Szkatułkowa muzyka sfer – Resina w NInA (premiera płyty)

resina-w-nina

Tytuł dla tego tekstu przyszedł mi do głowy, gdy jeszcze siedziałem w wygodnym fotelu sali audytoryjnej Narodowego Instytutu Audiowizualnego. Abstrakcyjna, oszczędna, acz sugestywna, kolista wizualizacja za plecami artystki od razu przywołała mi na myśl przestrzeń kosmiczną. Początkowo był to Księżyc w pełni, jaśniejący zimnym blaskiem, w późniejszej kolejności niedookreślone obrazy przemykające przez lunetę, następnie Wenus, a może bardziej złowroga, błękitna planeta Melancholia ze wspaniałego filmu Larsa von Triera. Krótko mówiąc oprawa wizualna, tworząca aurę niesamowitości, zawieszenia w czasie i przestrzeni, doskonale podkreśliła charakter wielowymiarowej, onirycznej muzyki Karoliny Rec.

Resina to projekt solowy, w którym paradoksalnie oszczędność środków wyrazu przekłada się na wzmocnione oddziaływanie na słuchacza. 3 elementy: artystka, wiolonczela i loopstacja. Zapętlanie zagranych partii i dokładanie kolejnych dźwięków, sekwencji, motywów… Zagęszczanie faktury. Gdy Resina dogrywała ostatnie wierzchnie warstwy poszczególnych kompozycji, to fascynujące z perspektywy odbiorcy było cofanie się „wstecz”, do wszystkich głębszych, ją poprzedzających. I nagle okazywało się, że układanka każdorazowo jest świetnie przemyślaną, zniuansowaną całością o niezwykle wciągającej dramaturgii. Przypominało to trochę precyzyjne układanie fantazyjnych domków z kart, tylko kartami były dźwięki, a palcami jednej ręki smyczek.

Muzyka Resiny jest w pierwszej kolejności melancholijna, pełna napięcia, nastrojowa i uwodzicielsko romantyczna (choć mam tu na myśli raczej czarny romantyzm). Jest również szalenie… organiczna? Dajmy na to. Choć teoretycznie można ją określić hasłem „elektroakustyka”, to tak naprawdę elektroniki – pomijając loopowe zapętlanie w czasie rzeczywistym – próżno w niej szukać. Wszystko opiera się na niezwykłej wrażliwości i talencie artystki do tworzenia i łączenia kolejnych warstw. Oglądanie tego procesu na żywo było aktywnością hipnotyczną, błogą, a jednocześnie na tyle magnetyczną, że ciężko było odwrócić wzrok od sceny choćby na moment.

Karolina Rec zagrała podczas koncertu cały materiał z albumu (bandcamp). O ile się nie mylę w podobnej kolejności, z powtórką jednego z bardziej żywiołowych utworów na bis. Sama płyta ma na tyle intrygującą i dobrze poukładaną narrację, że przełożenie jej na występ było bezpiecznym, ale koniec końców dobrym posunięciem. No i piękny finał z wokalem w utworze „Not Here”… Wyobrażam sobie, że ten wątek głosowy Resina mogłaby jakoś ciekawie rozwinąć na kolejnym albumie (na debiucie sprawdza się świetnie jako pojedynczy epizod). Szczerze mówiąc nie mam krytycznych uwag. Znakomity występ, czarująca płyta.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

PS: Dobra nowina – NInA nie zwalnia tempa i kontynuuje bardzo ciekawy, ambitny program muzyczny. W listopadzie wystąpią m.in. Artur Majewski i Bartek Kapsa. Także stay tuned…

KRISTEN – „LAS” w NInA (premiera płyty)

kristen2

Jak się okazało „Sekretna Mapa” z 2014 roku zaprowadziła muzyków Kristen w „Las”, lecz w żadnym razie nie są to artystyczne manowce.
Zespół zagrał pierwszy koncert promujący wydawnictwo w Narodowym Instytucie Audiowizualnym w sali „Ziemia obiecana”  i tenże kontekst nazwy okazał się w stosunku do „Lasu” bardzo adekwatny.
Las to przestrzeń specyficzna, pozornie chaotyczna i bezładna, lecz w rzeczywistości harmonijna, rządząca się własnymi prawami. Wieloelementowość lasu na pierwszy rzut oka jest niezauważalna, poszczególne warstwy od ściółki po koronę drzew zdają się być jednolitą masą, podczas gdy każda z nich pełni swoją określoną rolę w powiązaniu z innymi elementami, tworząc jeden złożony organizm. Podobną złożoność można zaobserwować na płycie Kristen – pod fasadą prostoty w większości instrumentalnych numerów kryje się całe mnóstwo brzmieniowych drobiazgów, które decydują o wysmakowaniu wydawnictwa. Dzięki temu „Las” można przyswajać na powierzchownym poziomie groove’u, polirytmii, repetycji, ale też istnieje opcja wsłuchania się w subtelne elementy „pozornie-niepozorne”, acz funkcjonujące równolegle w muzykosystemie tych 35 minut, nadające im głębi, która niepostrzeżenie wciąga.

Biorą pod uwagę formę, to „Las” Kristen przypomina gęste, krautrockowe lasy niemieckie lat 70., jednak wzrastające już w powietrzu XXI wieku. Słuchając zespołu w NInA, miałem momentami skojarzenia z tegorocznym koncertem Follakzoid w Pardon To Tu (pisałem tu), chociaż muzyka Kristen ma w sobie znacznie więcej światła niż w przypadku chilijskiego tria. Najwięcej psychodeliczno-gitarowego mroku można zaznać w wieńczącej album, znakomitej kompozycji tytułowej, w której Michał Biela po raz pierwszy śpiewa (a raczej melorecytuje) po polsku. Gdy usłyszałem utwór „Las” z tekstem w duchu realizmu magicznego, skojarzenia poszybowały w stronę Ścianki i jej przewrotnych quasi-mikro-słuchowisk. Kompozycja doskonale sprawdza się jako finał albumu i nadaje całości płyty specyficzny kontekst, ni to muzyki drogi, ni to zagłębiania się w podświadomość, przechodzenia przez kolejne warstwy… „Las” – cały album, jak i sam utwór – interpretowałbym tutaj jako metaforę stanu umysłu.

Co do samego koncertu. Kristen jest zespołem, który na żywo nabiera dodatkowych barw i nie inaczej było w NInA. Oprócz materiału z najnowszej płyty kwartet zagrał kilka starszych, bardziej drapieżnych, piosenkowych utworów, co dobrze zbalansowało impresyjne kompozycje z „Lasu”. Sam koncert był zwięzły, podobnie zresztą jak wszystkie płyty Kristen i trwał niespełna godzinę (razem z bisem). Format esencjonalny, jak dla mnie w sam raz. A dodając do tego świetne warunki do grania (i słuchania) jakimi dysponuje Narodowy Instytut Audiowizualny, wieczór zaliczam do zdecydowanie udanych. Bardzo fajnie, że instytucja dba o ambitny program muzyczny i w dodatku organizuje koncerty egalitarne z wejściem za free. Kolejny tego typu wieczór już 8 października, gdy zagrają w NInA Marcin Dymiter i Paul Wirkus (klik). Będzie to wydarzenie z gatunku unikalnych, gorąco polecam się wybrać.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Solistów trzech: Wacław Zimpel / Piotr Kurek / Kuba Ziołek

Solistów trzech

Wstęp

          „Opowiem inną przygodę dziwniejszą…” – tak zaczyna się „Kosmos” być może najdoskonalsza z książek Witolda Gombrowicza. Gombrowicz pisał solo, wiedział jak to robić, miał duże ego i potrafił je przekuć w dzieło. Pisarze to siłą rzeczy soliści, nawet jeśli pod względem intelektu i formy są tylko niesamodzielnym zlepkiem konwencji typowych dla epoki. Trochę inaczej jest z muzykami. Muzyka to przeważnie rodzaj gry zespołowej, dyscyplina „we współpracy”, której maksimum dostajemy – dajmy na to – podczas kolektywnej, swobodnej improwizacji, w zespole, gdzie następuje zjawisko zderzania się wielu różnych ego (w szyderczym tłumaczeniu „crushing eggs”).
Słuchając muzyki wszelakiej, dość szybko złapałem się na tym, że interesują mnie przede wszystkim poszczególni jej twórcy, nawet w obrębie większych składów. A już najbardziej jednostki, autorzy samodzielni, którzy odpowiadają za „produkty estetyczne” od początku do końca, odbijają w nich linie papilarne swej osobowości (tzw. „autentyczność”), bądź konkretnego konceptu formalnego (tzw. gra w konwencji lub gra konwencją). Właśnie dlatego lubię koncerty solo – są to prawdopodobnie najbardziej bezpośrednie momenty kontaktu z czyjąś twórczością, przekazem, wrażliwością, umiejętnością kreowania autonomicznej, zamkniętej/otwartej wypowiedzi. Osobiście „gram solo” na niniejszym blogu, wiec trochę wiem jak to jest. A jest ciężko, bo gdy grasz solo to tym bardziej zależy ci na jakości, jakość=ty, pełna odpowiedzialność w całej wolności i swobodzie. Artyści, do których wymienienia z imienia i nazwiska ten tekst właśnie zmierza, choć oczywiście nie tylko oni, wchodzą na pozycję pisarzy muzycznych światów, posługując się bogactwem języka dźwięków, stosując różne gramatyki, zachowując (lub gubiąc) własny akcent… Koniec wywodu natury ogólnej – gratulacje dla tych z Państwa, którzy są jeszcze z nami! A zmierzając do meritum…
Dzień po dniu w Warszawie wystąpili trzej twórcy, którzy w znacznej mierze decydują o jakości szeroko rozumianej polskiej muzyki alternatywnej: Wacław Zimpel w Pardon To Tu / Piotr Kurek i Kuba Ziołek w Narodowym Instytucie Audiowizualnym.

———————————————————————————

Wacław Zimpel

I. Ryzykowny interes…

Na chwilę obecną, jeśli chodzi o światek muzyki improwizowanej, chyba ciężko znaleźć w Polsce klarnecistę bardziej rozpoznawalnego na arenie międzynarodowej niż Wacław Zimpel. Muzyk zasłynął nie tylko jako doskonały instrumentalista, ale przede wszystkim kompozytor i lider. Talent Zimpla zyskał największy rozmach na zeszłorocznym krążku „Nature Moves” nagranym z To Tu Orchestra. Materiał epicki, o którym już miałem okazję pisać (tutaj), pokazał ewidentny dryf klarnecisty w stronę minimalizmu, a dzisiejsza, solowa aktywność potwierdza, że inspiracja amerykańską muzyką współczesną XX-wieku jest dla artysty jednym z najważniejszych punktów wyjścia. Obok tego mamy jazz, mamy muzykę etniczną… W Pardon To Tu usłyszałem jeszcze coś.

Był taki film z lat 80., nazywał się „Risky Businesss” z młodym Tomem Cruisem. Dokładnie z roku 1983, czyli tego samego kiedy urodził się Zimpel. Muzykę do filmu skomponował Tangerine Dream, a najbardziej znana scena, to ta, w której Tom jedzie miejską kolejką z młodą, urodziwą Rebeccą De Mornay (tutaj muzyka bez wideo, w trosce o niewinność najmłodszych czytelników). Gdy Wacław Zimpel podczas koncertu zapętlił organy, to cały czas miałem przed oczami nieopierzonego Cruise’a w miłosnym uniesieniu… Dość niefortunne skojarzenie, lecz dojmujące i kładące się wyraźnym cieniem na mojej recepcji koncertu. Edgar Froese z lat 80. był równie czytelny, co kolejni Youngowie, Reichowie i Riley’owie, do których Zimpel od początku występu robił dość wyraźne linki. Nie w tym jednak rzecz, bo właściwie lubię numer „Love on a real train”, bo dobra muzyka w windzie, to wciąż dobra muzyka (choć wciąż w windzie). Mam tutaj bardziej na myśli pewne rozrzedzenie, które dokonało się za sprawą dość mało finezyjnego zastosowania loopów i ogólnego przeładowania. Zimpel piętrzył kolejne warstwy samego siebie (na klarnecie/organach), by na koniec wskoczyć w tak skonstruowany, gęsty podkład z płomiennym solo.  Taki był de facto pomysł na cały koncert. Powstawała w ten sposób muzyka złożona, lecz również mocno przewidywalna, a wzniosłe wierzchołki tak budowanych struktur (wspomniane „płomienne solówki”) stały bardzo blisko przepaści kiczu. Pewne nieumiarkowanie było również dostrzegalne w liczbie instrumentów, na których Zimpel postanowił zagrać (3 rodzaje klarnetów, organy, 2 aerofony z Dalekiego Wschodu). Przy czym akurat ta różnorodność trochę urozmaicała hermetyczną loopową strategię. Najciekawszym momentem koncertu było fantastycznie zagrane, rytmiczne solo na dęciaku z północnej Tajlandii, instrumencie wynalezionym przed 3 tysiącami lat.

Na koncercie można było odnieść wrażenie, że Zimpel w programie solowym chce połączyć tradycję amerykańskiego minimalizmu z jazzem i muzyką etniczną, a wszystko skleić przy pomocy loop stacji. Ambitnie, ale też trochę za dużo – nie potrafiłem pozbyć się uczucia przeładowania. W występie solo chciałbym usłyszeć więcej samego artysty, a nie grania na pętli, do podkładu, nawet jeśli jest preparowany w czasie rzeczywistym. W efekcie powstała muzyka „niewygodnie wygodna”, zbyt oczywista jak na artystę tego formatu co Wacław Zimpel. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo, gra solo to „ryzykowny interes”.

By rozrzedzić wiadro dziegciu miodem, polecam dwa albumy z tego roku, na których klarnecista prezentuje się od jak najlepszej strony. Free jazzowy Switchback oraz krążek „Green Light” kwartetu z Evanem Ziporynem, Hubertem Zemlerem i Gyanem Rileyem. Oba albumy wydane w zacnym, poznańskim Multikulti.

———————————————————————————

Piotr Kurek

II. Folktronica narodowa

Zobaczyć koncerty takich artystów jak Piotr Kurek i Kuba Ziołek, w sali z bardzo dobrą akustyką, za darmo? Tak się stało w Narodowym Instytucie Audiowizualnym. To budujące, że wreszcie doczekaliśmy się w stolicy miejsca, a którym z budżetu państwa (czyli „z naszych pieniędzy!”) promowana jest prawdziwie wartościowa polska muzyka. Muzyka aktualna i artyści znajdujący się w „kwiecie twórczym”. Tak własnie powinno być, a najlepszym tego dowodem była frekwencja – wszystkie miejsca siedzące, a nawet wszystkie schodki były zajęte. Koncert promowany był jako premiera drugiej (i ostatniej) płyty Starej Rzeki z gościnnym udziałem Piotra Kurka. Ostatecznie okazało się, że płyta nie dotarła, a gościnny udział polegać będzie na oddzielnym solowym koncercie – i bardzo dobrze, bo spotkanie na jednej scenie dwóch tak wyrazistych osobowości jak Kurek i Ziołek mogłoby poskutkować sygnalizowanym we wstępie zjawiskiem „crushing eggs”.

Trochę szkoda, że w opisie wydarzenia nie było powiedziane nic na temat premiery, którą w ostatnich dniach odnotował Piotr Kurek. Artysta wydał na początku miesiąca płytę „ACH-OCH” jako Heroiny (bandcamp). Album stanowi według mnie dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Kurka, bazującej na analogowym sprzęcie, na poły folkowych, charakterystycznych melodiach i wielu przenikających się warstwach najróżniejszych psychodelicznych dźwięków. Przy okazji jest to chyba najbardziej „przebojowy” materiał w karierze muzyka. Na „ACH-OCH” w glorii i chwale powraca surowy bit, który tak dobrze zaistniał na kasecie Piętnastki przed czterema laty (bandcamp). Poszczególne kawałki przesiąknięte są rytmem przywodzącym na myśl oldchoolowe techno, obok wskakują sample rozbujanej, „kowbojskiej” gitary, strzępki wokaliz, w tle słychać elektro puls… Jednocześnie materiał naznaczony jest oryginalnym „brzmieniem Piotra Kurka”, trochę futurystycznym, trochę retro i w dalszym ciągu onirycznym, przy całym energetycznym potencjale kompozycji. Wyraźna ewolucja, daleki sus na przód z zachowaniem jakości. Bardzo dobra płyta i kolejny ciekawy rozdział w karierze.

Heroiny - ACH-OCH

Jednakże koncert w Ninie nie prezentował numerów z „ACH-OCH”, tylko Piotra Kurka jako Piotra Kurka, a solowa twórczość muzyka jest obdarzona znacznie większym pierwiastkiem „outer-space”. Tutaj warunki akustyczne sali doskonale uwydatniły wszelkie niuanse pączkujących, permanentnie ewoluujących utworów. Występ pod względem zaprezentowanego materiału był dość podobny do tego, który Kurek zagrał na tegorocznym Lado w Mieście (relacja), ale w przestrzeni zamkniętej zabrzmiał bardziej soczyście. Tutaj również sama sytuacja odbioru była zupełnie inna niż w przypadku plenerowego koncertu – wspomagała nieustanne fokusowanie uwagi na dźwiękach. Kurek jest wprawnym narratorem, którego opowieść niepostrzeżenie zasysa odbiorcę we własne uniwersum, zabiera go na „dobrą wycieczkę”, tak ciekawą, że zakończenie każdorazowo wydaje się zbyt prędkie i trochę nie na miejscu.

 Stara Rzeka

Stara Rzeka, solowe dziecko Kuby Ziołka, to projekt-sensacja, o którym w ostatnich latach napisano bardzo dużo. Na fali popularności albumu „Cień chmury nad ukrytym polem” artysta nieomal dostał Paszport Polityki. Sequel w postaci płyty „Zamknęły się oczy ziemi” ma być jednocześnie zamknięciem wydawniczej historii Starej Rzeki. Bardzo dobrze. Postawienie kropki w momencie szczytowym to u muzyków rzadka umiejętność ( „Trzeba wiedzieć kiedy…” i tak dalej). A akurat Kuba Ziołek w ostatnich latach jest bodaj największym pracusiem polskiej alternatywy i na kolejne wydawnictwa pod innymi nazwami nie trzeba będzie długo czekać (nowe T’ien Lai już w drodze…).

Niemniej Stara Rzeka była projektem wyjątkowym, autorskim mariażem folku i gitarowego hałasu, drone’ów, psychodelicznych odlotów, klimatów prasłowiańskich. Duża w tym zasługa kontekstu, który jest charakterystyczny dla wszystkich przedsięwzięć Ziołka – nagrywanie albumu w specyficznych okolicznościach przyrody, tytuły kompozycji odwołujące do jednoznacznych kulturowo skojarzeń, pewien mistyczny potencjał. Artysta ukuł nawet nazwę własnej praktyki – „brutalizm magiczny”. Fenomen muzyka bardzo dobrze, niemal monograficznie na łamach Dwutygodnika zanalizowała Andżelika Kaczorowska (klik). Przy okazji koncertu w Ninie, Ziołek udzielił też ciekawego wywiadu, w którym samodzielnie opisuje siebie i Starą Rzekę (wideo). Wniosek płynący z nagrania jest jednoznaczny – Stara Rzeka to po prostu współczesna, swobodna wizja muzyki folk.

Był to bodaj piąty raz, kiedy miałem okazję słuchać na żywo Starej Rzeki i pierwszy, kiedy odbyło się to w warunkach ku temu odpowiednich (choć pewnie idealne byłyby Bory Tucholskie…). Trochę szkoda, że koncert rozpoczął się od razu po występie Piotra Kurka, sądzę, że choćby kilkuminutowa przerwa, reset, przysłużyłyby się lepszemu odbiorowi. Ziołek zaprezentował się na wstępie jako dobry konferansjer, bezpośredni i „inteligentnie zabawny”. Natomiast muzyka Starej Rzeki zabrzmiała… jak muzyka Starej Rzeki, w jej cięższej, gitarowo-elektronicznej odsłonie, z charakterystycznym piętrzeniem motywów i dbałością o fakturę. Koncert trochę stracił na spójności poprzez drobne przerwy między utworami i wspomnianą konferansjerkę, ale z drugiej strony bez nich byłby nazbyt przytłaczający, szczególnie po jednolitym, nieprzerywanym występie Kurka. Szkoda też, że Ziołek postawił niemal tylko i wyłącznie na potężne brzmienie. Zabrakło mi zdecydowanie większej ilości niuansów, takich jak choćby moment niespodziewanego wrzucenia w narrację kwadratowego techno bitu. Przez tę jednorodność koncert gubił napięcie, a niekiedy nawet nużył jednorodnością. W tym kontekście bardzo dobrze wypadła końcówka i pieśń „My Only Child”. Podobnych, delikatniejszych fragmentów jest na nowej płycie Starej Rzeki więcej i dziwię się, że Ziołek zrezygnował z nich podczas – było nie było – premierowego występu.

Podstawową, już stricte kuratorską, zaletą koncertów w Ninie było samo zestawienie artystów, którzy de facto stanowią dziś w dużej mierze o oryginalności i specyfice polskiej sceny, a w każdym razie pewnego jej segmentu. Mam nadzieję, że wydarzenia o podobnym ciężarze gatunkowym będą się odbywać w Narodowym Instytucie Audiowizualnym częściej – są ku temu świetne warunki lokalowe, a przede wszystkim jest wielki potencjał w polskiej muzyce i autorach ją tworzących.

Krzysztof Wójcik (((ii)))