Fire!, Matana Roberts, Pękala/Kordylasińska/Pękala – czyli „warszaska proza koncertowa”

Tak w ogóle mógłby się nazywać ten blog, czyż nie?
„Jedziesz na Offa?” – ostatnio tym pytaniem atakują mnie rożne spotykane osoby, im bliżej końca lipca tym częściej. Odpowiadam, w zależności od sytuacji: a) nie mam nadmiaru kabony na przepicie i przejedzenie, b) nie mam siły i ochoty na całodzienne bieganie od sceny do sceny, c) Off? co tam w ogóle gra w tym roku?, d) w Warszawie mam koncertów pod dostatkiem. I chyba własnie ostatnia odpowiedz jest w tej całej offowej zawierusze najbardziej optymistyczna. Zwłaszcza, że ostatnio – w trybie jednostajnie przyspieszonym – maleje u mnie ciśnienie na przyswajanie muzyki na żywo w ilości hurtowej, niesprzyjającej uważnemu jej odbiorowi. W Warszawie w okresie wakacyjnym można sobie zorganizować przyjemny indywidualny festiwal, chodząc na koncerty to tu, to tam, na luzie. No i można przy tym spełniać przyjemne obowiązki patronackie… (sesesese)

Fire!

Nie żebym kompletnie deprecjonował Offa. Na przykład takie Fire! usłyszałem po raz pierwszy na żywo właśnie podczas katowickiej imprezy trzy lata temu i był to jak dla mnie jeden z najlepszych koncertów tamtej edycji. A w tym roku proszę bardzo – Fire! gra w Warszawie za darmo. Na dodatek miał być to koncert plenerowy, ale niestety fałszywe prognozy pogodowe pokrzyżowały te plany i ostatecznie trio zagrało w upiornie nagrzanej Cafe Kulturalnej. Cóż, jak ogień, to ogień.

Ostatnim razem oglądałem Skandynawów na tej samej scenie w PKiN, mniej więcej rok temu z okazji festiwalu Match&Fuse. W tym roku zespół przywiózł jednak ze sobą nowy znakomity materiał z wciąż jeszcze ciepłego albumu „She sleeps, she sleeps„. Stosunkowo wyciszone ostatnie kompozycje w wersji koncertowej nabrały typowej dla Fire! mocy. Chyba już to gdzieś pisałem, ale w muzyce Gustafssona najbardziej cenię sobie pełne zaangażowanie, determinację w kondensowaniu muzycznej energii, granie na 100% możliwości, zachowujące jednocześnie formalną powściągliwość. Fire! oparte na potężnym groove’ie (doskonała sekcja) i gęstniejących repetycjach, sprawia, że koncerty w mgnieniu oka zmieniają się w rodzaj porywającego, ekstatycznego rytuału. (Nomen omen, ostatnia płyta Fire Orchestra! nosi właśnie tytuł „Ritual„). W Cafe Kulturalna można było zaobserwować znany z lekcji chemii fakt, że paliwem dla ognia jest tlen. Było go w klubie z każdą minutą coraz mniej, a Fire! grali coraz intensywniej i nawet starczyło im energii na bis. A lekko podduszona publika (ta frekwencja, wow!) nie szczędziła zespołowi w pełni zasłużonych braw.

Mając już „wspólną przeszłość” z Fire!, nie pchałem się w oko cyklonu i oglądałem koncert z dystansu (jak na nikczemnej jakości fotce, sorry), a pozwalało na to świetne nagłośnienie. Jak się okazało muzyka Skandynawów sprawdza się równie dobrze w roli tła. Tak jak z ogniem, w który można się wgapiać godzinami, ale można też po prostu przyjemnie posiedzieć, pozwolić by grzał. Mimo ekstremalnych warunków temperaturowych, koncert udał się znakomicie i zdecydowanie podtrzymuję opinię, że to mój ulubiony zespół Matsa Gustafssona.


Raptem kilka dni wcześniej, na tej samej scenie, w Cafe Kulturalnej, wystąpiła wyjątkowa artystka amerykańska – Matana Roberts. Saksofonistka od kilku lat realizuje monumentalny, w założeniu 12-albumowy cykl „Coin Coin„, w którym za pomocą muzyki i słów przedstawia wielowątkową, autorską wizję historii (czarnej) Ameryki, w mocnym oparciu o doświadczenia osobiste, własnej rodziny, przodków. Jak dotąd poznaliśmy trzy rozdziały tej opowieści, z których ostatni „River Run Thee” uchodzi za najbardziej eksperymentalny, oddalony od jazzu w stronę elektroniki, organicznych sampli, przeplatanych słowną/saksofonową narracją. Właśnie ten program artystka zaprezentowała w Kulturalnej, wzbogacając swój performance klimatycznymi czarno-białymi wizualizacjami.

Matana Roberts

Koncert pokazał jak bardzo charyzmatyczną osobą jest Matana Roberts, z jak dużą łatwością potrafi skupić maksimum uwagi odbiorców na przekazie dalekim od oczywistości, banału, easy-listeningu. Artystka nawiązała już na wstępie świetny kontakt z publicznością, angażując nas w skandowania haseł, w aktywne uczestnictwo w występie. Dzięki temu dosyć ciężka, enigmatyczna warstwa muzyki, dźwięków, narracji, zyskiwała na komunikatywności i sile, a publiczność mogła poczuć rodzaj wspólnotowości inny niż w sytuacji zwyczajnego koncertu. Bardzo się cieszę, że Matana wplotła w występ swoją kompozycję z pierwszej części cyklu Coin Coin, a mianowicie „I am”. Jak głosi pewna teza, której autorstwo nie ma większego znaczenia, muzyk na scenie przede wszystkim odgrywa siebie (powiedzmy, że prezentuje własną wizję siebie). Matana Roberts jest na tyle intrygująca postacią, artystką, że oglądanie jej na żywo jest doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału „Coin Coin”. Roberts należy do tego typu oryginalnych twórców, po których spodziewać się można absolutnie wszystkiego i zawsze warto czekać na kolejne wypowiedzi żeby się z nimi po prostu zmierzyć.

Na support w wykonaniu Wacława Zimpla spóźniłem się, a nie lubię słuchać koncertów od połowy (jakie by one nie były). Ciekawe jest natomiast zjawisko jak bardzo solowa aktywność klarnecisty spolaryzowała odbiorców. Osobiście bliżej mi do stanowiska jakie zajął Piotr Lewandowski, jakkolwiek sądzę, że Zimpel jeszcze nie jednym nas zaskoczy, ponieważ jest muzykiem bądź co bądź poszukującym (o czym w pewnym sensie świadczy także tegoroczne „Lines”). Ale szukać nie zawsze znaczy odnajdywać.

Pękala-Kordylasińska-Pękala

Do Kulturalnej trafiłem wprost z Placu Zabaw, kolejnego czwartkowego Lado w Mieście, gdzie wysłuchałem bardzo ciekawego (i wizualnie atrakcyjnego) koncertu Miłosza Pękali i Małgorzaty Kordylasińskiej-Pękali na instrumenty perkusyjne i elektroakustyczne. Muzycy doskonale panowali nad spójnością narracji, co nie jest niczym zaskakującym biorąc pod uwagę perfekcję warsztatu. Występ zwiastował nadejście albumu duetu, na którym można usłyszeć oryginalne interpretacje utworów m.in. Franka Zappy, Felixa Kubina, Steve’a Reicha, ale też jedną kompozycję spod ręki Miłosza Pękali. Cóż, koncert był na tyle dobry, że z wielką przyjemnością sięgnę po płytę (czyli zadanie pt. „promocja albumu na żywo” wykonane na 5).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Już w czwartek 28.07 kolejne Lado w Mieście, na Placu Zabaw zagra Złota Jesień i Oren Ambarchi. Instytut poleca.

Reklamy

Echoes of Yul (Ucho Gmachu #2) / Bachorze (Chrobot #13)

Ucho Gmachu, cykl koncertów w warszawskim Muzeum Narodowym, skłania do refleksji nad relacją przestrzeni i dźwięku, nad rolą kontekstu miejsca dla percypowania muzyki.  Po występie duetu HATI w Galerii Faras (relacja), Echoes of Yul zagrało w Galerii Sztuki Średniowiecznej w otoczeniu oryginalnych Chrystusów, Matek Boskich, świętych i męczenników w wersjach 2 i 3D.

DSCF6979

Echoes of Yul to de facto projekt jednego człowieka, Michała Śliwy. Muzyka EoY jest dość oryginalną mieszanką post rocka (moje skojarzenia wiodą do Mogwai), metalowych, mocniejszych uderzeń, ale też bardziej melancholijno-impresyjnych tematów melodycznych, odwołujących się do ambientu. Narracja budowana przez Michała Śliwę jest złożona z wielu elementów, ma duży potencjał ilustracyjny, słuchając chociażby ostatniej płyty „The Healing” (klik) w głowie pojawiają się obrazy, wyobraźnia zaczyna pracować. Konfrontacja dźwięków Echoes of Yul z przestrzenią silnie oddziałującą na odbiorcę warstwą wizualną, można uznać za posunięcie inteligentne, choć ryzykowne.

20160426_201840

Średniowiecze nie jest moim ulubionym okresem w historii sztuki (z kilkoma wyjątkami, abstrahującymi od przedstawień stricte sakralnych), w związku z tym podejrzewałem, że skupię się głównie na muzyce. Tymczasem niespodzianka. Właściwie przez 95% czasu trwania godzinnego koncertu przemierzałem sale Muzeum Narodowego, przypatrując się sztuce średniowiecznej, która dzięki futurystycznym, mrocznym dźwiękom Echoes of Yul, nabrała ciekawszego, niepokojąco-groteskowego charakteru. Pogwałcenie mitycznej (kościelno-)muzealnej ciszy okazało się zbawienne dla odbioru eksponatów, które zaczęły angażować uwagę bardziej niż sama muzyka. Koncert pełnił tutaj istotną funkcję katalizatora, umożliwiającego unikalne przeżycie audiowizualne, z gatunku „site specific”. Relacja muzyki i przestrzeni okazała się komplementarna i silniej oddziałująca niż pojedyncze elementy składowe. Zadziałała synergia, która (jeśli dobrze odczytuję ideę Ucha Gmachu) pozwoliła na poszerzenie doświadczenia muzealnego, na zmianę perspektywy odbioru. W moim przypadku zdecydowanie się udało, chociaż zwykle gdy odwiedzam galerie/muzea samotnie, to mam na uszach słuchawki – rodzaj niegroźnego zboczenia, które „serdecznie polecam”. Szczególnie w obliczu nadchodzącego majowego armagedonu pt. Noc Muzeów. Uwierzcie mi, jako ex-muzealnik wiem co mówię.

[kolejny koncert w cyklu Ucho Gmachu zagra Akpatok Ensemble 17 maja w Galerii Dawnego Malarstwa Europejskiego / wstęp wolny, ale liczba miejsc ograniczona, obowiązują zapisy, a ich start 4 maja o 19 TU]


Trio Bachorze na Chrobocie #13

Bachorze

Kolejnym muzycznym cyklem, o którym słów kilka, jest Chrobot (fb), organizowany przez Miłosza Pękalę, członka zespołu Kwadrofonik w sali prób przy Aktywnym Domu Alternatywnym, ADA Puławska. Koncerty-Chroboty odbywają się z mniej więcej miesięczną regularnością i każdorazowo prezentują co najmniej dwa występy, dokumentowane w formie nagrań audio/wideo (jakiś czas temu pisałem o edycji nr 8 tutaj). Niestety nie zdążyłem na pierwszą część wieczoru, czyli Chrobocik (Feliks Zemler z ojcem Hubertem), ale udało mi się dotrzeć na cały koncert młodego poznańskiego składu o wdzięcznej nazwie Bachorze.

Bachorze - Okoły Gnębione Wiatrem

Kaseta „Okoły gnębione wiatrem” (klik), wydana przez trio w labelu Pawlacz Perski, to bardzo intrygująca, nastrojowa mieszanka popsutego bluesa, noise’u, drone’ów i free impro. Więcej o tym wydawnictwie napisałem do nowego PopUpMusic.pl, którego premiera już niebawem, zatem tyle o samej kasecie (chociaż już teraz polecam). Zachęcony nagranym materiałem, byłem bardzo ciekaw jak Bachorze brzmi na żywo. Występ na Chrobocie był ostatnim podczas krótkiej trasy promującej „Okoły…”, które w sali przy Puławskiej 37 gnębił nie tyle wiatr, co nieprzewidywalny wiosenny chłód. Temperatura rzeczywiście trochę utrudniała grę, niemniej Bachorze zagrali przyzwoity, około 40 minutowy set.

Podobała mi się w tym koncercie wrażliwość muzyków na budowanie wspólnego brzmienia, dokładanie własnych elementów (preparowana gitara/saksofon barytonowy/syntezator modularny) było skoncentrowane na tworzeniu demokratycznego, brudnego strumienia dźwięków.  Bachorze grają w dużym skupieniu, a pojawiające się tematy zmierzają w rozwinięciach ku abstrakcji, instrumenty zatracają cechy dystynktywne, zaczynają po prostu wydawać odgłosy wpisujące się w duszny, transowy klimat całości. Brzmienie tria było momentami na tyle gęste, że niemalże popadało w ślepą uliczkę „permanentnego nagromadzenia” i tu paradoksalnie lekarstwem okazało się kolejne, niespodziewane źródło dźwięku – Miłosz Pękala subtelnie dogrywający niskie akordy na fortepianie. Odniosłem wrażenie, że sami muzycy dopiero po chwili zorientowali się, że mają w składzie jednego pasażera na gapę, niemniej podeszli do sytuacji profesjonalnie i rozwinęli całość w potężny, posępny finał. Bardzo fajny mini-niuans na zakończenie intensywnego koncertu.

Bachorze zdecydowanie mają potencjał, a ich estetyka dobrze wpisała się w eksperymentalny program Chrobotu. Podczas kolejnej, 14 edycji zabrzmi m.in. kompozycja „In C” Terry’ego Rileya, w której wykonaniu mają uczestniczyć wszystkie osoby zgromadzone w salce przy Puławskiej… Zatem warto trzymać rękę na pulsie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

BONUS: „Statement 2016, czyli 2 zdania na 2 urodziny Instytutu Improwizacji”

Teksty na tym blogu odpowiadają  zwykle (na swój sposób) na 3-4 pytania: „Co?”, „Gdzie?”, „Jak? / Dlaczego?”. W ten sposób uprawiam aktywną krytykę uczestniczącą, dla której kategorie czasu i miejsca mają zasadnicze znaczenie.

Slalom w Pardon To Tu / premiera płyty

Slalom + goście

Zasadniczo można wyróżnić co najmniej kilka rodzajów slalomu. Slalom, dawniej nazywany slalomem specjalnym, to dyscyplina narciarska „o proporcjonalnie największej liczbie zmian kierunku jazdy” (za wiki). Mamy też slalom gigant, czyli coś pomiędzy zjazdem a slalomem – tutaj tyczki, a właściwie bramki, rozstawione są znacznie rzadziej. Trzeci slalom, prawdopodobnie najbardziej powszechnie uprawiany, to slalom pijacki, dla którego przeszkody i częstotliwości zmian kierunków bywają już nieprzewidywalne. Dziś opiszę jednak Slalom warszawski. Trio (Bartek Tyciński, Bartosz Weber i Hubert Zemler) wydało w ostatnich tygodniach drugą płytę „Wunderkamera” (bandcamp) i zaprezentowało premierowy materiał na koncercie w Pardon To Tu w asyście gości.

Debiutancki album „Slalom” sprzed dwóch lat plasował się bliżej giganta, zawierał cztery długie gitarowo-elektroniczne utwory o swobodnej strukturze, płynące na mocnym perkusyjnym drive-ie, zbaczając częstokroć w terytoria nieprzewidywalne, pozornie poza trasą. Tym razem zespół postawił na krótsze, bardziej zwarte formy, o większej dyscyplinie strukturalnej, choć zdecydowanie nie wyzbył się szaleństwa. „Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Podstawą znakomitej większości utworów są proste melodyjki, przypominające odrobinę ścieżki dźwiękowe do old-schoolowych gier komputerowych. Obok nich pojawia się rozbujana gitara, trochę kowbojska, trochę hawajska. W tle dudni solidna, motoryczna perkusja, być może najbardziej stabilny element muzycznej układanki, która nieustannie podlega modułowym modyfikacjom i dekonstrukcjom. Kompozycyjne eksperymenty Slalomu nie podważają jednak w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru. Jednocześnie ilość niuansów brzmieniowych pojawiających się to tu, to tam, pozwala smakować tę muzykę z zadowoleniem (i zaskoczeniem) wielokrotnie. Slalom stawia też w impasie recenzenta, który chciałby przyporządkować zespół do konkretnego stylu, gatunku. Trio wymyka się, finezyjnie lawiruje między tyczkami „eksperyment”, „post-rock”, „elektronika”, „country”, „psychodelia”, „krautrock”, właściwie jest już na mecie zanim zdążymy się zastanowić czego właściwie słuchamy. I tutaj tytuł „Wunderkamera”, odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny, który na koncercie zyskuje dodatkowej łobuzerskiej siły rażenia.

Slalom - Wunderkamera

Pod koniec do Slalomu przyłączył się Miłosz Pękala na instrumentach perkusyjnych, wzbogacając brzmienie tria o kolejną rytmiczną warstwę. Po chwili na scenie Pardon To Tu pojawiła się także Joanna Halszka Sokołowska, której wyjątkowe umiejętności wokalne można usłyszeć na płycie w utworze „Delphinne”. Zapraszając takich gości można jedynie podnieść walory występu. Było to znakomite zwieńczenie bardzo energetycznego, wręcz rozrywkowego koncertu. I może właśnie tutaj ocieramy się o sedno? Slalom na „Wunderkamerze” pokazuje, że muzyczna rozrywka może być osobliwa, inteligentna i ambitna, pozostając przy tym świetną zabawą, której ciężko się nie poddać. Ja się poddaję.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Chrobot #8 w ADA Puławska (Futoma, VTR / Rychlicki, Szpura)

Futoma

Dziś opowiem o zjawisku, które wydarza się w Warszawie już od jakiegoś czasu, jednak po raz pierwszy przyszło mi w nim uczestniczyć (i już wiem, że z pewnością nie ostatni). Chrobot to cykliczne koncerty organizowane w mokotowskiej Adzie Puławskiej. Miejsce od ponad roku wskrzesza muzycznego ducha, który przed laty tętnił pod tym adresem w czasach Galerii Off. Przestrzenią dla Chrobotu jest niewielka sala, znajdująca się za pierwszymi drzwiami po prawej, gdy miniemy już kratę w bramie Puławska 37. Sala służy przede wszystkim warszawskim muzykom za miejsce prób, natomiast koncerty zdarzają się przy okazji. Po poniedziałkowych występach liczę, że podobnych okazji będzie coraz więcej.

Co do muzyki przedstawianej w ramach Chrobotu, to właściwie nazwa cyklu mówi sama za siebie. Dźwięki eksperymentalne, współczesne, poszukujące, futurystyczne. Podczas pierwszego audiowizualnego, elektronicznego koncertu cząstka „robot” wydawała mi się zdecydowanie dominująca. Futoma to pseudonim Miłosza Pękali, niezwykle utalentowanego perkusisty, o którym niejednokrotnie już na łamach Instytutu pisałem. Okazuje się, że Pękala jest nie tylko wszechstronnym muzykiem, ale także sprawnym organizatorem/animatorem, ponieważ to właśnie on zainicjował cykl Chrobot, na którym dotychczas występował najczęściej. Podczas niespełna 10 wieczorów koncertowych w Adzie pojawili się artyści rozmaici, m.in. Krzysztof Knittel, Władysław Komendarek, Gerard Lebik, Wojciech Traczyk, Hubert Zemler, Piotr Zabrodzki (klik). Zatem dość szerokie spektrum line-up’owe.

Koncert Futomy poprzedził Pękala krótkim wstęp-o-witaniem, kurtuazyjnie błogosławiąc kameralne okoliczności wydarzenia (absolutnie się zgadzam). Muzyk ubrany w koszulkę z napisem „Star Trek” trochę przypominał serialowego Spocka. Ten kontekst okazał się jeszcze silniejszy, gdy Pękala usiadł za konsoletą na tle kosmicznych wizualizacji VTR (czyli Wiktora Podgórskiego). Występ Futomy składał się z dwóch części. Pierwsza operowała przede wszystkim cyrkulującym drone’m o zmiennej intensywności, który wchodził w ciekawą reakcję zarówno z przestrzenią akustyczną sali, jak i z minimalistyczną oprawą wizualną. W efekcie powstała psychodeliczna kombinacja przypominająca trochę lot Dave’a z końcówki „Odysei Kosmicznej”(klik), choć zarówno pod względem muzycznym jak i optycznym była to hybryda dużo bardziej stonowana, subtelna i na tym poziomie fascynująca. Gapiłem się w ekran projektora jak zaklęty, a delikatnie ewoluująca narracja Pękali wprowadzała w przyjemny trans, który mógłby trwać bardzo długo bez ryzyka nudy. Drugi set był bardziej dynamiczny, warstwa audio została poszerzona o różnorakie struktury rytmiczne, bitowe, noise’owe, podobnie wizualizacje zaczęły operować mocniejszymi akcentami w dystrybucji obrazów. Całość występu Futomy i VTR nie trwała dłużej niż pół godziny, lecz tyle czasu absolutnie wystarczyło artystom żeby zaprezentować się od znakomitej strony jeśli chodzi o budowanie wciągającej wypowiedzi i przemyślane podejście do eksperymentu.

Rychlicki-Szpura

Druga część wieczoru należała do Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury. Panowie grają wspólnie od dłuższego czasu. Osobiście widziałem ich na scenie wielokrotnie, lecz zawsze w formacie trzyosobowym (w Lotto z Mike’iem Majkowskim, we Free Gate z Mikołajem Trzaską i raz w trio z Piotrem Kurkiem). Jak się okazało nieobecność trzeciego ogniwa nie stanowi dla Szpury i Rychlickiego większego problemu. Muzycy zagrali w Adzie krótki, ale treściwy, galopujący set, który można określić hasłem „impro-free-noise” (jeśli ktoś koniecznie chciałby określać). Duet wyładował energię w sposób bezkompromisowy, tworząc jednostajną kulminację, narrację hałasu, przekrzykujące się kaskady dźwięków gitary i perkusji. W tej muzyce nie było miejsca na intelektualne podejście, chodziło o żywioł, afirmację swobody i świetnego zgrania, bez którego podobny set okazałby się klapą. Dało się też odczuć, że muzycy w formie krótkiego, pełnokrwistego sparingu eksperymentują z technikami i patentami wykorzystywanymi na co dzień przy okazji różnych innych składów, jenak przepuszczając je przez ekstremalną soczewkę. Muzyczny ekwiwalent action painting, ale bardziej w stylu Burroughsa, czyli strzelanie ze strzelby w puszki z farbą, zawierzenie intuicji. Rychlicki i Szpura również zagospodarowali na występ około pół godziny – zaprezentowana estetyka „tour de force” zdecydowanie nie wymagała dłuższej formy.

Cały Chrobot trwał w sumie jakąś godzinę, lecz pokazał naprawdę rozległy wachlarz brzmień, a kameralna atmosfera wydarzenia sprzyjała przyswajaniu. Fantastycznie, że takie rzeczy dzieją się w Warszawie, że są poligony doświadczalne, gdzie za darmo można obserwować jak hartuje się muzyczna stal. Jestem pewien, że jeszcze nie raz stawię się na Chrobocie i zalecam to wszystkim, którzy są ciekawi niestandardowego podejścia do dźwiękowej materii.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Hubert Zemler solo w Mózgu Powszechnym

Hubert Zemler 1

Koncerty na perkusję solo to doświadczenia równie ekscytujące, co „egzotyczne” – stosunkowo rzadkie i stąd wyjątkowe. Perkusja niesłusznie, po macoszemu, spychana jest często przez świadomość (podświadomość?) słuchaczy do roli tła, bądź elementu, który z łatwością zastąpić można elektroniką. Tymczasem perkusiści – i Hubert Zemler jest tego doskonałym przykładem – posiadają własny muzyczny język, niekiedy bardzo oryginalny i czasami w pełni samowystarczalny. W warszawskim Mózgu ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że dźwięki płynące ze sceny są w jakikolwiek sposób niekompletne. Przeciwnie – porażały swą dokładnością i precyzją układu.

Koncert był pierwszym występem Zemlera na mini-trasie promującej świeżo wydany solowy album „Gostak & Doshes” (klik), drugi już krążek w dyskografii muzyka. Płyta w odróżnieniu od poprzedniczki nie została nagrana w sytuacji koncertowej, dlatego wieczór w Mózgu miał charakter premierowy (nie licząc krótkiego telewizyjnego nagrania z okazji 10-lecia Lado ABC). Przestrzeń praskiego klubu okazała się idealnym, kameralnym kontekstem dla prezentacji subtelnie niuansowanego, skoncentrowanego w dużej mierze na brzmieniu programu Zemlera.

Hubert Zemler 2

Scena niemalże w pełni została wypełniona zestawem perkusyjnym, metalofonem, gigantyczną marimbą i wibrafonem. Zemler podczas występu ograniczył się praktycznie w stu procentach do zaprezentowaniu materiału z najnowszej płyty, choć słowo „ograniczył” w kontekście wieczoru ma zbyt pejoratywny odcień. Perkusja pełniła funkcję narracyjną w sposób linearny i niezwykle wyważony, a poszczególne elementy zestawu pokazywały jak dużym spektrum brzmień instrument dysponuje. Zemler imponował świetnym wyczuciem w stopniowaniu napięcia i intensywności gry, przechodził od partii skrajnie wyciszonych do okazjonalnych nawałnic, które przez kontrast zyskiwały tym większe znaczenie. Niekiedy muzyka miała też charakter twardy, motoryczny i transowy, przypominając trochę poczynania perkusisty w duecie Piętnastka, jednak w perspektywie całości występ odczytywałbym jako bardziej wyciszony i poukładany. Śledzenie poszczególnych drobnych akcentów i polirytmii, czasami wręcz niezauważalnie dawkowanych, było pasjonującym widowiskiem, dzięki czemu skupienie i koncentracja przychodziły tego wieczoru naturalnie i były czystą przyjemnością. O tym, że można się było zatopić w brzmieniu zaświadczył sam Miłosz Pękala, który tak wsiąkł w muzykę, że niemal zapomniał o dołączeniu do Zemlera z partią wibrafonową. Gościnny udział jedynego muzyka, który zagrał też na płycie, był dla koncertu bardzo dobrym urozmaiceniem. Pękala fantastycznie uzupełnił Zemlera w hipnotycznym, nieco kołysankowym duecie na marimbę i wibrafon (fragment udało się uchwycić na filmiku pod tekstem), co korzystnie przysłużyło się stopniowaniu dramaturgii całości.

Zemler_Pękala

Bis w kontekście stosunkowo krótkiego, lecz pełnowartościowego występu, był jak najbardziej pożądany. Podczas dogrywki zabrzmiał Steve Reich („Music For Pieces Of Wood”), kompozytor, którego minimalistyczno-etniczna estetyka do pewnego stopnia unosiła się gdzieś w tle już od samego początku. Muzyka Zemlera podobnie jak niektóre utwory Reicha ma charakter pączkujący – wychodzi od mikrośrodków i procesualnie zmierza do formy okazałej, choć lekkiej, skomplikowanej, lecz złożonej ze, zdawać by się mogło, oczywistych elementów.

Słuchając takich koncertów można odnieść wrażenie, że w swym skupieniu na poszczególnych dźwiękach pełnią funkcję wręcz edukacyjną i poszerzają wrażliwość słuchacza na to, co audialne. Kontemplacja jednego instrumentu – jeśli tylko jest on we właściwych rękach – może być równie fascynująca co oglądanie dobrze zgranego zespołu czy nawet całej orkiestry. Czasami wystarczy po prostu muzyk wyjątkowo zgrany z instrumentem. I tak było w Mózgu.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kompilacja fragmentów koncertu:

Warszawa elektroniczna: Fennesz, Kubin, Karkowski, Xenakis

IMG_8635

Miniony tydzień był dla miłośników muzyki elektronicznej niezwykle hojny. W trzech różnych miejscach w Warszawie, na przestrzeni zaledwie kilku dni można było zapoznać się z rozmaitymi koncepcjami współczesnej elektroniki. Od ambientu po noise, od wykonań solowych po ośmioosobowy chór. Od kameralnej scenerii klubu przez otwarty plener aż po majestat muzealnego audytorium. Specyfika poszczególnych występów była na tyle wyrazista, że wspólne ich rozpatrywanie jest równie karkołomne, co fascynujące. Zachowajmy jednak pozory chronologii, analizę pozostawiając aktywnej roli odbiorcy.

Fennesz w Pardon To Tu (dzień pierwszy)

Cykl „2 Nights With…” skupiony jest wokół pogłębionego prezentowania artystycznych osobowości w formacie rozciągniętym na dwa wieczory koncertowe. Dotychczas rezydentem „2 Nights with…” był m.in. Peter Brötzmann, Michael Gira, Joe McPhee, czy Michael Zerang. Fennesz pośród tego w znakomitej większości jazzowego towarzystwa jawił się, jako zagubione elektroniczne ogniwo, ying dla stylistycznego yang Pardon To Tu. Austriak przyjechał do Warszawy owiany nimbem sławy innowatora europejskiej muzyki elektronicznej, dla której Wiedeń od przynajmniej dwóch dekad jest adresem szczególnym. Jakkolwiek obcowanie z płytą „Bécs” nie podniosło mi ciśnienia w stopniu wysokim, jaki sugerować mogły entuzjastyczne recenzje, zobaczenia Fennesza na scenie nie potrafiłem sobie odmówić.

20140819_205554

Wieść gminna o niefortunnym charakterze pierwszego wieczoru z muzyką Austriaka dotarła już z pewnością do większości zainteresowanych. Spektakularnie spalony limiter dźwięku okazał się najbardziej charakterystycznym epizodem koncertu, jednak to nie problemy techniczne położyły się cieniem na całości występu, lecz zły rodzaj gwiazdorstwa, którym muzyk starał się przysłonić ewidentny brak pomysłu na kontynuowanie gry w sytuacji – nazwijmy to – kryzysowej. W moim odbiorze artyście – szczególnie cieszącemu się taką opinią jak Fennesz – po prostu nie wypada zrzucać odpowiedzialności wykonawczej na swój (czy też klubowy) sprzęt. Można wyobrazić sobie sytuację, w której problemy techniczne zostałyby potraktowane w sposób kreatywny, zmuszając muzyka do zepchnięcia występu na nieco inne, zaskakujące tory. Fennesz ostatecznie spróbował pójść tą drogą jednak towarzyszyło mu przy tym nadąsanie primabaleriny, której talent w niewygodnych pantofelkach nie jest w stanie wybrzmieć w pełnej krasie. Przerwanie koncertu, które wisiało na włosku, byłoby już zupełnym kuriozum, jednak ostatecznie artysta – nie kryjąc niezadowolenia – podjął wyzwanie. Zmysł improwizatorski został u Austriaka wystawiony na ciężką próbę, z której obronną ręką udawało mu się wyjść z rzadka w sposób nazwijmy to umiarkowany. Fennesz z gitarą, pozbawiony asysty mocarnych dźwięków płynących z macbooka, brzmiał jak artysta jeden z wielu. Przypuszczam, że mógł się zdecydowanie bardziej postarać. Muzykę przyćmiła technologia, która mimo specyfiki gatunku, powinna być na drugim miejscu. Postawa z pewnością niegodna artysty określanego niekiedy mianem geniusza. Dawno nie słyszałem w Pardon To Tu tak zachowawczych, a zarazem adekwatnych do sytuacji braw. Mam nadzieję, że drugi dzień z Fenneszem przyćmił pierwszy w pozytywnym tego słowa znaczeniu, jednak mój kredyt zaufania uległ wyczerpaniu i środowy wieczór zaplanowałem zgoła inaczej. Pełna zgoda z Piotrem Lewandowskim: „Po tym wieczorze muzyka Fennesza jest dla mnie w jeszcze większym stopniu zjawiskiem studyjno-płytowym”. Mimo wszystko było to interesujące doświadczenie.

—————————————————————————————-

 

Felix Kubin na Placu Zabaw

Kubina po raz pierwszy – i do niedawna ostatni – widziałem na mysłowickim jeszcze OFF Festivalu w 2008 roku i wówczas Niemiec zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Mieszanina retro-futuryzmu, groteski i performerskiego zacięcia dopracowana w najdrobniejszym szczególe okazała się tak magnetyczna, że po sześciu latach pełen ekscytacji udałem się na Plac Zabaw. Nie wiem nawet czy bardziej chciałem zobaczyć jak zmienił się Kubin, czy moje odbieranie tego typu muzyki. Koncertowa podróż sentymentalna? Powiedzmy.

20140820_211722

Dzień przed koncertem opisywałem Kubina znajomemu, jako „zagubione ogniwo Kraftwerku” i muszę przyznać, że jestem z tej metafory całkiem zadowolony. Zwariowany Niemiec całymi garściami czerpie z pięknej elektronicznej tradycji swego kraju, umiejętnie balansując pomiędzy brzmieniowym wysmakowaniem, eksperymentem, popową chwytliwością i quasi-teatralnym wizerunkiem scenicznym, który plasuje go gdzieś na przecięciu „Metropolis” Fritza Langa i statku Enterprise. Festynowa, luźna sceneria Placu Zabaw ostatecznie okazała się idealną przestrzenią dla tego elektronicznego prestidigitatora, chociaż myślę, że socreal Cafe Kulturalnej dodałby stylistyce Niemca jeszcze większej pikanterii.

Felix Kubin jest „muzykiem elektronicznym” (jak sam się przedstawił), który posiada dość nietypowe dla gatunku cechy showmana, dzięki czemu koncerty artysty nie ograniczają się do oglądania „człowieka grającego na komputerze w pasjansa w towarzystwie dźwięków”. Koncert Niemca był doświadczeniem porywającym. Kubin oprócz pantomimicznej ekspresji scenicznej pokazał się od dobrej strony wokalnej, nie mówiąc już o purnonsensowej konferansjerce, którą poprzedzał niemal każdy numer. Repertuar zaprezentowany na Placu Zabaw miał charakter dość przekrojowy, publiczność mogła usłyszeć muzykę, którą artysta napisał jeszcze w latach 80., introwertyczną (i znakomitą!) wersję „Hello” Lionela Richie, czy wreszcie swój „most commercial track”, rewiowy „There is a garden”, podczas którego Kubin pochwalił się tańcem z mikrofonem, którego nie powstydziłby się sam Jerzy Połomski. Oprócz tego typu szlagierów nie zabrakło miejsca na kawałki z najnowszej „Zemsty Plutona”, jak i na kompozycje bardziej eksperymentalne, mieszające techno z absurdalnym samplingiem. Te ostatnie pozwalały przypuszczać, że Niemiec śmiało mógłby zaserwować słuchaczom „wysmakowanę awęgardĘ”, jednak szczęśliwie nie pozwolił na zwycięstwo pozerki nad spontanicznością, która akurat w jego przypadku jest wystarczająco oryginalna i nowatorska.

20140820_220452

Po koncercie na Placu Zabaw jestem przekonany, że Felixa Kubina trzeba traktować, jako „whole package”. Muzyka, wizerunek, sceniczna ekspresja – wszystko to łączy się u artysty na zasadzie specyficznej, karnawałowej logiki, która uświęca wszelkie ewentualne błędy, a z postmodernistycznej niekonsekwencji czyni stylistykę. Adekwatna strategia artystyczna do imprezy, jaką jest jubileusz Lado ABC. Świetny koncert zarówno w muzycznym, jak i intelektualnym wymiarze.

 

—————————————————————————————————-

Karkowski, Xenakis w Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Ostatnie spośród opisywanych w tym tekście wydarzeń obdarzone jest największym ciężarem gatunkowym. Noise, muzyka współczesna, powaga państwowej instytucji kultury, teoretyczne wstępy przed wykonaniami, wreszcie próba zmierzenia się z dziedzictwem artystów niezwykle zasłużonych dla muzyki współczesnej.

Cykl „Co słychać” (towarzyszący wystawie „Co widać”) jest właściwie pierwszą inicjatywą Muzeum Sztuki Nowoczesnej, która zogniskowana została całkowicie wokół problematyki audialnej, co jest ważnym precedensem, który mam nadzieję doczeka się kontynuacji. Na przestrzeni kilku koncertów zespół kuratorski przedstawił stosunkowo szerokie – choć zdecydowanie wybiórcze – spektrum intrygujących zjawisk w muzyce polskiej. Spośród dotychczasowych wydarzeń „Co słychać” próba prezentacji i zestawienia twórczości Iannisa Xenakisa i Zbigniewa Karkowskiego jawi się jako przedsięwzięcie najbardziej ambitne, nie tyle ze względu na doniosłość twórczości artystycznej, co na trudności wynikające z czynników czysto technicznych, akustycznych. Muszę przyznać, że pod tym względem niegdysiejszy salon meblowy spisał się zaskakująco dobrze, choć oczywiście nie były to warunki, jakimi szczyci się Laboratorium CSW.

Wieczór został podzielony na dwa około 45-minutowe bloki, podczas których publiczność miała możliwość w sposób naprzemienny obcować z muzyką greckiego i polskiego kompozytora. Spośród dotychczas opisywanych w tym tekście wydarzeń koncerty w MSN-ie były z pewnością najbardziej zróżnicowane z punktu widzenia wykorzystanych muzycznych środków. Za dwa, stricte perkusyjne wykonania kompozycji Xenakisa („Rebonds” A i B) odpowiedzialny był Miłosz Pękala, znakomity, w ostatnich tygodniach wręcz wszędobylski perkusista. Były to z pewnością najbardziej widowiskowe części piątkowego wieczoru, a ich intensywność okazała się odwrotnie proporcjonalna w stosunku do czasu trwania (8 i 6 minut). Dużą przyjemność sprawiło mi podziwianie muzyka w tak wymagającym, trudnym do wykonania repertuarze, któremu artysta sprostał z wręcz chirurgiczną precyzją.

20140822_194352

Wykonania Pękali przedzieliła prezentacja „Doing by Not Doing”, 15-minutowego remiksu kompozycji „Persepolis” Xenakisa, autorstwa Karkowskiego. Odtworzeniu monumentalnego utworu towarzyszył jedynie slajd przedstawiający greckiego kompozytora pośród ruin świątyni Dariusza. Prezentacja poprzez pozbawienie jej choćby promila aspektu performatywnego w kontekście pozostałych części wieczoru była z pewnością najmniej spektakularna, jednak charakterystyczny dla noise’u fizyczny aspekt jej oddziaływania, pozwalał niekiedy zapomnieć o braku innych bodźców. Fizyczność „hałasu” w kontekście archaicznych, greckich misteriów przedfilozoficznych (do których odwoływały się kompozycje Xenakisa), pozwalała na uchwycenie analogii historycznych na poziomie cielesnym, pozaintelektualnym. Paradoksalnie formuła muzyki noise, która jest być może najbardziej adekwatna do współczesnego, zglobalizowanego świata ogarniętego szumem informacyjnym, ma charakter oczyszczający, tragiczny – w greckim rozumieniu tego słowa. Konsternacja intelektualna, zmusza do przyjmowania tej muzyki w sposób czysto zmysłowy, zgrabnie wymykając się klasycznym wspólnotom interpretacyjnym i ich teoriom. Warto zaznaczyć, że remiks Karkowskiego oparty został na kanwie kompozycji, której esencją był misterialny, kolektywny charakter pierwszego, pełnego rozmachu wykonania na pustyni pośród starożytnych ruin w asyście laserów i wojskowych reflektorów. Sceneria – na prawach remiksu – została zamieniona na współczesne muzeum sztuki.

Ukoronowaniem wieczoru był występ ośmioosobowego chóru złożonego z mężczyzn i kobiet (z zachowaniem parytetu), czyli zespołu wokalnego Gęba. Artyści/artystki na tle elektronicznego podkładu generowanego przez Wolframa, wykonali czterdziestominutową kompozycję Karkowskiego pt. „Encumberance”. Wybór tego utworu był o tyle trafny, że zdystansował twórczość polskiego artysty od muzyki noise, z którą powszechnie jest głównie utożsamiany. Wykonanie w audytorium MSN-u było dopiero trzecim razem, kiedy kompozycja miała okazję wybrzmieć na żywo. „Encumberance” jest dziełem opartym na partyturze graficzno-aproksymatywnej, pozwalającej na względnie swobodną interpretację wokalną. Wzajemna interakcja dźwięków elektronicznych i niezwykle organicznie reagujących na nie artystów robiła niesłychane wrażenie zarówno podczas sekwencji jednostajnych, jak i bardziej zniuansowanych, podczas których ciężko było wyznaczyć podział między tym co wokalne, a komputerowe. Format chóru był kolejnym czytelnym odwołaniem do starożytnej Grecji, przez co całość wieczoru nabrała spójnego, a zarazem dialektycznego charakteru. Gdy ostatnie dźwięki wybrzmiały, cisza, która zapanowała w audytorium zyskała wymiar kolejnego, pozapartyturowego taktu nadającego wykonaniu jeszcze większej mocy.

20140822_203735

Wieczór w MSN oprócz wartości czysto estetycznej, odegrał dużą rolę edukacyjną, chociaż może przede wszystkim memoratywną, jeśli chodzi o postać zmarłego niespełna rok temu Zbigniewa Karkowskiego. Paradoksalnie artysta, który wielokrotnie dystansował się od państwowych instytucji kultury (szczególnie zorientowanych na sztuki wizualne), zostaje pośmiertnie przywołany właśnie przez tego typu miejsce. W kontekście jednego z ostatnich wywiadów, jakiego kompozytor udzielił dla Glissanda w 2013 roku, wieczór w MSN może się jawić jako swego rodzaju gigantyczna ironia losu. Niemniej sądzę, że profesjonalizm i wysoka jakość artystyczna przedsięwzięcia znalazłyby uznanie w oczach Karkowskiego, który – jako wybitna osobowość polskiej kultury współczesnej – powinien być w dalszym ciągu obecny w jej obiegu.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik