Evan Parker i Jerzy Mazzoll w Mózgu

jerzy-mazzoll-evan-parker

Chciałem zatytułować ten tekst „Spotkanie z mistrzem”, ale wówczas sugerowałbym zaledwie jednego mistrza. Zatem „Spotkanie mistrzów”? „Improwizowanie mistrzów”? Za dużo skojarzeń z Vonnegutem.  Niemniej na scenie warszawskiego Mózgu wystąpiło dwóch wyjątkowych artystów, z których jeden przed wielu laty zaczął wydeptywać własną muzyczną ścieżkę, wyciosywać ją saksofonem, a drugi, nieco później, poszedł w jego ślady, rąbiąc zeschnięte gałęzie jazzu klarnetem basowym. To był koncert z cyklu „trzeba zobaczyć”. A dokładniej rzecz ujmując, z cyklu „Super Sam + 1„, w którym Mózg przybliża słuchaczom wybitnych indywidualistów muzyki współczesnej.

Jerzy Mazzoll bez wątpienia należy do powyższej kategorii. Odkąd klarnecista po dłuższej przerwie powrócił do muzycznej aktywności minął już szereg lat i jak dotąd prezentuje cały czas wysoką formę. Gra z najlepszymi, z improwizatorami-ikonami pokroju Petera Brötzmanna i Roscoe Mitchella, a teraz jeszcze z Evanem Parkerem, żywą legendą brytyjskiego impro. Przede wszystkim jednak Mazzoll pozostaje twórcą bezkompromisowym, o charakterystycznym brzmieniu, lecz wciąż eksperymentującym z nowymi środkami i formami wyrazu. Świadczą o tym wydawnictwa z ostatnich lat, z których każde nosi piętno nieszablonowego, kreatywnego podejścia do tematu: „Rite of Spring Variation” – znakomity duet ze skrzypkiem Tomaszem Sroczyńskim zarejestrowany na stulecie wybitnego dzieła Igora Strawinskiego; „+” niekonwencjonalnie nagrany future jazz z konceptem a la film „Siedem”; „Mazzmelancolie” elektro-akustyczny kolaż o niemalże słuchowiskowej narracji nagrany wraz z Robertem Skrzyńskim. To w sumie niewiele pozycji, ale wydawnicza zachowawczość jest w tym wypadku atutem, ponieważ sprawia wrażenie przemyślanej i świadomej. A kolejne płyty (z Roscoe Mitchellem i właśnie Evanem Parkerem) podobno nadchodzą.

Koncert w Mózgu składał się z trzech części, dwóch solowych i wspólnej na zakończenie. Publiczność dopisała. Podobało mi się, że między poszczególnymi setami w klubie puszczany był ambient – dobrze oczyszczał kubki smakowe, wyciszał przed kolejnymi dętymi przesileniami. Rozpoczął Mazzoll i przez jakieś 50 minut żonglował rozmaitymi technikami gry, swego rodzaju tour de force. Najbardziej podobało mi się rytmiczne, perkusyjne wykorzystanie klarnetu basowego oraz przeciągłe drone’owe faktury wzbogacane delikatnymi „zakłóceniami”. Muzyk momentami osiągał niemalże elektroniczną abstrakcyjność w sposób akustyczny , po czym kontrastował ją z brzmieniem instrumentu. Miałem trochę wrażenie, że Mazzoll chce wystrzelać za jednym podejściem cały magazynek, pokazać maksymalnie dużo sztuczek na czym odrobinę ucierpiała spójność występu. W efekcie powstała improwizacja ultra dygresyjna, niemniej na nudę nie można było narzekać.

Z kolei Evan Parker zaprezentował permanentny, skoncentrowany strumień świadomości. Grał tylko i wyłącznie na saksofonie sopranowym z wykorzystaniem circular breathing tak, że dźwięki nie ustawały ani na chwilę. Były to w zasadzie proste tematy, ale tak skumulowane, intensywne i płynnie przepoczwarzające się, że wirtuozeria wydaje się najlepszym słowem by opisać to, co działo się na scenie. Podczas występu Parker wplótł w improwizację kompozycje Monka, Dolphy’ego i Lacy’ego, ale konia z rzędem temu, kto zdołał je rozpoznać (ja nie rozpoznałem, Parker wskazał na źródło). Cóż, był to transowy, bardzo dynamiczny set, choć momentami brzmiał jak dla mnie zbyt jednorodnie i trochę brakowało mi kombinowania Mazzolla z pierwszej części. To wrażenie sugerowało, że występ w duecie może się okazać w sam raz…

mazzoll-parker

Tak też się stało, duet Parker-Mazzoll był zdecydowanie ukoronowaniem wieczoru. Muzycy doskonale wyczuwali własne intencje i naprawdę ciężko było uwierzyć, że występują po raz pierwszy na jednej scenie. Wydaje mi się też, że Mazzoll lepiej zgrał się z Parkerem niż z Roscoe Mitchellem przed rokiem. Albo może po prostu było to zgranie innego rodzaju? Wówczas też nie było duetu, tylko kwartet ze Sławkiem i Qbą Janickimi (pisałem tutaj). Tak czy inaczej obie płyty będą bez wątpienia wielkimi wydarzeniami i mam nadzieję, że zaowocują kolejnymi koncertami.

Tymczasem warto obserwować kolejne wydarzenia z cyklu Super Sam + 1. Do końca roku wystąpią jeszcze m.in. Barry Guy, Toshinori Kondo, Kazuhisa Uchihashi w towarzystwie polskich muzyków.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Mazzoll & Szamburski w Mózgu

Mazzoll & Szamburski

To był dla mnie koncert z kategorii „must-see”. Co prawda nad Wisłą akurat pod dostatkiem klarnecistów wyborowych,  niemniej Jerzy Mazzoll i Paweł Szamburski to bez wątpienia ścisły top. W dodatku artyści kluczowi dla dwóch wyjątkowych zjawisk ostatniego ćwierćwiecza w polskiej muzyce kreatywnej, czy też konwencjom uciekającej, czyli dla sceny yassowej oraz warszawskiego środowiska Lado ABC. A biorąc jeszcze pod uwagę, że było to pierwsze spotkanie klarnecistów na jednej scenie, to robi się nagle wydarzenie o wręcz historycznej randze.

Byłem bardzo ciekaw tego koncertu. Mazzoll i Szamburski to muzycy wyraziści i charyzmatyczni, potrafiący jak prawdziwi zaklinacze zaczarować scenę wraz z publicznością. Istniało poważne ryzyko, że spięcie tak silnych osobowości będzie zgrzytać, a artystyczne ego rozsadzi Mózg… Cóż, tak się nie stało. Panowie zagrali niezwykle „wsłuchany w siebie” koncert, jak równy z równym, bez pustego gwiazdorzenia, choć z właściwą sobie performerską fantazją i ikrą. Szamburski po doświadczeniach w graniu z Mikołajem Trzaską, Michałem Górczyńskim i Wacławem Zimplem w Ircha Quartet, ma opanowane do perfekcji nawiązywanie dialogu z drugim klarnetem. Było to doskonale słychać podczas występu z Mazzollem, muzykiem dość dominującym i występującym zazwyczaj na pozycji lidera. Jednak tego wieczoru w Mózgu żadnego lidera nie było, tylko dwaj mistrzowie swego fachu wspólnie bawiący się dźwiękami – na swój specyficzny sposób, który mimo różnic w podejściu do gry obu Panów, ostatecznie okazał się komplementarny.

Mazzoll & Szamburski 2

A różnice są ewidentne i w dużej mierze one zadecydowały o atrakcyjności przedsięwzięcia. Mazzoll zdecydowanie preferuje surowe brzmienie instrumentu, unika elektroniki na rzecz sonorystycznych eksperymentów. Wykorzystuje drone’owy potencjał basklarnetu, równoważąc go zacięciem do konstruowania prostych, wwiercających się w głowę melodyjek (tak jest, pojawiło się też „Ojczyzną naszą…”). Z kolei Szamburski doskonale łączy akustyczny klarnet z efektami, dzięki czemu potrafi wykreować w mgnieniu ucha własne, zapętlone środowisko dźwięków, na którego tle odlatuje w ognistej, intensywnej, acz skupionej improwizacji. To wykorzystanie efektów i loopów było o tyle fajne, że znało umiar, nawet gdy bywało naprawdę mocarne, to idealnie wpasowywało się w klarnetowy strumień świadomości obu Panów, który był tutaj zdecydowanie najważniejszy. Bardzo podobało mi się w tym koncercie zróżnicowanie klimatu i płynne poruszanie się artystów po różnych, czasem biegunowych odcieniach ekspresji.  Widać było, że muzycy mają do siebie duży szacunek i uważnie podchwytują wzajemne pomysły, rozwijając je na własną modłę, lub podkręcając w tle solowe popisy inicjatora. Jeżeli czegoś zabrakło, to nudy.

Mazzoll & Szamburski 3

Swego rodzaju pozamuzycznym smaczkiem okazał się czas. Koncert zapowiadano na 21:16 i… rzeczywiście rozpoczął się dokładnie o tej godzinie, co do minuty! Podobno to pierwszy punktualny występ w historii Mózgu. Adekwatnie, bo muzyka też trafiała w punkt. Z przyjemnością posłuchałbym duetu Mazzoll / Szamburski jeszcze raz. Nawet z ryzykiem poślizgu czasowego. W końcu sami klarneciści czekali na to spotkanie ładnych parę lat… Było warto.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Sean Noonan, Gerard Lebik i Franciszek Pospieszalski w Mózgu Powszechnym

Sean Noonan

Sean Noonan nowojorski perkusista i „opowiadacz historii” (lub jak kto woli storyteller) przyjechał do Warszawy zaprezentować swój solowy materiał „Bruised by Noon”, na którym – ni mniej ni więcej – gra na perkusji i deklamuje/śpiewa/krzyczy/melorecytuje surrealistyczne opowiastki. Podczas koncertu w Mózgu Noonan zaprezentował cały materiał z krążka. Perkusista wkroczył na scenę w pięściarskim szlafroku i spodenkach (z przodu tygrys, z tyłu napis „NOONAN”) i od pierwszych chwil nie pozostawiał wątpliwości co do kabaretowo-groteskowego charakteru występu. Właściwie już po kwadransie muzyk wyrzucił na stół wszystkie atuty, czyli energetyczny, wręcz punk-rockowy perkusyjny flow oraz purnonsensowe historyjki podporządkowane i współgrające z wykonawczym adhd.

Oprócz tego Noonan łatwo nawiązywał kontakt z publicznością balansując dość pretensjonalną propozycję artystyczną stosunkowo bezpretensjonalną konferansjerką. Bardzo cenię w muzyce dziwaczność, jednak występ Noonana operował wciąż tym samym schematem wykonawczym, który w żaden sposób nie był w stanie mnie bardziej zaangażować. W zasadzie nie mogę nawet powiedzieć, że występ mi się nie podobał – wymknął się tego typu jednoznacznym kategoriom, pozostawiając poczucie obojętności. Cóż, Noonan jako „zjawisko solo” mnie nie przekonał, chociaż patrząc na publiczność byłem w mniejszości, więc tylko moja strata… Jednak nie dla perkusisty z NYC downtown przyszedłem tego wieczoru do Mózgu, zaciekawiła mnie przede wszystkim koncertowa kombinacja numer dwa, w której na scenie obok Noonana pojawił się Gerard Lebik i Franciszek Pospieszalski.

Gerard Lebik_Sean Noonan_Franciszek Pospieszalski

Z mojej perspektywy Gerard Lebik jest obecnie jednym z ciekawszych polskich saksofonistów. Artysta dysponuje niezwykle wyrazistą, oszczędną, a zarazem mocną frazą – nie boi się kontrastów. W grze Lebika w sposób nieoczywisty słychać doświadczenie pracy z muzyką elektroniczną, którą w ostatnich latach eksploruje w równym stopniu, co improwizację na instrumencie. Szczególnie po fantastycznym tegorocznym koncercie z Piotrem Damasiewiczem i portugalskim RED Trio (klik) nie wahałem się ani chwili przed pójściem do Mózgu. Z kolei Franciszek Pospieszalski to obiecujący młody kontrabasista, uczeń kopenhaskiego konserwatorium muzycznego, członek trio The Love And Beauty Seekers, które pod koniec zeszłego roku koncertowało wraz z Jerzym Mazzollem (tutaj relacja z występu w Mózgu). Z tego co wiem trio Lebik-Noonan-Pospieszalski spotkało się na scenie po raz pierwszy, choć ciężko w to uwierzyć, bo muzycy zagrali naprawdę kawał porządnego impro.

Szczęśliwie Noonan ograniczył się do obsługiwania perkusji i tutaj pozytywnie zaskoczył – po występie solo spodziewałem się dominacji, zgiełku i przejaskrawień, tymczasem muzyk imponował wrażliwością na interakcję ze składem, bacznie wsłuchiwał się w grę pozostałej dwójki. Jednocześnie nie zrezygnował z dynamiki, budował ciekawy i zróżnicowany groove, którym co prawda zagospodarowywał większość muzycznej przestrzeni, lecz specjalnie nie przytłaczał. Tutaj dobrze spisał się Pospieszalski – cieniował odloty Amerykanina lub wychodził na pierwszy plan z ekspresyjnym riffem. Lebik wpisywał się w całość przeciągłymi, dość minimalistycznymi zadęciami o zmiennym natężeniu, które dobrze równoważyły rytmiczne „rozpasanie” sekcji. Kiedy indziej wbijał się w groove meandrującą free jazzową frazą podkręcając temperaturę występu. Bardzo dobry, dynamiczny i zaskakujący koncert, w którym każdy z muzyków znalazł dla siebie miejsce.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Pleszyński, Maćkowiak, Mazzoll (+Janicki) w Mózgu Powszechnym

06 Mazzoll_Pleszyński_Maćkowiak

To był koncert bardzo długi – dwa obfite sety i bis. Aby zachować równowagę w przyrodzie relacja taka nie będzie. A może będzie… Zobaczymy.

Płytę „A Sound of the Wooden Fish” Artura Maćkowiaka i Grzegorza Pleszyńskiego miałem okazję recenzować na łamach PopUpMusic (klik), zatem z materiałem albumowym zapoznałem się swego czasu dość wnikliwie. Nie ukrywam, że podczas kolejnych odsłuchów w pamięć najbardziej zapadały mi fragmenty wydawnictwa, w które wklejony został klarnet Jerzego Mazzolla – w związku z tym wiadomość o mini-trasce tria przyjąłem z entuzjazmem.

Koncert w warszawskim Mózgu był pierwszym z trzech (kolejne odbyły się w Toruniu i Bydgoszczy). Być może właśnie dlatego występ zdominował pierwiastek eksperymentu, niekiedy wręcz generujący sceniczny chaos, zarówno w warstwie muzycznej, jak i performerskiej. To nie do końca zarzut. Przede wszystkim trzeba wziąć poprawkę na fakt, że Grzegorz Pleszyński nie jest zawodowym muzykiem – jest przede wszystkim artystą sztuk wizualnych i happenerem (jakkolwiek anachronicznie to słowo by nie brzmiało, tu wydaje mi się zasadne). Jerzemu Mazzollowi sceniczne szaleństwa również obce nie są. Właściwie w kompanii, która zagrała w Mózgu ogniwem najspokojniejszym był Artur Maćkowiak i to głównie na jego barkach spoczywał ciężar upinania całości w narrację spójną, przy całej jej nieprzewidywalności i wszystkich ekstrawagancjach. Z tego zadania gitarzysta wyszedł zdecydowanie obronną ręką, zresztą jego ostatnie wydawnictwa (solowe i zespołowe) pokazują, że generowanie specyficznego, hipnotycznego klimatu przychodzi mu z dużą łatwością.

Niemniej jednak, to właśnie Pleszyński był w Mózgu niekwestionowanym frontmanem, bezpośrednio wchodzącym w interakcję z publicznością. Występ rozpoczął się od historii powstania jego niekonwencjonalnego dęciaka, czyli prostej trąbki/lejka, połączonego z ustnikiem długim plastikowym wężem, którym artysta wymachiwał na wszystkie strony. Leitmotywem wieczoru miał być puls – bicie serca, dźwiękiem, który słyszymy jako pierwszy. Tak też się stało. Muzyka miała zdecydowanie płynny i jednostajny charakter, co zwiastował już pierwszy gest Maćkowiaka – swobodne turlanie slide’u po gryfie gitary. Pleszyński oprócz osobliwej trąbki posługiwał się keyboardem, na dość intuicyjnej zasadzie, wplatając zaskakujące/przypadkowe wtręty w psychodeliczną strukturę gitary i syntezatora. Elementem niuansującym całość był basklarnet Mazzolla, w pierwszym secie raczej niedominujący, drone’owy, ale z czasem coraz bardziej wyrazisty i wybijający się na pierwszy plan (w dość naturalny sposób). Nie zabrakło w grze artysty również quasi-perkusyjnego wykorzystania instrumentu, śpiewania przez klarnet bez ustnika „skrzela mi wysiadają”, czy narastających, meandrujących solówek.

Ciekawe były momenty gwałcenia formuły klasycznego koncertu, takie jak wychodzenie z instrumentami na widownie, głównie praktykowane przez Pleszyńskiego, ale też i Mazzolla. Iście punkowym zachowaniem było nagłe, agresywne uderzanie krzesłem o podłogę (pierwszy z Panów) i głośne szuranie nim po całym Mózgu… Nieprzewidywalność poparta sporą charyzmą i improwizatorskim zacięciem. Myślę, że ś.p. Captain Beefheart byłby zadowolony.

W drugim secie skład uzupełnił Sławek Janicki na kontrabasie, co skierowało muzykę na tory (powiedzmy) trochę bardziej „jazzowe” (ale też bez przesady). W każdym razie ciekawy, różnorodny basowy background, pozwalał reszcie muzyków na jeszcze większe puszczenie wodzy – Maćkowiak piętrzył transowe pętle, Pleszyński szalał za klawiszami i co jakiś czas dopełniał trąbką intensywne improwizacje Mazzolla. „Dobry chaos” części pierwszej pozostał, lecz zyskał na komunikatywności i sile. Z dwóch setów, to właśnie drugi zrobił na mnie większe wrażenie – muzycy zaczęli po prostu lepiej odczytywać swoje intencje. Jeśli reguła została zachowana, to prawdopodobnie występy w Toruniu i Bydgoszczy zażarły jeszcze lepiej.

Koncert zwieńczył bis, yassowy standard „Ojczyzną naszą dobroć, dobroć…” zagrany już tylko przez Mazzolla i Pleszyńskiego w przyjemnie połamanej, koślawej „wersji Kraftwerk”. Być może coś było dalej, w każdym razie na tym numerze zakończył się mój pobyt w Mózgu – zbliżała się północ, a ostatnie tramwaje uciekały. Ponad godzinny poślizg zrobił swoje.

Interesujący wieczór z naprawdę znakomitymi, esencjonalnymi momentami, które trochę traciły na sile przez samą długość koncertu – czyli sytuacja podobna jak z tym tekstem, ale cóż począć, sporo się działo i litery pączkują naturalnie. Trio Maćkowiak-Mazzoll-Pleszyński gra widowiskowo, tworzy muzykę bardzo psychoaktywną, która mogłaby śmiało posłużyć za soundtrack do jakiejś surrealistycznej animacji, np. filmu przyrodniczego o drewnianych rybach pływających w mózgu po lobotomii… Ok, może nie było aż tak dziwnie, ale to i tak piguła dla otwartych i cierpliwych uszu. Moje były zadowolone.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

The Necks powszedni w Teatrze Powszechnym

The Necks w Teatrze Powszechnym

Właściwie podpisałbym się pod tekstem Marcina Marchwińskiego (klik), ale zrobić materiał o wydarzeniu tego typu zawsze warto. Zatem…

Dla osób będących już po koncertowej inicjacji z muzyką australijskiego trio, występ w Teatrze Powszechnym w zasadzie nie mógł być zaskoczeniem. O koncercie w CSW przed dwoma laty pisałem w dość emocjonalnym tonie na łamach Jazzarium (klik), więc doskonale rozumiem wszelkie dziewicze zachwyty. Dwa, blisko godzinne sety, improwizacja tkana bardzo powoli i precyzyjnie, przypominająca układanie finezyjnego domku z kart. Struktura rozrastała się fraktalnie, procesualnie, a momenty nakładania, bądź modulacji poszczególnych warstw perkusji, basu i fortepianu ginęły, ulegały iluzorycznemu zatarciu w mnogości repetycji.

The Necks po winie, przez wino

Fraktal – jak donosi Wikipedia, internetowa skarbnica omylnej myśli ludzkiej – „ma nietrywialną strukturę w każdej skali”, „struktura ta nie daje się łatwo opisać w języku tradycyjnej geometrii euklidesowej”, „jest samo-podobny, jeśli nie w sensie dokładnym, to przybliżonym ”, „ma naturalny („poszarpany”, „kłębiasty” itp.) wygląd”. Jak dla mnie metafora całkiem się zgadza… Dalej: „Za jedną z cech charakterystycznych fraktala uważa się samopodobieństwo, to znaczy podobieństwo całości do jego części”. Zatem w Teatrze Powszechnym mieliśmy dwa fraktalne twory muzyczne – ewentualnie sześć, jeśli chcielibyśmy rozpatrywać sety przez pryzmat każdego z muzyków. Większe wrażenie zrobił na mnie koncert numer 2, aczkolwiek gdyby nie oszczędna formuła części pierwszej, nie byłoby na koniec kontrastu impresyjność/ekspresja, w którym „każdy mógł znaleźć coś dla siebie”. Z krótkiego wywiadu po koncercie (na niewielkiej próbie badawczej) okazało się, że zwolenników pierwszej części również nie zabrakło, aczkolwiek były to w większości osoby pierwszy raz słuchające The Necks na żywo.

Cóż, nie będę tutaj specjalnie nadwyrężał klawiatury. Był to koncert zdecydowanie udany, miał duży potencjał relaksacyjny, pozwalał dosłownie zatopić się w dźwiękach. Choć nie zrobił na mnie już tak piorunującego wrażenia jak występ przed dwoma laty, to w dalszym ciągu trudno mi kryć entuzjazm. Pozytywnym symptomem jest też znakomita frekwencja – początkowo trio miało wystąpić na scenie małej, ostatecznie wyprzedała się cała duża sala teatru. Można wręcz powiedzieć pół żartem, że „Polacy pokochali The Necks”, co dobrze opisał Bartek Chaciński na Polifonii (klik). Na koniec brawa dla organizatorów: Stowarzyszenia Plan B, Mózg Foundation, Teatru Powszechnego oraz Dwa Osiem. Popularyzowanie tak „niebiańskiej” muzyki, to dobry uczynek w wymiarze kulturotwórczym. Tytuł tego tekstu ma charakter po części życzeniowy. Więcej takich eventów proszę!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

PS: Po Necksach w klubie Mózg odbył się jeszcze koncert młodego, audio-wizualnego projektu Tirvyous Wagon w ramach darmowego cyklu „Let me introduce” (który prezentuje niszowe zjawiska muzyczne z Polski i z zagranicy). Niestety nie udało mi się już dotrzeć na występ, ale korzystając z okazji – polecam uwadze w przyszłości. Na zeszłorocznym X Mózg Festiwalu (klik) zespół zrobił na mnie pozytywne wrażenie.

„Noise clarinet” – Piotr Mełech solo w Mózgu Powszechnym

Piotr Mełech 1

Zacznijmy konfesyjnie. Mam słabość do klarnetu, a klarnet basowy jest dla mnie niekwestionowanym królem klarnetów. Lubię soniczną dwubiegunówkę, ciepło-szorstkie, przeszywająco-delikatne brzmienie tego instrumentu. We właściwych rękach klarnet może być prawdziwie spektakularnym narzędziem muzycznym. Tutaj większy nacisk kładę oczywiście na owe „właściwe ręce”, bo jeśli te mają do czynienia z właściwym instrumentem, to zawsze jest szansa na cuda. W Mózgu solowy program na klarnet i prąd zaprezentował Piotr Mełech, muzyk dotychczas najmocniej związany ze sceną poznańską, a od jakiegoś czasu mieszkający i aktywnie działający w Warszawie. W swojej karierze grywał już z takimi zagranicznymi sławami jak Mats Gustafsson, Clayton Thomas, Fred Lonberg-Holm, czy Michael Zerang. Autorski program nazwałbym raczej rodzajem muzycznego performansu, w którym eksperyment był na pierwszym miejscu, a klarnet jednym z kilku środków artystycznej wypowiedzi.

Piotr Mełech 2

Gdy wszedłem do Mózgu zobaczyłem Mełecha na scenie otoczonego plątaniną kabli, dużą liczbą efektów i rozmaitych elektronicznych zabawek. Ten widok przypominał trochę laboratorium szalonego naukowca. Okazało się, że dopięcie technikaliów trochę potrwa, jednak samo obserwowanie przygotowań można było potraktować jako „odkuchenne” widowisko. Występ poprzedziła projekcja filmu autorstwa Mełecha. Około 10-minutowy obraz rozpoczął się od amorficznych, kolorowych plam, korespondujących z równie  abstrakcyjną muzyką, wypadkową noise’u i ambientu, budowaną na bazie klarnetu i elektronicznych preparacji. Film przeplatały ujęcia realistyczne, przedstawiające żydowski cmentarz. Okazało się, że jest to nekropolia z Lubaczowa, rodzinnej miejscowości artysty ogrodzona blaszanym płotem, którego zbliżenia złożyły się na psychodeliczne ciągi ujęć. Mełech po projekcji w kilku zdaniach opisał genezę powstania filmu jako spontaniczną rejestrację telefonem komórkowym. Miała to być próba przepuszczenia znanych obrazów przez soczewkę artystycznej estetyzacji. Efekt określiłbym jako niepokojący i lekko surrealistyczny. Te pierwiastki dobrze zasygnalizowały dalszy rozwój wypadków.

Piotr Mełech + cień

Noise clarinet… Bardzo trafnie, adekwatnie do rzeczywistości zatytułowane przedsięwzięcie. Instrument  często stanowił dla Mełecha jedynie pretekst do zanurzenia się w elektronicznych eksperymentach, wyjątkowo dobrze funkcjonujących w niewielkiej przestrzeni klubu. Raz były to jednostajne plamy noise’u, kiedy indziej partie bardziej zrytmizowane o różnorodnym, trochę industrialnym brzmieniu. Elektryczna aparatura podłączona do klarnetu ciekawie podkreślała i eksponowała sonorystykę instrumentu, która następnie była przez artystę przetwarzana w dźwięki zupełnie nieprzewidywalne. Niekiedy Mełech w ogóle odkładał dęciak i skupiał się na zabawie efektami. Natomiast gdy sięgał po klarnet basowy koncert przybierał wręcz klasyczne oblicze. Muzyk dysponuje dość rozkołysaną frazą, częstokroć układającą się w melodyczne wariacje. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie duża wrażliwość w operowaniu cichymi partiami, którymi Mełech umiejętnie przeplatał wypowiedź na klarnetach. Te subtelniejsze momenty ciekawie kontrastowały z brutlistyczną, agresywną elektroniką. Przypomnijmy – brutalizm architektoniczny kładzie nacisk na przestrzeń, konstrukcję i właściwości materiałów w celu uzyskania formy surowej. Według mnie właśnie taka forma w Mózgu powstała.

Mełech - Kacperczyk

Na bis dołączył do klarnecisty Łukasz Kacperczyk, który wziął na siebie ciężar operowania brzmieniami syntetycznymi, raczej wyciszonymi, nawiązującymi bardziej do ambientu czy kosmische musik. Początkowo Mełech nawiązał z Kacperczykiem elektroniczny dialog, by po chwili sięgnąć po klarnet basowy. Lubię tego rodzaju bisy, które są w zasadzie oddzielnymi mini-programami artystycznymi, które coś wnoszą. Duet zagrał krótko, acz ciekawie, budując powoli narastającą wypowiedź skonstruowaną z wielu mikro-detali. Słychać było, że muzycy wyznają podobną, a w każdym razie komplementarną, filozofię improwizowania. Nic w tym zresztą dziwnego, ponieważ Panowie występują wspólnie w kilku projektach, jak chociażby Cukier, czy ostatnio przeze mnie recenzowane Sounds Of The Night Sky (klik). Na sam koniec klarnet wybrzmiał jeszcze raz samodzielnie i tym samym domknął nieco chaotyczną, lecz zdecydowanie intrygującą całość występu.

Mełech zaprezentował się jako artysta poszukujący, swobodnie operujący kilkoma muzycznymi językami. Niekiedy eksperymenty w łączeniu klarnetu z elektroniką nasuwały mi skojarzenia z Jeremiahem Cymermanem. A to porównanie zdecydowanie pozytywne. Koncert w Mózgu odbieram jako pokaz szerokiego spektrum możliwości i nieskrępowanej wyobraźni. Wydaje mi się, że solowa muzyka Mełecha jest dopiero w procesie krystalizacji. A może właśnie próbuje się tej krystalizacji wymknąć, sytuując się na niezapisanych marginesach wolności i intuicji? Tak czy inaczej otwarte, ryzykanckie podejście Mełecha do tzw. „dźwiękowej materii” zrobiło na mnie wrażenie i z całą pewnością warto śledzić dalszy rozwój wypadków.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Sounds Of The Night Sky [Ray Dickaty, Łukasz Kacperczyk, Piotr Mełech, Dominik Mokrzewski] w Mózgu Powszechnym

Kacperczyk_Dickaty_Mełech3

SOTNS – bo tak, dość psotnie, brzmi skrótowa nazwa zespołu – zagrało w Mózgu Powszechnym swój pierwszy koncert. Zatem historia dzieje się na naszych oczach podczas, co znamienne dla nazwy, marcowej pełni księżyca. Skład docelowo uzupełniać ma jeszcze „sekcja smyczkowa” w osobach Ksawerego Wójcińskiego i Mikołaja Pałosza, jednak muzykom nie udało się na koncert dotrzeć.

Wysokie występy w Mózgu WWA

Cóż mogę powiedzieć? Gdy zobaczyłem zespół o takiej konfiguracji personalnej nie zastanawiałem się zbyt długo czy przyjść na koncert. Zresztą po miesiącu z hakiem zdążyłem się odrobinę stęsknić za przestrzenią „warszawskiego-bydgoskiego klubu”. Muszę przyznać, że jak dotąd na scenie Mózgu nie miałem okazji zobaczyć słabego występu, a już kilkakrotnie (dosłownie) w praskich-bydgoskich podwojach gościłem. Klub ma przyjemny, kameralny klimat, przytulny wystrój i przede wszystkim naprawdę dobrą akustykę, w której doskonale sprawdzają się niewielkie koncerty. Niewielkie? To słowo to nienajlepiej oddaje charakter występów, jakie do tej pory w czarnej jak sadza sali przyszło mi oglądać. Powiedzmy, że były to koncerty zdecydowanie „wysokie”, wznoszące się swoją koncepcją nad poziomy przewidywalności i artystycznego oportunizmu. Nie inaczej było i tym razem.

Dickaty_Mełech_Mokrzewski2

Sounds Of The Night Sky zaaplikowali słuchaczom naprawdę imponującą dawkę wciągającej, uporządkowanej, a zarazem mocno zaskakującej muzyki. Bez przerw – jeden długi set podejmujący, rozwijający i żonglujący rozmaitością wątków oraz bis. Śledzenie koncertu w pełnym zaangażowaniu przyszło mi z dużą łatwością, którą przewyższała chyba jedynie przyjemność, wynikająca z roli słuchacza i widza. Czytaj: fascynujący występ. Potraktowałbym wywoływanie tak pozytywnych reakcji (zaznaczmy – podczas pierwszego zespołowego koncertu) jako dobrą monetę i nie zarzucał projektu, a wręcz zintensyfikował aktywność.

Szczegóły:

Kwartet w budowaniu improwizacji wykazywał się bardzo dużym skupieniem i wrażliwością na najdrobniejsze niuanse brzmienia. Początkowo była to muzyka rzeczywiście, jak przystało na nazwę zespołu, wyciszona, dość melancholijna, utkana z subtelnych interakcji instrumentów, jednak systematycznie atmosfera ulegała zagęszczeniu. Dużą rolę w nakreśleniu klimatu odegrała elektronika Łukasza Kacperczyka. Nagłośniona kalimba (i cała stacja efektów) pozwalała artyście na generowanie szumów, stukotów i szmerów w czasie rzeczywistym w sposób akustyczny, a następnie na wyważone podkręcanie ich barwy z użyciem syntezatora. Muzyk, choć skoncentrował się głównie na tworzeniu sonicznego backgroundu, znacznie wpłynął swymi manipulacjami na charakter całości. Z elektroniką dobrze korespondowała skupiona i poukładana perkusja Dominika Mokrzewskiego.

Mokrzewski

Artysta zagrał bardzo kreatywnie nie przytłaczając brzmieniem zestawu innych instrumentów. Mokrzewski raczej operował akcentami i brzmieniem poszczególnych części perkusyjnego arsenału. Nie zabrakło gry smyczkiem po talerzach, uderzania w bębny plastikową, rezonującą tubą, czy partii granych widelcami, których samodzielne drgania dawały efekt metalicznego pogłosu. Te zabawy w zbytnim natężeniu mogły przytłoczyć całość, jednak muzyk nie wychylał się przed szereg, a raczej wtapiał w grę w zespołu podsycając dramaturgię.

Dickaty_Mełech2

Sekcja dęta SOTNS w osobach Raya Dickaty’ego i Piotra Mełecha również nie była tradycyjnie frontalnym wysunięciem aerofonów na pierwszy plan. W ogóle zestawienie tych dwóch muzyków w jednym składzie uważam za strzał w dziesiątkę, ponieważ obaj charakteryzują się dużą wrażliwością na muzyczne drobiazgi, grając nie zapominają o słuchaniu i reakcji na bodźce innych instrumentów. Saksofon tenorowy skupiony był głównie na operowaniu frazą złożoną z delikatnych, drobnych elementów, w których sonorystyka szła w parze z melodyczną intuicją. Gra Dickaty’ego jest bardzo specyficzna potrafi płynnie przejść od subtelnych, wyciszonych tonów do ognistej, dynamicznej improwizacji. Tym razem dominował raczej ten pierwszy pierwiastek, a główny ciężar prowadzenia narracji spoczął na barkach Mełecha, którego klarnety dominowały nad brzmieniem saksofonu, chociaż też go nie zagłuszały. Gra Mełecha jest precyzyjna i czujna, przy okazji artysta nie stroni od eksperymentów brzmieniowych, ze znakiem firmowym „dęciem w podłogę” na czele. Klarnecista w sposób bardzo organiczny nawiązywał dialogi z saksofonem. Muzyk niebawem wyrusza w trasę po Polsce z solowymi występami, w których połączy klarnet z elektroniką. Cieszy, że coraz częściej można usłyszeć Mełecha w warszawskich klubach, bo to bez wątpienia jeden z bardziej oryginalnych klarnecistów.

Kacperczyk_Dickaty_Mełech2

Chociaż w koncercie SOTNS dominował umiar i kolektywna, uporządkowana opowieść, nie zabrakło momentów bardziej ekspresyjnych, które w kontekście całościowej subtelności wybrzmiały mocno i wyraziście. Najbardziej zapadł mi w pamięć jedna z erupcji, zapoczątkowana elektroniczną niską, dudniącą improwizacją Kacperczyka, do której dołączyli pozostali muzycy. Kawałek tego fragmentu udało się uwiecznić na filmiku poniżej.

Występ kwartetu oceniam jako bardzo dobry. Trochę ciężko mi wyobrazić sobie w tej muzyce udział jeszcze dwóch instrumentów, wydaje mi się, że w czteroosobowej konfiguracji Sounds Of The Night Sky zabrzmiało w sposób kompletny, ale oczywiście mogę się mylić. Tak czy inaczej zdecydowanie warto ten projekt śledzić i mam nadzieję, że przemieni się w regularny zespół – zdecydowanie ma potencjał. W najbliższym czasie będzie okazja zobaczyć muzyków na jednej scenie 14 marca podczas koncertu Warsaw Improvisers Orchestra w Laboratorium CSW, który niniejszym gorąco polecam.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć 

„Mazzoll gra sam” – w Mózgu Powszechnym

20150118_213305

Jubileuszowy koncert Jerzego Mazzolla z okazji 20-lecia płyty „a” (klik) rządził się swoimi urodzinowymi prawami, a zagrana muzyka była bardziej pretekstem do spontanicznej imprezy scenicznej niż występem, który można by potraktować jako artystyczny statement dnia dzisiejszego. I chociaż w grudniu bawiłem się znakomicie, to jednak trochę zabrakło mi takich momentów jak końcowy duet z Piotrem Mełechem (wideo klik) – bardziej wyciszonych medytacji nad dźwiękiem, prób docierania do granic klarnetowych środków wyrazu, skupionych sonorystycznych eksploracji. Dobrze się stało, że odwiedziłem Mózg Powszechny w ostatnią niedzielę, ponieważ solowy występ Mazzolla był zwrotem o 180 stopni w stosunku do koncertu urodzinowego.

Wydaję mi się, że do prawidłowego zrozumienia (odczytania?) muzyki jaką Mazzoll zaprezentował konieczny jest powrót do „singla” (czy też EP-ki?) „Jeden Dźwięk i Pan Bóg” (klik). Wydawnictwo często marginalizowane, ze względu na swój „niealbumowy” charakter jest jednak w mojej perspektywie kluczowe dla obecnej twórczości Mazzolla. Przy okazji z pewnością należy do lepszych jakie klarnecista popełnił w obecnym dziesięcioleciu. Właśnie od „Jednego Dźwięku” (poprzedzonego krótką rozgrzewką) rozpoczął się niedzielny koncert. Kompozycja opiera się na nieprzerwanym wykonaniu dźwięku C „przy pomocy oddechu cyrkulacyjnego wraz z wszystkimi konsekwencjami alikwotyczno-rytmicznymi tej techniki oraz indywidualnych preferencji wykonawcy”*. Otóż to. W skrócie można powiedzieć, że Mazzoll rozpoczął albumem „a” i dotarł do C, ale będzie to uproszczenie. Pomysł na utwór „Jeden Dźwięk” powstał jeszcze w latach 90. (pod wpływem poznania Evana Parkera) i być może jest jedną z najbardziej bezkompromisowych, radykalnych prób wyprowadzenia klarnetu, czy w ogóle instrumentu akustycznego poza granice stylistyki, jak i samych cech dystynktywnych. Mam na myśli polski kontekst. Nacisk położony jest na „Dźwięk”, który w istocie płynie jeden, lecz w niesamowicie zniuansowanej formule, uwzględniającej „wszystkie konsekwencje alikwotyczno-rytmiczne”. Można by było powiedzieć, że „utwór” Mazzolla brzmi elektronicznie, lecz byłoby to banalizowanie – chociaż kto wie czy właśnie ta specyficzna „elektroniczna jakość” nie jest tą najbardziej uwodzącą współcześnie. Dopuszczenie owych „wszystkich konsekwencji” i pewne rozmycie dźwięku w abstrakcji zachodzące w trakcie wykonania jest absolutnie fenomenalną cechą tej koncepcji. W kawałku muzyki pozornie monotonnej, kryje się niesłychanie dużo sonorystycznego backgroundu, a zmiana intensywności circular-breathing upina całość w pasjonująca narrację na poziomie detali. Samo oglądanie wykonania tego utworu na żywo przypomina podziwianie sportów ekstremalnych, a słuchanie w tle oddechu muzyka nadaje całości dodatkową, performatywną wartość. Mazzoll podobno niekiedy potrafi grać „Jeden Dźwięk” przez godzinę, w Mózgu wykonanie ograniczyło się do jakichś kilkunastu minut, które w rzeczywistości minęły mi niesłychanie szybko i szczerze mówiąc w ogóle nie patrzyłem na zegarek, więc mogę się mylić. Swoją drogą czas trwania tej kompozycji też ma duże znaczenie, ponieważ jej charakter i działanie są wybitnie procesualne.

Mazzoll2

Dalsza część wieczoru miała podobnie medytacyjną, wręcz hipnotyczną dramaturgię. Imponująco wypadła wersja utworu „Andrzej (..i Dawid – mistyczny taniec)”, zagrana niemalże bez wokalu, często ograniczonego jedynie do pomruków. Również tym razem Mazzoll nie poprzestał na wykorzystanie klarnetu w sposób klasyczny i właściwie ani razu w niego nie zadął. Bawiąc się klapkami instrumentu na zasadzie perkusyjno-melodycznej, tupiąc nogą i nucąc znów stworzył aurę quasi-elektroniczną, o odrobinę orientalnym zabarwieniu. Bardzo kreatywne, a zarazem minimalistyczne wykorzystanie nagłośnienia. Muzyk z oryginalnej kompozycji zaśpiewał jedynie kilka wersów, a na dodatek zrobił to tak późno, że przez połowę czasu trwania improwizacji, w ogóle akurat ten utwór nie przyszedł mi do głowy. Całość brzmiała bardzo bogato na wielu płaszczyznach i gdybym miał zasłonięte oczy w życiu nie pomyślałbym, że słyszę akurat klarnet, a co dopiero jednego muzyka. Później Mazzoll zagrał jeszcze kilka, krótszych, świdrujących improwizacji na innych klarnetach, po czym powrócił do basu na zakończenie podstawowej części koncertu.

I tutaj świetny odbiór był miarą zagranej muzyki. Chociaż finalnie w Mózgu było nie więcej jak 20 osób, to aplauz był tak nieustępliwy, że zmusił do ponownego wejścia na scenę. Bis okazał się niespodzianką, ponieważ został zagrany w duecie ze Sławkiem Janickim na kontrabasie. Była to z pewnością najbardziej „jazzowa” cześć wieczoru, jednak bardzo intensywna i intuicyjna. Pamiętam przed dwoma laty koncert duetu w nieistniejącej już Galerii Czarna w Warszawie (klik). Wtedy Janicki z Mazzollem zagrali świetny program zainspirowany obrazem Roberta Rauschenberga, teraz grali zupełnie spontanicznie i pod wpływem chwili. Muzycy są jednak na tak dużym poziomie improwizacyjnego porozumienia, że efekt znów określiłbym delikatnie jako „wielce interesujący”.

Mazzoll & Janicki

Był to dla mnie w styczniu kolejny bardzo udany koncert w przestrzeni Mózgu. Wcześniej odwiedziłem klub przy okazji występu Huberta Zemlera (klik). Muszę przyznać, że warunki klubu przy Teatrze Powszechnym idealnie sprawdzają się w przypadku kameralnych, solowych koncertów, a akustyka miejsca jest zadziwiająco dobra. Mazzoll co prawda grał z nagłośnieniem, jednak mógłby się obejść też bez niego (może jedynie z wyjątkiem remiksu „Andrzeja”, chociaż też nie jestem pewien).

Świetny, spójny występ i powtórzę to, co w przypadku poprzedniego mózgowego koncertu Zemlera – czasami wystarczy po prostu muzyk wyjątkowo zgrany z własnym instrumentem. Mazzoll pokazał, że jest artystą w pełni samowystarczalnym i mógłby z powodzeniem nagrać akustyczny, solowy materiał. Na przykład live. Póki co zostają koncerty, na które naprawdę warto się wybrać.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Kompilacja fragmentów występu:

Hubert Zemler solo w Mózgu Powszechnym

Hubert Zemler 1

Koncerty na perkusję solo to doświadczenia równie ekscytujące, co „egzotyczne” – stosunkowo rzadkie i stąd wyjątkowe. Perkusja niesłusznie, po macoszemu, spychana jest często przez świadomość (podświadomość?) słuchaczy do roli tła, bądź elementu, który z łatwością zastąpić można elektroniką. Tymczasem perkusiści – i Hubert Zemler jest tego doskonałym przykładem – posiadają własny muzyczny język, niekiedy bardzo oryginalny i czasami w pełni samowystarczalny. W warszawskim Mózgu ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że dźwięki płynące ze sceny są w jakikolwiek sposób niekompletne. Przeciwnie – porażały swą dokładnością i precyzją układu.

Koncert był pierwszym występem Zemlera na mini-trasie promującej świeżo wydany solowy album „Gostak & Doshes” (klik), drugi już krążek w dyskografii muzyka. Płyta w odróżnieniu od poprzedniczki nie została nagrana w sytuacji koncertowej, dlatego wieczór w Mózgu miał charakter premierowy (nie licząc krótkiego telewizyjnego nagrania z okazji 10-lecia Lado ABC). Przestrzeń praskiego klubu okazała się idealnym, kameralnym kontekstem dla prezentacji subtelnie niuansowanego, skoncentrowanego w dużej mierze na brzmieniu programu Zemlera.

Hubert Zemler 2

Scena niemalże w pełni została wypełniona zestawem perkusyjnym, metalofonem, gigantyczną marimbą i wibrafonem. Zemler podczas występu ograniczył się praktycznie w stu procentach do zaprezentowaniu materiału z najnowszej płyty, choć słowo „ograniczył” w kontekście wieczoru ma zbyt pejoratywny odcień. Perkusja pełniła funkcję narracyjną w sposób linearny i niezwykle wyważony, a poszczególne elementy zestawu pokazywały jak dużym spektrum brzmień instrument dysponuje. Zemler imponował świetnym wyczuciem w stopniowaniu napięcia i intensywności gry, przechodził od partii skrajnie wyciszonych do okazjonalnych nawałnic, które przez kontrast zyskiwały tym większe znaczenie. Niekiedy muzyka miała też charakter twardy, motoryczny i transowy, przypominając trochę poczynania perkusisty w duecie Piętnastka, jednak w perspektywie całości występ odczytywałbym jako bardziej wyciszony i poukładany. Śledzenie poszczególnych drobnych akcentów i polirytmii, czasami wręcz niezauważalnie dawkowanych, było pasjonującym widowiskiem, dzięki czemu skupienie i koncentracja przychodziły tego wieczoru naturalnie i były czystą przyjemnością. O tym, że można się było zatopić w brzmieniu zaświadczył sam Miłosz Pękala, który tak wsiąkł w muzykę, że niemal zapomniał o dołączeniu do Zemlera z partią wibrafonową. Gościnny udział jedynego muzyka, który zagrał też na płycie, był dla koncertu bardzo dobrym urozmaiceniem. Pękala fantastycznie uzupełnił Zemlera w hipnotycznym, nieco kołysankowym duecie na marimbę i wibrafon (fragment udało się uchwycić na filmiku pod tekstem), co korzystnie przysłużyło się stopniowaniu dramaturgii całości.

Zemler_Pękala

Bis w kontekście stosunkowo krótkiego, lecz pełnowartościowego występu, był jak najbardziej pożądany. Podczas dogrywki zabrzmiał Steve Reich („Music For Pieces Of Wood”), kompozytor, którego minimalistyczno-etniczna estetyka do pewnego stopnia unosiła się gdzieś w tle już od samego początku. Muzyka Zemlera podobnie jak niektóre utwory Reicha ma charakter pączkujący – wychodzi od mikrośrodków i procesualnie zmierza do formy okazałej, choć lekkiej, skomplikowanej, lecz złożonej ze, zdawać by się mogło, oczywistych elementów.

Słuchając takich koncertów można odnieść wrażenie, że w swym skupieniu na poszczególnych dźwiękach pełnią funkcję wręcz edukacyjną i poszerzają wrażliwość słuchacza na to, co audialne. Kontemplacja jednego instrumentu – jeśli tylko jest on we właściwych rękach – może być równie fascynująca co oglądanie dobrze zgranego zespołu czy nawet całej orkiestry. Czasami wystarczy po prostu muzyk wyjątkowo zgrany z instrumentem. I tak było w Mózgu.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kompilacja fragmentów koncertu:

Muzyczne podsumowanie a.d.2014, którego miało nie być

20141231_122904

0.1: Kluby, koncerty

Z perspektywy Rady Instytutu Improwizacji scena warszawska ulokowana jest najbliżej serca. W ostatnich miesiącach zaszło kilka ciekawych fluktuacji w tej materii. W pierwszej połowie roku zamknęło się niezwykle zasłużone Powiększenie, czy aspirujące do ciekawej, kameralnej przestrzeni koncertowej Nie Zawsze Musi Być Chaos, również Kosmos Kosmos, co prawda w ostatnich miesiącach działania świecący pustkami, lecz niekiedy pozytywnie zaskakujący. Cafe Kulturalna dość mocno wyhamowała i organizując koncerty jedynie od czasu do czasu… Niepodważalną dominację Pardon To Tu balansowała jedynie przez około dwa miesiące jubileuszowa edycja LADO w mieście. I gdy koniec lata nie zapowiadał optymistycznej koncertowej jesieni, nagle w stołecznym pejzażu pojawiły się takie miejsca jak Mózg Powszechny i Dwa Osiem.

Pierwszy klub to warszawska filia bydgoskiego, kultowego, dwudziestoletniego już matecznika, która zaatakowała lokalną scenę bogatym i ambitnym programem artystycznym. Warszawa zyskała swoją muzyczną Małą Bydgoszcz, czyli namiastkę miasta nazywanego Małym Berlinem, czy nawet Polskim Amsterdamem… Zatem nie jest źle. Udało mi się do tej pory uczestniczyć w kilku wydarzeniach warszawskiego Mózgu i mam dojmujące przekonanie, że takie miejsce jest w Warszawie potrzebne. Nawet jeśli klub w dalszym ciągu dopiero aklimatyzuje się w stołecznej tkance muzycznej, to jestem przekonany, że już niedługo za sprawą konsekwentnego programu wykształci własną publiczność.

Drugie miejsce, rzut beretem od Mózgu, ulokowane przy Zamoyskiego 26a, to feniks z popiołów po Powiększeniu. Dwa Osiem pod koniec roku zgotowało warszawskiej publiczności mocarny program goszcząc m.in. Ściankę, Kristen, czy The Kurws oraz udzielając przestrzeni pod wyjątkowy festiwal Playback Play. Bliskie sąsiedztwo Mózgu, czyni z okolicy silne „zagłębie klubowe”, z którym równać się może chyba jedynie kumulacja miejsc przy ulicy 11 Listopada.

Chmury w 2014 roku zapamiętam przede wszystkim jako scenę otwartą na młodych warszawskich improwizatorów, a to za sprawą działalności Warsaw Improvisers Orchestra, inicjatywy, która spektakularnie zakończyła rok na deskach Pardon To Tu. Natomiast w Hydrozagadce miałem okazję zobaczyć znakomity koncert Innercity Ensemble, zespołu, który chyba najczęściej gości w końcoworocznych muzycznych podsumowaniach (i to nie tylko w Polsce).

O Pardon To Tu w tym roku pisałem zdecydowanie najczęściej, ponieważ program właśnie tego klubu z największą regularnością wabił mnie w swe progi. Fenomen miejsca przy pl. Grzybowskim zauważają już najbardziej prominentni muzycy światowej sceny impro – Vandermark, Gustafsson, Brötzmann, Mazurek, McPhee, Ribot, Evans… Lista jest naprawdę bardzo długa. Dziś występowanie w Pardon To Tu to zaszczyt, prestiż, a zarazem sytuacja wymagająca, ponieważ klub doczekał się własnej publiczności, która nie jedno już uchem łapała. Obok ściągania gwiazd zagranicznych, niekiedy grających w ogóle po raz pierwszy w naszym kraju, klub nie zapomina o scenie lokalnej i najciekawszych polskich projektach. Trzy koncerty (spośród całej masy bardzo dobrych), które zapamiętałem jako te szczególne: Peter Evans solo, Colin Stetson i trio Trzaska/Harnik/Brandlmayr.

Po lewej stronie Wisły nie można też zapomnieć o Eufemii, gdzie w kameralnej atmosferze prezentowane są niekiedy rzeczy absolutnie zjawiskowe – dla mnie takimi koncertami były występy Pola, The Kurws i Jacka Mazurkiewicza. Klub ponadto otwarty jest na jedną z ciekawszych warszawskich inicjatyw muzycznych, czyli na Impro-mitingi, swoistą kuźnię talentów i warsztat pracy dla wielu interesujących, choć często (jak dotąd) mniej znanych artystów. Podobne funkcje, choć w inny sposób spełnia Warsaw Improvisers Orchestra.

Z rzadka koncertami przyciągała niestety Cafe Kulturalna (po prostu było ich mało, nie licząc Lado w mieście). Mam nadzieję, że klub zwiększy aktywność, bo na przykład taka Ścianka kapitalnie wypadła w stylowym wnętrzu z zeszłej epoki.

Jeśli rok 2015 utrzyma klubowe status quo z grudnia 2014, to nie będę narzekał, ale niewykluczone, że za rok o tej porze rozkład kart będzie zupełnie inny. Chociaż gwiazdy zapowiadają bardziej drastyczne zmiany dopiero gdy Księżyc wejdzie w Raka, a nad Ziemią w koniunkcji z Saturnem przeleci kometa… Jednym słowem w warszawskiej klubosferze nic nie jest pewne i lepiej chodzić na koncerty póki jeszcze są ludzie, którzy mają zapał, pomysły i energię do ich organizacji. Szczęśliwie jest ich w Warszawie jeszcze trochę.

0.2: Płyty polskie

20141231_124404

O płytach piszę regularnie na PopUpMusic, portalu który cenię między innymi za to, że nie przypisuje krążkom cyferek, gwiazdek, czy uśmiechniętych słoneczek, finalnie zwalniających odbiorcę od wchodzenia w recenzenckie meandry, a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Ale wpisując się już w konwencję podsumowań… To był udany rok dla polskiej muzyki niezależnej i wiele płyt mnie zaintrygowało. Oto wierzchołek pagórka, ale płaski, bez podium, kolejność absolutnie przypadkowa:

Pole – „Radom” (dźwięk)

Pole - Radom

Msza Święta w Altonie – „Bezkrólewie” (dźwięk)

MŚWA - Bezkrólewie

The Kurws – „Wszystko Co Stałe Rozpływa Się W Powietrzu” (dźwięk)

The Kurws - Wszystko co stałe...

Sroczyński/Pospieszalski – „Bareness” (dźwięk)

Sroczyski_Pospieszalski - Bareness

Der Father – „Wake Up” (dźwięk)

Der Father - Wake Up

Innercity Ensemble – „II” (dźwięk)

Innercity Ensemble - II

Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves” (dźwięk)

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Lotto – „Ask The Dust” (dźwięk)

LOTTO - Ask The Dust

3FoNIA – „Chosen Poems” (dźwięk)

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers(dźwięk)

Trzaska-Mazur-Pandi_Tar&Feathers

Scott Stain – „Catnip” (dźwięk)

Scott Stain - Catnip

—————

Post scriptum:

Jacaszek & Kwartludium – „Catalogue des Arbres” (dźwięk)

Jacaszek

—————–

[linki pod płytami prowadzą do recenzji, które już popełniłem; część płyt bez linku doczeka się opracowania w najbliższym miesiącu]

Wielu rzeczy z tego roku jeszcze nie słuchałem, wiele też z pewnością umknęło mojej uwadze, ale tak czy inaczej powyższe pozycje mogę polecić z czystym sumieniem. Przyklejam znaczek jakości „Instytut Improwizacji highly recommend”.

0.3: Inne

-> Jak powszechnie jest głoszone, to był rok reaktywacji ogólnie pojętego dziennikarstwa muzycznego. Szczególnie w formie tradycyjnej, to znaczy papierowej. Bez wątpienia pozytywnym zjawiskiem jest powstanie takich periodyków jak M/I Magazyn, czy Noise Magazine. Oprócz tego swoją pracę zintensyfikowało Glissando, a przy okazji zaczęło systematycznie udostępniać za darmo w formie cyfrowej numery archiwalne, teksty zdecydowanie godne polecenia.

-> 10 lat istnienia świętowało Lado ABC organizując imponujący cykl letnich koncertów. Artyści związani z wytwórnią mieli z okazji jubileuszu możliwość zaprezentowania się w TVP Kultura i gdy wszystko zaczęło się rozkręcać wszedł Wodecki… To bez wątpienia jedna z silniejszych marek na polskiej scenie, co brzmiałoby banalnie gdyby nie płyty, które swą jakością potwierdzają wyjątkowy status Lado w pejzażu polskiej muzyki niezależnej.

-> Targi Wydawnictw Niezależnych Wytwórni

-> Na muzykę zaczynają otwierać się państwowe instytucje kultury. Wyróżnić można tutaj przede wszystkim CSW Zamek Ujazdowski (program Strefa, festiwal Ad Libitum, koncerty zewnętrzne jak np. Thurston Moore, organizowany z Powiększeniem), ale też Muzeum Sztuki Nowoczesnej z cyklem „Co słychać”, Zachętę z przeglądem artystów wizualnych tworzących ogólnie pojęte dźwięki. Również warto wyróżnić świeżo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, którego misję widziałbym w analizowaniu zjawiska jakim jest tzw. Nowa Muzyka Żydowska. W dalszym ciągu jednak muzea otwarte są głównie na sztukę wizualną, czym same sobie szkodzą. Wszak nie tylko „sound art” jest formą sztuki korzystającej z dźwięków, jakkolwiek artefakty z dopiskiem „art” lepiej się sprzedają i mają większy potencjał snobistyczny.

-> Dla mnie ten rok był też ważny z dość prozaicznego względu. Z początkiem maja powołałem do życia niniejszy Instytut Improwizacji (jedyny w Polsce!) i udało mi się dorzucić swoją garść kilkudziesięciu tekstów do garnuszka krytyki, skupiając się głównie na zjawiskach aktualnych i lokalnych. Korzystając z okazji dziękuję wszystkim czytelnikom za uwagę poświęconą niniejszemu adresowi.

Podsumowanie Podsumowania

20141103_140932

Ogólnie rzecz ujmując pisanie końcoworocznych muzycznych bilansów wydaje mi się czynnością dość groteskową, którą ciężko mi z perspektywy czytającego odbierać na poważnie, nie mówiąc już o sytuacji osoby piszącej. Dlatego tego wpisu właściwie miało nie być. Przykład myślenia dziecięcego: „a teraz uszereguję moje zabawki w kolejności od najukochańszej do najmniej ukochańszej, każda dostanie odpowiednią cyferkę i miejsce w szeregu, a te schowane do szafy będą płakać i tulić w rozpaczy pokiereszowane pluszowe serca”. Najbardziej brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne. Zapewne wiadomo o czym mowa, nawet bez Romana Ingardena (wspomniany onanizm przemyconej erudycji, czy zbłąkany osad nauki akademickiej?). Co by powiedział Roland Barthes? Subwersja, transgresja, wspólnoty interpretacyjne, dyskursy, dialektyka, post-pseudo-intelektualizm, frenetyczna hauntologia, nagrania terenowe, sound art., postmodernistyczny bricolage, ironiczna zabawa ironią, kasety, sonorystyka, fajerwerki!?

Ciekawą rzeczą byłaby meta-analiza różnych podsumowań. To dopiero pomysł na podsumowanie! Może w przyszłym roku…

Krzysztof Wójcik (((ii)))