Remanent: kilka recenzji… i jeszcze więcej ciekawych płyt (PopUp#49)

20160727_005205

Fanfary: Nowy #49 numer PopUpMusic.pl doczekał się premiery pod koniec stycznia! Napisałem do niego parę tekstów o wydawnictwach z ostatnich miesięcy. Tym razem żadnego wywiadu nie przeprowadziłem, również liczba recenzji jest sporo niższa niż bym sobie tego życzył… Niemniej pewien impas w pisaniu o muzyce udało się przełamać, a jednocześnie, niepostrzeżenie, przekroczyłem magiczną barierę 100 recenzji w bazie PopUp (łuhu!). To całkiem pokaźny dorobek jak na 9 ostatnich numerów, w których przygotowaniu brałem mniejszy/większy udział (do tego dochodzą wywiady, fotorelacje i audycje w radiojazz.fm). Od pierwszego tekstu jaki napisałem do magazynu – a był to porywający album Your Turn Marca Ribota i jego trio Ceramic Dog – minie w maju 4 lata. Także czas szybko leci, a ostatnio na tyle szybko, że ciężko o znalezienie motywacji i energii by usiąść do pisania. Ale nie oszukujmy się – zawsze bardziej liczyło się słuchanie niż pisanie.

Wierzę w muzykę dalece bardziej niż w tworzenie dyskursów na jej temat. Sądzę, że kryzysy w werbalizacji doświadczenia estetycznego przytrafiają się z czasem każdemu, kto robi to przez dłuższy czas w sposób, powiedzmy, bardziej refleksyjny, a nie news-owo rutyniarski. Swój kryzys chyba najpełniej wyraziłem w tekście jeszcze z 2015 roku Litania znaków „?” – Modlitwa słuchacza piszącego [wersja demo]. W dalszym ciągu jestem z niego bardzo zadowolony, choć był owocem emocji „pozytywnych odwrotnie”.

Niemniej, jak dotąd, prędzej czy później, zawsze przychodził „bodziec”, który sprawiał, że nie sposób było konkretne zjawisko/wydawnictwo/koncert/sytuację przemilczeć. Wówczas włączał się tzw. instynkt recenzenta. Tym razem owych bodźców znalazło się kilka. Tradycyjnie zapraszam do czytania i – przede wszystkim – słuchania:

 

Brian Eno – The Ship (recenzja / słuchaj)

brian-eno-the-ship

Danny Brown – Atrocity Exhibition (recenzja / słuchaj)

danny-brown-atrocity-exhibition

Gonjasufi – Callus (recenzja / słuchaj)

gonjasufi-callus

Hubert Zemler – Pupation of Dissonance (recenzja / słuchaj)

hubert-zemler-pupation-of-dissonance

Mikołaj Trzaska – Muzyka do filmu „Wołyń” (recenzja / słuchaj)

mikolaj-trzaska-wolyn

Radar – Radar (recenzja / słuchaj)

radar-radar

Radian – On Dark Silent Off (recenzja / słuchaj)

radian-on-dark-silent-off

The Dwarfs of East Agouza – Bes (recenzja / słuchaj)

the-dwarfs-of-east-agouza-bes

Oprócz powyższych wydawnictw chciałbym wymienić kilka znanych mi tytułów, na które zdecydowanie warto zwrócić uwagę:

Battle Trance – Blade of Love (słuchaj)

battle-trance-blade-of-love

Bartek Kujawski – A kto słaby niech jada jarzyny / Daily Bread (słuchaj1 / słuchaj2)

kujawski-kto-slaby kujawski-daily-bread

Dokalski / Cieślak / Miarczyński / Steinbrich – DCMS (słuchaj)

dcms

Jason Sharp – A Boat Upon It’s Blood (słuchaj)

jason-sharp-a-boat

Jeff Parker – The New Breed (słuchaj)

jeff-parker-the-new-breed

Ka – Honor Killed the Samurai (słuchaj)

ka-honor-killed-the-samurai

Lost Education – Book of Dreams (słuchaj)

lost-education

Modular String Trio – Ants, Bees and Butterflies (słuchaj)

modular-string-trio-ants

Nicolas Jaar – Sirens (słuchaj)

nicolas-jaar

Osty – Biblical Times (słuchaj)

osty

Resina – Resina (słuchaj)

resina

Shackleton & Vengeance Tenfold – Sferic Ghost Transmits (słuchaj)

shackleton

Steczkowski / Mełech – 2+7=nie wiem (słuchaj)

steczkowski-melech

X-Navi:Et – Technosis (słuchaj)

xnaviet

Żywizna – Zaświeć Niesiącku and Other Kurpian Songs (słuchaj)

zywizna

Długi post po długiej przerwie i (prawdopodobnie) przed długą przerwą.

Dzięki za uwagę. Udanych odsłuchów.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

* Zdjęcie tytułowe „Okna bez tytułu”, 2016, obrazek na ekranie, © Krzysztof Wójcik

Reklamy

Szuflado otwórz się! Nowy PopUp #48 (garść recenzji i wywiadów)

PopUp #48

Sporo nam to zajęło, ale w końcu jest! Nowy, 48 numer PopUpMusic – czyli „niezależnego magazynu internetowego poświęconego muzyce”. Przy dobrej koniunkcji planet, jeszcze w tym roku będziemy świętować 50 wydań, złote gody! Od numeru 47 minęła dłuższa chwila, wystarczająca by na świecie mogło się począć i pojawić kilku potencjalnych przyszłych czytelników PopUp… Przez ten okres nie siedzieliśmy jednak bezczynnie – oprócz systematycznie aktualizowanych relacji z koncertów i festiwali, zaczęliśmy prowadzić regularną audycję w RadioJazz.fm (czwartki godzina 23).

9 miesięcy to w muzyce szmat czasu, który swoją drogą najlepiej weryfikuje kolejne pozycje wydawnicze. Taka przerwa zmusza do syntezowania i pogłębionej selekcji materiału. W związku z tym aktualny numer stoi jedną nogą (no może tylko piętą) w roku 2015 i znajdziecie w nim nie mało recenzji albumów z okresu, gdy teoretycznie taki David Bowie mógł jeszcze tej muzyki posłuchać. Niemniej w przeważającej części poświęcamy uwagę płytom z roku bieżącego, który jak dotąd – w mojej prywatnej opinii – trzyma bardzo dobry poziom.

Zapraszam rzecz jasna do czytania całości. Od siebie dorzuciłem 21 recenzji i 3 wywiady. Wszystkiego miało być więcej (i wcześniej), ale jak głosi starożytna maksyma – lepiej mniej.  A poniżej tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam materiał, w którego przygotowaniu maczałem palce.

Wywiady:

@ ŁUKASZ KACPERCZYK

@ KAMIL SZUSZKIEWICZ

@ WACŁAW ZIMPEL

———————————————-

Recenzje:

@ „A” Trio & Alan Bishop – „Burj Al Imam”

cms_A Trio & Alan Bishop - Burj Al Imam

@ Anenon – „Petrol”

cms_Anenon - Petrol

@ Artur Majewski – „Unimaginable Game”

cms_Artur Majewski - Unimaginable Game

@ Bachorze – „Okoły gnębione wiatrem”

cms_Bachorze - Okoły Gnębione Wiatrem

@ David Bowie – „Blackstar”

cms_David Bowie - Blackstar

@ Flora Quartet – „Muzikka Organikka”

cms_Flora Quartet - Muzikka Organikka

@ Heroiny – „Ach-Och”

cms_Heroiny - Ach-Och

@ Iggy Pop – „Post Pop Depression”

cms_Iggy Pop - Post Pop Depression

@ Kamil Szuszkiewicz – „Robot Czarek”

cms_Kamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

@ Kolega Doriana – „Kolega Doriana”

cms_Kolega Doriana

@ Lotto – „Elite Feline”

cms_Lotto - Elite Feline

@ Mikołaj Trzaska – „Delta Tree”

okladka_delta_free_grzbiet_druk_q

@ Modular String Trio – „Part of the Process”

cms_Modular String trio - Part of The Process

@ Mutant Goat – „Yonder”

Mutant Goat - Yonder

@ Nagrobki – „Stan Prac”

cms_Nagrobki - Stan Prac

@ Olgierd Dokalski – „Mirza Tarak”

Basic RGB

@ Paper Cuts – „Divorce Material”

cms_Paper Cuts - Divorce Material

@ Saagara – „Saagara”

cms_Saagara

@ Sefff – „Coats”

Sefff - Coats

@ Ścianka – „Niezwyciężony”

cms_Ścianka - Niezwyciężony

@ Travis Laplante & Peter Evans – „Secret Meeting”

cms_Travis Laplante & Peter Evans - Secret Meeting

—————————————–

Życzę miłego czytania, słuchania i mam nadzieję, że doczekacie się kolejnej porcji tekstów od autorów PopUp jeszcze przed końcem wakacji.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Mikołaj Trzaska – premiera płyty „Delta Tree” w Pardon To Tu

Mikołaj Trzaska

Mikołaj Trzaska to postać wyjątkowa jeśli chodzi o scenę muzyki improwizowanej. Miałem dopisać „w Polsce”, ale gdański saksofonista cieszy się przecież względnie dużą rozpoznawalnością międzynarodowa – gra z największymi (m.in. Joe McPhee, Michael Zerang, Peter Brötzmann, Ken Vandermark), a najwięksi grają z nim. Dlaczego? Być może z tego prostego względu, że Trzaska jest jednym z nich – posiada własny, oryginalny język,  jego kariera wciąż zyskuje nowe odcienie, a przede wszystkim jest artystą bezkompromisowym, chodzącym własnymi ścieżkami. Tym razem, po 25 latach grania muzyki w rozmaitych konfiguracjach personalnych i stylistycznych, Trzaska wkracza na kręty, w pełni solowy czarny szlak. „Delta Tree” to pierwsza płyta w dyskografii saksofonisty, na której znajduje się on sam na sam z instrumentem, rodzaj dźwiękowego autoportretu.

Pisanie, że solowa wypowiedź muzyczna ma charakter osobisty i emocjonalny to banał, bo właściwie każda poważna artystyczna aktywność posiada te cechy. Niemniej głos dojrzałego twórcy, z imponującym bagażem doświadczeń, który dopiero w wieku 50 lat postanawia przemówić w pełni samodzielnie, nabiera zdecydowanie innej rangi i wagi. „Delta Tree” to tytuł ładnie brzmiący, ale nade wszystko trafny w swej wieloznaczności. Delta to rozgałęzienie pojedynczej rzeki na mnogą liczbę oddzielnych ujść. Podobnie w karierze Mikołaja Trzaski można dopatrzeć się co najmniej kilku artystycznych „ujść”. Najbardziej oczywiste to: jazz, improwizacja, muzyka żydowska, muzyka filmowa. Tytułowe drzewo wyrosło właśnie na przecięciu tejże siatki, czerpie życiodajne soki kreatywności z wielu źródeł.

Mikołaj Trzaska - Delta Tree

W Pardon To Tu Trzaska rzecz jasna nie odegrał materiału z albumu, bo nie o to chodzi w koncertach muzyki improwizowanej. Natomiast uchwycił w dźwiękach moment, przepuścił „tu i teraz” przez własną wrażliwość i ekspresję, tworząc opowieść przynależną danej chwili. Dlatego był to wieczór jedyny w swoim rodzaju. Narracja saksofonisty miała charakter intensywnego strumienia świadomości. Specyficzne dla Trzaski szorstkie brzmienie instrumentu bywało liryczne, a melancholia niektórych tematów przeplatała się z desperacką agresją i energią saksofonowych szarży.  Nie był to może zbyt przystępny koncert, ale z całą pewnością szczery i magnetyczny w swej introwertyczności. Bywałem już kilkukrotnie na solowych występach artysty (najlepiej chyba wspominam niesamowity koncert w Synagodze Nożyków sprzed kilku lat), lecz za każdym razem jestem ciekaw cóż nowego muzyk ma do powiedzenia. I słuchając tych historii jeszcze nigdy się nie zawiodłem, bo to po prostu nie są puste dźwięki. Tym razem deltą, przez które przepływały, były uszy licznie zgromadzonych słuchaczy w Pardon To Tu. W końcu nie codziennie jeden z najważniejszych polskich saksofonistów wydaje solową płytę. Premiera co się zowie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Dla warszawskiej publiczności kolejną okazją do posłuchania Mikołaja Trzaski na żywo (w różnych składach) będzie koncert w Studiu Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego [info] z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu i 50 urodzin saksofonisty. Instytut poleca.

Ad Libitum 2015: Dzień I

Ad Libitum 2015

Ciężko uwierzyć, że festiwal taki jak Ad Libitum doczekał się 10 edycji. Impreza choć od lat boryka się z trudnościami natury finansowej, odradza się co roku niczym feniks z popiołów i wciąż konsekwentnie realizuje swój ambitny program, ściągając do Warszawy prawdziwą ekstraklasę światowej improwizacji. Mając w pamięci lata ubiegłe, muszę przyznać, że jubileuszowa edycja przyciągnęła nieco większe grono odbiorców, co niewątpliwie jest zjawiskiem budującym, które optymistycznie nastraja na przyszłość. Takie festiwale są w Polsce potrzebne. Dlaczego?

Choćby dlatego, że powstają w reakcji na oddolne procesy kulturowe. Innymi słowy muzyka improwizowana o mniej lub bardziej jazzowym backgroundzie, jest jedną z prężniej rozwijających się gałęzi twórczości muzycznej o ambicjach artystycznych w Polsce. Dowodem na to są nie tylko dziesiątki koncertów organizowanych spontanicznie w różnych małych klubach na przestrzeni całego kraju, ale też wypowiedzi czołowych przedstawicieli, by nie użyć słowa „gwiazd”, międzynarodowego jazzu. Ken Vandermark od lat powtarza, że koncerty w Polsce są dla niego wyjątkowe, ponieważ przychodzą na nie głównie ludzie młodzi, a publiczność jest autentycznie skupiona na muzyce. Peter Brötzmann – ikona europejskiej improwizacji – na zakończenie swego tegorocznego występu podziękował tłumnie zebranym słuchaczom i powiedział, że granie w Polsce zawsze jest dla niego wielką przyjemnością. Kto choć trochę zna szorstki temperament niemieckiego artysty, ten wie, że saksofonista nie strzela podobnymi komplementami zbyt często. Kolejnym żywym dowodem na mocne zakorzenienie „impro music” w polskiej kulturze współczesnej są też takie inicjatywy jak Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa. Orkiestra złożona głównie z młodych muzyków, która od lat działa na pograniczu polsko-litewskim jest prawdziwym fenomenem, nie tylko w skali kraju. Do Sejn zjeżdżają artyści tego kalibru co  Arvo Pärt, a także wybitni przedstawiciele polskiej sceny muzycznej. Pod przewodnictwem jednego z nich Orkiestra z Sejn zagrała na tegorocznym Ad Libitum.

Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa

Mikołaj Trzaska, bo o nim mowa, przy asyście Tomasza Dąbrowskiego, Mike’a Majkowskiego, a także znakomitego brytyjskiego nestora gatunku Evana Parkera, zaprezentował warszawskiej publiczności 15-osobową Sejneńską Spółdzielnię Jazzową. Nie ukrywam, że chęć zobaczenia takiego składu w akcji była bodaj głównym powodem, dla którego przyszedłem na pierwszy dzień festiwalu. Zestawienie muzyków można uznać za symboliczne – Trzaska jest emblematycznym przedstawicielem muzyki improwizowanej w Polsce, artystą o niebywale charakterystycznym języku, który wciąż szuka nowych wyzwań; Dąbrowski i Majkowski to muzycy młodzi, od początku karier działający z powodzeniem w skali międzynarodowej; Parker – wiadomo – jeden z ojców i głównych przedstawicieli impro music. Fantastyczne w koncercie na Ad Libitum było to, że podczas występu każdy z artystów schował CV do kieszeni – wszyscy muzycy obecni na scenie stanowili kolektyw. Było to wyraźne nawet nie tyle w partiach granych wspólnie, ale w mniejszych segmentach, kiedy każdy grał jak równy z równym. Tutaj doskonałym przykładem była choćby sytuacja dialogu na linii sędziwy Parker – młody, na oko 12-letni trębacz z Sejn. A podobnych momentów było znacznie więcej. Duża klasa, zero protekcjonalności. W ogóle w perspektywie całego koncertu Parker był wręcz wycofany. Widocznie wziął sobie do serca hasło przewodnie festiwalu „wolność w jedności”.

Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa2

19-osobowy skład zagrał utwory Mikołaja Trzaski, równie znakomitego kompozytora co improwizatora. Ostatni raz widziałem saksofonistę w roli lidera większego zespołu podczas wyjątkowego wykonania „Róży” na Off Festiwalu. W Laboratorium kilka motywów z tego filmu również zabrzmiało. Trzaska ewidentnie potrafi wykorzystać doświadczenie jakie zdobył na przestrzeni ostatnich lat grając chociażby w Resonance Vandermarka i kierowanie tak liczną grupą nie stanowiło dla niego większego problemu. Widać też było, że muzycy – poczynając od Parkera a skończywszy na najmłodszych trębaczach – darzą gdańskiego saksofonistę szacunkiem i uznaniem. Podczas jednego z solowych, ekspresyjnych popisów Trzaski, oczy wszystkich wlepione były w ryczący, pędzący na łeb na szyję alt, a na twarzach malowało się słowo „respect”. Według mnie tego wieczoru polski muzyk zdecydowanie przyćmił wielkiego Evana Parkera. Ale – cytując trenera Nawałkę – brawa należą się całej drużynie. I nie ma to ani krztyny kurtuazji. To był naprawdę bardzo dobry, zajmujący koncert, z wieloma wyjątkowymi momentami, w których każdy miał swój udział. [fragment wideo]

Brotzmann Quartet

Dzielić jedną scenę z Evanem Parkerem to z pewnością duże doświadczenie. Podejrzewam, że nie mniejszym było dzielenie backstage’u z „rzeźnikiem z Wuppertalu”, „najgłośniejszym saksofonistą globu” – Peterem Brötzmannem. Początkowo artysta sprawiał wrażenie jakby był delikatnie mówiąc „nie w sosie”. Osobiście przearanżował układ sceny na własne potrzeby, przy okazji dość opryskliwie skarcił technicznego i dosadnie uderzył stołem o podłogę. Później wyraźnie nie pasował mu mikrofon, kręcił głową, mamrotał, ostatecznie w ogóle zrezygnował z używania jakiegokolwiek nagłośnienia. Cóż, po co nagłośnienie najgłośniejszemu saksofoniście świata? Faktycznie okazało się niepotrzebne. Brötzmann wraz ze swoją brygadą zagrał koncert bezkompromisowy w każdym calu. Tak jak widziałem już saksofonistę wielokrotnie, to jeszcze nigdy jego gra nie wydała mi się tak brutalna, momentami wręcz agresywna. Hardcore punk przy brzmieniu 74-letniego Brötzmanna, to jak kwilenie niemowlaka przy ryku słonia. Ten ryk bardzo dobrze balansowały rozmyte partie wibrafonu Jasona Adasiewicza, a sekcja Steve NobleJohn Edwards doskonale utrzymywała obłąkańcze tempo narzucone przez Niemca. Duże wrażenie zrobiły też na mnie partie solowe, szczególnie w wykonaniu bezbłędnego Noble’a. Ten koncert był doświadczeniem bardziej fizycznym niż intelektualnym. Obserwowanie jedynej w swoim rodzaju ekspresji brötzmannowskiej, na dodatek w tak intensywnym wydaniu, nikogo nie pozostawiło obojętnym (tak sadzę). Gdy koncert się skończył wydawało mi się, że trwał bardzo krótko, co okazało się nieprawdą – Brötzmann świstem saksofonu zakrzywił czasoprzestrzeń. Kwartet wyszedł jeszcze na krótki bis, który w zestawieniu z główną częścią występu można było wręcz nazwać lirycznym i subtelnym. Wszystkich nienasyconych muzyką kwartetu odsyłam do płyty „Mental Shake„, gdzie Brötzmann, cytując klasyka, jest „still crazy after all these years”. [fragment wideo]

Cybulski - Pałosz - Wojciechowski

Trzecim, a w kolejności chronologicznej pierwszym występem w Laboratorium był koncert tria strunowo-elektronicznego w składzie Krzysztof Cybulski, Mikołaj Pałosz, Sławomir Wojciechowski. Była to muzyka na przeciwległym biegunie do tej, którą zaprezentował Brötzmann – zdecydowanie bardziej intelektualna, podporządkowana wymyślnemu konceptowi formalnemu. Sądzę, że trio lepiej odnalazłoby się na Warszawskiej Jesieni. Zabrakło mi w ich wykonaniu pierwiastka, który miał przyświecać tej edycji Ad Libitum, a mianowicie wolności. Odniosłem wrażenie, że muzycy w trosce o jak najdokładniejsze odwzorowanie pewnej idei formalnej zatracili całkowicie spontaniczność, wydawali się nie tyle skupieni co spięci, jakby grali z pistoletem przyłożonym do skroni. Z czasem ich wypowiedź stawała się trochę bardziej komunikatywna, a wplatane jazzowe sample w sonorystyczno-elektroniczną improwizację odrobinę rozszerzały spektrum recepcji eksperymentu. Niemniej całość wydała mi się sztucznie przekombinowana, na siłę udziwniona. Koncert tria odebrałem jako zdecydowanie najsłabsze ogniwo wieczoru, na tyle mało charakterystyczne, że po bisie kwartetu Brötzmanna ledwie je pamiętałem.

Nie zmienia to faktu, że inauguracja Ad Libitum 2015 była wielce zadowalającym i ciekawym przeżyciem. Już jestem ciekaw w jaki sposób festiwal wejdzie w drugie dziesięciolecie działalności. Sądzę, że najlepszym tropem będzie dalsze i możliwie jeszcze ściślejsze zestawianie przedstawicieli sceny krajowej z muzykami z zagranicy. W Polsce jest cała masa świetnych improwizatorów. Koncert Sejneńskiej Spółdzielni Jazzowej był tego doskonałym przykładem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PopUp #47 – garść recenzji i wywiadów

98ee660f5ecdd8f0708fa197fa0ecf6d7db0c971

Po ponad półrocznej przerwie udało nam się w końcu doprowadzić do finalizacji kolejny, już 47 numer internetowej gazety PopUpMusic.pl. Jak zwykle prezentujemy subiektywny wybór najciekawszych muzycznych zjawisk ostatnich miesięcy (i nie tylko). Numer, któremu (jak zwykle) przyświecają imperatywy syntezy i selekcji, zawiera ponad 60 recenzji, a także wywiady z artystami z Polski i zagranicy. Z czasem będzie pączkował fotorelacjami, konkursami i innymi niespodziankami. Czyli tradycyjnie – stary, dobry PopUp, kolejny rozdział.

To już 7 numer, w którego przygotowaniu miałem przyjemność partycypować. Ta szczęśliwa liczba, jak się okazało, sprzyjała produktywności i mam nadzieję jakości tekstów. Tym razem zasiliłem numer odrobinę większą „cegiełką” niż dotychczas. Oczywiście gorąco polecam lekturę całości, ale tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam poniżej swoje pięć groszy. Zapraszam do klikania w linki, czytania i słuchania!

Wywiady:

DJ Lenar

Ksawery Wójciński

Michał Górczyński

 

Recenzje:

Alameda 5 – „Duch Tornada”

Alameda 5 - Duch Tornada

Alchimia – „Aurora”

Alchimia - Aurora

Aphex Twin – „Comupter Controlled Acoustic Instruments Pt.II”

Aphex Twin - Computer Controlled

Artur Maćkowiak – „If It’s Not Real”

Artur Maćkowiak - If it's not real

Budzyński / Jacaszek / Trzaska – „Rimbaud”

Budzyński, Trzaska, Jacaszek - Rimbaud

Colin Stetson / Sarah Neufeld – „Never Were The Way She Was”

Colin Stetson & Sarah Neufeld

Eve Risser – „Des Pas Sur La Neige”

Eve Risser - Des Pas Sur La Neige

Haronim – „Haronim”

Haronim - Haronim

Kapital – „Chaos to Chaos”

Kapital - Chaos to Chaos

kIRk – „III”

kIRk - III

Krojc – „0101”

Krojc - 0101

Lenar, Masecki, Zrałek – „Fortepian Chopina”

Lenar, Masecki, Zrałek - Fortepian Chopina

Marcin Masecki – „Mazurki”

Marcin Masecki - Mazurki

MazzSacre – „+”

MazzSacre - +

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes African mystic music”

Raphael Rogiński - Coltrane

Scott Stain – „Calu/Streo”

Scott Stain - Calu  Scott Stain - Streo

Shofar – „Gold Of Małkinia”

Shofar - Gold of Malkinia

SYNY – „Orient”

SYNY - Orient

—————————————

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Shofar w Cafe Kulturalna // premiera „Gold Of Małkinia”

Shofar

To nie będzie długi wpis – moją recenzję koncertowej płyty Shofar odnajdziecie (już niedługo) w nowym numerze PopUpMusic.pl, więc polecam trzymać rękę na pulsie.

Jeśli oceniać wartość zespołu po liczbie widzów, których jest w stanie przyciągnąć na koncerty, to trio Rogiński – Trzaska – Moretti stanowi prawdziwy fenomen na polskiej scenie alternatywnej. Co prawda w Kulturalnej wjazd był za free, ale wielokrotnie byłem świadkiem jak ten skład wypełniał po brzegi rozmaite sale i plenery. Nie pamiętam ile razy widziałem już Shofar na żywo, z pewnością było to wiele koncertów i chyba nie starczyłoby palców dwóch rąk żeby zliczyć. Ani jednego nie żałuję. Na dobrą sprawę miałem tego tekstu nie pisać, no bo „Shofar to wiadomo”, „ile można”, pisałem już nie raz itd. Ale nie powstrzymałem się, tym bardziej, że koncert w Kulturalnej był sporym kontrastem dla tego, co usłyszeć można na „Gold Of Małkinia”.

Jak wrzucałem na fb zajawkę występu, to podkreśliłem, że w porównaniu do materiału ze świeżo wydanej płyty (nagranej w 2013 r.) Raphael Rogiński, Mikołaj Trzaska i Macio Moretti są już o dwa lata lepszymi muzykami i można spodziewać się niespodzianek. Lepszymi = bardziej doświadczonymi, dwa lata jeśli chodzi o muzyków improwizujących (a w końcu nie tylko na tej scenie członkowie Shofar się obracają), to szmat czasu na ewolucję języka wypowiedzi. I ten rozwój w Kulturalnej było słychać już od pierwszych dźwięków, choć oczywiście każda sytuacja koncertowa ma swoją własną specyfikę itd.

Shofar2

Shofar zaprezentował się od drapieżnej i nieokiełznanej strony w porównaniu do nagranego występu z Chicago, w dużej mierze wyciszonego, bardziej impresyjnego. Muzycy zagrali głośno, a wewnętrzny smutek i melancholia tematów schodziła na dalszy plan, dominowała energia, pazur, nieokrzesanie. Szczególnie dało się to odczuć w partiach gitary Rogińskiego, które często sprzęgał, przesterowywał, że brzmiały czasami wręcz hendrixowsko. To prawdopodobnie owoc intensywnego grania z psychodeliczno-bluesową Wovoką w ostatnich latach, chociaż znakomity solowy album, też mógł dodać Rogińskiemu większej śmiałości i swobody, nawet jeśli utrzymany jest w znacznie bardziej subtelnej stylistyce (więcej w nadchodzącym PopUp). Moretti zagrał dynamicznie i pewnie. Trzaska mocarnie, agresywnie, ale z dużym wyczuciem. Odniosłem wrażenie, że muzycy napędzali się nawzajem, podkręcali temperaturę z mistrzowską wprawą i wyraźną frajdą z grania. Nie zabrakło też motywów, które słyszałem jak dotąd po raz pierwszy – sprawiały wyraźne wrażenie wyćwiczonych tematów. To dobrze wróży na przyszłość. Nie obraziłbym się gdyby trio kolejne płyty realizowało już tylko w sytuacjach koncertowych.

Czyli w sumie bez zmian – Shofar wciąż gra zjawiskowo, a z każdym rokiem synergia między muzykami jest coraz lepsza. Working band, czyli zespół który działa. W Kulturalnej zadziałał jak żyleta 🙂

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Trzaska / DJ Lenar / Masecki / Rogiewicz / Sienkiewicz w Cafe Kulturalna

Nazwiska imponujące w intrygującym zestawieniu nieprawdaż? Wyżej wymienieni Panowie, artyści charakterystyczni i zasłużeni dla polskiej muzyki/kultury ostatnich lat/dekad, musieli zagrać w jeden z najgorszych wieczorów jakie co roku odbywają się w Warszawie. Noc Muzeów to bodaj najbardziej upiorny termin na wychodzenie z domu. Impreza charakteryzuje się masowym przyswajaniem kultury w wersji instant, rozwodnionej, festyniarskiej, fasadowej. Swego rodzaju muzealny odpust, który można przypieczętować kiełbasą z grilla lub belgijską frytą na Placu Defilad. W Noc Muzeów można paradoksalnie zobaczyć jak dużo osób do instytucji kultury nie chadza. Piszę te słowa mając świadomość jak to wygląda od kuchni, jako osoba do niedawna związana z muzealnictwem. Zresztą nie jest to żadne odkrycie Ameryki. W Noc Muzeów kultura jest jak łapczywie chwytany, darmowy napój Zbyszko z radomskiej wigilii. Smakuje (jakoś) i gasi pragnienie (jakoś), ale nie dostarcza organizmowi nic poza wodą, cukrem i sztucznymi aromatami.

O tej „przeklętej” dacie przypomniałem sobie niestety dopiero w chwili wyjścia na koncerty do Cafe Kulturalnej (które przy okazji były zwieńczeniem festiwalu filmowego Docs Against Gravity). Zatem podwójna kumulacja… Niemniej jednak nazwiska muzyków zachowały magnetyczną siłę przyciągania. Dawno tak dobitnie nie odczułem, że kontekst determinuje sytuację, że byt kształtuje świadomość, czy coś w tym rodzaju.

Proponuję zatem foto-story. Jak na Noc Muzeów jest to chyba idealna forma wpisu.

Mikołaj Trzaska na czerwonym dywanie:

Mikołaj Trzaska

Absolutnie nie dziwię się saksofoniście, że wybrał tak ustronne miejsce, zapewniające minimalną dozę autonomii względem otaczającego zewsząd zgiełku. Pamiętam jak przed kilkoma laty miałem wielką przyjemność słuchać solowego występu Trzaski w warszawskiej Synagodze im. Nożyków – to był wyjątkowy koncert z fenomenalnym klimatem, doskonale korespondującym z muzyką. Ultra-komfortowe okoliczności. Tym razem Trzaska musiał walczyć o audialną czasoprzestrzeń w warunkach festynu, musiał zabrzmieć bezkompromisowo, jak free jazzowy wojownik. I chociaż wystąpił w najbardziej wycofanym zakątku, to zagrał swoje, a przeszywające, szorstkie brzmienie altu pozwalało na rozedrgany azyl w pulsującej rzeczywistości. Autentyzm i konsekwencja – za to duży szacunek. Przy okazji słychać, że Trzaska nie ma najmniejszego problemu z sytuacją samodzielnego koncertu i odnajduje się w podobnej sytuacji równie dobrze jak podczas występów z innymi muzykami. Narracja artysty wciąga, intryguje, „nie pozostawia obojętnym” – i nie jest to slogan. Warto podkreślić, że wyjątkowo mało wyczuwalny był pierwiastek żydowskiej melodyki, gdzieniegdzie pobrzmiewał, lecz nie zdeterminował wypowiedzi. Mankamentem była natomiast mała wizualna dostępność Trzaski, mogła go dostrzec zaledwie garstka słuchaczy.

DJ Lenar pokazuje sufit:

DJ Lenar

Po koncercie Trzaski była niewiadoma: co dalej? Pozostali muzycy – wedle opisu wydarzenia – mieli występować w różnych, nie do końca jasnych konfiguracjach. Zaczął solo DJ Lenar – z dużą dozą prawdopodobieństwa najbardziej oryginalny „dysk dżokej” polskiej, a w każdym razie warszawskiej sceny. Lenar należy do muzyków, którzy przede wszystkim tworzą klimat, wypełniają audiosferę dźwiękami przypominającymi podkręcone i zniekształcone szumy rzeczywistości otaczającej. Muzyka Lenara jest w pozytywnym sensie niedomknięta, tworzy hipnotyczne, noise’owe tło do zastanej sytuacji. Brak bitu, brak skreczów i turntablistycznych popisów zastępuje bardzo przemyślana, horyzontalna warstwa dźwięków o zmieniającym się natężeniu. Wielu DJ-ów mogłoby się od Lenara uczyć sztuki powściągliwości i minimalizacji środków. Program solowy mocno przypominał wydawnictwo „Re:PRES” sprzed trzech lat, na którym artysta poddał autorskiej modyfikacji „Miniatury” Eugeniusza Rudnika. Warto o tym wspomnieć, by ów cykl nestora polskiej elektroniki właśnie doczekał się wydania przez Requiem Records w formie imponującego boxu 4 płyt (klik). Propozycja Lenara na podobnie awangardowy set w sytuacji klubowego zgiełku była dość radykalna, lecz paradoksalnie doskonale wpisała się w klimat, przykuwając uwagę wielu słuchaczy. Wielka szkoda, że DJ Lenar od czasu wspomnianego „Re: PRES” nie wydał żadnego nowego materiału.

Marcin Masecki w blasku światła (i CCTV):

Marcin Masecki

Kolejny solista. Tym razem pomysł na formułę koncertu okazał się lepszy niż samo wykonanie. Improwizacja na pianinie i keyboardach do ujęć zarejestrowanych przez kamery przemysłowe brzmi ciekawie, szczególnie w świetle kończącego się Docs Against Gravity. Jednakże Masecki podszedł do zagadnienia w mało kreatywny sposób, ograniczając się do typowych dla siebie „popsutych” zagrywek, od czasu do czasu bawiąc się mocą elektronicznego brzmienia. Równie dobrze mogłoby nie być warstwy wizualnej, skądinąd dość interesującej (obraz spod mikroskopu, ludzie biegnący po ulicy, satelitarne zdjęcia Ziemi, bojówkarze z karabinami, opakowanie laptopa…). Ciekawe, choć też nie do końca wykorzystane były sekwencje, w których na ekranie pojawiały się ujęcia z przestrzeni Kulturalnej. Masecki zagrał jak na siebie dość „konwencjonalnie niekonwencjonalnie”, ale zabrakło wyrazistości i związku z warstwą wizualną. Cały set można podsumować „pianista sobie, obraz sobie”. Szkoda, bo sam pomysł miał duży potencjał.

DJ Lenar, Jerzy Rogiewicz (poza zdjęciem, za konsoletą Jacek Sienkiewicz):

DJ Lenar & Jerzy Rogiewicz

Cóż, był to dla mnie ostatni muzyczny obrazek podczas wieczoru w Kulturalnej. Tym razem Lenar zaproponował bit, a trzaski i szumy upiął rytmiczną siatką, do której plecenia dołączył po chwili Rogiewicz z Sienkiewiczem. Brzmienie łączyło brud z coraz bardziej gęstniejącym, prostym klubowym drivem. Hi-hat i werbel Rogiewicza nadawały elektronicznemu garage-tandemowi przyjemny organiczny, „żywy” pierwiastek. Dobrze się tego słuchało, struktura powoli się rozwijała, a trans wisiał w powietrzu. Tym akcentem zakończyłem wizytę w Kulturalnej, a uwodzicielski zapach grillowanej kiełbasy na Placu Defilad odprowadził mnie do metra.

Wnioski po koncertach: za dużo, nie do końca wykorzystana szansa konfiguracyjna, ogólnie niejasny zamysł kuratorski całego przedsięwzięcia. Choć chaos i niejasność, a czasem łopatologia to akurat pewniki jeśli chodzi o Noc Muzeów. I piszmy jednak z małej – noc muzeów.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Muzyczne podsumowanie a.d.2014, którego miało nie być

20141231_122904

0.1: Kluby, koncerty

Z perspektywy Rady Instytutu Improwizacji scena warszawska ulokowana jest najbliżej serca. W ostatnich miesiącach zaszło kilka ciekawych fluktuacji w tej materii. W pierwszej połowie roku zamknęło się niezwykle zasłużone Powiększenie, czy aspirujące do ciekawej, kameralnej przestrzeni koncertowej Nie Zawsze Musi Być Chaos, również Kosmos Kosmos, co prawda w ostatnich miesiącach działania świecący pustkami, lecz niekiedy pozytywnie zaskakujący. Cafe Kulturalna dość mocno wyhamowała i organizując koncerty jedynie od czasu do czasu… Niepodważalną dominację Pardon To Tu balansowała jedynie przez około dwa miesiące jubileuszowa edycja LADO w mieście. I gdy koniec lata nie zapowiadał optymistycznej koncertowej jesieni, nagle w stołecznym pejzażu pojawiły się takie miejsca jak Mózg Powszechny i Dwa Osiem.

Pierwszy klub to warszawska filia bydgoskiego, kultowego, dwudziestoletniego już matecznika, która zaatakowała lokalną scenę bogatym i ambitnym programem artystycznym. Warszawa zyskała swoją muzyczną Małą Bydgoszcz, czyli namiastkę miasta nazywanego Małym Berlinem, czy nawet Polskim Amsterdamem… Zatem nie jest źle. Udało mi się do tej pory uczestniczyć w kilku wydarzeniach warszawskiego Mózgu i mam dojmujące przekonanie, że takie miejsce jest w Warszawie potrzebne. Nawet jeśli klub w dalszym ciągu dopiero aklimatyzuje się w stołecznej tkance muzycznej, to jestem przekonany, że już niedługo za sprawą konsekwentnego programu wykształci własną publiczność.

Drugie miejsce, rzut beretem od Mózgu, ulokowane przy Zamoyskiego 26a, to feniks z popiołów po Powiększeniu. Dwa Osiem pod koniec roku zgotowało warszawskiej publiczności mocarny program goszcząc m.in. Ściankę, Kristen, czy The Kurws oraz udzielając przestrzeni pod wyjątkowy festiwal Playback Play. Bliskie sąsiedztwo Mózgu, czyni z okolicy silne „zagłębie klubowe”, z którym równać się może chyba jedynie kumulacja miejsc przy ulicy 11 Listopada.

Chmury w 2014 roku zapamiętam przede wszystkim jako scenę otwartą na młodych warszawskich improwizatorów, a to za sprawą działalności Warsaw Improvisers Orchestra, inicjatywy, która spektakularnie zakończyła rok na deskach Pardon To Tu. Natomiast w Hydrozagadce miałem okazję zobaczyć znakomity koncert Innercity Ensemble, zespołu, który chyba najczęściej gości w końcoworocznych muzycznych podsumowaniach (i to nie tylko w Polsce).

O Pardon To Tu w tym roku pisałem zdecydowanie najczęściej, ponieważ program właśnie tego klubu z największą regularnością wabił mnie w swe progi. Fenomen miejsca przy pl. Grzybowskim zauważają już najbardziej prominentni muzycy światowej sceny impro – Vandermark, Gustafsson, Brötzmann, Mazurek, McPhee, Ribot, Evans… Lista jest naprawdę bardzo długa. Dziś występowanie w Pardon To Tu to zaszczyt, prestiż, a zarazem sytuacja wymagająca, ponieważ klub doczekał się własnej publiczności, która nie jedno już uchem łapała. Obok ściągania gwiazd zagranicznych, niekiedy grających w ogóle po raz pierwszy w naszym kraju, klub nie zapomina o scenie lokalnej i najciekawszych polskich projektach. Trzy koncerty (spośród całej masy bardzo dobrych), które zapamiętałem jako te szczególne: Peter Evans solo, Colin Stetson i trio Trzaska/Harnik/Brandlmayr.

Po lewej stronie Wisły nie można też zapomnieć o Eufemii, gdzie w kameralnej atmosferze prezentowane są niekiedy rzeczy absolutnie zjawiskowe – dla mnie takimi koncertami były występy Pola, The Kurws i Jacka Mazurkiewicza. Klub ponadto otwarty jest na jedną z ciekawszych warszawskich inicjatyw muzycznych, czyli na Impro-mitingi, swoistą kuźnię talentów i warsztat pracy dla wielu interesujących, choć często (jak dotąd) mniej znanych artystów. Podobne funkcje, choć w inny sposób spełnia Warsaw Improvisers Orchestra.

Z rzadka koncertami przyciągała niestety Cafe Kulturalna (po prostu było ich mało, nie licząc Lado w mieście). Mam nadzieję, że klub zwiększy aktywność, bo na przykład taka Ścianka kapitalnie wypadła w stylowym wnętrzu z zeszłej epoki.

Jeśli rok 2015 utrzyma klubowe status quo z grudnia 2014, to nie będę narzekał, ale niewykluczone, że za rok o tej porze rozkład kart będzie zupełnie inny. Chociaż gwiazdy zapowiadają bardziej drastyczne zmiany dopiero gdy Księżyc wejdzie w Raka, a nad Ziemią w koniunkcji z Saturnem przeleci kometa… Jednym słowem w warszawskiej klubosferze nic nie jest pewne i lepiej chodzić na koncerty póki jeszcze są ludzie, którzy mają zapał, pomysły i energię do ich organizacji. Szczęśliwie jest ich w Warszawie jeszcze trochę.

0.2: Płyty polskie

20141231_124404

O płytach piszę regularnie na PopUpMusic, portalu który cenię między innymi za to, że nie przypisuje krążkom cyferek, gwiazdek, czy uśmiechniętych słoneczek, finalnie zwalniających odbiorcę od wchodzenia w recenzenckie meandry, a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Ale wpisując się już w konwencję podsumowań… To był udany rok dla polskiej muzyki niezależnej i wiele płyt mnie zaintrygowało. Oto wierzchołek pagórka, ale płaski, bez podium, kolejność absolutnie przypadkowa:

Pole – „Radom” (dźwięk)

Pole - Radom

Msza Święta w Altonie – „Bezkrólewie” (dźwięk)

MŚWA - Bezkrólewie

The Kurws – „Wszystko Co Stałe Rozpływa Się W Powietrzu” (dźwięk)

The Kurws - Wszystko co stałe...

Sroczyński/Pospieszalski – „Bareness” (dźwięk)

Sroczyski_Pospieszalski - Bareness

Der Father – „Wake Up” (dźwięk)

Der Father - Wake Up

Innercity Ensemble – „II” (dźwięk)

Innercity Ensemble - II

Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves” (dźwięk)

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Lotto – „Ask The Dust” (dźwięk)

LOTTO - Ask The Dust

3FoNIA – „Chosen Poems” (dźwięk)

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers(dźwięk)

Trzaska-Mazur-Pandi_Tar&Feathers

Scott Stain – „Catnip” (dźwięk)

Scott Stain - Catnip

—————

Post scriptum:

Jacaszek & Kwartludium – „Catalogue des Arbres” (dźwięk)

Jacaszek

—————–

[linki pod płytami prowadzą do recenzji, które już popełniłem; część płyt bez linku doczeka się opracowania w najbliższym miesiącu]

Wielu rzeczy z tego roku jeszcze nie słuchałem, wiele też z pewnością umknęło mojej uwadze, ale tak czy inaczej powyższe pozycje mogę polecić z czystym sumieniem. Przyklejam znaczek jakości „Instytut Improwizacji highly recommend”.

0.3: Inne

-> Jak powszechnie jest głoszone, to był rok reaktywacji ogólnie pojętego dziennikarstwa muzycznego. Szczególnie w formie tradycyjnej, to znaczy papierowej. Bez wątpienia pozytywnym zjawiskiem jest powstanie takich periodyków jak M/I Magazyn, czy Noise Magazine. Oprócz tego swoją pracę zintensyfikowało Glissando, a przy okazji zaczęło systematycznie udostępniać za darmo w formie cyfrowej numery archiwalne, teksty zdecydowanie godne polecenia.

-> 10 lat istnienia świętowało Lado ABC organizując imponujący cykl letnich koncertów. Artyści związani z wytwórnią mieli z okazji jubileuszu możliwość zaprezentowania się w TVP Kultura i gdy wszystko zaczęło się rozkręcać wszedł Wodecki… To bez wątpienia jedna z silniejszych marek na polskiej scenie, co brzmiałoby banalnie gdyby nie płyty, które swą jakością potwierdzają wyjątkowy status Lado w pejzażu polskiej muzyki niezależnej.

-> Targi Wydawnictw Niezależnych Wytwórni

-> Na muzykę zaczynają otwierać się państwowe instytucje kultury. Wyróżnić można tutaj przede wszystkim CSW Zamek Ujazdowski (program Strefa, festiwal Ad Libitum, koncerty zewnętrzne jak np. Thurston Moore, organizowany z Powiększeniem), ale też Muzeum Sztuki Nowoczesnej z cyklem „Co słychać”, Zachętę z przeglądem artystów wizualnych tworzących ogólnie pojęte dźwięki. Również warto wyróżnić świeżo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, którego misję widziałbym w analizowaniu zjawiska jakim jest tzw. Nowa Muzyka Żydowska. W dalszym ciągu jednak muzea otwarte są głównie na sztukę wizualną, czym same sobie szkodzą. Wszak nie tylko „sound art” jest formą sztuki korzystającej z dźwięków, jakkolwiek artefakty z dopiskiem „art” lepiej się sprzedają i mają większy potencjał snobistyczny.

-> Dla mnie ten rok był też ważny z dość prozaicznego względu. Z początkiem maja powołałem do życia niniejszy Instytut Improwizacji (jedyny w Polsce!) i udało mi się dorzucić swoją garść kilkudziesięciu tekstów do garnuszka krytyki, skupiając się głównie na zjawiskach aktualnych i lokalnych. Korzystając z okazji dziękuję wszystkim czytelnikom za uwagę poświęconą niniejszemu adresowi.

Podsumowanie Podsumowania

20141103_140932

Ogólnie rzecz ujmując pisanie końcoworocznych muzycznych bilansów wydaje mi się czynnością dość groteskową, którą ciężko mi z perspektywy czytającego odbierać na poważnie, nie mówiąc już o sytuacji osoby piszącej. Dlatego tego wpisu właściwie miało nie być. Przykład myślenia dziecięcego: „a teraz uszereguję moje zabawki w kolejności od najukochańszej do najmniej ukochańszej, każda dostanie odpowiednią cyferkę i miejsce w szeregu, a te schowane do szafy będą płakać i tulić w rozpaczy pokiereszowane pluszowe serca”. Najbardziej brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne. Zapewne wiadomo o czym mowa, nawet bez Romana Ingardena (wspomniany onanizm przemyconej erudycji, czy zbłąkany osad nauki akademickiej?). Co by powiedział Roland Barthes? Subwersja, transgresja, wspólnoty interpretacyjne, dyskursy, dialektyka, post-pseudo-intelektualizm, frenetyczna hauntologia, nagrania terenowe, sound art., postmodernistyczny bricolage, ironiczna zabawa ironią, kasety, sonorystyka, fajerwerki!?

Ciekawą rzeczą byłaby meta-analiza różnych podsumowań. To dopiero pomysł na podsumowanie! Może w przyszłym roku…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PopUp nr 45 – garść recenzji i wywiad z Tomaszem Sroczyńskim

popupmusic_gwiazdka_duze

Jak być może niektórym czytelnikom Instytutu już wiadomo, oprócz prowadzenia niniejszego partyzanckiego bloga, wkładam sporo energii we współtworzenie internetowego magazynu PopUpMusic. Z dniem dzisiejszym kolejny, już 45 numer trafił do sieci, a wraz z nim kilkanaście recenzji muzycznych mojego autorstwa oraz wywiad z utalentowanym młodym skrzypkiem Tomaszem Sroczyńskim. Poniżej odsyłacze do konkretnych tekstów:

Anthony Brice – „Sound Of Obsession”

Aphex Twin – „Syro”

Battle Trance – „Palace of Wind”

Eklektik Ensemble/Punkt/Lutosławski Quartet – „Punkt Eklektik Session 01”

Hiss Tracts – „Shortwave Nights”

Infant Joy Quintet – „New Ghosts”

Irmler/Liebezeit – „Flut”

Made To Break – „Cherchez La Femme”

Malayeen – „S/T”

Tape – „Permanent Vacation”

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers”

Trzy Tony – „Efekt Księżyca”

Venetian Snares – „My Love Is A Bulldozer”

Wywiad z Tomaszem Sroczyńskim

Oczywiście zachęcam gorąco do zapoznania się z całością materiału jesiennego wydania PopUp’a – redakcja wykonała naprawdę świetną robotę jeśli chodzi o dobór tematów, stronę graficzną i edytorską. Po raz kolejny bardzo mi miło współtworzyć grono autorów tego magazynu.

Dobrej lektury i udanych odsłuchów!

Krzysztof Wójcik

Warszawa koncertowa-dwubrzegowa vol. 2.0

Czyli ciąg dalszy sążnistego wpisu vol. 1.0

 

Mikołaj Trzaska/Adam Witkowski w Muzeum Historii Żydów Polskich

20140904_174952

Wakacyjny cykl audiowizualny MHŻP „Kino_Muzyka_Lato” skupiający się na prezentacji przedwojennych niemych filmów z muzyką na żywo, był programem o tyle ciekawym, co fatalnie wypromowanym. Jakkolwiek wieczór z Mikołajem Trzaską i Adamem Witkowskim zebrał relatywnie spore grono odbiorców, tak na dwa tygodnie wcześniejszym występie Raphaela Rogińskiego muzeum wręcz świeciło pustkami. Szkoda, bo instytucja posiada audytorium o dobrej akustyce, a biletów na seanse nie zaliczyłbym do drogich. Nie w tym jednak rzecz.

Langfurtka – jak się okazało właśnie tak brzmi nazwa duetu – grała do filmu „Cud nad Wisłą” z 1921 roku, którego tematyka była o dziwo bardziej obyczajowa niż patriotyczna. Pomijając fakt, że film został zmontowany jedynie z ocalałych fragmentów taśmy, to fabuła obrazu była wręcz absurdalnie grubo ciosana, w związku z czym pozostawały jedynie walory czysto wizualne (ciekawe kadry, wczesne eksperymenty montażowe, różnice kolorystyczne wynikające z patchworkowego charakteru rekonstrukcji). Dużo obiecywałem sobie po tym seansie, zważywszy na jakość muzyki jaką Trzaska zrealizował do wielu projektów Wojciecha Smarzowskiego (z pewnością najmniej znany tytuł „Kuracja” – gorąco polecam!). Mając w pamięci doskonałe wykonanie „Róży” na OFF Festivalu spodziewałem się bardzo wiele i chyba zbyt wiele. Przede wszystkim zestawienie muzyków i filmu było zdecydowanie chybione – mam tu na myśli nieprzystające do siebie jakości muzyczne i wizualne. Brzmienie klarnetów i gitary elektrycznej samo w sobie tworzyło dość interesujący efekt (niekiedy zbliżony do ostatniej płyty Łoskotu), jednak muzykom ciężko było wpisać się w klimat filmu – właściwie najlepiej było zamknąć oczy. Warto podkreślić, że bez oprawy dźwiękowej Trzaski i Witkowskiego oglądanie „Cudu nad Wisłą” byłoby przeżyciem wręcz hardkorowym, nie na odwrót. Z obrazem najlepiej współgrały momenty muzyczne, w których słychać było tylko jeden z instrumentów. Gitara dość mocno przytłaczała brzmienie klarnetu i zbytnio dominowała nad całością, z kolei klarnet najlepiej wypadał w momentach niskich, intensywnych przesileń, a biorąc pod uwagę infantylizm i banał scenariusza podobne sekwencje nie zdarzały się za często. Myślę, że o wiele lepiej muzyka duetu wybrzmiałaby na przykład w asyście niemych dzieł niemieckiego ekspresjonizmu. W muzeum dysonans pomiędzy specyfiką wizji a fonii był zbyt wyraźny, a nijakość filmu brutalnie rzutowała na muzykę, która – siłą rzeczy – musiała odgrywać służalczą rolę wobec obrazu.

———————————————————————————————————————–

 

Tupika, Masecki/Moretti/Rogiński, Cukunft w Cafe Kulturalnej

Czyli przedostatni dzień tegorocznego cyklu Lado w mieście i występy składów w przeważającej mierze nieaktywnych już koncertowo i wydawniczo. Wieczór nabrał charakteru wspominkowego, nostalgicznego, jednak jeśli chodzi o poziom koncertów był to bodaj najbardziej wyrównany dzień spośród wszystkich „lad” jakie w tym roku widziałem.

20140827_221742

Koncerty zainaugurowała Tupika czyli trio Pawła Szamburskiego, Patryka Zakrockiego i Norberta Kubacza. Hipnotyczna, miarowa gra prostych partii kontrabasu była silnym kręgosłupem, na którym pląsały dość swobodnie klarnet i skrzypce, tworząc nastrojowe, senne dialogi z incydentalnymi żywszymi momentami. Współpraca na linii Zakrocki – Szamburski (czyli podzespołu Sza/Za) przebiegała bez zarzutu, muzycy doskonale wyczuwali swoje intencje, przy okazji czerpiąc z gry wyraźną frajdę. Solidny występ upstrzył bis, którego wysłuchałem z przyjemnością.

20140828_001016

W następnej kolejności zagrało supertrio Masecki/Moretti/Rogiński, które swego czasu nagrało spontaniczną koncertową płytę na Chłodnej 25. Jako że nie udało mi się wówczas zobaczyć składu na żywo, a o znakomitych występach tria od tamtego czasu zdążyła wręcz narosnąć miejska legenda, szykowałem się na coś specjalnego. Muzycy rozpoczęli koncert z bardzo dużą energią, która po sennej Tupice była mi tego dnia niezwykle potrzebna. Kąśliwa i kreatywna gitara Rogińskiego tworzyła znakomity drive, któremu towarzyszyło perkusyjne, mocne adhd Morettiego i dość ozdobnikowa, wręcz ascetyczna, lecz pewna gra Maseckiego na klawiszach. Nad wszystkim unosiła się nieco psychodeliczna aura lat 60., która jednak ewoluowała w przesilenia i momenty zdecydowanie współczesne, powiedzmy bardziej naspeedowane niż kwaśne. Występ pokazał, że to trio ma wielki potencjał, który zwyczajnie nie powinien zatrzymać się na albumie sprzed lat. Może przynajmniej jeszcze kilka koncertów?

20140828_003430

Cukunft wbrew moim oczekiwaniom zakończył wieczór występem bardzo energetycznym, czego nie sugerowałaby ostatnia melancholijna, solidna płyta „Wilde Blumen”. Prowadząca gitara Rogińskiego była solidnym, melodycznym fundamentem dla rozimprowizowanych klarnetów Szamburskiego i Michała Górczyńskiego, których widowiskowe, świdrujące dialogi były najbardziej charakterystycznym elementem koncertu. Występ, choć krótki, nadrabiał zwięzłość intensywnością przekazu. Szczerze mówiąc ta żwawa i głośna odsłona Cukunftu przypadła mi do gustu nawet bardziej niż wyciszone kompozycje z zeszłorocznego albumu – w każdym razie tego wieczoru miałem bardziej ochotę na klarnetowe szaleństwo. Dobrze się stało, że powyższe koncerty odbyły się w Cafe Kulturalnej, ponieważ ich charakter zdecydowanie lepiej pasował do przestrzeni zamkniętego klubu. Niestety na ostatni dzień Lada nie udało mi się dotrzeć, ponieważ wybrałem konkurencyjny event po prawej stronie Wisły…

——————————————————————————————————————————

 

Wojciech Jachna/Ksawery Wójciński + Susana Santos Silva/Torböjrn Zetterberg w Chmurach

20140829_215938

Dwa duety – jeden złożony z polskich uznanych i znanych mi muzyków, drugi portugalsko-szwedzki, przed rokiem wydany w prestiżowym lizbońskim Clean Feed. Wojciech Jachna jest chyba obecnie najbardziej aktywnym bydgoskim trębaczem, członkiem kolektywu Innercity Ensemble i połową duetu Jachna/Buhl (o którym już pisałem jakiś czas temu tutaj). Spotkanie Jachny z Ksawerym Wójcińskim, który szykuje się obecnie do wydania debiutanckiej solowej płyty i jest muzykiem wielu projektów, było ich pierwszym wspólnym graniem w duecie i na jednej scenie. Podobne sytuacje naznaczone są w równej mierze potencjałem co ryzykiem, jednak w tym wypadku więcej było słychać potencjału. Wójciński grając smyczkiem intensywne, wręcz drone’owe podkłady stwarzał bardzo dużo przestrzeni dla trąbki. Jachna kreślił raczej spokojne, choć meandryczne melodie, najciekawiej brzmiące z subtelnymi elektronicznymi pętlami. Set podzielony został na kilka odrębnych części, przypominających kompozycyjne szkice. Myślę, że ten projekt ma szansę rozwinąć się w ciekawą współpracę, szczególnie jeśli muzycy zaczną operować nieco bardziej radykalnymi środkami wyrazu. Te ostatnie były kanwą drugiej części wieczoru.

20140829_222718

Dość dużą egzotyką w perspektywie polskiej sceny jest kobieta grająca na trąbce. Osobiście nigdy nie widziałem na żywo tego instrumentu w damskich dłoniach. Swoboda i wyobraźnia z jaką Susana Santos Silva posługiwała się trąbką były naprawdę imponujące. Artystka dysponowała przeszywającym, świdrującym brzmieniem, a śmiałe sonorystyczne eksperymenty wydawały się bardzo samoświadome, dalekie od pustej popisówki. Podobnie kreatywne wykorzystanie tego „instrumentu dętego blaszanego” widziałem na koncercie Petera Evansa. Jest to granie bardzo nowoczesne, ekspresyjne, łamiące konwencjonalne brzmienie. Czasami podobne wyczyny sprawiają wrażenie przekombinowanych, jednak w grze Silvy i Torböjrna Zetterberga raczej tego nie wyczułem. Kontrabasista grając wedle podobnego stylistycznego klucza co trębaczka, w moim odbiorze był nieco mniej widowiskowy i jego gra schodziła trochę na dalszy plan, sama w sobie była też odrobinę mniej interesująca. Ciekaw jestem jak charakterystyczne brzmienie Silvy wypadłoby w towarzystwie kontrabasisty nieco bardziej stabilnego, wsłuchującego się nie tylko w swój instrument.

20140829_223709

Ogólnie rzecz biorąc pomysł zestawienia na jednej scenie dwóch duetów trąbka-kontrabas okazał się interesujący, jednak trochę żałuję, że nie doszło na przykład do wymieszania składów, co mogłoby dać znacznie bardziej nieoczekiwany efekt artystyczny. Mimo wszystko duże brawa dla organizatorów, którzy sprowadzili do Chmur tak znakomitych artystów. Koncerty były dobrym przykładem jak można wykorzystać potencjał miejsca przy ulicy 11 Listopada.

20140824_203136

——————————————————————————————————————-

Niniejszy dwuczęściowy tekst rozpoczął się narzekaniem na warszawską infrastrukturę klubową. Chociaż miniony, ostatni tydzień sierpnia pod względem interesujących eventów był dość bogaty i rozproszony, to można go określić wyjątkiem potwierdzającym regułę. Z perspektywy muzyki improwizowanej po prawej stronie Wisły funkcjonuje zaledwie jedno miejsce, które na takową jest otwarte z relatywną regularnością i są to właśnie Chmury. Być może z końcem roku sceną konkurencyjną stanie się po praskiej stronie „warszawska filia” bydgoskiego klubu Mózg, który z początkiem listopada rozpoczyna swą działalność. Natomiast jeśli chodzi o lewobrzeżną Warszawę to po zamknięciu Powiększenia, Kosmosu, Chaosu, wobec dość niestabilnej działalności Cafe Kulturalnej, zostają de facto dwa miejsca gdzie interesującą muzykę na żywo można usłyszeć z co najmniej cotygodniową regularnością. Mam tu na myśli mocniej osadzone w świadomości słuchaczy Pardon To Tu, oraz pozostająca trochę w cieniu (lecz prezentująca konsekwentny, ambitny program) Eufemia. Można zatem skwitować niniejszy tekst konstatacją „na zachodzie bez zmian”, chociaż w perspektywie jesienno zimowej odpadną jeszcze miejsca plenerowe… Cóż, pozytywne w tym kontekście jest wprowadzanie muzyki do stosunkowo młodych instytucji publicznych i takie programy jak „Co słychać” Muzeum Sztuki Nowoczesnej, czy wspomniany na początku tekstu cykl z muzyką do filmów w Muzeum Historii Żydów Polskich. W najbliższych dniach również intrygująco zapowiadający się Festiwal Przemiany w Centrum Nauki Kopernik. Powyższe instytucje nie wykonają jednak „pracy u podstaw”, która powinna przebiegać w tzw. „warszawskiej klubosferze”. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłości z podobnego terminu będzie można zabrać cudzysłów.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik