Nate Wooley & Paul Lytton w Pardon To Tu

Wooley_Lytton2

Trąbka, podobnie jak saksofon, jest instrumentem jednoznacznie kojarzonym z jazzem. Zwykle trębacz to frontman, solista, lider. Trąbka świdruje, wwierca się w mózg charakterystycznym tonem, stanowi często brzmieniową dominantę na tle reszty składu. Nie wiem czy to świadoma koncepcja programowa, czy zbieg okoliczności, ale (póki co) w tym roku w Pardon To Tu trąbkę usłyszeć można wyjątkowo często. Marzec należy uznać zdecydowanie za moment przesilenia tej tendencji. Rzut oka na program: Tomasz Stańko (relacja), Nate Wooley, Tomasz Dąbrowski, Peter Evans. Dwóch już zagrało, dwóch jeszcze zagra. Zmasowany atak polsko-amerykańskich rogów Każdy z powyższych trębaczy dysponuje bardzo charakterystycznym stylem gry. Nie ukrywam, że w tej konstelacji sercem bliżej mi do estetyki artystów z USA, których wspólna płyta „High Society” nagrana z wykorzystaniem wzmacniaczy gitarowych to pozycja absolutnie wyjątkowa jeśli chodzi o status trąbki w XXI wieku. Nate Wooley bez wątpienia należy do muzyków, którzy wprowadzili swój instrument na nowy poziom artystycznego wyrazu, a koncert z Paulem Lyttonem był tego doskonałym przykładem.

Wooley_wzmacniacz2

W wywiadzie, który trębacz udzielił PopUpMusic pod koniec 2013 roku powiedział: <<trąbka była najbliżej tego głosu, który słyszałem w swojej głowie. Mimo że nigdy nie słyszałem go w taki sposób, w jaki „powinno się” go zagrać, wiedziałem, że mogę odtworzyć to, co słyszę, tylko i wyłącznie na trąbce>>. Sądzę, że występ w Pardon To Tu przybiera jeszcze ciekawsze oblicze, gdy odbierany jest właśnie w kontekście tych słów. Podczas koncertu miałem komfort siedzenia w pierwszym rzędzie. Obserwowanie z tak bliska zabiegów, jakim Wooley poddawał trąbkę, pozwalało na bardzo bezpośrednie wsiąknięcie w muzykę dobiegającą ze sceny. Duet snuł narrację w sposób niezwykle skupiony i precyzyjny. Początkowe bardziej ekspresyjne i (powiedzmy) klasyczne frazy trąbki z czasem coraz bardziej ustępowały wyciszonej zabawie instrumentem. Paul Lytton to perkusista grający od dekad z największymi improwizatorami. Ostatnio miałem dużą przyjemność słuchać muzyka na żywo podczas Ad Libitum 2013 w trio z Evanem Parkerem i Barrym Guyem, a także w London Improvisers Orchestra. Chociaż wiek i staż mógł sugerować pewną hierarchię, to na scenie Pardonu nie było tego widać, a panowie grali jak równy z równym.

Paul Lytton

Najwłaściwszym określeniem w odniesieniu do interakcji duetu wydaje mi się przymiotnik „komplementarna”. Wooley dążył do zredukowania tradycyjnego brzmienia trąbki na rzecz dźwięków bardziej abstrakcyjnych, jak zauważa we wspomnianym wywiadzie: << „Efekty” trąbki jazzowej zawsze wydawały mi się tandetne i sztuczne>>. Dużą część występu artysta zagrał w ogóle bez ustnika, co pozwalało na zmianę instrumentu w narzędzie do generowanie wszelkiego rodzaju szmerów, szumów, niestandardowych efektów akustycznych, niekiedy o perkusyjnym zabarwieniu. Podobnie kreatywne podejście przyświecało Lyttonowi, który mocno eksplorował sonorystykę zestawu. Stosując (w pewnym sensie) typowe triki jak pocieranie membrany bębnów, granie za pomocą cieniutkich patyczków, miotełek, szpachelki, zabawę łańcuchem i wszelkiego rodzaju innymi rekwizytami (np. drewniana żaba), artysta tworzył bardzo gęste i drobiazgowe tło dla subtelnych akustycznych akcentów trąbki. Słuchając bacznie tej duetowej improwizacji nie miałem wrażenia przekombinowania, czyli jednej z głównych zmór tego typu muzyki. Artyści sprawnie prowadzili wspólną opowieść, płynnie intensyfikując i studząc dramaturgię, dzięki czemu skupienie pełni uwagi na występie (teoretycznie trudnym), nie było znów tak wymagającym wyzwaniem. Chyba najbardziej ekscytujący w tym koncercie był potencjał zaskoczenia, unoszący się nad każdą kolejną minutą, którą doprawdy ciężko było przewidzieć.

Nate Wooley_blacha

Na marginesie warto dodać, że Wooley zagrał koncert z kontuzją kciuka (zdaje się nawet złamaniem), dlatego wielkie brawa za determinację – występ zachował przyzwoitą długość (czyli ok. godziny). Formalną „wisienką na torcie”, „języczkiem uwagi”, „kroplą przepełniającą czarę” był bis, a właściwie jedna z najkrótszych dogrywek, jakich przyszło mi słuchać. Wooley dosłownie na sekundę zbliżył usta do trąbki, Lytton uderzył raz w zestaw i koniec. I znakomicie! Piękna zgrywa z regularnie nadużywanej formuły. Są koncerty, po których bisy zwyczajnie nie mają sensu i jak dla mnie to był jeden z nich. W muzyce jaką gra Wooley środkiem równie istotnym co dźwięk jest jego brak, a zawieszenie i pauza częstokroć działają intensywniej niż płomienne solo. Może nie tyle sztuka umiaru, co właściwego balansu. Bardzo dobry, pełnowartościowy koncert, pomimo względnego braku amplifikacji trąbki, na którą z pewnością wielu fanów trębacza czekało.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć

Reklamy