Przyszłość, paszporty i nieistniejące papierosy / wpis kulturalny

Nadium

Z początkiem miesiąca, na przestrzeni zaledwie 3 dni miałem okazję usłyszeć na żywo 2 z pośród 3 nominowanych artystów do tegorocznej edycji Paszportów Polityki w kategorii „muzyka popularna”. Na dodatek w tym samym miejscu. Dookreślmy dane. Chodzi o Raphaela Rogińskiego (w tym wypadku Cukunft), oraz Kubę Ziołka (akurat premierowe T’ien Lai). Arena zdarzeń – Cafe Kulturalna. Wówczas jeszcze temat paszportów w kontekście powyższych artystów nie istniał. Niemniej, zważywszy na ich obecny „status ogólny”, jak i jedynie tegoroczny dorobek, nominacje nie są jakimś wielkim zaskoczeniem. Można je wręcz określić mianem względnie oczywistego potwierdzenia wspólnej dla obu Panów rangi „muzyków-instytucji” na polskiej scenie, powiedzmy, muzyki popularnej…
Oczywiście sztuka to nie zawody lekkoatletyczne, a dla rożnych wartości estetycznych próżno szukać wymiernych kryteriów ocen, tworząc hierarchiczne zestawienia (owszem, plwam na rankingi, a końcówka roku to świetny moment na autodafe). Jednakże czysto prestiżowej wagi Paszportu nie da się zdezawuować. Uznanie kapituły dziennikarzy/krytyków z wielu rożnych muzycznych światów ma swoja wartość, jakkolwiek na płaszczyźnie ogólnej demokracji i sztuce raczej nie jest po drodze.. Cóż, „muzyki popularnej” nie wybierają jednostki, a szersze gremia, nawet jeśli w kontekście tegorocznych nominowanych jest to kategoria o przewrotnej, życzeniowej nazwie.
Jakby nie patrzeć wyróżnienie Polityki od lat pozostaje chyba jedyną faktycznie nobilitująca muzyczną nagrodą o ogólnokrajowej sile rażenia, co ciężko zbagatelizować, nawet uwzględniając nieufność do rankingów.

Cukunft w Kluturalnej

Koncerty w Cafe Kulturalnej w obu przypadkach były znamienne. Na zespole Cukunft Raphael Rogiński poniekąd budował zjawisko, które dziś coraz częściej określa się mianem „Nowej Muzyki Żydowskiej”. Gdyby nie Cukunft, a de facto gdyby nie Rogiński, to prawdopodobnie nie byłoby o czym mówić, nie pojawiłyby się kolejne zespoły/projekty twórczo reinterpretujące tradycję muzyki żydowskiej sprzed pokoleń. Nie byłoby kreatywnego wskrzeszenia niemalże zabitej estetyki (mam tu na myśli z jednej strony Holocaust, z drugiej cepeliowe upamiętnianie na rożnego rodzaju festynach, na których większe znaczenie ma pozór i klisza niż żywa tradycja).
Raphael Rogiński pod tym względem wykonał kawał etnomuzykologicznej i artystycznej roboty, poruszył jedną z pierwszych kostek domina, NMŻ to już dzisiaj wyrazista cząstka kultury polskiej ostatnich lat. Zacięcie etnomuzykologa i interpretatora towarzyszyło gitarzyście również w tym roku na czarującej płycie solowej z kompozycjami Johna Coltrane’a, z których wydobył znacznie więcej niż nie jeden saksofonista (o krążku obszerniej pisałem tutaj). Jeżeli jednak paszport miałby trafić w ręce Rogińskiego, to w moim odczuciu przede wszystkim za Nową Muzykę Żydowską, której jest w Polsce podobnym ambasadorem, jak John Zorn ruchu Radical Jewish Culture w NYC. Przy czym polska specyfika nurtu, biorąc pod uwagę lokalny kontekst historyczny, jest chyba nawet bardziej fascynująca. Dla muzyka z takim „dowodem osobistym”, Paszport byłby tylko kolejnym dokumentem potwierdzającym wyrazistą tożsamość artystyczną.
Koncert Cukunft (a może jeszcze bardziej późniejszego big bandowego Banda Nella Nebbia, gdzie Rogiński wystąpił gościnnie) pokazał, że NMŻ żyje już własnym życiem, na nowo i w sposób naturalny, w kraju gdzie tak też funkcjonowała przez setki lat. Cukunft to w jidysz przyszłość. Zespól jest własnie tego rodzaju wehikułem czasu.

T'ien Lai w Kulturalnej

T’ien Lai – fikcyjną markę papierosów wymyślił amerykański gigant literatury sci-fi Philip K. Dick. T’ien Lai – zespól techno-rytualny powołał do życia Kuba Ziolek, artysta o niebywałej wręcz podzielności uwagi i kreatywności (w tym roku 4 płyty, każda na bardzo równym, wysokim poziomie). Koncertowa premiera albumu „RHTHM” nie była już dla mnie takim estetycznym zaskoczeniem jak wakacyjny występ T’ien Lai na Placu Zabaw (klik), podczas którego zespół objawił się dla mnie na nowo. Tym razem ta świeża formuła po prostu znakomicie zafunkcjonowała i tu nie było niespodzianki. Połączenie transowej, psychodelicznej elektroniki z „żywą”, motoryczną sekcją bębniarzy/gongistów, ubranie widowiska w nieco mroczny, tajemniczy płaszczyk (kostiumy, dym, kadzidełka), rytualne wychodzenie w publiczność z tamburynem – wszystko razem złożyło się na występ mocny, wyrazisty i w zasadzie kompletny pod względem przemyślanej formy. Chusta na twarzy Ziołka to też symptomatyczny element. Muzyk, podobnie jak Rogiński, jest przede wszystkim reprezentantem konkretnego środowiska, całego szerokiego kręgu artystów roboczo zwanego sceną toruńsko-bydgoską/bydgosko-toruńską. Wymowny jest fakt, że nawet w solowym projekcie Ziołek nie występuje pod własnym nazwiskiem, tylko pod szyldem Stara Rzeka, tłumiąc trochę jednostkowy charakter tworu. Paszport dla artysty byłby w dużej mierze docenieniem wszystkich twórców z kręgu Milieu L’Acéphale, któremu to wyróżnienie bez wątpienia się należy. Jest to także już kolejna nominacja dla Ziołka i w porównaniu z tą sprzed dwóch lat, muzyk ma za sobą silniejsze argumenty (moje osobiste faworytki to: „Duch Tornada” Alamedy 5 i właśnie „RHTHM” T’ien Lai). Z drugiej strony czy artyście, który łapie się do czołówek prestiżowych zagranicznych podsumowań (np. The Quietus, Fact Magazine), jakikolwiek Paszport jest w ogóle potrzebny? Jako dodatek do imponującej kolekcji świetnych albumów i gest uznania dla szerszego środowiska muzyków – czemu nie.

Obojętnie jaki werdykt padnie podczas paszportowej gali, nie będzie przegranych. Za parę lat o tegorocznej nagrodzie Polityki niewielu będzie pamiętać, natomiast sama muzyka posiada zdecydowanie dłuższy termin ważności i ostatecznie jest najlepszą wizytówką, która sama się wyróżnia.

Niemniej gratuluję wszystkim nominowanym (nie pisałem tutaj o trzecim z nich Błażeju Królu). Społeczne rytuały są potrzebne.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Daktari, Pole, The Kurws, czyli trzy dobre koncerty w 2 różnych klubach

CAM00507[1]

To był pod względem koncertowym dość intensywny weekend. W drugiej połowie zeszłego tygodnia w Warszawie odbywał się festiwal Nowa Muzyka Żydowska, już piąta edycja. Impreza stanowi coś w rodzaju instytucjonalnego animatora sceny muzycznej, czerpiącej inspiracje z muzyki żydowskiej. Sceny, którą dziś już śmiało określa się mianem – nomen omen – nowej muzyki żydowskiej. Z tej perspektywy festiwal Mirona Zeiferta jawi się jako wydarzenie doskonale reagujące na zjawisko kulturowe, a z drugiej strony jest też katalizatorem powoływania nowych projektów, odnajdujących w tradycji żydowskiej inspirację. Jednym z owoców NMŻ okazał się zespół Daktari, który od czasu debiutu w trakcie 2 edycji festiwalu w 2011, zdążył już nagrać trzy płyty. Premiera koncertowa najnowszej, „Lost Tawns” odbyła się właśnie w sobotę i pod tym względem występ Daktari w Palladium był podwójnie symboliczny.

Palladium to miejsce specyficzne. Zapewne każdy, kto odwiedził ten klub choć raz, ten wie o czym mówię: stylistyka wnętrza jest niczym odpowiedź na pytanie: w jaki sposób lata 90. rozminęły się z estetyką pod względem aranżacji wnętrz? Swoją drogą ciekawe czy kiedykolwiek estetyczny postmodernizm tego okresu nabierze patyny i będzie postrzegany w kategoriach retro. Pewnie tak. W każdym razie Palladium jako skrzyżowanie szkolnej sali gimnastycznej, klubu nocnego i teatru z Las Vegas, klimatem nie do końca pasuje do kultury żydowskiej. Niemniej – jest to stały partner NMŻ i największa festiwalowa scena.

Przyznam, że przyszedłem na Złotą 9 głównie ze względu na Daktari – zespół Boom Pam był dla mnie anonimowy i miał pełnić charakter niespodzianki, która ostatecznie okazała się niespodzianką dość przeciętną, niezachęcającą do wytrwania na występie do końca. Niezmiernie przewidywalna, niezaskakująca muzyka, w której każdy następny utwór brzmiał jak kalka poprzedniego. Rodzime Alte Zachen wie jak udanie łączyć surf rock z melodyką żydowską, Boom Pam łączy siermiężnie, bez wyobraźni. Zupełnie inaczej rzecz się miała z zeszłorocznym występem Watcha Clan, które też po trochu proponowało tzw. muzykę world. Ogólnie rzecz biorąc ten nurt, który NMŻ stara się konsekwentnie aplikować, jest moim zdaniem najbardziej ryzykowny i trochę rozmywa estetyczny profil samego festiwalu (lub właśnie go cementuje, zależy od punktu widzenia). Pierwsza część wieczoru należała jednak do Daktari, które po fenomenalnej, niekończącej się konferansjerce Mirona Zeiferta, zagrało lekko ponad godzinny set, składający się z dość przekrojowego materiału. W porównaniu do mojego ostatniego koncertu Daktari z 2012 roku, zespół zaprezentował się z pewnością jako skład bardziej swobodnych instrumentalistów o lepszym scenicznym porozumieniu. Kompozycje, które w dalszym ciągu stanowią ramy dla muzycznej treści, zostały potraktowane jako formy nieco bardziej luźne. Duża w tym zasługa uzupełnienia instrumentarium o perkusyjny pad, który w połączeniu ze zdyscyplinowanym basem i abstrakcyjną gitarą Mirona Grzegorkiewicza nadawał muzyce kwintetu niekiedy elektroniczny, syntetyczny wymiar. Koncert w Palladium utwierdził mnie w przekonaniu, że Daktari najbardziej działa na mnie, kiedy zaczyna operować skrajnościami, kiedy noise’ową gitarę kiełzna prosty rytm, kiedy sonorystyczne eksperymenty deąciaków układają się nagle w melodię, bądź od niej się rodzą. Muzyka Daktari swoją charakterystyczną, filmową melodyką i zwykle umiarkowanym tempem unika radykalizmów, a szkoda, bo momenty, w których próbują się w nie zagłębiać wychodzą im bardzo udanie. Myślę, że ciekawą ewolucją byłoby gdyby w przyszłości kwintet poszedł w bardziej eksperymentalną stronę, właśnie dlatego, że ma dobre podstawy kompozycyjne. Nie mówię tu o zwykłe improwizacji rozciągłej w czasie, a bardziej o manipulacji brzmieniem – to jednak zespół pięciu utalentowanych instrumentalistów.

CAM00512[1]

Inną sprawą jest fakt, że w momencie, kiedy Daktari próbowali grać bardziej swobodnie, a zarazem cicho, abstrakcyjnie, to festiwalowa publiczność zagłuszała niuanse brzmienia. Pod tym względem zespół padł ofiarą ignorancji słuchacza przypadkowego, który potraktował wydarzenie jedynie jako okazję do „kulturalnego zabicia czasu”. Jest to niestety specyfika tego rodzaju imprez. Mimo wszystko Daktari zagrali dobry koncert, chociaż oczekiwania miałem większe biorąc pod uwagę poziom  „Lost Tawns”. Prawdopodobnie muzyka kwintetu sprawdziłaby się lepiej na występie w bardziej kameralnych okolicznościach. Właśnie w poszukiwaniu podobnych klimatów postanowiłem udać się w niedzielę do Eufemii na występy Pola i The Kurws.

10378159_785717024780339_6573962924595828357_n

Koncerty na zakończenie tras promujących płyty to specyficzne wydarzenia. Sytuacja może pójść w zasadzie w dwóch kierunkach: 1. Zmęczenie wpłynie na jakość występu, 2. Trasa i zgranie muzyków przyniesie zdumiewające rezultaty. Często podobne dwa czynniki występują wspólnie w różnych proporcjach. Międzynarodowa trasa The Kurws i Pola była zarazem promocją ich najnowszych płyt – Pole zadebiutowało w maju ciekawym, intensywnym i różnorodnym „Radomiem”, The Kurws również w tym miesiącu wydało brutalny, energetyczny drugi album o poetyckim tytule „Wszystko stałe rozpływa się w powietrzu”. Obie płyty pod względem artystycznym są dużym sukcesem i przynoszą wiele świeżego powietrza polskiej scenie niezależnej. Pole poruszając się w stylistyce improwizującego tria zaskakuje mocno synkretyczną muzyką, w równej mierze zakorzenioną w funku i afrobeatcie, co w ludowej melodyce, czy tzw. idiomie jazzowym. Młynarski, Górczyński, Zabrodzki zagrali dość zwięzły koncert, w którego części partnerował im na saksofonach Oskar Carls z Kurwsów. Poszerzenie składu wpłynęło stymulująco na i tak bardzo szerokie brzmienie Pola. Muzycy posługują się formułą improwizacji umiejętnie opierając ją na języku nie zawsze z muzyką improwizowaną kojarzonym, jednocześnie nie uciekają od groove’u i chwytliwej melodyki. Kompozycje z debiutu nagranego ponad półtora roku temu zabrzmiały bardziej swobodnie, chociaż kilka razy improwizacja ugrzęzła w ślepych uliczkach. Być może miał na to wpływ kontekst ostatniego koncertu trasy i zmęczenie materiału. W porównaniu do koncertu w Powiększeniu sprzed paru miesięcy występ w Eufemii oceniam nieco słabiej, choć w dalszym ciągu jest to poziom wysoki. Warto zauważyć, że na jednym i drugim koncercie muzycy zapraszali gościnnie drugiego saksofonistę. Być może byłaby to ciekawa tradycja biorąc pod uwagę otwarty format Pola.

Obok Oskara Carlsa drugim najbardziej zapracowanym muzykiem wieczoru był zdecydowanie Piotr Zabrodzki, który jako członek obu zespołów miał pełne ręce roboty. W Kurwsach obsługując korga Zabrodzki pełnił po części rolę reżysera brzmienia, które jest w zespole równie intensywne, co zniuansowane. W rezultacie w Eufemii The Kurws zabrzmieli jeszcze mocniej niż na tegorocznej płycie. Niewielka przestrzeń klubu nie stanowiła zbyt dużej przeszkody dla wyłapywania smaczków. Choć muzyka zespołu sprawia wrażenie niepohamowanej ekspresji, wulkanu energii, to warto podkreślić, że w kwestii kompozycyjnej jest to muzyka szalenie złożona. Powierzchownie najprościej odnieść ją do nowojorskiego no wave’u lat 80., formacji takich jak James Chance & The Contortions (oczywiście pomijając wokal Chance’a), niekiedy jak podkręcone pierwsze Lounge Lizards. Kurws nie proponuje jednak retromanii, tylko muzykę bogatą formalnie, wykorzystującą współczesne brzmienia, przewrotnie spajając wszystko formułą jazgotliwej garażowej ekspresji, podskórnie skomplikowanej aranżacyjnie, rytmicznie. Bardzo pomysłowy punk-jazz. Koncert podobnie jak w przypadku Pola nie był przesadnie rozwlekły, właściwie oba występy były krótkie i treściwe, niepozostawiające specjalnego przesytu bądź niedosytu. Przy okazji muzyka zespołów bardzo dobrze do siebie pasowała, pasowała też do miejsca, czyli katakumb pod ASP. Czerpała z wielu inspiracji, tworząc ciekawe, chuligańsko swobodne i bezpretensjonalne konstrukty najeżone pomysłami.

Tak też dobiegł końca intensywny koncertowy majowy weekend, podczas którego 3 młode zespoły potwierdziły w moich oczach swoje status quo, czyli „zdecydowanie warto obserwować”. Zarazem utwierdziłem się w przekonaniu, że są to składy mające w sobie jeszcze dużo potencjału, z którego mogą skrzesać jeszcze więcej. Więcej takich weekendów proszę.

 

Krzysztof Wójcik