Fire!, Matana Roberts, Pękala/Kordylasińska/Pękala – czyli „warszaska proza koncertowa”

Tak w ogóle mógłby się nazywać ten blog, czyż nie?
„Jedziesz na Offa?” – ostatnio tym pytaniem atakują mnie rożne spotykane osoby, im bliżej końca lipca tym częściej. Odpowiadam, w zależności od sytuacji: a) nie mam nadmiaru kabony na przepicie i przejedzenie, b) nie mam siły i ochoty na całodzienne bieganie od sceny do sceny, c) Off? co tam w ogóle gra w tym roku?, d) w Warszawie mam koncertów pod dostatkiem. I chyba własnie ostatnia odpowiedz jest w tej całej offowej zawierusze najbardziej optymistyczna. Zwłaszcza, że ostatnio – w trybie jednostajnie przyspieszonym – maleje u mnie ciśnienie na przyswajanie muzyki na żywo w ilości hurtowej, niesprzyjającej uważnemu jej odbiorowi. W Warszawie w okresie wakacyjnym można sobie zorganizować przyjemny indywidualny festiwal, chodząc na koncerty to tu, to tam, na luzie. No i można przy tym spełniać przyjemne obowiązki patronackie… (sesesese)

Fire!

Nie żebym kompletnie deprecjonował Offa. Na przykład takie Fire! usłyszałem po raz pierwszy na żywo właśnie podczas katowickiej imprezy trzy lata temu i był to jak dla mnie jeden z najlepszych koncertów tamtej edycji. A w tym roku proszę bardzo – Fire! gra w Warszawie za darmo. Na dodatek miał być to koncert plenerowy, ale niestety fałszywe prognozy pogodowe pokrzyżowały te plany i ostatecznie trio zagrało w upiornie nagrzanej Cafe Kulturalnej. Cóż, jak ogień, to ogień.

Ostatnim razem oglądałem Skandynawów na tej samej scenie w PKiN, mniej więcej rok temu z okazji festiwalu Match&Fuse. W tym roku zespół przywiózł jednak ze sobą nowy znakomity materiał z wciąż jeszcze ciepłego albumu „She sleeps, she sleeps„. Stosunkowo wyciszone ostatnie kompozycje w wersji koncertowej nabrały typowej dla Fire! mocy. Chyba już to gdzieś pisałem, ale w muzyce Gustafssona najbardziej cenię sobie pełne zaangażowanie, determinację w kondensowaniu muzycznej energii, granie na 100% możliwości, zachowujące jednocześnie formalną powściągliwość. Fire! oparte na potężnym groove’ie (doskonała sekcja) i gęstniejących repetycjach, sprawia, że koncerty w mgnieniu oka zmieniają się w rodzaj porywającego, ekstatycznego rytuału. (Nomen omen, ostatnia płyta Fire Orchestra! nosi właśnie tytuł „Ritual„). W Cafe Kulturalna można było zaobserwować znany z lekcji chemii fakt, że paliwem dla ognia jest tlen. Było go w klubie z każdą minutą coraz mniej, a Fire! grali coraz intensywniej i nawet starczyło im energii na bis. A lekko podduszona publika (ta frekwencja, wow!) nie szczędziła zespołowi w pełni zasłużonych braw.

Mając już „wspólną przeszłość” z Fire!, nie pchałem się w oko cyklonu i oglądałem koncert z dystansu (jak na nikczemnej jakości fotce, sorry), a pozwalało na to świetne nagłośnienie. Jak się okazało muzyka Skandynawów sprawdza się równie dobrze w roli tła. Tak jak z ogniem, w który można się wgapiać godzinami, ale można też po prostu przyjemnie posiedzieć, pozwolić by grzał. Mimo ekstremalnych warunków temperaturowych, koncert udał się znakomicie i zdecydowanie podtrzymuję opinię, że to mój ulubiony zespół Matsa Gustafssona.


Raptem kilka dni wcześniej, na tej samej scenie, w Cafe Kulturalnej, wystąpiła wyjątkowa artystka amerykańska – Matana Roberts. Saksofonistka od kilku lat realizuje monumentalny, w założeniu 12-albumowy cykl „Coin Coin„, w którym za pomocą muzyki i słów przedstawia wielowątkową, autorską wizję historii (czarnej) Ameryki, w mocnym oparciu o doświadczenia osobiste, własnej rodziny, przodków. Jak dotąd poznaliśmy trzy rozdziały tej opowieści, z których ostatni „River Run Thee” uchodzi za najbardziej eksperymentalny, oddalony od jazzu w stronę elektroniki, organicznych sampli, przeplatanych słowną/saksofonową narracją. Właśnie ten program artystka zaprezentowała w Kulturalnej, wzbogacając swój performance klimatycznymi czarno-białymi wizualizacjami.

Matana Roberts

Koncert pokazał jak bardzo charyzmatyczną osobą jest Matana Roberts, z jak dużą łatwością potrafi skupić maksimum uwagi odbiorców na przekazie dalekim od oczywistości, banału, easy-listeningu. Artystka nawiązała już na wstępie świetny kontakt z publicznością, angażując nas w skandowania haseł, w aktywne uczestnictwo w występie. Dzięki temu dosyć ciężka, enigmatyczna warstwa muzyki, dźwięków, narracji, zyskiwała na komunikatywności i sile, a publiczność mogła poczuć rodzaj wspólnotowości inny niż w sytuacji zwyczajnego koncertu. Bardzo się cieszę, że Matana wplotła w występ swoją kompozycję z pierwszej części cyklu Coin Coin, a mianowicie „I am”. Jak głosi pewna teza, której autorstwo nie ma większego znaczenia, muzyk na scenie przede wszystkim odgrywa siebie (powiedzmy, że prezentuje własną wizję siebie). Matana Roberts jest na tyle intrygująca postacią, artystką, że oglądanie jej na żywo jest doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału „Coin Coin”. Roberts należy do tego typu oryginalnych twórców, po których spodziewać się można absolutnie wszystkiego i zawsze warto czekać na kolejne wypowiedzi żeby się z nimi po prostu zmierzyć.

Na support w wykonaniu Wacława Zimpla spóźniłem się, a nie lubię słuchać koncertów od połowy (jakie by one nie były). Ciekawe jest natomiast zjawisko jak bardzo solowa aktywność klarnecisty spolaryzowała odbiorców. Osobiście bliżej mi do stanowiska jakie zajął Piotr Lewandowski, jakkolwiek sądzę, że Zimpel jeszcze nie jednym nas zaskoczy, ponieważ jest muzykiem bądź co bądź poszukującym (o czym w pewnym sensie świadczy także tegoroczne „Lines”). Ale szukać nie zawsze znaczy odnajdywać.

Pękala-Kordylasińska-Pękala

Do Kulturalnej trafiłem wprost z Placu Zabaw, kolejnego czwartkowego Lado w Mieście, gdzie wysłuchałem bardzo ciekawego (i wizualnie atrakcyjnego) koncertu Miłosza Pękali i Małgorzaty Kordylasińskiej-Pękali na instrumenty perkusyjne i elektroakustyczne. Muzycy doskonale panowali nad spójnością narracji, co nie jest niczym zaskakującym biorąc pod uwagę perfekcję warsztatu. Występ zwiastował nadejście albumu duetu, na którym można usłyszeć oryginalne interpretacje utworów m.in. Franka Zappy, Felixa Kubina, Steve’a Reicha, ale też jedną kompozycję spod ręki Miłosza Pękali. Cóż, koncert był na tyle dobry, że z wielką przyjemnością sięgnę po płytę (czyli zadanie pt. „promocja albumu na żywo” wykonane na 5).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Już w czwartek 28.07 kolejne Lado w Mieście, na Placu Zabaw zagra Złota Jesień i Oren Ambarchi. Instytut poleca.

Reklamy

OFF Festival 2014 – relacja wybiórcza

20140805_143411

Tegoroczna edycja katowickiej imprezy miała charakter zdecydowanie bardziej kameralny niż przed rokiem, czy dwoma laty, kiedy to budżet festiwalowy w znakomitej części zasilił kieszenie reaktywowanych gwiazd (chociaż akurat pod tym względem pewnie było podobnie). Tendencja do zapraszania zespołów o sławie przebrzmiałej utrzymuje się zresztą na OFF-ie od ładnych paru lat i jak już wielu dziennikarzy zauważyło – z mieszanymi rezultatami. W tym roku żaden z headlinerów specjalnie nie przyciągnął mnie do Katowic, także nie będę o nich pisał, poza tym zdaje się, że już wszystko na ich temat zostało napisane. Czego na OFF-ie 2014 nie było? Z pewnością zabrakło zaskoczeń, odważnych posunięć kuratorskich, które impreza mająca w tytule „niezależność”, czy „niszowość”, powinna dostarczyć w pierwszej kolejności. Nie jest to jednak odkrycie Ameryki, podobnie bywało w latach poprzednich.

20140803_003703

Cóż zaskoczeniem być mogło, a okazało się zmarnowaną szansą? Rok Oskara Kolberga i scena folkowa, w którą na jeden dzień przekształciła się tzw. scena eksperymentalna bez wątpienia mogła zaprezentować artystów przetwarzających muzykę folkową w sposób dalece ciekawszy. Mam tutaj na myśli szczególnie dobór wykonawców polskich. Kapela Brodów, przy całym kunszcie przywoływania ducha dawnych melodii, nie pokazała w żadnym stopniu świeżego spojrzenia na tradycję ludową. Było to dobrej jakości granie skansenowe, prezentacja pomysłów dawnych, z zerową ilością aktualnych. Podobnie rozczarowujący okazał się koncert Karpat Magicznych, który bardzo szybko zamienił się w żonglowanie klimatami world music z bollywoodzką oprawą wizualną, która moim zdaniem była wisienką na torcie estetycznej schizofrenii. Pozytywnym momentem drugiego dnia na eksperymentalnej był występ Franka Fairfielda. Amerykanin wyglądał i brzmiał jakby przeniósł się w czasie z lat 40 ubiegłego wieku. Choć mogło to sprawiać wrażenie nieco pretensjonalne, przekaz i sceniczny wizerunek były na tyle spójne, że ciężko odmówić Fairfieldowi autentyczności, nawet jeśli brzmiał jak ocalały z dolnego pokładu Titanica.

20140802_170553

20140803_014054

20140802_205202

Bez wątpienia najbardziej kreatywne podejście do tradycji folkowej zaprezentowali Ukraińcy z DakhaBrakha. Muzycy korzystając z minimalnych środków instrumentalnych potrafili wyczarować niesłychane napięcie, trans i groove. Czerpiąc z melodyki ukraińskich stepów, artyści wykorzystali potencjał dźwięków przeszłości w sposób nowoczesny i intrygujący z punktu widzenia estetycznego. DakhaBrakha z mojej perspektywy zagrali zdecydowanie najlepszy koncert drugiego dnia festiwalu, a takiego aplauzu na scenie eksperymentalnej nie widziałem chyba nigdy. I chociaż bez wątpienia w oklaskach, tupaniach i okrzykach publiczności była duża doza pozamuzycznej solidarności, to sam koncert – odrzucając na bok politykę – wart był braw współmiernych. Podwójny wymiar występu Ukraińców niósł ze sobą kolosalne emocje i z pewnością owacje na koniec koncertu będą jednym z niewielu momentów, które z tej edycji festiwalu zapamiętam na bardzo długo. Fantastyczny występ.

20140802_193217

Największym problemem tej edycji OFF Festivalu jest właśnie to, że muzycznych chwil, które na dłużej zostałyby w pamięci było na imprezie niezbyt wiele. Dziś, z perspektywy „tygodnia po”, dość ciężko wyszczególnić jakieś koncerty wybitnie się wyróżniające, jakby wszystko zalał lukier umiarkowania. Jeśli chodzi o wykonawców polskich Merkabah okazał się składem, który na tle pozostałych, w większości gitarowych, bądź elektronicznych artystów, wniósł odświeżającą energię i odmianę stylistyczną. Oprócz Merkabah najlepsze wrażenie zrobił na mnie występ Noon, który idealnie wkomponował się w senny klimat sceny leśnej.

20140803_181010

20140802_232118

Dużym minusem tegorocznego festiwalu był właściwie brak pełnokrwistego, współczesnego jazzu. Podczas gdy rok temu system rozniosło Fire! (jak dla mnie koncert OFF-a 2013), a Mikołaj Trzaska dwa lata temu zaczarował scenę eksperymentalną „Różą” (szczęśliwie wydaną na płycie), tak w tym roku jedynym wykonawcą, który mógł dać podobną nadzieję był Evan Ziporyn. Niestety koncert klarnecisty okazał się dla mnie lekkim rozczarowaniem. Po fantastycznym występie w Powiększeniu z Zimplem, Zemlerem i Maseckim spodziewałem się, że Ziporyn pokaże na OFF-ie bardziej szaloną stronę swej profesorskiej osobowości. Ostatecznie muzyk dogrywał jedynie partie dęte do elektronicznych podkładów, raz wybijając się na wierzch, kiedy indziej tworząc drone’owe tło dla egzotycznych, gamelańskich sampli. Chociaż wirtuozeria Ziporyna cieszyła oko i ucho, to żałuję bardzo, że muzyk nie pokusił się o to żeby nieco zaszaleć i odejść od – mimo wszystko – dość sztywnych ram kompozycyjnych. Niemniej jednak miło było usłyszeć profesora MIT-u ponownie, a i on sam sprawiał wrażenie wręcz zaskoczonego tak pozytywnym przyjęciem. Dla tych, którym podejście Ziporyna się podobało gorąco polecam płytę „Gamelan Galak Tika”.

20140803_185725

Rozczarowaniem dużo większym ostatniego dnia festiwalu na scenie eksperymentalnej był jej kurator – Glenn Branca. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że mając kiedykolwiek możliwość posłuchania Branki solo odpuszczę sobie drugą połowę koncertu. Nowojorczyk wśród artystów OFF-a był co prawda w elicie radykalnego podejścia do muzyki, jednak – jak słusznie zauważył PopUp – moc podobnego konceptu na granie ma szanse wybrzmieć w pełnej glorii w sytuacji większego składu. Branca jako solista (i jako kurator), to zdecydowanie nie to samo co Branca kompozytor, genialny aranżer gitarowego zgiełku.

Jeśli jednak Branca miał faktyczny wpływ na line-up ostatniego dnia na eksperymentalnej (w co nie wierzę), to należy oddać mu hołd za Nisennenmondai. Trio Japonek obok DakhaBrakha jest dla mnie absolutnym czarnym koniem tej edycji festiwalu. Na last.fm ktoś określił muzykę zespołu, jako „amphetamine disco rock”. Zamieńmy „rock” na „krautrock”, dodajmy „noise” i dostaniemy (w przybliżeniu) brzmienie Nisennenmondai. Przede wszystkim o sile rażenia japońskiego zespołu decydowała precyzyjna, motoryczna perkusja, która na tle kosmicznego gitarowego tła, stawała się monumentalną, instrumentalną techno-machiną. Od powrotu do domu systematycznie prześwietlam dyskografię. Spektakularny koncertowy dynamit. Być może tak grałoby Neu!, gdyby Klaus Dinger i Michael Rother urodzili się w kraju kwitnącej wiśni parę lat później.

20140803_210318

Wpływ krautrockowego bitu motorik był wyraźnie widoczny u wielu wykonawców na OFF-ie. Nisennenmondai, Holden, Noon, Bo Ningen… Prawdopodobnie można by było tę listę jeszcze nieco uelastycznić. Michael Rother, jako ojciec założyciel dwóch emblematycznych dla krautrocka zespołów, występował na festiwalu w charakterze nieco wspominkowym, prezentując swój przekrojowy dorobek artystyczny.  Póki co w relacjach festiwalowych dominuje ton narzekający, jednak dla mnie koncert Rothera był bezsprzecznie jednym z wydarzeń festiwalu. Był to pierwszy raz, kiedy miałem sposobność słuchać gitarzysty na żywo i w zasadzie nie mógłbym wymarzyć sobie lepszej set listy. Co prawda „Negativland” stracił wiele ze swojego pneumatycznego pazura, jednak w znakomitej większości kompozycje zagrane przez Rothera, Hansa Lampe i Franza Bergmanna miały w sobie futurystyczną energię oryginałów. Owszem zostały zagrane nieco inaczej, jednak w moim odbiorze jest to akurat zaleta. Głośne i mocarne brzmienie nie położyło się cieniem na kompozycjach sprzed lat, które – nie oszukujmy się – w dalszym ciągu brzmią jakby zostały wymyślone dopiero ZA 40 lat, a nie aż 40(!!!) lat temu (mam tu na myśli przede wszystkim utwory Neu!). Na minus – Rother zbyt długo dopieszczał technikalia między utworami, co trochę odbiło się na dramaturgii całości.

20140801_231457

James Holden, który wystąpił na scenie leśnej w półtorej godziny po Niemcach, pokazał w jaki sposób można kreatywnie rozwinąć krautrockową rytmikę, łącząc ją z psychodeliczną, współcześnie brzmiącą elektroniką i jazzowym instrumentarium. O ile się nie mylę koncert wypełniły w większości utwory z ostatniego albumu Brytyjczyka, a ponieważ był to album znakomity czegóż chcieć więcej? Być może sceniczni partnerzy Holdena mogliby pozwolić sobie na nieco więcej swobody, mniej okiełznania. Prawdopodobnie gdyby Holden występował ze swoim stałym perkusistą miałoby to korzystny wpływ na lepszy flow między muzykami. Mimo wszystko w moim odbiorze był to jeden z lepszych koncertów tegorocznego OFF-a.

20140802_022730

Za to z pewnością najbardziej szalonym występem obdarzył publiczność festiwalową Gary Wilson, protoplasta new wave’u, interlokutor Johna Cage’a, gość, który obklejony taśmą klejącą rozmawia na scenie z głowami oderwanymi od manekinów. Stojąc na występie Wilsona tuż pod sceną ani przez chwilę nie żałowałem własnej absencji na Slowdive. To, co Amerykanin wraz z zespołem Blind Dates wykonał w namiocie Trójki było prawdziwie awangardowym performance’m, w którym muzyka traciła niekiedy znaczenie pierwszorzędne, co jednocześnie nie działało na niekorzyść całości. Wilson objawił się, jako bodaj najbardziej charyzmatyczny frontman całego OFF Festivalu. Koncert miał wymiar psychodramy, którą artysta odgrywał wraz z głową kobiecego manekinu, śpiewając do niej większość tekstów swych pokręconych piosenek. Kto słyszał klasyczną dla Wilsona płytę „You Think You Really Know Me” z ’77 roku, ten wie, że mariaż popu i eksperymentalnej, elektronicznej kakofonii w wykonaniu Amerykanina przybiera kształt na wskroś oryginalny. Choć jest to muzyka bardzo hermetyczna, niekiedy dziecinnie prosta, groteskowa, to w zestawieniu z elektryzującym, para-teatralnym wykonaniem nabiera wymiaru kompletnego, spójnego i bezkompromisowego artystycznego przedsięwzięcia. Duża w tym zasługa zespołu, który w kategorii dziwaczności dzielnie dotrzymywał liderowi kroku. Wilson zakończył występ 10 minut przed czasem, ale dał na tyle intensywne show, że ciężko było czuć niedosyt. Gdyby katowicki festiwal na serio traktował swoją nazwę, powinien zapraszać na imprezę więcej artystów pokroju Gary’ego. W każdym razie na pewno nie zestawiać ich występów z headlinerem… Chociaż w zasadzie miało to też swoje plusy – mogłem bez trudu zająć miejsce w pierwszym rzędzie, a sama atmosfera koncertu zyskała charakter bardziej kameralny, „offowy” chciałoby się rzec.

20140803_220225

Moim zdaniem bodaj największym zaniedbaniem tegorocznej edycji było zaprezentowanie muzyki polskiej w wyborze niezwykle asekuranckim, wręcz konformistycznym, a już na pewno mało reprezentatywnym dla wielowymiarowości krajowej sceny. Gitarowe, sezonowe gwiazdeczki mogły choć trochę ustąpić miejsca wykonawcom, którzy na tle międzynarodowym wyróżniają się większą oryginalnością. Polska muzyka improwizowana całymi garściami czerpie z tradycji folkowych, jednak dla żadnego spośród wykonawców regularnie występujących na najlepszych, polskich scenach nie znalazło się na OFF-ie miejsca. Szkoda, bo zwyczajnie odbiorcy zagraniczni mogą w ten sposób wyrobić sobie o polskiej muzyce nie do końca miarodajną opinię. Wydaje mi się, że wymiar promocyjny (nie mówiąc już o „misyjności”) festiwalu o takiej skali mógłby być zdecydowanie lepiej wykorzystany.  Czego zabrakło? Pomysłu, odwagi kuratorskiej, pieniędzy dla polskich artystów? Pewnie wszystkiego po trochu. W dalszym ciągu jednak OFF broni się, jako dobrze zorganizowana, „fajna impreza” – mimo wszelkich powyższych narzekań. Za rok pewnie pojadę znowu, mam tylko nadzieję, że ponarzekam sobie trochę mniej.

20140803_221809

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

 

PS: Dla ciekawych OFF-a 2013 relacjonowałem dla Jazzarium.pl – klik.

Ladowe Przedoffie / OFF-typy / Levity, Polpo Motel

20140729_231641

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że w ostatnich tygodniach w Warszawie występowanie interesujących wydarzeń muzycznych przybrało intensywność od dawna niespotykaną. Zdanie wyświechtane: „Bez wątpienia wakacje nie są dla stołecznej sceny sezonem ogórkowym”. Spora w tym zasługa tegorocznego „LADO w mieście”, które w okresie dwóch miesięcy prezentuje cyklicznie ponad 40 składów. Nadszedł półmetek. Instytut Improwizacji ze względną regularnością śledzi jubileuszowe występy artystów warszawskiego wydawnictwa.

Jak powszechnie wiadomo z początkiem sierpnia w Katowicach odbędzie się OFF Festival. Zanim jednak ta wielka impreza w pełni zaabsorbuje energię niżej podpisanego (i być może czytającego), chciałbym gorąco zaprosić na ostatnie w tym miesiącu koncerty „LADO w mieście” na Placu Zabaw, które dla warszawskiego słuchacza mogą stać się ciekawą wigilią katowickiej sztafety:

W najbliższą środę – Zocha i Igor, Wovoka

W najbliższy czwartek – 67,5 Minut Projekt, Baoba Stereo Club + M. Takara, Meritum

Na szczególną uwagę zasługuje bez wątpienia Baoba Stereo Club + M. Takara, którzy raczej tak prędko nad Wisłę nie powrócą.

————————————————————————————————————–

Portale muzyczne od jakiegoś czasu serwują swoje rekomendacje konkretnych występów na OFF Festivalu. Instytut Improwizacji nie powieli tego schematu w imię zasady, że na wszelkiego rodzaju festiwalach najciekawsi okazują się artyści, którzy jeszcze nie są nam znani. Zatem proponuję kierować się przede wszystkim własną intuicją, ewentualnie lekko poprzedzoną internetowym research’em, choć zaręczam, że najlepiej dać się zaskoczyć.

Podam jedynie 4 żelazne punkty tegorocznego line-up’u, które niezależnie od pozostałych nazwisk i tak przyciągnęłyby mnie na OFF Festival. Kolejność alfabetyczna:

Glenn Branca

Michael Rother

Gary Wilson

Evan Ziporyn

———————————————————————————————————–

Aby z czystym sumieniem zostawić „warszawskie sprawy” słów kilka musi paść o zeszłotygodniowym koncercie Levity.

Trio w pewnym sensie spaja dwa powyższe tematy. Powód prosty – moje ostatnie spotkanie z Levity na żywo miało miejsce właśnie na OFF Festivalu przed dwoma laty. Przyznać muszę, że był to dla mnie jeden z lepszych polskich koncertów w Dolinie Trzech Stawów a.d. 2012. Nie ukrywam, że dużo obiecywałem sobie po zreaktywowanym występie zespołu z okazji dziesięciolecia LADO.

20140724_211837

Tymczasem Levity zagrali klasyczny nierówny koncert, którego na dobrą sprawę można się było spodziewać po składzie, który przez ostatnie półtora roku właściwie nie funkcjonował jako working band. Nie byłbym w opinii aż tak skrajny jak Piotr Lewandowski – występ miał swoje lepsze momenty, kiedy dochodziło do ciekawych, intensywniejszych spięć między instrumentami (szczególnie początek i koniec). Niemniej chemia, którą Levity mieli dwa lata temu widoczna była zdecydowanie rzadziej niż bym sobie tego życzył. Duże umiejętności muzyczne (które w jednostkowych popisach były wyraźne) pozwalają jednak w dalszym ciągu spoglądać w przyszłość tria z nadzieją, że wpisana w nazwę lekkość znajdzie znów przełożenie na brzmienie całości i wzajemny flow. Trzymam kciuki, bo zwyczajnie chciałbym jeszcze usłyszeć znakomite Levity sprzed lat, które wskrzesić mogą próby, koncerty, wspólne granie, którego niedostatek ewidentnie na Placu Zabaw dawał o sobie znać.

20140724_225820

Nierówny występ tria zbalansował doskonale duet Polpo Motel. Zespół stanowił dla mnie zagadkę, jednak po zejściu ze sceny charyzmatycznej Olgi Mysłowskiej i Daniela Pigońskiego, jestem zdeterminowany do śledzenia ich dalszych poczynań, które mam nadzieję w niedalekiej przyszłości ujrzą światło dzienne. Bardzo dobry, magnetyczny show.

 

Krzysztof Wójcik