LOTTO w Kadrze (relacja)

lotto-2

Ostatni raz widziałem na żywo zespół Lotto relatywnie dawno, bo jeszcze chwilkę przed wydaniem drugiej płyty Elite Feline (bandcamp), która  trochę niespodziewanie zdominowała podsumowania roku 2016. Niespodziewanie głównie ze względu na dość radykalnie minimalistyczną zawartość, która równie dobrze mogłaby być potraktowana po macoszemu. Dlaczego tak się nie stało? Na tym chyba właśnie polega sekret i czarodziejstwo muzyki Mike’a Majkowskiego, Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury. A ta magia w sytuacji koncertowej działa wielokrotnie mocniej.

Lotto należy do polskich zespołów, o których w ostatnich latach pisałem z dosyć dużą regularnością (3 relacje z różnych etapów działalności + recenzje obydwu płyt: 1, 2). Przyznam, że obserwowanie rozwoju formacji w perspektywie czasu jest fascynujące. Każde kolejne spotkanie z Lotto pokazuje jak bardzo witalna i artystycznie płodna potrafi być prosta, transowa, hipnotyczna formuła grania. Obecnie trio osiągnęło wyjątkowo wysoki poziom scenicznego zgrania, porozumienia. Koncert w warszawskim Domu Kultury Kadr był dobitnym potwierdzeniem entuzjastycznych opinii wielu muzycznych komentatorów. Jednocześnie pokazał, że zespół – jak przystało na trio improwizatorów – na żywo wykracza daleko poza albumowe ramy, kadry i kreuje nowe na oczach/uszach słuchaczy.

W Kadrze, pomijając otwierający koncert utwór „Gremlin-Prone” z debiutu, Lotto zaprezentowało zupełnie nowy materiał, w którym jak dotąd chyba najbardziej słyszalne są odległe inspiracje rozkołysanym country – w wersji tria przybierającym osnowę mroczną, duszną, psychodeliczną. W premierowych motywach melodycznych i rytmicznych patentach kryje się duża doza specyficznie rozumianej „przebojowości”, którą trio bawi się, rozciąga, dekonstruuje, modyfikuje z fantazją i polotem. Jeśli musiałbym wyróżnić jednego z muzyków, który zrobił na mnie największe wrażenie piątkowego wieczoru, to byłby nim Paweł Szpura. Perkusista grał z niesłychaną mocą i precyzją, nadając całości bardziej agresywny, energetyczny odcień niż znany z ostatniej, „medytacyjnej” płyty Lotto. Żywiołowość Szpury doskonale upina w ramy stateczna, ultra-dokładna gra Majkowskiego, pozwalająca z kolei Łukaszowi Rychlickiemu na rozlewanie abstrakcyjnych gitarowych plam tu i ówdzie.

Około godzinny koncert w Kadrze nie miał jak dla mnie słabych punktów. Był porywający i wciągający od początku do końca. Pokazał znakomity zespół w doskonałej formie, a przede wszystkim zasygnalizował, że Lotto szykuje dla słuchaczy nowy, intrygujący materiał, na który mam nadzieję nie będziemy musieli długo czekać.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

LOTTO / Mike Majkowski solo w Pardon To Tu

Lotto

Nie znasz jeszcze grupy LOTTO? Zapytaj/poproś Pył (bandcamp), a opowie Ci o sobie językiem dźwięków. Ja opowiem inaczej, ale dobrze mieć podkład. Szczególnie gdy na wyciągnięcie kliknięcia mamy „taśmę profesjonalną”.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… Był lot. (Od) Lot to był daleki… Było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel, a moc była z nimi. Triolot, lottrio..?
Rozwikłanie nazwy jednej z najciekawszych polskich grup improwizowanych spoza idiomu „jazz” nastręcza wiele możliwości i wariacji. Paradoksalnie przypadkowość skaczących piłeczek z kabiny maszyny losującej nie do końca oddaje coraz bardziej poukładany i procesualny sposób prowadzenia narracji tria. Jeśli chodzi o jakość, to do wspólnych koncertów Mike’a Majkowskiego, Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury bardziej pasowałoby określenie „twój szczęśliwy numerek” – łatwiej go trafić, a póki co zespół trafia bez pudła. Ale mniejsza o nazwy, nie o nie tutaj chodzi.  Zacznijmy inaczej, na około lot to będzie.

Gdy przed rokiem pisałem recenzję płyty „Ask The Dust” (w grudniu krążek obchodzi swoje pierwsze urodziny), powiedziałem mniej więcej, że nagranie w pełni nie wyczerpuje potencjału zespołu, który najjaśniejszym blaskiem świeci podczas koncertów. Cóż, chyba najgorszą sytuacją dla składu improwizowanego byłoby właśnie „wyczerpać swój potencjał” na albumie. Występ w Pardon To Tu pokazał jak na dłoni, że w Lotto wciąż spoczywają potężne pokłady możliwości, które na scenie potrafią wygenerować samozapłon.

Mike Majkowski

Z całą pewnością koncert Lotto nie zadziałałby aż tak silnie gdyby nie pierwsza, wyciszona, kontemplacyjna część wieczoru pod znakiem solowego występu Mike’a Majkowskiego. Najlepszy nadgarstek III RP zaprezentował publiczności materiał ze swojej świeżutkiej płyty „Bright Astonishment of the Night„, wydanej przez Bocian Records (fragmencik). Cóż, dla osób, które miały już styczność z koncertami Majkowskiego w pojedynkę, występ w Pardon To Tu nie mógł być zaskoczeniem. Polsko-australijski kontrabasista dysponuje bardzo wyrazistym językiem, opartym na doskonałym opanowaniu instrumentu, a także ogromnej wrażliwości na choćby najdrobniejsze niuanse brzenia. Oszczędność i precyzja to dwa pierwiastki, które Majkowski wykorzystuje do maksimum. Elementy te w toku jednostajnych repetycji hipnotyzują słuchacza, przestrajają percepcję i w efekcie wyostrzają zmysły na każdy mikro-detal wykonania. Koncerty Majkowskiego solo są jak obserwowanie pracy zegarmistrza. Dokładność rozciągnięta w czasie, dźwięki gasnące w ciszy. Minimalizm i wirtuozeria wysokiej próby. Muzyka aż tak subtelna, że paradoksalnie wytrącająca słuchacza ze strefy komfortu – wprowadzająca w coś znacznie ciekawszego. Klasa.

Łukasz Rychlicki

W formacie Lotto ponadprzeciętna precyzja Majkowskiego jest najbardziej stabilnym elementem konstrukcji, oparciem i punktem zaczepienia. Było to doskonale widoczne i słyszalne podczas pierwszych kilkunastu minut koncertu, które okazały się absolutnym popisem ekspresyjnej, kreatywnej acz nieprzegadanej perkusji. Szpura mając w tle metronomiczny puls kontrabasu wyraźnie poczuł husarię. Przez dłuższą chwilę jego gra opierała się jedynie na talerzu, ale obezwładniała intensywnością i wysoką amplitudą temperatur. Gitara Rychlickiego wyłaniała się z ciszy tak powoli i płynnie, że aż nie zauważyłem kiedy dokładnie stała się częścią narracji, dodając całości ciekawej, elektronicznej faktury i potęgując tym samym psychoaktywne brzmienie całości. Wszystko zmierzało nieubłaganie do przesilenia, potężnej jazgotliwej kulminacji.

Koncert Lotto można określić właśnie jako permanentne budowanie, zwiększanie, dozowanie napięcia. Wypowiedź tria była ultra-linearna, przypominała muzyczny ekwiwalent kina drogi, w którym bardziej chodzi o podróż, proces, niż o samo osiągnięcie celu. I chyba największą siłą Lotto jest właśnie to, że słuchacz chce jak najdłużej pozostać w stanie lekkiego niedosytu, czytania przecinków zamiast kropek. Muzykom udało się to uczucie utrzymać,  również za sprawą bisu, krótkiego przytoczenia marzycielskiego tematu „Divider”.

Trio nagrało już podobno materiał na kolejną płytę i jeśli mistrzowskie wyczucie dramaturgii koncertowej zostanie zachowane na krążku, to szykuje się naprawdę mocna rzecz. Lot-to może być niezwykły…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Ad Libitum 2015: Dzień I

Ad Libitum 2015

Ciężko uwierzyć, że festiwal taki jak Ad Libitum doczekał się 10 edycji. Impreza choć od lat boryka się z trudnościami natury finansowej, odradza się co roku niczym feniks z popiołów i wciąż konsekwentnie realizuje swój ambitny program, ściągając do Warszawy prawdziwą ekstraklasę światowej improwizacji. Mając w pamięci lata ubiegłe, muszę przyznać, że jubileuszowa edycja przyciągnęła nieco większe grono odbiorców, co niewątpliwie jest zjawiskiem budującym, które optymistycznie nastraja na przyszłość. Takie festiwale są w Polsce potrzebne. Dlaczego?

Choćby dlatego, że powstają w reakcji na oddolne procesy kulturowe. Innymi słowy muzyka improwizowana o mniej lub bardziej jazzowym backgroundzie, jest jedną z prężniej rozwijających się gałęzi twórczości muzycznej o ambicjach artystycznych w Polsce. Dowodem na to są nie tylko dziesiątki koncertów organizowanych spontanicznie w różnych małych klubach na przestrzeni całego kraju, ale też wypowiedzi czołowych przedstawicieli, by nie użyć słowa „gwiazd”, międzynarodowego jazzu. Ken Vandermark od lat powtarza, że koncerty w Polsce są dla niego wyjątkowe, ponieważ przychodzą na nie głównie ludzie młodzi, a publiczność jest autentycznie skupiona na muzyce. Peter Brötzmann – ikona europejskiej improwizacji – na zakończenie swego tegorocznego występu podziękował tłumnie zebranym słuchaczom i powiedział, że granie w Polsce zawsze jest dla niego wielką przyjemnością. Kto choć trochę zna szorstki temperament niemieckiego artysty, ten wie, że saksofonista nie strzela podobnymi komplementami zbyt często. Kolejnym żywym dowodem na mocne zakorzenienie „impro music” w polskiej kulturze współczesnej są też takie inicjatywy jak Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa. Orkiestra złożona głównie z młodych muzyków, która od lat działa na pograniczu polsko-litewskim jest prawdziwym fenomenem, nie tylko w skali kraju. Do Sejn zjeżdżają artyści tego kalibru co  Arvo Pärt, a także wybitni przedstawiciele polskiej sceny muzycznej. Pod przewodnictwem jednego z nich Orkiestra z Sejn zagrała na tegorocznym Ad Libitum.

Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa

Mikołaj Trzaska, bo o nim mowa, przy asyście Tomasza Dąbrowskiego, Mike’a Majkowskiego, a także znakomitego brytyjskiego nestora gatunku Evana Parkera, zaprezentował warszawskiej publiczności 15-osobową Sejneńską Spółdzielnię Jazzową. Nie ukrywam, że chęć zobaczenia takiego składu w akcji była bodaj głównym powodem, dla którego przyszedłem na pierwszy dzień festiwalu. Zestawienie muzyków można uznać za symboliczne – Trzaska jest emblematycznym przedstawicielem muzyki improwizowanej w Polsce, artystą o niebywale charakterystycznym języku, który wciąż szuka nowych wyzwań; Dąbrowski i Majkowski to muzycy młodzi, od początku karier działający z powodzeniem w skali międzynarodowej; Parker – wiadomo – jeden z ojców i głównych przedstawicieli impro music. Fantastyczne w koncercie na Ad Libitum było to, że podczas występu każdy z artystów schował CV do kieszeni – wszyscy muzycy obecni na scenie stanowili kolektyw. Było to wyraźne nawet nie tyle w partiach granych wspólnie, ale w mniejszych segmentach, kiedy każdy grał jak równy z równym. Tutaj doskonałym przykładem była choćby sytuacja dialogu na linii sędziwy Parker – młody, na oko 12-letni trębacz z Sejn. A podobnych momentów było znacznie więcej. Duża klasa, zero protekcjonalności. W ogóle w perspektywie całego koncertu Parker był wręcz wycofany. Widocznie wziął sobie do serca hasło przewodnie festiwalu „wolność w jedności”.

Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa2

19-osobowy skład zagrał utwory Mikołaja Trzaski, równie znakomitego kompozytora co improwizatora. Ostatni raz widziałem saksofonistę w roli lidera większego zespołu podczas wyjątkowego wykonania „Róży” na Off Festiwalu. W Laboratorium kilka motywów z tego filmu również zabrzmiało. Trzaska ewidentnie potrafi wykorzystać doświadczenie jakie zdobył na przestrzeni ostatnich lat grając chociażby w Resonance Vandermarka i kierowanie tak liczną grupą nie stanowiło dla niego większego problemu. Widać też było, że muzycy – poczynając od Parkera a skończywszy na najmłodszych trębaczach – darzą gdańskiego saksofonistę szacunkiem i uznaniem. Podczas jednego z solowych, ekspresyjnych popisów Trzaski, oczy wszystkich wlepione były w ryczący, pędzący na łeb na szyję alt, a na twarzach malowało się słowo „respect”. Według mnie tego wieczoru polski muzyk zdecydowanie przyćmił wielkiego Evana Parkera. Ale – cytując trenera Nawałkę – brawa należą się całej drużynie. I nie ma to ani krztyny kurtuazji. To był naprawdę bardzo dobry, zajmujący koncert, z wieloma wyjątkowymi momentami, w których każdy miał swój udział. [fragment wideo]

Brotzmann Quartet

Dzielić jedną scenę z Evanem Parkerem to z pewnością duże doświadczenie. Podejrzewam, że nie mniejszym było dzielenie backstage’u z „rzeźnikiem z Wuppertalu”, „najgłośniejszym saksofonistą globu” – Peterem Brötzmannem. Początkowo artysta sprawiał wrażenie jakby był delikatnie mówiąc „nie w sosie”. Osobiście przearanżował układ sceny na własne potrzeby, przy okazji dość opryskliwie skarcił technicznego i dosadnie uderzył stołem o podłogę. Później wyraźnie nie pasował mu mikrofon, kręcił głową, mamrotał, ostatecznie w ogóle zrezygnował z używania jakiegokolwiek nagłośnienia. Cóż, po co nagłośnienie najgłośniejszemu saksofoniście świata? Faktycznie okazało się niepotrzebne. Brötzmann wraz ze swoją brygadą zagrał koncert bezkompromisowy w każdym calu. Tak jak widziałem już saksofonistę wielokrotnie, to jeszcze nigdy jego gra nie wydała mi się tak brutalna, momentami wręcz agresywna. Hardcore punk przy brzmieniu 74-letniego Brötzmanna, to jak kwilenie niemowlaka przy ryku słonia. Ten ryk bardzo dobrze balansowały rozmyte partie wibrafonu Jasona Adasiewicza, a sekcja Steve NobleJohn Edwards doskonale utrzymywała obłąkańcze tempo narzucone przez Niemca. Duże wrażenie zrobiły też na mnie partie solowe, szczególnie w wykonaniu bezbłędnego Noble’a. Ten koncert był doświadczeniem bardziej fizycznym niż intelektualnym. Obserwowanie jedynej w swoim rodzaju ekspresji brötzmannowskiej, na dodatek w tak intensywnym wydaniu, nikogo nie pozostawiło obojętnym (tak sadzę). Gdy koncert się skończył wydawało mi się, że trwał bardzo krótko, co okazało się nieprawdą – Brötzmann świstem saksofonu zakrzywił czasoprzestrzeń. Kwartet wyszedł jeszcze na krótki bis, który w zestawieniu z główną częścią występu można było wręcz nazwać lirycznym i subtelnym. Wszystkich nienasyconych muzyką kwartetu odsyłam do płyty „Mental Shake„, gdzie Brötzmann, cytując klasyka, jest „still crazy after all these years”. [fragment wideo]

Cybulski - Pałosz - Wojciechowski

Trzecim, a w kolejności chronologicznej pierwszym występem w Laboratorium był koncert tria strunowo-elektronicznego w składzie Krzysztof Cybulski, Mikołaj Pałosz, Sławomir Wojciechowski. Była to muzyka na przeciwległym biegunie do tej, którą zaprezentował Brötzmann – zdecydowanie bardziej intelektualna, podporządkowana wymyślnemu konceptowi formalnemu. Sądzę, że trio lepiej odnalazłoby się na Warszawskiej Jesieni. Zabrakło mi w ich wykonaniu pierwiastka, który miał przyświecać tej edycji Ad Libitum, a mianowicie wolności. Odniosłem wrażenie, że muzycy w trosce o jak najdokładniejsze odwzorowanie pewnej idei formalnej zatracili całkowicie spontaniczność, wydawali się nie tyle skupieni co spięci, jakby grali z pistoletem przyłożonym do skroni. Z czasem ich wypowiedź stawała się trochę bardziej komunikatywna, a wplatane jazzowe sample w sonorystyczno-elektroniczną improwizację odrobinę rozszerzały spektrum recepcji eksperymentu. Niemniej całość wydała mi się sztucznie przekombinowana, na siłę udziwniona. Koncert tria odebrałem jako zdecydowanie najsłabsze ogniwo wieczoru, na tyle mało charakterystyczne, że po bisie kwartetu Brötzmanna ledwie je pamiętałem.

Nie zmienia to faktu, że inauguracja Ad Libitum 2015 była wielce zadowalającym i ciekawym przeżyciem. Już jestem ciekaw w jaki sposób festiwal wejdzie w drugie dziesięciolecie działalności. Sądzę, że najlepszym tropem będzie dalsze i możliwie jeszcze ściślejsze zestawianie przedstawicieli sceny krajowej z muzykami z zagranicy. W Polsce jest cała masa świetnych improwizatorów. Koncert Sejneńskiej Spółdzielni Jazzowej był tego doskonałym przykładem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Piotr Kurek / LOTTO na Placu Zabaw

Piotr Kurek

Właściwie czekałem na te dwa koncerty od kiedy po raz pierwszy poznałem line-up tegorocznego Lado w Mieście. Niewielu jest w Polsce muzyków elektronicznych, których darzyłbym takim uznaniem i szacunkiem jak Piotra Kurka. Z dwóch powodów. Po pierwsze artysta nie zaliczył ani jednej skuchy wydawniczej, każda z jego płyt to przemyślana opowieść, immanentny świat dźwięków rządzący się własnymi prawami, obdarzony niezwykłym, trochę „baśniowym” klimatem. Po drugie – koncerty. Widziałem Kurka już wielokrotnie, na rozmaitych scenach, w wydaniu solo, z Piętnastką, dwukrotnie w towarzystwie Łukasza Rychlickiego (w tym raz z Pawłem Szpurą) i zawsze były to wyjątkowe wydarzenia muzyczne. Nie inaczej było na Placu Zabaw.

Przede wszystkim uznanie budzi wrażliwość z jaką artysta dostosował brzmienie i charakter koncertu do okoliczności miejsca i czasu. Kurek zastosował „slow power” w budowaniu onirycznej narracji, która rozlała się na nadwiślański bulwar w sposób nieinwazyjny, a jednak dojmujący. Strukturalna złożoność muzyki idzie tutaj w parze z dużym talentem i łatwością tworzenia subtelnych melodii, ewoluujących organowych polifonii. Dźwięki na poły futurystyczne, na poły old schoolowe, folkowe, zawieszone gdzieś pomiędzy. Kurek to „El Grande Hypnotizer”, elektroniczny kataryniarz, którego muzyka sprawia, że można się poczuć niczym tresowana małpka na sznurku psychodelicznego tripu. Świetny koncert, z całą pewnością jeden z lepszych podczas tegorocznej edycji Lado w Mieście. Mam nadzieję, że artysta niedługo przełamie wydawniczy impas pełnowymiarowym albumem, póki co pozostaje 7″ wydana w lutym w BDTA.

Z większością płyt muzyka można zapoznać się na bandcamp (niestety z wyjątkiem znakomitych „Innych Pieśni”). Instytut szanuje, więc propaguje:

Solo – https://piotrkurek.bandcamp.com/music

Piętnastka – https://pietnastka.bandcamp.com/

Suaves Figures – https://suavesfigures.bandcamp.com/album/nouveaux-gymnastes

————————————————————————-

LOTTO

Miałem cichą nadzieję, że Piotr Kurek wystąpi gościnnie z Lotto (nie byłoby w tym nic dziwnego zważywszy na wcześniejsze wspólne grania z Rychlickim i Szpurą), jednak tak się nie stało. Trochę szkoda, bo okazja była znakomita. Niemniej Lotto to skład samowystarczalny, fuzja trzech talentów i trzech różnych backgroundów, dzięki czemu trio gra  muzykę wymykającą się prostej kategoryzacji. Recenzując „Ask The Dust” (klik) stwierdziłem, że płyta – choć zdecydowanie udana – to nie wyczerpuje w pełni potencjału formacji, który najlepiej widać na koncertach. Cóż, mogę się ponownie podpisać pod tymi słowami. Na Placu Zabaw słychać było, że Lotto jest już muzycznie znacznie dalej niż na albumie (bandcamp). Przede wszystkim trio buduje na koncercie znacznie dłuższe formy. Panowie zaczęli od dynamicznego groove’u, z wyraźnie zarysowanym kontrabasem Mike’a Majkowskiego. Pod osłoną transowych repetycji znalazło się miejsce dla wielu drobnych niuansów gitarowych i perkusyjnych. Potem muzyka Lotto wyraźnie zwolniła, wyciszyła się, ale był to jedynie pretekst by na nowo cegiełka po cegiełce budować ścianę dźwięku. W obecnej odsłonie tria dużą rolę odgrywa rytm, a w zasadzie polirytmie, ponieważ nawet gitara Rychlickiego obok generowania ostrego jak brzytwa hałasu, operuje najczęściej w wyraźnych, choć często nieokrzesanych ramach rytmicznych. Muzyk z koncertu na koncert posługuje się noise’em w sposób coraz bardziej trafny i wyważony, nie unikając przy tym kontrastów i przejaskrawień. Kontrabas pełni rolę stabilnego i względnie oszczędnego ogniwa. Majkowski – w swoim stylu – skupia się bardziej na fakturze brzmienia instrumentu niż na technicznych popisach. Natomiast Paweł Szpura potwierdza, że jest jednym z bardziej kreatywnych i dynamicznych perkusistów. Otwarty, niedookreślony stylistycznie format Lotto doskonale pozwala mu na kanalizowanie energii i wyobraźni w najróżniejsze formy (to zresztą tyczy się wszystkich członków formacji). Mocny, szorstki, a przy tym stosunkowo minimalistyczny występ okazał się dobrym kontrastem dla marzycielskiej, ulotnej muzyki Kurka. Niemniej na Placu Zabaw można było doświadczyć dwóch strategii budowania dźwiękowego transu – podprogowej i bardziej brutalistycznej. Do wyboru, do koloru, co kto lubi. Efektem wieczór kompleksowy i wielce udany.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

#7 CoCArt Festiwal w CSW Znaki Czasu / Toruń 2015

Gmach Centrum Sztuki Współczesnej Znaki Czasu usytuowany jest na obrzeżach staromiejskiej części Torunia. Budynek ceglaną fasadą znakomicie wpisuje się w historyczną zabudowę, a jednocześnie nowoczesna forma bryły wprowadza w pejzaż miejski pierwiastek świeżego powietrze. Toruńskie CSW dysponuje jedną z najbardziej okazałych powierzchni wystawienniczych w Polsce ( ok. 4000 metrów kwadratowych). I właśnie w największej, monumentalnej hali ekspozycyjnej odbyła się tegoroczna, siódma już edycja festiwalu CoCArt, poświęconego szeroko rozumianej muzyce elektro-akustycznej. Impreza może poszczycić się ambitnym, precyzyjnym i wewnętrznie spójnym programem ukierunkowanym na prezentację intrygujących zjawisk we współczesnej muzyce, a nie na schlebianie masowym gustom. Dzięki temu jest to swego rodzaju festiwal bez „headlinerów”, bez przypadkowych widzów i bez komercyjnej szopki. Tutaj kontekst muzeum sztuki wydaje się najbardziej adekwatny. Podczas dwóch dni koncertowych nie miałem wątpliwości, że nadrzędnym celem CoCArtu jest przede wszystkim umożliwienie słuchaczom jak najbardziej komfortowego odbioru dźwiękowych fenomenów – to muzyka była na pierwszym miejscu. Dosłownie i symbolicznie.

scena_CocArt

Dużym plusem było centralne usytuowanie sceny pomiędzy charakterystycznymi czterema filarami sali wystawienniczej. Dzięki takiej konfiguracji przestrzennej można było samemu decydować z jakiej perspektywy doświadczać muzyki. Bardzo trafione posunięcie kuratorskie, dobrze eksponujące znakomite warunki akustyczne gigantycznej hali. Kilka słów o kuratorach. Rafał Iwański i Rafał Kołacki odpowiedzialni za program CoCArtu są przede wszystkim aktywnymi muzykami. Wspólnie tworzą niezwykle ciekawy duet HATI, należą też m.in. do kolektywu Innercity Ensemble. Z całą pewnością nie bez znaczenia jest fakt, że festiwal organizowany jest właśnie przez artystów parających się dźwiękiem na co dzień i zwykle stojących na scenie, a nie poza nią. Kuratorzy każdy z występów poprzedzali krótkim wstępem zarysowującym sylwetki kolejnych muzyków.

TER1

Piątkowy wieczór w CSW został spięty klamrą solowych koncertów artystów operujących „instrumentarium elektronicznym”. Jako pierwsza pojawiła się na scenie jedyna kobieta obecna w line-upie festiwalu: TER (Magda Ter). Recenzując jej debiutancką płytę „Fingerprints” na łamach PopUpMusic zwróciłem uwagę na pewien ciężki do zdefiniowania „nastrój nierealnej baśniowości”, który tworzył wyjątkowy klimat albumu. W hali CSW zabrzmiała ona dużo bardziej monumentalnie i kosmicznie, niż miało to miejsce na krążku. W dalszym ciągu jak na muzykę elektroniczną brzmienie TER posiada stosunkowo organiczny, płynny charakter, w którym można wyszczególnić dwie wyraźnie zarysowane płaszczyzny – melodyczną i rytmiczną. Różnorakie dźwięki rytmizujące narzucone na senne, nieco krautrockowo snujące się harmonie, są w muzyce TER kontrapunktem, który nadaje wypowiedzi przyjemnego zniuansowania. Ponadto artystka umiejętnie wykorzystała akustykę miejsca, tworząc ciekawe stereofoniczne iluzje potęgujące psychodeliczne brzmienie całości. Zdecydowanie pozytywna inauguracja wieczoru. [fragment występu TER]

Mike Majkowski 2

Jako drugi pojawił się na scenie Mike Majkowski, kontrabasista poruszający się swobodnie w wielu stylistykach – od jazzu po noise, ambient, muzykę eksperymentalną. Artysta zagospodarował swój czas festiwalowy środkami minimalnymi, tworząc narrację z wykorzystaniem zaledwie kilku patentów. Przeważały bardzo szybkie, krótkie, acz całościowo rozwlekłe pociągnięcia smyczkiem, które następnie muzyk kontrastował z odrobinę dłużej wybrzmiewającym, samodzielnym dźwiękiem. Relacja mechanicznej wręcz rytmiki, oszczędnej, niepokojącej melodii i wkradającej się sonorystyki (charakterystyczne brzmienie uderzania o struny smyczkiem). Właściwie przez cały występ Majkowskiego miałem nadzieję, że nagle przełamie schemat wypowiedzi i dopuści do głosu bardziej zróżnicowane frazy. Nic z tych rzeczy. Budowana przez muzyka dramaturgia nie doczekała się kulminacji, ani ujścia. Kontrabasista zaprezentował sztukę umiaru. Jakkolwiek jestem zdania, że szczególnie w przypadku muzyki improwizowanej czy eksperymentalnej bardzo często „mniej znaczy więcej”, tak w tym wypadku nie do końca jestem przekonany co do zaistnienia tej reguły. Biorąc pod uwagę, że Majkowski jest artystą dysponującym umiejętnościami i technikami naprawdę imponującymi, to skrajne ograniczenie formy jakie pokazał na CoCArt, wydaje mi się trochę straconą szansą, jaką dawały chociażby akustyczne warunki przestrzeni. Choć początkowo występ wykreował dramaturgię i napięcie, to z czasem oba te pierwiastki zaczęły blednąć i tracić na sile. Być może był to koncert najbardziej radykalny pod względem realizowanej strategii formalnej, jednak ciężko mi nie poczytywać go w kategoriach lekkiego rozczarowania. [fragment występu Majkowskiego]

Jachna-Buhl 2

Trzecim punktem programu był bydgoski duet Jachna/Buhl. Zespół opiera swoje brzmienie na dźwiękach trąbki, perkusji i elektroniki. Zdawać by się mogło, że jest to przepis na „polskie Chicago Underground Duo”, ale sytuacja wygląda w ten sposób tylko na papierze. Styl gry Wojciecha Jachny i Jacka Buhla ma w sobie dużo mniej z jazzu sensu stricto. Brzmienie duetu określiłbym jako przede wszystkim bardzo przestrzenne, budowane powoli i dopuszczające wiele ornamentalnych elementów perkusyjnych, elektronicznych, nad którymi trąbka unosi się zwykle delikatną, melancholijną frazą. W perkusji Buhla jest dużo miejsca na wszelkiego rodzaju dźwiękowe przeszkadzajki, które muzyk kreatywnie i płynnie wplata w narrację, tworząc wielobarwny rytmiczny splot. „Elektroniczne wspomaganie” pełni u duetu funkcję głównie harmoniczną, koloryzującą, która pozwala Jachnie na swobodniejsze operowanie trąbką w kontrze do podkładu. Występ rozwijał się powoli, lecz narastał zdecydowanie – od początkowych dość impresyjnych dialogów po przyjemny groove, o nieco „etnicznym” zabarwieniu. Najbardziej zróżnicowany i dynamiczny koncert pierwszego dnia w CSW. [fragment występu Jachna/Buhl]

Rashad Becker 1

Wieczór zamknął Rashad Becker. Przyznam szczerze, że w momencie wydania solowej płyty Niemca „Traditional Music of Notional Species Vol. 1” nie do końca zrozumiałem istotę jej fenomenu. To duszna, gęsta, powykręcana elektronika o miejskim postindustrialnym charakterze. Becker tworzy struktury bardzo złożone nieustannie ewoluujące na wielu poziomach. Słuchając tej muzyki można odnieść wrażenie, że mnogość elementów, z których jest złożona, znajduje się w permanentnym ruchu – trochę jak oglądanie mrowiska z bardzo, bardzo bliska. Z tym, że na mrowisko składają się najróżniejszej proweniencji trzaski, szumy, zgrzyty, piski i dysonanse powiązane ze sobą na zasadzie, nazwijmy to, „logiki abstrakcyjnej”. Twórczość bardzo specyficzna przypominająca wgląd w zmysły owładnięte delirium. Z całą pewnością nie jest to muzyka relaksacyjna, choć ma w sobie silny, hipnotyczny pierwiastek. Dość mocny i odrobinę przytłaczający akcent na zakończenie pierwszego dnia. Becker zabrzmiał moim zdaniem dobrze w przestrzeni CSW, chociaż ciężko w przypadku podobnej muzyki stwierdzić co dokładnie znaczy „dobrze”. Można było powoli zanurzyć się w sonicznym mikrokosmosie artysty. Ciekawe doświadczenie. Tutaj bardzo pozytywnym czynnikiem okazała się możliwość słuchania artysty w pozycji horyzontalnej. Nie wyobrażam sobie odbioru podobnej muzyki musząc stać w zatłoczonym klubie. [fragment występu Rashada Beckera]

Zdzisław Piernik 3

Drugi dzień upłynął głównie pod znakiem instrumentów dętych, które pojawiły się w aż trzech z czterech części programu. Dzięki temu wieczór okazał się bardziej atrakcyjny z per formatywnego punktu widzenia. Pierwszeństwo przypadło w udziale rodowitemu torunianinowi Zdzisławowi Piernikowi, mistrzowi tuby solowej. Kto nigdy nie widział występu Piernika na żywo, ten nie będzie w stanie wyobrazić sobie jaki potencjał tkwi w tubie – instrumencie, który we właściwych rękach staje się narzędziem totalnym. Artysta wyposażony był w dwie tuby i szereg rekwizytów pozwalających na ich preparacje i rozszerzanie możliwości brzmienia. Czasami ciężko było rozróżnić czy muzyka wydobywała się z instrumentu, ponieważ muzyk wykorzystywał podkłady i sample, na które złożyły się w większości – zdaje się – dźwięki uprzednio nagranej tuby. Niekiedy instrument przetwarzany był także w czasie rzeczywistym. Z mojej perspektywy występ Zdzisława Piernika należał do najjaśniejszych punktów festiwalu. Artysta jest żywą legendą polskiej awangardy i muzyki improwizowanej. Koncert miał wyjątkową siłę rażenia, a spektrum prezentowanych brzmień wydawało się nieograniczone. Akustyka sali okazała się dla artysty dodatkowym sprzymierzeńcem, skutecznie podkreśliła barwę instrumentu i pozwoliła na ekspozycję nawet najdrobniejszych dźwiękowych niuansów. Piernik podzielił występ na kilka części, po każdej z nich wstawał, kłaniał się (wraz z tubą) i dziękował za oklaski. Choć artysta w tym roku świętować będzie 73 urodziny, to na CoCArcie przedstawił muzykę pełną mocy, werwy, młodzieńczego nieokrzesania i odwagi. Znakomity koncert, który słusznie doczekał się największego aplauzu wśród zebranej publiczności. [fragment występu Zdzisława Piernika]

Arszyn 1

Kolejnym punktem programu był występ Arszyna, czyli Krzysztofa Topolskiego, perkusisty i dźwiękowego eksperymentatora (najogólniej mówiąc). Artysta poprzedził wyjście na scenę krótkim wstępem, na który złożyła się relacja z wizyty w Istambule, gdzie muzyk dotarł do historycznej kolebki talerza perkusyjnego. To właśnie talerze, jak się wkrótce okazało, stały się głównym narzędziem wypowiedzi Arszyna w CSW. Artysta początkowo skupił się na miarowym prezentowaniu brzmienia poszczególnych blaszanych krążków, których dźwięk rozchodził się po sali tworząc dość oniryczny, rytualny klimat. Narracja stopniowo zaczynała gęstnieć i zyskiwać na intensywności. Dużą cześć występu Arszyna przesiedziałem tuż obok sceny i właśnie obserwowanie poczynań artysty z tak bliska było chyba najlepszym rozwiązaniem. Działania Topolskiego przypominały eksperymenty w akustycznym laboratorium wykorzystujące element przypadku i poczynań intuicyjnych. Po mniej więcej połowie trwania występu Arszyn przestał jednostajnie uderzać w talerze, a skupił się na ich interakcji z mikrofonem, piłeczką pingpongową, spuszczał również powietrze z czerwonego balonika do nagłośnienia, co dawało dość interesujący efekt. Gdyby te elementy wypowiedzi zostały wplecione w pierwszą część występu, byłby on z pewnością bardziej koherentny, tak dramaturgia koncertu (a w zasadzie dźwiękowego performansu) straciła trochę swój impet. Końcowe eksperymenty na tle zapętlonego brzmienia talerza, miały już w sobie znamiona błądzenia, docierania do pomysłu, który gdzieś co prawda majaczył na horyzoncie, ale był niewystarczająco wyraźny i uchwytny. Z pewnością ograniczenie czasowe koncertu i lekkie zmiany w rozkładzie akcentów wzmogłyby jego siłę rażenia. Niemniej jednak nie nazwałbym występu nieudanym, był interesujący. Siłą rzeczy w eksperymenty wpisane jest pewne ryzyko. Artysta zdaje się zaakceptował ten fakt i poszedł na całość, dlatego brawa za odwagę. [fragment występu Arszyna]

Hadron + Jerzy Mazzoll

Planowo na występie Arszyna miał zakończyć się udział polskich artystów na festiwalu. Okazało się jednak, że kuratorzy przygotowali słuchaczom niespodziankę programową w postaci Jerzego Mazzolla, który dołączył do duetu Hadron na krótki, lecz mocny bis. Do pewnego stopnia występ klarnecisty uratował tę część programu i nie miałbym nic przeciwko jakby duet zagrał z Mazzollem cały koncert. Bez wątpienia wypowiedź Marino Pliakasa i Michaela Wertmüllera należała do najgłośniejszych na festiwalu, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Hadron zalał CSW gęstą lawą basowo-perkusyjno-komputerową, o znacznie bardziej metalowym niż improwizowanym zabarwieniu. Wedle zapowiedzi kuratorów był to także jedyny występ prezentujący wcześniej przygotowaną kompozycję. Rzeczywiście Pliakas miał przed sobą partyturę, a Wertmüller co chwila zerkał na ekran laptopa. Przez pierwsze minuty słuchałem występu z przyjemnością, duet zaproponował muzykę skrajnie inną od dotychczas na festiwalu obecnej, jednak po pewnym czasie muzyka Hadronu zaczynała nużyć swą powtarzalnością i brakiem niuansów. W zasadzie miałem wrażenie, że panowie cały czas grają to samo. Koncert jednak skutecznie spełnił „funkcję wybudzającą” po wyciszonym, eterycznym występie Arszyna. Udział Mazzolla wprowadził muzykę duetu na inne tory, dużo mniej ekstrawertyczne, a bardziej wyczulone na wzajemne interakcje instrumentów, choć w dalszym ciągu była to muzyka zdecydowanie ciężka. Sam klarnecista na przestrzeni dwóch krótkich improwizacji zaprezentował szeroki arsenał swoich możliwości – od niskiego, drone’owego grania opartego na circular breathing, przez meandryczne melodie o odrobinę ludowym zabarwieniu, po ekspresyjne przedęcia i zabawę sonorystyką instrumentu. Hadron w roli sekcji wypadł o niebo lepiej niż jako samodzielny byt artystyczny. Zatem zdecydowanie pozytywne zwieńczenie umiarkowanie ciekawego występu. [fragment występu Hadron + Jerzy Mazzoll]

Franz Fautzinger 1

Dostojne, ostatnie miejsce w line-upie otrzymał austriacki trębacz Franz Hautzinger, który pojawił się na scenie uzbrojony jedynie w instrument i mikrofon. Hautzinger znany jest z nieortodoksyjnego podejścia do dętego, blaszanego urządzenia jakim jest trąbka. Można było to usłyszeć od pierwszej chwili – charakterystycznych typowych dla instrumentu fraz było jak na lekarstwo. Artysta zaoferował publiczności znacznie więcej – można powiedzieć, że cały makrokosmos nieoczywistych brzmień jakie trąbka skrywa. Gra Hautzingera polegała na sonorystycznej, wręcz noise’owej zabawie możliwościami instrumentu, z których budował narrację bardzo wyważoną, nieprzegadaną i zaskakującą. Artysta świetnie wykorzystał akustykę CSW kontrastując brzmienie trąbki unplugged z potężnym, niepokojącym dźwiękiem jaki wydawała w interakcji z mikrofonem. Hautzinger wykazał się ponadto umiejętnością gry ciszą i pauzą, które przemycał do muzycznej opowieści, nadając im rolę integralnych elementów budujących dramaturgię. Podobna strategia artystyczna w pełnej krasie jest w stanie wybrzmieć właśnie w sytuacji koncertowej, kiedy rzeczy zdumiewające, z pogranicza improwizatorskiego szamanizmu, dzieją się bezpośrednio na naszych oczach. Hautzinger zagrał fenomenalnie, oryginalnie, a zarazem bardzo spójnie. Nie mam żadnego problemu z nazwaniem go mistrzem trąbki. Podobnie nowatorskie podejście do tego instrumentu widziałem dotychczas tylko na solowym występie Petera Evansa, a był to jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem w zeszłym roku. Duże brawa. Jedynym drobnym mankamentem było rezonowanie werbla pozostawionej na scenie perkusji Hadronu, który przy niskich dźwiękach Hautzingera dawał efekt uderzania w blachę falistą, co niekiedy było ciekawe, ale na dłuższą metę trochę irytowało. Nie zmienia to jednak mojej całościowej bardzo wysokiej oceny występu Austriaka. [fragment koncertu Hautzingera]

Franz Hautzinger 4

 I tak oto siódmy CoCArt dobiegł końca. Tę siódemkę należy odczytywać symbolicznie. Dla mnie dwa dni w CSW były bezapelacyjnie czasem szczęśliwym. Ciężko mi przypomnieć sobie muzyczny event, na którym w tak komfortowych warunkach mógłbym obcować z tak różnorodną twórczością tak wysokiej próby. Zatem trzy razy „tak”. Program festiwalu stanowił estetyczne wyzwanie dla percepcji odbiorcy, a „muzyka-sztuka” powinna być wyzwaniem. Bardzo się cieszę, że podniosłem rękawicę i wybrałem się do Torunia. Miasto słynie ostatnio z budowy jednej świątyni, warto podkreślić, że „świątynię dźwięku” ma już wybudowaną. Chociaż była to moja pierwsza wizyta na festiwalu, to jestem przekonany, że odwiedzę CoCArt ponownie, ponieważ wróciłem do Warszawy bogatszy o naprawdę wyjątkowe doświadczenia muzyczne.

więcej zdjęć

Krzysztof Wójcik (((ii)))