DŹWIEKI WYKRZYCZANE [Vandermark & Nilssen-Love]… DŹWIĘKI UKRYTE [Jachna, Mazurkiewicz, Buhl] / Pardon To Tu

Paal Nilssen-Love & Ken Vandermark

Można odnieść wrażenie, że w ostatnich tygodniach w Pardon To Tu wyrównały się proporcje prezentowania muzyki polskiej i zagranicznej. W dodatku – co akurat nie jest dużą niespodzianką – wybierani są najciekawsi przedstawiciele/zjawiska krajowej sceny około improwizowanej (najogólniej mówiąc). Operując na przykładzie – w niedzielę zagrał międzynarodowy duet mistrzów intensywnego free (Ken Vandermark i Paal Nilssen Love), a we wtorek trio Wojciecha Jachny, Jacka Mazurkiewicza i Jacka Buhla – autorów bardzo udanej tegorocznej płyty „Dźwięki Ukryte„. Były to koncerty o biegunowo różnej ekspresji, improwizatorskie yin i yang. By zachować harmonię opiszę oba w jednym tekście.

Nilssen-Love, Vandermark

Duet Vandermarka i Nillsena-Love widziałem już chyba po raz 3 w przeciągu ostatnich lat (i pierwszy raz w Pardon To Tu). Znając ich możliwości poszedłem na koncert w ciemno (a może właśnie w jasno?). Zawodnicy wagi superciężkiej, mistrzowie swego fachu, dobrze naoliwiona machina o, zdawać by się mogło, nieograniczonej mocy. Jestem przekonany, że nawet osoba nie przyzwyczajona do słuchania free impro doceniłaby sam wirtuozerski kunszt muzyków, niebywałe zgranie, wyobraźnię i nade wszystko pewność i determinacja w generowaniu kolejnych plątanin dźwięków. Jak w przypadku tych artystów zwykle bywa, koncert był mieszaniną intensywności i zaskoczenia. To jak Vandermark i Nilssen-Love potrafią nagle zmienić klimat występu o 180 stopni, przeskoczyć od funkowego, agresywnego pulsu  w subtelne, abstrakcyjne, sonorystyczne odloty, może przyprawić o zawrót głowy. Te dynamiczne zwroty akcji podobały mi się najbardziej. Vandermark szczególnie ciekawie prezentował się na potężnym saksofonie barytonowym i piskliwym, świdrującym klarnecie. Z kolei Nilssen-Love fenomenalnie operował rozmaitymi perkusjonaliami, wplatał ich brzmienie do całości narracji z typową dla siebie szybkością, fantazją i nadludzką wręcz precyzją.

Nilssen-Love, Vandermark 2

Panowie zagrali w pełni akustyczny występ, bez dodatkowego nagłośnienia. Dwa razy bisowali. Nilssen-Love schodząc ze sceny był przemoczony do suchej nitki i musiał się podtrzymywać ściany – czyli standard. Czy ten duet byłby w stanie zagrać w ogóle zły koncert? Szczerze wątpię. Intensywny strumień świadomości – zmysłowy w tym sensie, że działał fizyczną, niezwykle pewną siebie energią przekazu. Taki muzyczny ekwiwalent action painting.

—————————————————————-

Mazurkiewicz & Jachna

Jeśli koncert Vandermarka i Nilssena-Love stał pod znakiem ognia, to występowi tria Jachna / Mazurkiewicz / Buhl najbardziej odpowiadałaby woda, jednakże w różnych stanach skupienia. Dominowała para, przestrzenna mgła dźwięków często jedynie delikatnie sygnalizowanych, eterycznych. Jeśli Vandermark i Nilssen-Love grali w zwarciu, dynamiczną, agresywną koszykówkę pełną zwodów, to polskie trio uprawiało bardziej badmintona, posyłając lotkę wysoooko, reagując sprawnie na nieprzewidziane podmuchy wiatru, rażące słońce, okazjonalne uderzenia kantem rakietki itp.

Buhl & Mazurkiewicz 2

Ten koncert nie bazował na intensywnej, wykrzyczanej muzycznej energii, a bardziej na kreowaniu klimatu, na tworzeniu przestrzeni dla różnych dźwiękowych osobliwości – w taki sposób, że zawsze wydawały się być na miejscu. Tytuł płyty tria „Dźwięki Ukryte” jest wyjątkowo znaczący. Ta muzyka wyłania się z ciszy, krystalizuje się niepostrzeżenie z elementów „pozamuzycznych”, dźwięków tła, atmosfery – tutaj duże brawa za umiejętne wykorzystanie elektroniki i preparowanie instrumentów. Wszystko to spaja siatka transowego, zadumanego groove’u, który mógłby trwać, trwać i trwać (najlepszym przykładem utwór „Nie wiem, myślę”, poważny kandydat do nagrody „groove roku”). W tak luźnej, otwartej, rytmiczno-elektronicznej strukturze, tworzonej przez Jacka Mazurkiewicza i Jacka Buhla, Wojciech Jachna był (na koncercie) / jest (na płycie) w bardzo komfortowej sytuacji – może sobie pozwolić na bardzo wiele. A jego dość powściągliwy, subtelny styl, odznaczający się dużą wrażliwością melodyczną, doskonale wypełniał pozostawioną mu przestrzeń, nie dominując nad całością.

Koncert, jak i sama płyta, przywołują mi trochę na myśl muzykę Joshuy Abramsa pod szyldem Natural Information Society. Abrams tworzy podobnie otwarte, transowo-medytacyjne konstrukcje, w których klimat odgrywa znacznie większą rolę niż wirtuozeria [posłuchajcie koniecznie zeszłorocznej płyty Abramsa „Magnetoceptionklik!] Energia, moc tej muzyki polega na strategii „slow power”. I im dłużej trwał koncert Jachny, Mazurkiewicza i Buhla, tym bardziej dawało się to odczuć. Panowie szukali dźwięków ukrytych, a słuchacze mogli zamknąć oczy i odlecieć we własnych poszukiwaniach. Jedno małe „ale” – kontrabas Jacka Mazurkiewicza, według mnie głównego nawigatora tej psychodelicznej wycieczki, mógł być odrobinę głośniejszy. Natomiast siłą samej płyty „Dźwięki ukryte” jest jej precyzyjna konstrukcja, naprzemienność utworów o zróżnicowanym charakterze, która sprawia, że album broni się jako zagadkowa i wielowątkowa całość. Udało się ten klimat oddać na koncercie co w przypadku tak intrygującego materiału jest sukcesem samym w sobie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

SuperBrötzmann, Swell i Nilssen-Love w Pardon To Tu (dzień drugi)

Nilsen-Love_Swell_Brotzmann

Oblekanie Petera Brötzmanna w kolejne ramy narracyjne zakrawa na banał. To jeden z kilku free jazzowych artystów XX i XXI wieku, którzy na trwałe zakorzenili się w świadomości masowej, o ile „masową” można nazwać zbiorową świadomość entuzjastów muzyki improwizowanej. Brötzmann to ikona, żywa reprezentacja pewnej estetyki, która wciąż dla rzeszy muzyków młodszego pokolenia jest żywotnym nurtem. Gdyby Roland Barthes, jeden z moich ulubionych tzw. humanistów XX wieku odrobinę później (np. dzisiaj) napisał „Mitologie”, to niemiecki saksofonista mógłby posłużyć za jeden z tematów. Brötzmann jest personifikacją mocy free jazzu, bezkompromisowości tej strategii twórczej bez jasno zdefiniowanej „strategii”, metodzie opartej na swobodzie, intuicyjności. To jeden z mitów dzisiejszego jazzu, rozumianego poprawnie – jako coś żywotnego, a nie jako spetryfikowany gatunek standardów. Ponadto artysta jest uosobieniem indywidualizmu, cechy, która w mojej ocenie, obok relacyjnego charakteru improwizacji, jest kluczową cechą tej stylistyki. Saksofonista par excellence. I zwykle w narracji to właśnie „gra się z Brötzmannem”, a nie „Brötzmann gra z kimś” – on jest instancją nadrzędną, co zapewne nie jest do końca komfortowe ani dla samego artysty, ani dla muzyków z nim występujących. Cóż, konsekwencje ikonicznego statusu…

Tymczasem trio ze Stevem Swellem i Paalem Nilssenem-Love to skład jak najbardziej demokratyczny, choć skompilowany z radykalnych i wyrazistych osobowości. Swego rodzaju über-trio. Warto zaznaczyć, że na oczach i w uszach gości Pardon To Tu pisała się historia – były to pierwsze spotkania na scenie Brötzmanna i Swella. Ciężko w to uwierzyć z dwóch powodów: po pierwsze dziwne, że muzycy tej klasy nigdy dotąd ze sobą nie grali, a po drugie – podczas koncertu w ogóle nie było słychać braku wcześniejszych artystycznych interakcji. Ogniwem bez wątpienia nadającym ton całości był Nilssen-Love, perkusista niezwykle charakterystyczny, zazwyczaj determinujący brzmienie składów, w których przychodzi mu grać, norweski wulkan energii. Można powiedzieć, że muzyk o podobnych predyspozycjach jest wręcz idealnym partnerem dla agresywnej i szorstkiej ekspresji Brötzmanna – tutaj potęgowanej jeszcze przez puzon Swella. Trio zagrało na 100%.

Swell_Brotzmann

Zważywszy, że na scenie gościli artyści z różnych ośrodków improwizowanego świata (Skandynawia, Nowy Jork, Europa kontynentalna) muzyka mogła pójść w rozmaite kierunki. Wspólnym mianownikiem okazała się jednak stylistyka o wdzięcznej nazwie „fire music”. Żywioł, o którym tak mówił niegdyś Albert Ayler: „Jesteśmy naszą muzyką. Poprzez muzykę próbujemy się oczyścić, by móc wejść na wyższe poziomy spokoju ducha i świadomości. Chcemy też zaprowadzić tam tych, którzy nas słuchają”. Muszę przyznać, że poniedziałkowy występ miał momenty, w których energetyczny strumień świadomości zyskiwał nasilenie pozwalające na całkowite zatopienie się w dźwiękach. Bardzo fizyczna muzyka, finezyjnie drwiąca z prób intelektualnego do niej dotarcia.

Koncert jednak utrzymywał dramaturgię nie tylko poprzez swą intensywność. Ważną rolę odegrały dialogi w duetach (największe wrażenie zrobiły na mnie zestawienia „perkusja +”), jak również solowe wyczyny np. dłuższy fragment zagrany przez Brötzmanna na  tárogató (wideo pod tekstem). W pewnym momencie występu przyszła mi do głowy myśl: „hmm, trochę brakuje partii bardziej wyciszonych i melancholijnych”. Początkowo srogo rozbawiło mnie to spostrzeżenie, wszak żaden z muzyków nie zwykł grać mięciutko i pluszowo… ale pod koniec występu rzeczywiście trio trochę rozluźniło muskuły i zaprezentowało się od bardziej lirycznej strony (w każdym razie lirycznej w zestawieniu z płomienną częścią pierwszą). Bis był na dobrą sprawę zbędny – szczególnie w świetle pięknego zakończenia podstawowego programu – jednakże sami muzycy czerpali z gry na tyle dużą frajdę, że wyszli na scenę ponownie stawiając przysłowiową „kropkę nad i”.

superBrotzmann3

Artyści podobno zamierzają udokumentować współpracę na krążku. Występ w Pardonie udowodnił, że zdecydowanie powinni to zrobić. Niemniej jednak jestem bardzo zadowolony, że przyszło mi posłuchać tego zestawienia personalnego na żywo, bo to muzyka, której najpełniej doświadczyć można własnie na koncercie. Danke schön, tusen takk, thank you very kind!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Gwiezdne Wojny, reprezentacja Polski i The Thing

IMG_4129

Jadąc na pierwszy dzień rezydencji skandynawskiego The Thing do Pardon To Tu zaskoczyła mnie wesoła nowina. Okazało się, że pierwszy dzień koncertowy (4 maja) zbiega się ze światowym dniem kosmicznej epopei George’a Lucasa! Cóż za symboliczne okoliczności dla występu tria, które – odrobinę na wyrost, choć nie bezpodstawnie – nazywane jest jednym z najbardziej brutalnych i bezkompromisowych jazzowych składów. Pytanie rodzi się właściwie automatycznie: z kim niedzielnego wieczoru była Moc? Pozwolę je sobie przeformułować: czy Moc pojawiła się na scenie Pardon To Tu w ogóle? Czy zgromadzone przy pl. Grzybowskim tłumne audytorium nie zostało przypadkiem wystawione na działanie iluzorycznych figli, będących dziełem Imperatora? Hipoteza.

Drużynę Matsa Gustafssona widziałem już nie raz i niejednokrotnie robiła na mnie piorunujące wrażenie. Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że pojawię się na jednym i drugim koncercie formacji. Muszę jednak przyznać, że dalece bardziej niż kolejny występ Skandynawów moją ciekawość rozpalały dwa pierwsze sety, swoiste „wariacje pardonowskie”, opierające się na zmieszaniu polskiej improwizowanej śmietanki z cząstką głównego dania wieczoru. Podobne hybrydy były już tworzone chociażby przy okazji dwudniowej rezydencji Atomic, bądź pierwszej wizyty Petera Brotzmanna i choć nie zawsze wieńczyły się spektakularnymi występami, to z pewnością nie można im odmówić walorów czysto poznawczych. Swoją drogą dla polskich jak i zagranicznych muzyków jest to doskonała szansa do nawiązania ciekawej współpracy, nawet jeśli jej koniec zbiegnie się jedynie z finałem incydentalnego doświadczenia. Zatem nie ulega wątpliwości – personalne miksy są inicjatywą pozytywną, wręcz kulturotwórczą, a czasem nawet mitotwórczą (nie zapominajmy o kontekście Gwiezdnych Wojen!).

Pierwsza część wieczoru skoncentrowała się na osobie basisty The Thing, Ingebrigt Håker-Flatenie, oraz na trójce doskonale znanych warszawskiej publiczności, polskich „dęcistach” – Olgierdzie Dokalskim (trąbka), Janie Małkowskim (saksofon) i Dominiku Strycharskim (flety). Intrygujące zestawienie, głównie przez brak perkusji i przerzucenie ciężaru gry na konfrontację polskich muzyków, którzy (o ile się nie mylę) spotkali się na jednej scenie po raz pierwszy.

Håker-Flaten okazał się partnerem niezwykle wyczulonym na impulsy wysyłane w jego stronę przez resztę składu, choć początkowo wziął na swoje barki nadawanie tonu wzajemnemu dialogowi. Co znamienne, muzyk wkroczył na scenę z gitarą basową, na której daleki był od kreślenia klasycznych jazzowych pochodów – dalece bardziej interesowała go zabawa brzmieniem, generowanie sprzężeń, odgłosów nazwijmy to abstrakcyjnych. W tak zarysowanym muzycznym uniwersum bardzo dobrze odnalazł się Dominik Strycharski, który podążał bardziej w stronę ekspresyjnych, nerwowych zadęć, przełamując nieco niedookreśloność gry Håker-Flatena. Brzmienie fletu ciekawie kontrastowało z głębokim tonem gitary basowej i wzajemny dialog duetu był jednym z czynników stanowiących dla mnie o sile pierwszego występu. Strycharski sprawiał wrażenie osoby bardzo dobrze radzącej sobie z kierowaniem zespołem, co nie zdziwi z pewnością nikogo, kto miał okazję słyszeć tegoroczną, wręcz epicką płytę Pulsarusa „Bee Itch”. Słychać było, że instrumenty dęte, podobnie jak bas gościa ze Skandynawii, próbują odbić się od konwencjonalnej formy jazzowego składu, bardzo często operując sonorystycznymi przesileniami. W podobnej konstelacji potrafił się odnaleźć Dokalski, potwierdzając jak bardzo elastycznym muzykiem stał się na przestrzeni ostatnich lat. Małkowski był dla mnie ogniwem, które najbardziej ciążyło w stronę klasycznie jazzowych fraz, muzyk daleki był jednak od wychodzenia przed szereg i nie wykazywał tendencji do dominacji. Ogólnie rzecz biorąc można było odnieść wrażenie, że skompilowany ad hoc kwartet starał się odnaleźć wspólny mianownik dla swoich dość odrębnych, indywidualnych, artystycznych wizji muzyki. Było dość sporo momentów, podczas których te próby owocowały efektami zdumiewającymi. Niezależnie od tego, czy było to jedynie dzieło przypadku, muszę stwierdzić, że pierwszej części wieczoru najbliżej było do osiągnięcia Mocy, nie będącej dziełem kalkulacji.

Drugi set przyszło mi oglądać z okolic baru, zza którego występ obserwował sam Mats Gustafsson, pierwszy saksofon Szwecji, jak również zasłużony zwycięzca wielu zeszłorocznych podsumowań. Przyznam szczerze, że w przypadku występu Macieja Obary, Piotra Damasiewicza, Ksawerego Wójcińskiego i Paala Nilssena-Love spełniły się moje obawy odnoście tej personalnej konfiguracji. Norweski perkusista niesłychanie zdominował charakter spotkania, a reszta muzyków sprawiała wrażenie jakby z wielką determinacją próbowali dotrzymać mu kroku, zapominając trochę o niuansowaniu spotkania własnym, odrębnym głosem. Było to płomienne free, galopujące, wyczynowe i w moim odbiorze niestety dość konwencjonalne. Owszem, można się było zatracić w kanonadzie dźwięków, podziwiać techniczną sprawność muzyków, jednak z chwilą zamknięcia oczu zdałem sobie sprawę, że równie dobrze mógłby to być zupełnie inny skład grający pod Paala Nilssena. Szkoda, bo Damasiewicz, Obara i Wójciński już nie raz potwierdzali, że są artystami charakterystycznymi. Niestety nie usłyszałem tego podczas niedzielnego występu – było to usilne krzesanie Mocy, z której zbyt wiele nie wynikało. Gustafsson niczym Mistrz Yoda odpuścił i nie został na drugiej części występu kwartetu.

W ten sposób dotarliśmy do finału – koncertu The Thing. Występu jak zwykle głośnego, jak zwykle żartobliwego w konferansjerce, jak zwykle brutalnego, intensywnego. „Jak zwykle” – to sformułowanie moim zdaniem najlepiej oddaje show, które Skandynawowie zaprezentowali niedzielnego wieczoru. „Show” wydaje się również dobrym słowem, ponieważ uderzył mnie pewien powtarzalny charakter występów tej formacji i nagle zdałem sobie sprawę, że przynajmniej od mojego ostatniego spotkania z The Thing, zespół ten nie rozwinął swego pomysłu na granie. Pewien niezwykle istotny aspekt nieprzewidywalności, przewrotności i zawadiackości, które tak bardzo niegdyś wychwalałem, nagle gdzieś uleciał. Był to par excellence koncert The Thing, którzy doskonale wiedzieli co zrobić żeby zjednać sobie audytorium – kiedy zaryczeć, kiedy przedąć riff, kiedy powiedzieć dowcip, kiedy wprowadzić groove. Raziła mnie w tym swego rodzaju kalkulacja, która mam nadzieję nie była świadoma, a bardziej wypływała chociażby ze zmęczenia długą podróżą z Węgier. Być może to ja popełniłem błąd, bo poszedłem na koncert The Thing, zatem The Thing otrzymałem i tylko szukam dziury w całym? Jednak nieznośnie towarzyszy mi uczucie, że trio odpuściło bezkompromisowość na rzecz odcinania kuponów od wizerunku. Tym razem zabrakło midichlorianów. Oczywiście był to koncert dobry i pod względem wykonawczym ciężko mieć do muzyków jakiekolwiek zastrzeżenia, są to profesjonaliści i wybitni mistrzowie swych instrumentów. Gdybym jednak nie musiał stać przez cały wieczór, to z pewnością nie podniósłbym się z krzesła tak jak zrobiła to lwia część audytorium. Po prostu niemal identyczne The Thing już kilkakrotnie płomiennie oklaskiwałem – niemiły rodzaj déjà vu.

Zatem finałem była Moc, ale przyrównałbym ją bardziej do tej drugiej, nakręconej po latach trylogii Lucasa, gdzie historia i mit padły ofiarą nadmiernej próby wejścia w wypracowaną przed laty konwencję. Mam nadzieję, że relację z kolejnego dnia rezydencji The Thing będę mógł zatytułować „Nowa nadzieja”.

 

Krzysztof Wójcik

 

PS: Dzięki wielkie dla Marcina Marchwińskiego, który niegdyś uchwycił The Thing w swym obiektywie.