jego gra podczas wieczoru w CSW była być może najbardziej abstrakcyjna spośród występów, które dotychczas widziałem. Z kolei rolę stylisty brzmienia pełni w Polu Piotr Zabrodzki, który tym razem posiłkował się jedynie gitarą basową i efektami, rezygnując z gry na gitarze elektrycznej jak to miało miejsce na pierwszym koncercie tria jaki widziałem w Powiększeniu tego roku (tu relacja). Swoją drogą ciekawie było zobaczyć ten skład w Laboratorium przy pełnej sali po kilku miesiącach od wspomnianego występu, na którym pojawiło się raptem kilkanaście osób. Zingaro niekiedy umiejętnie wzmacniał siłę rażenia Pola, jednak odniosłem wrażenie jakby brakowało mu pomysłu jak wpasować się w muzykę tria, która według mnie doskonale obroniłaby się bez udziału skrzypka. Niemniej jednak prawdopodobnie właśnie ten – w zamierzeniu warsztatowy –  udział zagranicznej gwiazdy ukonstytuował miejsce w line-upie dla warszawskiego składu. Jak na ironię to właśnie młodzi muzycy zaprezentowali się podczas koncertu od dużo ciekawszej strony niż portugalski improwizator. Udany, solidny występ, chociaż szkoda, że między artystami nie zaiskrzyło w większym stopniu. Ciekawe i odważne posunięcie kuratorskie nie przełożyło się ostatecznie na wydobycie z muzyki Pola więcej niż oferuje ona samodzielnie. A oferuje wiele.

20141018_213209

Trio Aurora w składzie Agustí Fernández, Barry Guy i Ramón López wkroczyło na scenę jako niekwestionowana gwiazda wieczoru, o ile nie headliner całej tegorocznej edycji festiwalu. Zespół grający ze sobą od ponad dekady, mogący pochwalić się serią uznanych wydawnictw, wreszcie skład złożony ze znakomitych, doświadczonych instrumentalistów wystąpił w roli festiwalowego pewniaka. Podejrzewam, że każdy, kto ma choćby elementarne rozeznanie we współczesnej muzyce improwizowanej na brzmienie nazwisk Guy, Fernandez, López reaguje kupnem biletu.Występ tria pod względem dobrze rozumianej przewidywalności był w pewnym sensie odpowiednikiem zeszłorocznego koncertu drugiego dnia Ad Libitum, kiedy na scenie pojawił się Evan Parker, Paul Lytton i Barry Guy.

20141018_214159

Trio Aurora swoją muzyką ilustruje jedno z głównych programowych założeń Ad Libitum – prezentuje ścisły związek pomiędzy kompozycją, a improwizacją, która jako taka jest de facto „pisaniem” muzyki w czasie rzeczywistym. Otwierająca występ rozwlekła, nieco marzycielska solówka Fernandeza była zaledwie ciszą przed burzą, która następowała w momentach interakcji na zasadzie wręcz kompulsywnych spięć i przesileń między muzykami. Obserwowanie swobodnej wirtuozerii Barry’ego Guy’a, który pomimo lat gra wciąż z młodzieńczą werwą i entuzjazmem było – już kolejny rok z rzędu – doświadczeniem wyjątkowym. Fernandez mistrzowsko balansował pomiędzy klasycznym brzmieniem instrumentu a eksperymentalną grą na strunach otwartego fortepianu. Płynność z jaką trio lawirowało pomiędzy charakterystycznymi tematami, a erupcjami kontrolowanej pasji była niesłychanie imponująca. To był jazz w jakości HD – dopracowany, samoświadomy, jednocześnie uporządkowany i nieokiełznany, pełen wyobraźni. Na scenie działo się dokładnie to, czego zaznajomieni z muzyką tria mogli się spodziewać i własnie brak tej odrobiny formalnej nieprzewidywalności poczytywałbym jako minimalny mankament tego znakomitego występu. Mam świadomość, że to trochę dzielenie włosa na czworo, ale jednak. Być może gościnny udział jakiegoś polskiego artysty wprowadziłby stymulujący dla zespołu pierwiastek chaosu, a widowni pozwoliłby na usłyszenie konfiguracji niepowtarzalnej. Tak czy inaczej Trio Aurora zagrało pięknie.

Ad Libitum to jedyny w Warszawie festiwal muzyki improwizowanej, czy jazzowej (nie bójmy się tego słowa używać w prawdziwie adekwatnym, współczesnym kontekście), który może się pochwalić konsekwentną myślą programową, nieopierającą się jedynie na sprowadzaniu zagranicznych gwiazd, czy schlebianiu gustom publiczności. Impreza oprócz naświetlenia wybranej części świata współczesnej improwizacji, pozwala również na osmozę polskiego środowiska artystycznego z przedstawicielami sceny zagranicznej, co niekiedy skutkuje interesującym, kulturotwórczym rozwojem wypadków ( jak w tym roku Ad Libitum Ensemble). I choć prawdopodobnie czynniki finansowe przyczyniły się do ograniczenia programu laboratoryjnego z trzech do dwóch koncertów dziennie, to moim zdaniem podobna redukcja wpłynęła korzystnie na finalny odbiór prezentowanej muzyki. Bardzo żałuję, że był to jedyny dzień festiwalu, na który udało mi się dotrzeć. Wieczór okazał się na tyle dobry, że skutecznie zaostrzył apetyt na przyszłoroczną, jubileuszową edycję imprezy, która mam nadzieję będzie kontynuowała dotychczasową konsekwencję programową, nie ucieknie od ciekawych kuratorskich zestawień artystycznych, a wręcz pogłębi eksperymentalną formułę imprezy. Scena improwizowana w Polsce jest na tyle różnorodna i oryginalna, że po prostu potrzebuje takich festiwali jak Ad Libitum.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik