DJ Spooky / John Lurie / Thurston Moore / Marc Ribot – in Warshava

New York, New York! Jak śpiewał Frank Sinatra, na przełomie czerwca i lipca zawitał nad Wisłę muzycznie, wizualnie, poetycko, muzealnie. Gdyby ktoś w zeszłym roku powiedział mi, że w przeciągu zaledwie tygodnia zobaczę nad Wisłą DJ-a Spooky’ego, prace Johna Lurie, a w odstępie 2 dni koncert Thurstona Moore’a i Marca Ribota, to odparłbym biblijnie, że póki palca nie wsadzę, to nie uwierzę. A jednak – klimat Downtown spłynął na stolicę obficie i hojnie. Lecimy po kolei, jak w tytule:

Paul D. Miller (DJ Spooky) w Muzeum Sztuki Nowoczesnej

DJ Spooky w MSN

Nieszczęściem w szczęściu jest konwersja DJ Spooky’ego z artysty w wykładowcę i mędrca jeżdżącego z wykładami po prestiżowych lokalizacjach. Wystąpienie Paula D. Millera w MSN potwierdziło w moich oczach jak bardzo z praktyka, wytyczającego nowe ścieżki własną twórczością, przeobraził się w teoretyka-futurystę. Świat od latdąży do miniaturyzacji, wszystko jest informacją, tekstem w gigantycznej sieci znaków i znaczeń, rolą DJ-a jest tworzenie nieustannych rekombinacji, a to takie piękne, dynamiczne i nowoczesne, każdy może stworzyć aplikację do ogarnięcia rzeczywistości itd. itp. Jeśli ktoś wcześniej zapoznawał się z techno-entuzjazmem Millera (materiałów na youtube jest mnogość), to raczej nie dowiedział się na wykładzie zbyt wiele nowego. Paradoksalnie największym rozczarowaniem była część muzyczna (w sumie może 5-minutowa), której najciekawszym elementem było to, że Spooky zagrał dzięki osobiście napisanej aplikacji na tablecie, a nie na rzeczywistych gramofonach… O tytułowym afrofuturyzmie właściwie nie było mowy, zdaje się, że termin nawet ani razu nie padł na wykładzie.

Niemniej jednak Paul D. Miller sprawił na mnie pozytywne wrażenie człowieka, którego powierzchowność pozbawiona jest nadęcia wynikającego z diapazonu prelegenta. Spooky jest pasjonatem tematu i ma też niesłychaną łatwość w formułowaniu myśli – w zasadzie cały wykład „jechał na wolno”, posiłkując się jedynie zdjęciami z iPhone’a/iPada. Przeglądał je na bieżąco ku uciesze sali, która mogła zobaczyć wszystkie selfie Spooky’ego na ekranie projektora. Mimo wszystko dobrze było zobaczyć Millera na żywo, a zaproszenie go przy okazji (tematycznie pokrewnej) wystawy „After Year Zero”, to ze strony MSN trafne posunięcie. DJ Spooky to dla mnie postać kultowa, autor genialnej płyty „Songs of a Dead Dreamer” i bardzo dobrej „Optometry„. Pierwsza to ikoniczne wydawnictwo dla tzw. illbientu lat 90., cudownego dziecka dubu, hip hopu i ambientu. To arcypsychodeliczny album, z którym kontakt to każdorazowo wyjątkowa, niesamowita przygoda dla ucha i wyobraźni (klik). Niestety z perspektywy lat można powiedzieć, że wysokiego poziomu debiutu Spooky już nigdy nie przeskoczył. Najbliżej tego osiągnięcia był na wysokości 2002 roku, kiedy wydał „Optometry”, swoją najbardziej jazzową płytę z udziałem m.in. Williama Parkera, Matthew Shippa i Joe McPhee. W okresie szczytowej popularności szybko nadgryzającego własny ogon nu-jazzu, „Optometry” brzmiała wyjątkowo świeżo i oryginalnie (i właściwie brzmi tak nadal). Liczę, że DJ Spooky nagra jeszcze kiedyś materiał na podobnie wysokim poziomie. Niestety wydana przed dwoma laty „Of Water And Ice”, to mocny spadek formy.

———————————————————————————–

John Lurie w Zachęcie – „Bądź cicho, próbuję myśleć”

 20150630_140641

Wystawa obrazów Johna Lurie’go w Zachęcie to dla mnie zdecydowanie wydarzenie sezonu. Doskonałym pomysłem kuratorskim jest możliwość oglądania kilkudziesięciu prac artysty, mając na uszach słuchawki, z których sączy się przekrojowa składanka muzyki JL. Szkoda, że wystawie towarzyszy tylko jeden, stosunkowo krótki tekst – Lurie to jednak postać tak złożona, że po wystawie indywidualnej oczekiwałbym pogłębionego ujęcia jego sylwetki. Nawet nie został wyszczególniony fakt, że przez wiele lat artysta malował wraz z Jean Michelem Basquiatem, co z punktu widzenia historyczno sztucznego jest dość znaczącym faktem. Cóż, być może ideą przewodnią było oddanie pierwszeństwa samym pracom, pokazanie Lurie’go-malarza, a nie człowieka renesansu – muzyka, kompozytora, aktora… I chociaż jestem dużym fanem sztuki (i tytułów!) JL, to jednak zawsze w pierwszej kolejności będzie on dla mnie muzykiem, wyjątkowym prymitywistą saksofonu, którego kariera nieszczęśliwym zrządzeniem losu została brutalnie i przedwcześnie zakończona. O muzyce Johna Lurie trafnie i syntetycznie napisał Bartek Chaciński na Polifonii (klik), w komentarzach dorzuciłem kilka pozycji od siebie (jako KrW).

Wystawa potrwa do 2 sierpnia i zdecydowanie warto się wybrać. Instytut poleca.

Tutaj John Lurie z Lounge Lizards, a na gitarze Marc Ribot (czyli dwaj bohaterowie tego tekstu!):

——————————————————————————————-

Thurston Moore w Pardon To Tu

Thurston Moore

Tak, Thurston Moore wystąpił na najważniejszej koncertowej scenie w naszym kraju. I nie mam na myśli Openera. Dokładnie dzień przed gdyńskim festiwalem nowojorski gitarzysta zawitał na Plac Grzybowski w aurze tajemnicy, której emanacją był enigmatyczny tytuł wydarzenia „Ecstatic Peace Library Love-In || Poetry & Music with D. Googe [My Bloody Valentine] – Thurston Moore [Sonic Youth] and more…”. Ostatecznie okazało się, że Moore wystąpi z całym zespołem, ale początkowo konsekwentnie brnął w wieczorek poetycki i czytał własne teksty z tomiku „Stereo Sanctity”. Zobaczenie lidera Sonic Youth na relatywnie kameralnym, klubowym koncercie to duże przeżycie. Thurston Moore to takie przedłużenie Lou Reeda, tak jak Sonic Youth było naturalnymi kontynuatorami awangardowego Velvet Underground. Gitarzysta jest na tyle złożoną osobowością artystyczną, udzielającą się na rozmaitych muzycznych polach, że nie sposób mówić o jednym TM. Słuchając energetycznego, pełnego młodzieńczej werwy koncertu tego już legendarnego muzyka (l. 56), przyszła mi do głowy myśl, że w Sonic Youth zawsze chodziło przede wszystkim o właściwe proporcje. Stosunek piosenkowości do eksperymentu, melodii do hałasu, lekkości do brutalizmu, pierwiastka żeńskiego i męskiego… Większość klasycznych albumów nowojorczyków to rzeczy doskonale zbalansowane, mieszające skrajności z mistrzowskim wyczuciem dawkowania akcentów. Taka też idea przyświecała koncertowi Moore’a w Pardon To Tu, na którym nie zabrakło piosenek, ale też nie zabrakło psychodelicznych, jazgotliwych odjazdów, doskonale współgrających z rzutowanymi na ścianę wizualizacjami kosmosu i grzybów wzrastających w przyspieszonym tempie. Repertuar stanowiły solowe dokonania artysty + improwizacje. Thurston Moore zna przepis na wieczną młodość – dystans do samego siebie. Muzyk, poeta, wokalista, ikona alternatywy, fenomenalny gitarzysta, który nagrał całą masę fantastycznych płyt, wystąpił w klubie, w Warszawie, bez ciśnienia, na spontanie… Pardon To Tu czyni cuda. Więcej takich koncertów paryskiego DJ JoJo 😉

————————————————————————–

Marc Ribot’s Ceramic Dog w Pardon To Tu

Ceramic Dog

Ceramic Dog to według mnie najciekawszy projekt Marca Ribota w perspektywie ostatnich lat, ale nie tylko ostatnich. Ribot cieszy się opinią sidemana marzeń, człowieka, który swoim charakterystycznym stylem jest w stanie skutecznie doprawić nawet najbardziej mdłe muzyczne dania (taki gitarowy glutaminian sodu z niego). Jednak w Ceramic Dog gitarzysta pełni rolę lidera i sprawdza się w niej wyjątkowo dobrze, ponieważ daje Shahzadowi Ismaily’emu i Chessowi Smithowi całkiem spory margines wolności. Najbardziej obficie z tej swobody podczas pierwszego dnia rezydencji w Pardon To Tu korzystał Ismaily. Słuchając płyt ciężko było uchwycić jak dużą rolę muzyk pełni w tym składzie, podczas koncertu widać było, że Ribot ma do basisty pełne zaufanie.

Początek koncertu trochę mnie rozczarował, bo Panowie grali właściwie luźne jam session (mocno w blues) i klub zaczynał niebezpiecznie przypominać saloon na dzikim zachodzie, ale później ta swoboda zaczęła zyskiwać coraz bardziej wyraziste ramy. Występ był w znacznej mierze instrumentalny i zdaje się, że spora część materiału nie doczekała się do tej pory rejestracji na płytach. Ze znakomitej „Your Turn” sprzed dwóch lat trio zagrało zaledwie 4 utwory (w tym jeden z wokalem, ogólnie Ribot raczej unikał mikrofonu). Koncert był bardziej w klimacie szalonego, eksperymentalnego debiutu „Party Intellectuals”.

Ceramic Dog2

Ceramic Dog to mikstura gigantycznego bagażu doświadczeń MR – uroczo koślawy, porwany jazz, blues, noise spod znaku no wave, funk, ale też bardzo wyraźny pierwiastek kubański, karaibski, czy też południowoamerykański (wszak Ribot uczył się gry na gitarze od Haitańczyka). Najbardziej podobały mi się właśnie te kalejdoskopowe kontrasty, obficie podczas koncertu prezentowane. Czasami raziły trochę zbyt dosadne (jak na Ribota) solówki, ale dobrze równoważył je Ismaily na basie i korgu. Ogólnie odniosłem wrażenie, że Ceramic Dog zagrali bardzo wyluzowany koncert, ale czasami świetne momenty ginęły w nagromadzeniu środków. Taki bulgoczący kocioł pomysłów, z którego odparowałbym trochę wody. Niezwykle przyjemnie wypadały fragmenty wyciszone, bazujące mocniej na wspólnie generowanym klimacie, niż jednostkowych popisach – w tym kontekście bardzo przypadł mi do gustu różnorodny, ale spójny i płynny bis. I nawet jeśli koncert nie przyniósł pełnego zachwytu, to udowodnił, że Ceramic Dog to trio z wciąż wielkim potencjałem, który mam nadzieję doczeka się konceptualizacji na kolejnej płycie.

———————————————————-

Nowy Jork, Nowy Jork… DJ Spooky, John Lurie, Thurston Moore, Marc Ribot to artyści z gatunku węzłowisk. Obserwując mocniej ich kariery i twórczość, można natknąć się na rzeczy naprawdę niebywałe, odpłynąć od źródła w zakamarki, o których początkowo nam się mogło nie śnić. Dlatego duże brawa dla MSN, Zachęty i Pardon To Tu za przyniesienie tak silnie promieniujących/prominentnych/kreatywnych osobowości nowojorskich nad Wisłę. A jeśli kogoś bardziej ciekawi fenomen muzycznej sceny NYC, tego odsyłam do drugiego numeru Glissanda, w całości poświęconego temu zjawisku (pdf do pobrania).

 Krzysztof Wójcik (((ii)))

Warszawa koncertowa-dwubrzegowa vol. 2.0

Czyli ciąg dalszy sążnistego wpisu vol. 1.0

 

Mikołaj Trzaska/Adam Witkowski w Muzeum Historii Żydów Polskich

20140904_174952

Wakacyjny cykl audiowizualny MHŻP „Kino_Muzyka_Lato” skupiający się na prezentacji przedwojennych niemych filmów z muzyką na żywo, był programem o tyle ciekawym, co fatalnie wypromowanym. Jakkolwiek wieczór z Mikołajem Trzaską i Adamem Witkowskim zebrał relatywnie spore grono odbiorców, tak na dwa tygodnie wcześniejszym występie Raphaela Rogińskiego muzeum wręcz świeciło pustkami. Szkoda, bo instytucja posiada audytorium o dobrej akustyce, a biletów na seanse nie zaliczyłbym do drogich. Nie w tym jednak rzecz.

Langfurtka – jak się okazało właśnie tak brzmi nazwa duetu – grała do filmu „Cud nad Wisłą” z 1921 roku, którego tematyka była o dziwo bardziej obyczajowa niż patriotyczna. Pomijając fakt, że film został zmontowany jedynie z ocalałych fragmentów taśmy, to fabuła obrazu była wręcz absurdalnie grubo ciosana, w związku z czym pozostawały jedynie walory czysto wizualne (ciekawe kadry, wczesne eksperymenty montażowe, różnice kolorystyczne wynikające z patchworkowego charakteru rekonstrukcji). Dużo obiecywałem sobie po tym seansie, zważywszy na jakość muzyki jaką Trzaska zrealizował do wielu projektów Wojciecha Smarzowskiego (z pewnością najmniej znany tytuł „Kuracja” – gorąco polecam!). Mając w pamięci doskonałe wykonanie „Róży” na OFF Festivalu spodziewałem się bardzo wiele i chyba zbyt wiele. Przede wszystkim zestawienie muzyków i filmu było zdecydowanie chybione – mam tu na myśli nieprzystające do siebie jakości muzyczne i wizualne. Brzmienie klarnetów i gitary elektrycznej samo w sobie tworzyło dość interesujący efekt (niekiedy zbliżony do ostatniej płyty Łoskotu), jednak muzykom ciężko było wpisać się w klimat filmu – właściwie najlepiej było zamknąć oczy. Warto podkreślić, że bez oprawy dźwiękowej Trzaski i Witkowskiego oglądanie „Cudu nad Wisłą” byłoby przeżyciem wręcz hardkorowym, nie na odwrót. Z obrazem najlepiej współgrały momenty muzyczne, w których słychać było tylko jeden z instrumentów. Gitara dość mocno przytłaczała brzmienie klarnetu i zbytnio dominowała nad całością, z kolei klarnet najlepiej wypadał w momentach niskich, intensywnych przesileń, a biorąc pod uwagę infantylizm i banał scenariusza podobne sekwencje nie zdarzały się za często. Myślę, że o wiele lepiej muzyka duetu wybrzmiałaby na przykład w asyście niemych dzieł niemieckiego ekspresjonizmu. W muzeum dysonans pomiędzy specyfiką wizji a fonii był zbyt wyraźny, a nijakość filmu brutalnie rzutowała na muzykę, która – siłą rzeczy – musiała odgrywać służalczą rolę wobec obrazu.

———————————————————————————————————————–

 

Tupika, Masecki/Moretti/Rogiński, Cukunft w Cafe Kulturalnej

Czyli przedostatni dzień tegorocznego cyklu Lado w mieście i występy składów w przeważającej mierze nieaktywnych już koncertowo i wydawniczo. Wieczór nabrał charakteru wspominkowego, nostalgicznego, jednak jeśli chodzi o poziom koncertów był to bodaj najbardziej wyrównany dzień spośród wszystkich „lad” jakie w tym roku widziałem.

20140827_221742

Koncerty zainaugurowała Tupika czyli trio Pawła Szamburskiego, Patryka Zakrockiego i Norberta Kubacza. Hipnotyczna, miarowa gra prostych partii kontrabasu była silnym kręgosłupem, na którym pląsały dość swobodnie klarnet i skrzypce, tworząc nastrojowe, senne dialogi z incydentalnymi żywszymi momentami. Współpraca na linii Zakrocki – Szamburski (czyli podzespołu Sza/Za) przebiegała bez zarzutu, muzycy doskonale wyczuwali swoje intencje, przy okazji czerpiąc z gry wyraźną frajdę. Solidny występ upstrzył bis, którego wysłuchałem z przyjemnością.

20140828_001016

W następnej kolejności zagrało supertrio Masecki/Moretti/Rogiński, które swego czasu nagrało spontaniczną koncertową płytę na Chłodnej 25. Jako że nie udało mi się wówczas zobaczyć składu na żywo, a o znakomitych występach tria od tamtego czasu zdążyła wręcz narosnąć miejska legenda, szykowałem się na coś specjalnego. Muzycy rozpoczęli koncert z bardzo dużą energią, która po sennej Tupice była mi tego dnia niezwykle potrzebna. Kąśliwa i kreatywna gitara Rogińskiego tworzyła znakomity drive, któremu towarzyszyło perkusyjne, mocne adhd Morettiego i dość ozdobnikowa, wręcz ascetyczna, lecz pewna gra Maseckiego na klawiszach. Nad wszystkim unosiła się nieco psychodeliczna aura lat 60., która jednak ewoluowała w przesilenia i momenty zdecydowanie współczesne, powiedzmy bardziej naspeedowane niż kwaśne. Występ pokazał, że to trio ma wielki potencjał, który zwyczajnie nie powinien zatrzymać się na albumie sprzed lat. Może przynajmniej jeszcze kilka koncertów?

20140828_003430

Cukunft wbrew moim oczekiwaniom zakończył wieczór występem bardzo energetycznym, czego nie sugerowałaby ostatnia melancholijna, solidna płyta „Wilde Blumen”. Prowadząca gitara Rogińskiego była solidnym, melodycznym fundamentem dla rozimprowizowanych klarnetów Szamburskiego i Michała Górczyńskiego, których widowiskowe, świdrujące dialogi były najbardziej charakterystycznym elementem koncertu. Występ, choć krótki, nadrabiał zwięzłość intensywnością przekazu. Szczerze mówiąc ta żwawa i głośna odsłona Cukunftu przypadła mi do gustu nawet bardziej niż wyciszone kompozycje z zeszłorocznego albumu – w każdym razie tego wieczoru miałem bardziej ochotę na klarnetowe szaleństwo. Dobrze się stało, że powyższe koncerty odbyły się w Cafe Kulturalnej, ponieważ ich charakter zdecydowanie lepiej pasował do przestrzeni zamkniętego klubu. Niestety na ostatni dzień Lada nie udało mi się dotrzeć, ponieważ wybrałem konkurencyjny event po prawej stronie Wisły…

——————————————————————————————————————————

 

Wojciech Jachna/Ksawery Wójciński + Susana Santos Silva/Torböjrn Zetterberg w Chmurach

20140829_215938

Dwa duety – jeden złożony z polskich uznanych i znanych mi muzyków, drugi portugalsko-szwedzki, przed rokiem wydany w prestiżowym lizbońskim Clean Feed. Wojciech Jachna jest chyba obecnie najbardziej aktywnym bydgoskim trębaczem, członkiem kolektywu Innercity Ensemble i połową duetu Jachna/Buhl (o którym już pisałem jakiś czas temu tutaj). Spotkanie Jachny z Ksawerym Wójcińskim, który szykuje się obecnie do wydania debiutanckiej solowej płyty i jest muzykiem wielu projektów, było ich pierwszym wspólnym graniem w duecie i na jednej scenie. Podobne sytuacje naznaczone są w równej mierze potencjałem co ryzykiem, jednak w tym wypadku więcej było słychać potencjału. Wójciński grając smyczkiem intensywne, wręcz drone’owe podkłady stwarzał bardzo dużo przestrzeni dla trąbki. Jachna kreślił raczej spokojne, choć meandryczne melodie, najciekawiej brzmiące z subtelnymi elektronicznymi pętlami. Set podzielony został na kilka odrębnych części, przypominających kompozycyjne szkice. Myślę, że ten projekt ma szansę rozwinąć się w ciekawą współpracę, szczególnie jeśli muzycy zaczną operować nieco bardziej radykalnymi środkami wyrazu. Te ostatnie były kanwą drugiej części wieczoru.

20140829_222718

Dość dużą egzotyką w perspektywie polskiej sceny jest kobieta grająca na trąbce. Osobiście nigdy nie widziałem na żywo tego instrumentu w damskich dłoniach. Swoboda i wyobraźnia z jaką Susana Santos Silva posługiwała się trąbką były naprawdę imponujące. Artystka dysponowała przeszywającym, świdrującym brzmieniem, a śmiałe sonorystyczne eksperymenty wydawały się bardzo samoświadome, dalekie od pustej popisówki. Podobnie kreatywne wykorzystanie tego „instrumentu dętego blaszanego” widziałem na koncercie Petera Evansa. Jest to granie bardzo nowoczesne, ekspresyjne, łamiące konwencjonalne brzmienie. Czasami podobne wyczyny sprawiają wrażenie przekombinowanych, jednak w grze Silvy i Torböjrna Zetterberga raczej tego nie wyczułem. Kontrabasista grając wedle podobnego stylistycznego klucza co trębaczka, w moim odbiorze był nieco mniej widowiskowy i jego gra schodziła trochę na dalszy plan, sama w sobie była też odrobinę mniej interesująca. Ciekaw jestem jak charakterystyczne brzmienie Silvy wypadłoby w towarzystwie kontrabasisty nieco bardziej stabilnego, wsłuchującego się nie tylko w swój instrument.

20140829_223709

Ogólnie rzecz biorąc pomysł zestawienia na jednej scenie dwóch duetów trąbka-kontrabas okazał się interesujący, jednak trochę żałuję, że nie doszło na przykład do wymieszania składów, co mogłoby dać znacznie bardziej nieoczekiwany efekt artystyczny. Mimo wszystko duże brawa dla organizatorów, którzy sprowadzili do Chmur tak znakomitych artystów. Koncerty były dobrym przykładem jak można wykorzystać potencjał miejsca przy ulicy 11 Listopada.

20140824_203136

——————————————————————————————————————-

Niniejszy dwuczęściowy tekst rozpoczął się narzekaniem na warszawską infrastrukturę klubową. Chociaż miniony, ostatni tydzień sierpnia pod względem interesujących eventów był dość bogaty i rozproszony, to można go określić wyjątkiem potwierdzającym regułę. Z perspektywy muzyki improwizowanej po prawej stronie Wisły funkcjonuje zaledwie jedno miejsce, które na takową jest otwarte z relatywną regularnością i są to właśnie Chmury. Być może z końcem roku sceną konkurencyjną stanie się po praskiej stronie „warszawska filia” bydgoskiego klubu Mózg, który z początkiem listopada rozpoczyna swą działalność. Natomiast jeśli chodzi o lewobrzeżną Warszawę to po zamknięciu Powiększenia, Kosmosu, Chaosu, wobec dość niestabilnej działalności Cafe Kulturalnej, zostają de facto dwa miejsca gdzie interesującą muzykę na żywo można usłyszeć z co najmniej cotygodniową regularnością. Mam tu na myśli mocniej osadzone w świadomości słuchaczy Pardon To Tu, oraz pozostająca trochę w cieniu (lecz prezentująca konsekwentny, ambitny program) Eufemia. Można zatem skwitować niniejszy tekst konstatacją „na zachodzie bez zmian”, chociaż w perspektywie jesienno zimowej odpadną jeszcze miejsca plenerowe… Cóż, pozytywne w tym kontekście jest wprowadzanie muzyki do stosunkowo młodych instytucji publicznych i takie programy jak „Co słychać” Muzeum Sztuki Nowoczesnej, czy wspomniany na początku tekstu cykl z muzyką do filmów w Muzeum Historii Żydów Polskich. W najbliższych dniach również intrygująco zapowiadający się Festiwal Przemiany w Centrum Nauki Kopernik. Powyższe instytucje nie wykonają jednak „pracy u podstaw”, która powinna przebiegać w tzw. „warszawskiej klubosferze”. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłości z podobnego terminu będzie można zabrać cudzysłów.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Warszawa elektroniczna: Fennesz, Kubin, Karkowski, Xenakis

IMG_8635

Miniony tydzień był dla miłośników muzyki elektronicznej niezwykle hojny. W trzech różnych miejscach w Warszawie, na przestrzeni zaledwie kilku dni można było zapoznać się z rozmaitymi koncepcjami współczesnej elektroniki. Od ambientu po noise, od wykonań solowych po ośmioosobowy chór. Od kameralnej scenerii klubu przez otwarty plener aż po majestat muzealnego audytorium. Specyfika poszczególnych występów była na tyle wyrazista, że wspólne ich rozpatrywanie jest równie karkołomne, co fascynujące. Zachowajmy jednak pozory chronologii, analizę pozostawiając aktywnej roli odbiorcy.

Fennesz w Pardon To Tu (dzień pierwszy)

Cykl „2 Nights With…” skupiony jest wokół pogłębionego prezentowania artystycznych osobowości w formacie rozciągniętym na dwa wieczory koncertowe. Dotychczas rezydentem „2 Nights with…” był m.in. Peter Brötzmann, Michael Gira, Joe McPhee, czy Michael Zerang. Fennesz pośród tego w znakomitej większości jazzowego towarzystwa jawił się, jako zagubione elektroniczne ogniwo, ying dla stylistycznego yang Pardon To Tu. Austriak przyjechał do Warszawy owiany nimbem sławy innowatora europejskiej muzyki elektronicznej, dla której Wiedeń od przynajmniej dwóch dekad jest adresem szczególnym. Jakkolwiek obcowanie z płytą „Bécs” nie podniosło mi ciśnienia w stopniu wysokim, jaki sugerować mogły entuzjastyczne recenzje, zobaczenia Fennesza na scenie nie potrafiłem sobie odmówić.

20140819_205554

Wieść gminna o niefortunnym charakterze pierwszego wieczoru z muzyką Austriaka dotarła już z pewnością do większości zainteresowanych. Spektakularnie spalony limiter dźwięku okazał się najbardziej charakterystycznym epizodem koncertu, jednak to nie problemy techniczne położyły się cieniem na całości występu, lecz zły rodzaj gwiazdorstwa, którym muzyk starał się przysłonić ewidentny brak pomysłu na kontynuowanie gry w sytuacji – nazwijmy to – kryzysowej. W moim odbiorze artyście – szczególnie cieszącemu się taką opinią jak Fennesz – po prostu nie wypada zrzucać odpowiedzialności wykonawczej na swój (czy też klubowy) sprzęt. Można wyobrazić sobie sytuację, w której problemy techniczne zostałyby potraktowane w sposób kreatywny, zmuszając muzyka do zepchnięcia występu na nieco inne, zaskakujące tory. Fennesz ostatecznie spróbował pójść tą drogą jednak towarzyszyło mu przy tym nadąsanie primabaleriny, której talent w niewygodnych pantofelkach nie jest w stanie wybrzmieć w pełnej krasie. Przerwanie koncertu, które wisiało na włosku, byłoby już zupełnym kuriozum, jednak ostatecznie artysta – nie kryjąc niezadowolenia – podjął wyzwanie. Zmysł improwizatorski został u Austriaka wystawiony na ciężką próbę, z której obronną ręką udawało mu się wyjść z rzadka w sposób nazwijmy to umiarkowany. Fennesz z gitarą, pozbawiony asysty mocarnych dźwięków płynących z macbooka, brzmiał jak artysta jeden z wielu. Przypuszczam, że mógł się zdecydowanie bardziej postarać. Muzykę przyćmiła technologia, która mimo specyfiki gatunku, powinna być na drugim miejscu. Postawa z pewnością niegodna artysty określanego niekiedy mianem geniusza. Dawno nie słyszałem w Pardon To Tu tak zachowawczych, a zarazem adekwatnych do sytuacji braw. Mam nadzieję, że drugi dzień z Fenneszem przyćmił pierwszy w pozytywnym tego słowa znaczeniu, jednak mój kredyt zaufania uległ wyczerpaniu i środowy wieczór zaplanowałem zgoła inaczej. Pełna zgoda z Piotrem Lewandowskim: „Po tym wieczorze muzyka Fennesza jest dla mnie w jeszcze większym stopniu zjawiskiem studyjno-płytowym”. Mimo wszystko było to interesujące doświadczenie.

—————————————————————————————-

 

Felix Kubin na Placu Zabaw

Kubina po raz pierwszy – i do niedawna ostatni – widziałem na mysłowickim jeszcze OFF Festivalu w 2008 roku i wówczas Niemiec zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Mieszanina retro-futuryzmu, groteski i performerskiego zacięcia dopracowana w najdrobniejszym szczególe okazała się tak magnetyczna, że po sześciu latach pełen ekscytacji udałem się na Plac Zabaw. Nie wiem nawet czy bardziej chciałem zobaczyć jak zmienił się Kubin, czy moje odbieranie tego typu muzyki. Koncertowa podróż sentymentalna? Powiedzmy.

20140820_211722

Dzień przed koncertem opisywałem Kubina znajomemu, jako „zagubione ogniwo Kraftwerku” i muszę przyznać, że jestem z tej metafory całkiem zadowolony. Zwariowany Niemiec całymi garściami czerpie z pięknej elektronicznej tradycji swego kraju, umiejętnie balansując pomiędzy brzmieniowym wysmakowaniem, eksperymentem, popową chwytliwością i quasi-teatralnym wizerunkiem scenicznym, który plasuje go gdzieś na przecięciu „Metropolis” Fritza Langa i statku Enterprise. Festynowa, luźna sceneria Placu Zabaw ostatecznie okazała się idealną przestrzenią dla tego elektronicznego prestidigitatora, chociaż myślę, że socreal Cafe Kulturalnej dodałby stylistyce Niemca jeszcze większej pikanterii.

Felix Kubin jest „muzykiem elektronicznym” (jak sam się przedstawił), który posiada dość nietypowe dla gatunku cechy showmana, dzięki czemu koncerty artysty nie ograniczają się do oglądania „człowieka grającego na komputerze w pasjansa w towarzystwie dźwięków”. Koncert Niemca był doświadczeniem porywającym. Kubin oprócz pantomimicznej ekspresji scenicznej pokazał się od dobrej strony wokalnej, nie mówiąc już o purnonsensowej konferansjerce, którą poprzedzał niemal każdy numer. Repertuar zaprezentowany na Placu Zabaw miał charakter dość przekrojowy, publiczność mogła usłyszeć muzykę, którą artysta napisał jeszcze w latach 80., introwertyczną (i znakomitą!) wersję „Hello” Lionela Richie, czy wreszcie swój „most commercial track”, rewiowy „There is a garden”, podczas którego Kubin pochwalił się tańcem z mikrofonem, którego nie powstydziłby się sam Jerzy Połomski. Oprócz tego typu szlagierów nie zabrakło miejsca na kawałki z najnowszej „Zemsty Plutona”, jak i na kompozycje bardziej eksperymentalne, mieszające techno z absurdalnym samplingiem. Te ostatnie pozwalały przypuszczać, że Niemiec śmiało mógłby zaserwować słuchaczom „wysmakowanę awęgardĘ”, jednak szczęśliwie nie pozwolił na zwycięstwo pozerki nad spontanicznością, która akurat w jego przypadku jest wystarczająco oryginalna i nowatorska.

20140820_220452

Po koncercie na Placu Zabaw jestem przekonany, że Felixa Kubina trzeba traktować, jako „whole package”. Muzyka, wizerunek, sceniczna ekspresja – wszystko to łączy się u artysty na zasadzie specyficznej, karnawałowej logiki, która uświęca wszelkie ewentualne błędy, a z postmodernistycznej niekonsekwencji czyni stylistykę. Adekwatna strategia artystyczna do imprezy, jaką jest jubileusz Lado ABC. Świetny koncert zarówno w muzycznym, jak i intelektualnym wymiarze.

 

—————————————————————————————————-

Karkowski, Xenakis w Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Ostatnie spośród opisywanych w tym tekście wydarzeń obdarzone jest największym ciężarem gatunkowym. Noise, muzyka współczesna, powaga państwowej instytucji kultury, teoretyczne wstępy przed wykonaniami, wreszcie próba zmierzenia się z dziedzictwem artystów niezwykle zasłużonych dla muzyki współczesnej.

Cykl „Co słychać” (towarzyszący wystawie „Co widać”) jest właściwie pierwszą inicjatywą Muzeum Sztuki Nowoczesnej, która zogniskowana została całkowicie wokół problematyki audialnej, co jest ważnym precedensem, który mam nadzieję doczeka się kontynuacji. Na przestrzeni kilku koncertów zespół kuratorski przedstawił stosunkowo szerokie – choć zdecydowanie wybiórcze – spektrum intrygujących zjawisk w muzyce polskiej. Spośród dotychczasowych wydarzeń „Co słychać” próba prezentacji i zestawienia twórczości Iannisa Xenakisa i Zbigniewa Karkowskiego jawi się jako przedsięwzięcie najbardziej ambitne, nie tyle ze względu na doniosłość twórczości artystycznej, co na trudności wynikające z czynników czysto technicznych, akustycznych. Muszę przyznać, że pod tym względem niegdysiejszy salon meblowy spisał się zaskakująco dobrze, choć oczywiście nie były to warunki, jakimi szczyci się Laboratorium CSW.

Wieczór został podzielony na dwa około 45-minutowe bloki, podczas których publiczność miała możliwość w sposób naprzemienny obcować z muzyką greckiego i polskiego kompozytora. Spośród dotychczas opisywanych w tym tekście wydarzeń koncerty w MSN-ie były z pewnością najbardziej zróżnicowane z punktu widzenia wykorzystanych muzycznych środków. Za dwa, stricte perkusyjne wykonania kompozycji Xenakisa („Rebonds” A i B) odpowiedzialny był Miłosz Pękala, znakomity, w ostatnich tygodniach wręcz wszędobylski perkusista. Były to z pewnością najbardziej widowiskowe części piątkowego wieczoru, a ich intensywność okazała się odwrotnie proporcjonalna w stosunku do czasu trwania (8 i 6 minut). Dużą przyjemność sprawiło mi podziwianie muzyka w tak wymagającym, trudnym do wykonania repertuarze, któremu artysta sprostał z wręcz chirurgiczną precyzją.

20140822_194352

Wykonania Pękali przedzieliła prezentacja „Doing by Not Doing”, 15-minutowego remiksu kompozycji „Persepolis” Xenakisa, autorstwa Karkowskiego. Odtworzeniu monumentalnego utworu towarzyszył jedynie slajd przedstawiający greckiego kompozytora pośród ruin świątyni Dariusza. Prezentacja poprzez pozbawienie jej choćby promila aspektu performatywnego w kontekście pozostałych części wieczoru była z pewnością najmniej spektakularna, jednak charakterystyczny dla noise’u fizyczny aspekt jej oddziaływania, pozwalał niekiedy zapomnieć o braku innych bodźców. Fizyczność „hałasu” w kontekście archaicznych, greckich misteriów przedfilozoficznych (do których odwoływały się kompozycje Xenakisa), pozwalała na uchwycenie analogii historycznych na poziomie cielesnym, pozaintelektualnym. Paradoksalnie formuła muzyki noise, która jest być może najbardziej adekwatna do współczesnego, zglobalizowanego świata ogarniętego szumem informacyjnym, ma charakter oczyszczający, tragiczny – w greckim rozumieniu tego słowa. Konsternacja intelektualna, zmusza do przyjmowania tej muzyki w sposób czysto zmysłowy, zgrabnie wymykając się klasycznym wspólnotom interpretacyjnym i ich teoriom. Warto zaznaczyć, że remiks Karkowskiego oparty został na kanwie kompozycji, której esencją był misterialny, kolektywny charakter pierwszego, pełnego rozmachu wykonania na pustyni pośród starożytnych ruin w asyście laserów i wojskowych reflektorów. Sceneria – na prawach remiksu – została zamieniona na współczesne muzeum sztuki.

Ukoronowaniem wieczoru był występ ośmioosobowego chóru złożonego z mężczyzn i kobiet (z zachowaniem parytetu), czyli zespołu wokalnego Gęba. Artyści/artystki na tle elektronicznego podkładu generowanego przez Wolframa, wykonali czterdziestominutową kompozycję Karkowskiego pt. „Encumberance”. Wybór tego utworu był o tyle trafny, że zdystansował twórczość polskiego artysty od muzyki noise, z którą powszechnie jest głównie utożsamiany. Wykonanie w audytorium MSN-u było dopiero trzecim razem, kiedy kompozycja miała okazję wybrzmieć na żywo. „Encumberance” jest dziełem opartym na partyturze graficzno-aproksymatywnej, pozwalającej na względnie swobodną interpretację wokalną. Wzajemna interakcja dźwięków elektronicznych i niezwykle organicznie reagujących na nie artystów robiła niesłychane wrażenie zarówno podczas sekwencji jednostajnych, jak i bardziej zniuansowanych, podczas których ciężko było wyznaczyć podział między tym co wokalne, a komputerowe. Format chóru był kolejnym czytelnym odwołaniem do starożytnej Grecji, przez co całość wieczoru nabrała spójnego, a zarazem dialektycznego charakteru. Gdy ostatnie dźwięki wybrzmiały, cisza, która zapanowała w audytorium zyskała wymiar kolejnego, pozapartyturowego taktu nadającego wykonaniu jeszcze większej mocy.

20140822_203735

Wieczór w MSN oprócz wartości czysto estetycznej, odegrał dużą rolę edukacyjną, chociaż może przede wszystkim memoratywną, jeśli chodzi o postać zmarłego niespełna rok temu Zbigniewa Karkowskiego. Paradoksalnie artysta, który wielokrotnie dystansował się od państwowych instytucji kultury (szczególnie zorientowanych na sztuki wizualne), zostaje pośmiertnie przywołany właśnie przez tego typu miejsce. W kontekście jednego z ostatnich wywiadów, jakiego kompozytor udzielił dla Glissanda w 2013 roku, wieczór w MSN może się jawić jako swego rodzaju gigantyczna ironia losu. Niemniej sądzę, że profesjonalizm i wysoka jakość artystyczna przedsięwzięcia znalazłyby uznanie w oczach Karkowskiego, który – jako wybitna osobowość polskiej kultury współczesnej – powinien być w dalszym ciągu obecny w jej obiegu.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Jazdy rozkład

20140814_143754

W Warszawie po szalonym koncertowym lipcu nadszedł niemniej szalony sierpień. Choć połowa miesiąca już za pasem, Instytut Improwizacji spieszy z rekomendacjami na kolejne dwa tygodnie…

16.08

Eufemia: Avtomat

17.08

Chmury: Dekonstruktor, Gravity Eater, The Darkest Path i Seer of Decay

19-20.08

Pardon To Tu: Fennesz

22.08

Muzeum Sztuki Nowoczesnej: Karkowski: Xenakis

25.08

Chmury: Jenot, Mirt, Mirt + Jenot

Pardon To Tu: Paweł Szamburski (solo), Harold Rubin + Mikołaj Trzaska (Festiwal Singera)

26.08

Pardon To Tu: Marcin i Bartłomiej Oleś + Harold Rubin (Festiwal Singera)

27.08

Pardon To Tu: New Trio + Daniel Zamir (Festiwal Singera)

Muzeum Historii Żydów Polskich: Mikołaj Trzaska + Adam Witkowski (muzyka na żywo do filmu „Cud nad Wisłą”)

28.08

Pardon To Tu: Christian Dawid + Lenar (Festiwal Singera)

Jachna / Urowski / Olszewski Trio” & Harold Rubin

29.08

Chmury: Susana Santos Silva (POR) + Torböjrn Zetterberg (SWE)
Wojciech Jachna + Ksawery Wójciński

30.08

Muzeum Sztuki Nowoczesnej: RSS Boys, Wilhelm Bras

31.08

Pardon To Tu: Alan Bern i Paweł Szamburski

 

Oprócz tego oczywiście warto wpaść (na Plac Zabaw/ do Cafe Kulturalnej) na ostatnie już odsłony LADO w mieście, na którym zagra – między innymi – znakomity Cukunft, kosmiczny Felix Kubin, supertrio Masecki/Moretti/Rogiński, międzynarodowa supergrupa Pure Phase Ensemble, czy nastrojowe Horny Trees.

Zatem będzie się działo niemało.

Udanych odsłuchów!