LOTTO w Kadrze (relacja)

lotto-2

Ostatni raz widziałem na żywo zespół Lotto relatywnie dawno, bo jeszcze chwilkę przed wydaniem drugiej płyty Elite Feline (bandcamp), która  trochę niespodziewanie zdominowała podsumowania roku 2016. Niespodziewanie głównie ze względu na dość radykalnie minimalistyczną zawartość, która równie dobrze mogłaby być potraktowana po macoszemu. Dlaczego tak się nie stało? Na tym chyba właśnie polega sekret i czarodziejstwo muzyki Mike’a Majkowskiego, Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury. A ta magia w sytuacji koncertowej działa wielokrotnie mocniej.

Lotto należy do polskich zespołów, o których w ostatnich latach pisałem z dosyć dużą regularnością (3 relacje z różnych etapów działalności + recenzje obydwu płyt: 1, 2). Przyznam, że obserwowanie rozwoju formacji w perspektywie czasu jest fascynujące. Każde kolejne spotkanie z Lotto pokazuje jak bardzo witalna i artystycznie płodna potrafi być prosta, transowa, hipnotyczna formuła grania. Obecnie trio osiągnęło wyjątkowo wysoki poziom scenicznego zgrania, porozumienia. Koncert w warszawskim Domu Kultury Kadr był dobitnym potwierdzeniem entuzjastycznych opinii wielu muzycznych komentatorów. Jednocześnie pokazał, że zespół – jak przystało na trio improwizatorów – na żywo wykracza daleko poza albumowe ramy, kadry i kreuje nowe na oczach/uszach słuchaczy.

W Kadrze, pomijając otwierający koncert utwór „Gremlin-Prone” z debiutu, Lotto zaprezentowało zupełnie nowy materiał, w którym jak dotąd chyba najbardziej słyszalne są odległe inspiracje rozkołysanym country – w wersji tria przybierającym osnowę mroczną, duszną, psychodeliczną. W premierowych motywach melodycznych i rytmicznych patentach kryje się duża doza specyficznie rozumianej „przebojowości”, którą trio bawi się, rozciąga, dekonstruuje, modyfikuje z fantazją i polotem. Jeśli musiałbym wyróżnić jednego z muzyków, który zrobił na mnie największe wrażenie piątkowego wieczoru, to byłby nim Paweł Szpura. Perkusista grał z niesłychaną mocą i precyzją, nadając całości bardziej agresywny, energetyczny odcień niż znany z ostatniej, „medytacyjnej” płyty Lotto. Żywiołowość Szpury doskonale upina w ramy stateczna, ultra-dokładna gra Majkowskiego, pozwalająca z kolei Łukaszowi Rychlickiemu na rozlewanie abstrakcyjnych gitarowych plam tu i ówdzie.

Około godzinny koncert w Kadrze nie miał jak dla mnie słabych punktów. Był porywający i wciągający od początku do końca. Pokazał znakomity zespół w doskonałej formie, a przede wszystkim zasygnalizował, że Lotto szykuje dla słuchaczy nowy, intrygujący materiał, na który mam nadzieję nie będziemy musieli długo czekać.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

LOTTO / Mike Majkowski solo w Pardon To Tu

Lotto

Nie znasz jeszcze grupy LOTTO? Zapytaj/poproś Pył (bandcamp), a opowie Ci o sobie językiem dźwięków. Ja opowiem inaczej, ale dobrze mieć podkład. Szczególnie gdy na wyciągnięcie kliknięcia mamy „taśmę profesjonalną”.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… Był lot. (Od) Lot to był daleki… Było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel, a moc była z nimi. Triolot, lottrio..?
Rozwikłanie nazwy jednej z najciekawszych polskich grup improwizowanych spoza idiomu „jazz” nastręcza wiele możliwości i wariacji. Paradoksalnie przypadkowość skaczących piłeczek z kabiny maszyny losującej nie do końca oddaje coraz bardziej poukładany i procesualny sposób prowadzenia narracji tria. Jeśli chodzi o jakość, to do wspólnych koncertów Mike’a Majkowskiego, Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury bardziej pasowałoby określenie „twój szczęśliwy numerek” – łatwiej go trafić, a póki co zespół trafia bez pudła. Ale mniejsza o nazwy, nie o nie tutaj chodzi.  Zacznijmy inaczej, na około lot to będzie.

Gdy przed rokiem pisałem recenzję płyty „Ask The Dust” (w grudniu krążek obchodzi swoje pierwsze urodziny), powiedziałem mniej więcej, że nagranie w pełni nie wyczerpuje potencjału zespołu, który najjaśniejszym blaskiem świeci podczas koncertów. Cóż, chyba najgorszą sytuacją dla składu improwizowanego byłoby właśnie „wyczerpać swój potencjał” na albumie. Występ w Pardon To Tu pokazał jak na dłoni, że w Lotto wciąż spoczywają potężne pokłady możliwości, które na scenie potrafią wygenerować samozapłon.

Mike Majkowski

Z całą pewnością koncert Lotto nie zadziałałby aż tak silnie gdyby nie pierwsza, wyciszona, kontemplacyjna część wieczoru pod znakiem solowego występu Mike’a Majkowskiego. Najlepszy nadgarstek III RP zaprezentował publiczności materiał ze swojej świeżutkiej płyty „Bright Astonishment of the Night„, wydanej przez Bocian Records (fragmencik). Cóż, dla osób, które miały już styczność z koncertami Majkowskiego w pojedynkę, występ w Pardon To Tu nie mógł być zaskoczeniem. Polsko-australijski kontrabasista dysponuje bardzo wyrazistym językiem, opartym na doskonałym opanowaniu instrumentu, a także ogromnej wrażliwości na choćby najdrobniejsze niuanse brzenia. Oszczędność i precyzja to dwa pierwiastki, które Majkowski wykorzystuje do maksimum. Elementy te w toku jednostajnych repetycji hipnotyzują słuchacza, przestrajają percepcję i w efekcie wyostrzają zmysły na każdy mikro-detal wykonania. Koncerty Majkowskiego solo są jak obserwowanie pracy zegarmistrza. Dokładność rozciągnięta w czasie, dźwięki gasnące w ciszy. Minimalizm i wirtuozeria wysokiej próby. Muzyka aż tak subtelna, że paradoksalnie wytrącająca słuchacza ze strefy komfortu – wprowadzająca w coś znacznie ciekawszego. Klasa.

Łukasz Rychlicki

W formacie Lotto ponadprzeciętna precyzja Majkowskiego jest najbardziej stabilnym elementem konstrukcji, oparciem i punktem zaczepienia. Było to doskonale widoczne i słyszalne podczas pierwszych kilkunastu minut koncertu, które okazały się absolutnym popisem ekspresyjnej, kreatywnej acz nieprzegadanej perkusji. Szpura mając w tle metronomiczny puls kontrabasu wyraźnie poczuł husarię. Przez dłuższą chwilę jego gra opierała się jedynie na talerzu, ale obezwładniała intensywnością i wysoką amplitudą temperatur. Gitara Rychlickiego wyłaniała się z ciszy tak powoli i płynnie, że aż nie zauważyłem kiedy dokładnie stała się częścią narracji, dodając całości ciekawej, elektronicznej faktury i potęgując tym samym psychoaktywne brzmienie całości. Wszystko zmierzało nieubłaganie do przesilenia, potężnej jazgotliwej kulminacji.

Koncert Lotto można określić właśnie jako permanentne budowanie, zwiększanie, dozowanie napięcia. Wypowiedź tria była ultra-linearna, przypominała muzyczny ekwiwalent kina drogi, w którym bardziej chodzi o podróż, proces, niż o samo osiągnięcie celu. I chyba największą siłą Lotto jest właśnie to, że słuchacz chce jak najdłużej pozostać w stanie lekkiego niedosytu, czytania przecinków zamiast kropek. Muzykom udało się to uczucie utrzymać,  również za sprawą bisu, krótkiego przytoczenia marzycielskiego tematu „Divider”.

Trio nagrało już podobno materiał na kolejną płytę i jeśli mistrzowskie wyczucie dramaturgii koncertowej zostanie zachowane na krążku, to szykuje się naprawdę mocna rzecz. Lot-to może być niezwykły…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Piotr Kurek / LOTTO na Placu Zabaw

Piotr Kurek

Właściwie czekałem na te dwa koncerty od kiedy po raz pierwszy poznałem line-up tegorocznego Lado w Mieście. Niewielu jest w Polsce muzyków elektronicznych, których darzyłbym takim uznaniem i szacunkiem jak Piotra Kurka. Z dwóch powodów. Po pierwsze artysta nie zaliczył ani jednej skuchy wydawniczej, każda z jego płyt to przemyślana opowieść, immanentny świat dźwięków rządzący się własnymi prawami, obdarzony niezwykłym, trochę „baśniowym” klimatem. Po drugie – koncerty. Widziałem Kurka już wielokrotnie, na rozmaitych scenach, w wydaniu solo, z Piętnastką, dwukrotnie w towarzystwie Łukasza Rychlickiego (w tym raz z Pawłem Szpurą) i zawsze były to wyjątkowe wydarzenia muzyczne. Nie inaczej było na Placu Zabaw.

Przede wszystkim uznanie budzi wrażliwość z jaką artysta dostosował brzmienie i charakter koncertu do okoliczności miejsca i czasu. Kurek zastosował „slow power” w budowaniu onirycznej narracji, która rozlała się na nadwiślański bulwar w sposób nieinwazyjny, a jednak dojmujący. Strukturalna złożoność muzyki idzie tutaj w parze z dużym talentem i łatwością tworzenia subtelnych melodii, ewoluujących organowych polifonii. Dźwięki na poły futurystyczne, na poły old schoolowe, folkowe, zawieszone gdzieś pomiędzy. Kurek to „El Grande Hypnotizer”, elektroniczny kataryniarz, którego muzyka sprawia, że można się poczuć niczym tresowana małpka na sznurku psychodelicznego tripu. Świetny koncert, z całą pewnością jeden z lepszych podczas tegorocznej edycji Lado w Mieście. Mam nadzieję, że artysta niedługo przełamie wydawniczy impas pełnowymiarowym albumem, póki co pozostaje 7″ wydana w lutym w BDTA.

Z większością płyt muzyka można zapoznać się na bandcamp (niestety z wyjątkiem znakomitych „Innych Pieśni”). Instytut szanuje, więc propaguje:

Solo – https://piotrkurek.bandcamp.com/music

Piętnastka – https://pietnastka.bandcamp.com/

Suaves Figures – https://suavesfigures.bandcamp.com/album/nouveaux-gymnastes

————————————————————————-

LOTTO

Miałem cichą nadzieję, że Piotr Kurek wystąpi gościnnie z Lotto (nie byłoby w tym nic dziwnego zważywszy na wcześniejsze wspólne grania z Rychlickim i Szpurą), jednak tak się nie stało. Trochę szkoda, bo okazja była znakomita. Niemniej Lotto to skład samowystarczalny, fuzja trzech talentów i trzech różnych backgroundów, dzięki czemu trio gra  muzykę wymykającą się prostej kategoryzacji. Recenzując „Ask The Dust” (klik) stwierdziłem, że płyta – choć zdecydowanie udana – to nie wyczerpuje w pełni potencjału formacji, który najlepiej widać na koncertach. Cóż, mogę się ponownie podpisać pod tymi słowami. Na Placu Zabaw słychać było, że Lotto jest już muzycznie znacznie dalej niż na albumie (bandcamp). Przede wszystkim trio buduje na koncercie znacznie dłuższe formy. Panowie zaczęli od dynamicznego groove’u, z wyraźnie zarysowanym kontrabasem Mike’a Majkowskiego. Pod osłoną transowych repetycji znalazło się miejsce dla wielu drobnych niuansów gitarowych i perkusyjnych. Potem muzyka Lotto wyraźnie zwolniła, wyciszyła się, ale był to jedynie pretekst by na nowo cegiełka po cegiełce budować ścianę dźwięku. W obecnej odsłonie tria dużą rolę odgrywa rytm, a w zasadzie polirytmie, ponieważ nawet gitara Rychlickiego obok generowania ostrego jak brzytwa hałasu, operuje najczęściej w wyraźnych, choć często nieokrzesanych ramach rytmicznych. Muzyk z koncertu na koncert posługuje się noise’em w sposób coraz bardziej trafny i wyważony, nie unikając przy tym kontrastów i przejaskrawień. Kontrabas pełni rolę stabilnego i względnie oszczędnego ogniwa. Majkowski – w swoim stylu – skupia się bardziej na fakturze brzmienia instrumentu niż na technicznych popisach. Natomiast Paweł Szpura potwierdza, że jest jednym z bardziej kreatywnych i dynamicznych perkusistów. Otwarty, niedookreślony stylistycznie format Lotto doskonale pozwala mu na kanalizowanie energii i wyobraźni w najróżniejsze formy (to zresztą tyczy się wszystkich członków formacji). Mocny, szorstki, a przy tym stosunkowo minimalistyczny występ okazał się dobrym kontrastem dla marzycielskiej, ulotnej muzyki Kurka. Niemniej na Placu Zabaw można było doświadczyć dwóch strategii budowania dźwiękowego transu – podprogowej i bardziej brutalistycznej. Do wyboru, do koloru, co kto lubi. Efektem wieczór kompleksowy i wielce udany.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Chrobot #8 w ADA Puławska (Futoma, VTR / Rychlicki, Szpura)

Futoma

Dziś opowiem o zjawisku, które wydarza się w Warszawie już od jakiegoś czasu, jednak po raz pierwszy przyszło mi w nim uczestniczyć (i już wiem, że z pewnością nie ostatni). Chrobot to cykliczne koncerty organizowane w mokotowskiej Adzie Puławskiej. Miejsce od ponad roku wskrzesza muzycznego ducha, który przed laty tętnił pod tym adresem w czasach Galerii Off. Przestrzenią dla Chrobotu jest niewielka sala, znajdująca się za pierwszymi drzwiami po prawej, gdy miniemy już kratę w bramie Puławska 37. Sala służy przede wszystkim warszawskim muzykom za miejsce prób, natomiast koncerty zdarzają się przy okazji. Po poniedziałkowych występach liczę, że podobnych okazji będzie coraz więcej.

Co do muzyki przedstawianej w ramach Chrobotu, to właściwie nazwa cyklu mówi sama za siebie. Dźwięki eksperymentalne, współczesne, poszukujące, futurystyczne. Podczas pierwszego audiowizualnego, elektronicznego koncertu cząstka „robot” wydawała mi się zdecydowanie dominująca. Futoma to pseudonim Miłosza Pękali, niezwykle utalentowanego perkusisty, o którym niejednokrotnie już na łamach Instytutu pisałem. Okazuje się, że Pękala jest nie tylko wszechstronnym muzykiem, ale także sprawnym organizatorem/animatorem, ponieważ to właśnie on zainicjował cykl Chrobot, na którym dotychczas występował najczęściej. Podczas niespełna 10 wieczorów koncertowych w Adzie pojawili się artyści rozmaici, m.in. Krzysztof Knittel, Władysław Komendarek, Gerard Lebik, Wojciech Traczyk, Hubert Zemler, Piotr Zabrodzki (klik). Zatem dość szerokie spektrum line-up’owe.

Koncert Futomy poprzedził Pękala krótkim wstęp-o-witaniem, kurtuazyjnie błogosławiąc kameralne okoliczności wydarzenia (absolutnie się zgadzam). Muzyk ubrany w koszulkę z napisem „Star Trek” trochę przypominał serialowego Spocka. Ten kontekst okazał się jeszcze silniejszy, gdy Pękala usiadł za konsoletą na tle kosmicznych wizualizacji VTR (czyli Wiktora Podgórskiego). Występ Futomy składał się z dwóch części. Pierwsza operowała przede wszystkim cyrkulującym drone’m o zmiennej intensywności, który wchodził w ciekawą reakcję zarówno z przestrzenią akustyczną sali, jak i z minimalistyczną oprawą wizualną. W efekcie powstała psychodeliczna kombinacja przypominająca trochę lot Dave’a z końcówki „Odysei Kosmicznej”(klik), choć zarówno pod względem muzycznym jak i optycznym była to hybryda dużo bardziej stonowana, subtelna i na tym poziomie fascynująca. Gapiłem się w ekran projektora jak zaklęty, a delikatnie ewoluująca narracja Pękali wprowadzała w przyjemny trans, który mógłby trwać bardzo długo bez ryzyka nudy. Drugi set był bardziej dynamiczny, warstwa audio została poszerzona o różnorakie struktury rytmiczne, bitowe, noise’owe, podobnie wizualizacje zaczęły operować mocniejszymi akcentami w dystrybucji obrazów. Całość występu Futomy i VTR nie trwała dłużej niż pół godziny, lecz tyle czasu absolutnie wystarczyło artystom żeby zaprezentować się od znakomitej strony jeśli chodzi o budowanie wciągającej wypowiedzi i przemyślane podejście do eksperymentu.

Rychlicki-Szpura

Druga część wieczoru należała do Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury. Panowie grają wspólnie od dłuższego czasu. Osobiście widziałem ich na scenie wielokrotnie, lecz zawsze w formacie trzyosobowym (w Lotto z Mike’iem Majkowskim, we Free Gate z Mikołajem Trzaską i raz w trio z Piotrem Kurkiem). Jak się okazało nieobecność trzeciego ogniwa nie stanowi dla Szpury i Rychlickiego większego problemu. Muzycy zagrali w Adzie krótki, ale treściwy, galopujący set, który można określić hasłem „impro-free-noise” (jeśli ktoś koniecznie chciałby określać). Duet wyładował energię w sposób bezkompromisowy, tworząc jednostajną kulminację, narrację hałasu, przekrzykujące się kaskady dźwięków gitary i perkusji. W tej muzyce nie było miejsca na intelektualne podejście, chodziło o żywioł, afirmację swobody i świetnego zgrania, bez którego podobny set okazałby się klapą. Dało się też odczuć, że muzycy w formie krótkiego, pełnokrwistego sparingu eksperymentują z technikami i patentami wykorzystywanymi na co dzień przy okazji różnych innych składów, jenak przepuszczając je przez ekstremalną soczewkę. Muzyczny ekwiwalent action painting, ale bardziej w stylu Burroughsa, czyli strzelanie ze strzelby w puszki z farbą, zawierzenie intuicji. Rychlicki i Szpura również zagospodarowali na występ około pół godziny – zaprezentowana estetyka „tour de force” zdecydowanie nie wymagała dłuższej formy.

Cały Chrobot trwał w sumie jakąś godzinę, lecz pokazał naprawdę rozległy wachlarz brzmień, a kameralna atmosfera wydarzenia sprzyjała przyswajaniu. Fantastycznie, że takie rzeczy dzieją się w Warszawie, że są poligony doświadczalne, gdzie za darmo można obserwować jak hartuje się muzyczna stal. Jestem pewien, że jeszcze nie raz stawię się na Chrobocie i zalecam to wszystkim, którzy są ciekawi niestandardowego podejścia do dźwiękowej materii.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kurek, Rychlicki, Szpura w Pardon To Tu

CAM00610

Konfiguracja personalna składu, który wystąpił na deskach Pardon To Tu była dla mnie wystarczającą zachętą aby odwiedzić klub pierwszego dnia lipca. W ostatnich miesiącach dwukrotnie widziałem Pawła Szpurę i Łukasza Rychlickiego (raz jako Lotto z Mike’iem Majkowskim, raz w ramach Freegate z Mikołajem Trzaską) za każdym razem były to występy bardzo dobre. Po Trzasce i Majkowskim przyszedł czas na polskiego mistrza syntezatora – Piotra Kurka.

Układa się zatem równanie z jedną niewiadomą: 2+1=x.

CAM00594

Szpura i Rychlicki jako duet tworzą strukturę dźwiękową bardzo otwartą na ingerencje osoby trzeciej. Zgrana sekcja noise’owo – rytmiczna jest w swojej grze na tyle swobodna, że udział dodatkowego muzyka – jak się okazało – każdorazowo przynosi interesujące rezultaty. Występ został podzielony na dwa długie sety. Pierwszy bazował na kolektywnym budowaniu ściany dźwięku, w której prym wiódł potężny syntezator Kurka, niekiedy aż nadto dominujący nad pozostałymi instrumentami. W drugiej części koncertu balans głośności utrzymany był w większych ryzach, co pozwoliło skupić się na niuansach brzmień. Perkusja Szpury miała tego wieczoru wymiar powolny, majestatyczny, unikała tworzenia jednostajnego rytmu, czy groove’u na rzecz otwartych, niejednoznacznych, choć prostych rozwiązań – w efekcie muzyk był dla Kurka partnerem zupełnie innym niż Hubert Zemler (połowa duetu Piętnastka), dzięki czemu syntezator mógł powędrować w bardziej abstrakcyjne rejony, choć też często bazował na charakterystycznych melodyjkach znanych z albumu “Dalia”. Rychlicki rozpoczął występ bez jednej struny, co biorąc pod uwagę jego styl gry może nie było specjalnym problemem, jednak okazało się symboliczne – gitarzysta miał podczas koncertu problem z nagłośnieniem, a jego gitara w najbardziej intensywnych momentach ginęła pod mocarnym brzmieniem syntezatora. Jeśli tak się nie działo noise’owe preparacje idealnie wpisywały się w psychodeliczny wymiar muzyki tria, szczególnie w drugiej, nieco bardziej wyciszonej części koncertu.

Występ pozostawił we mnie bardzo pozytywne wrażenie. Biorąc pod uwagę, że miał on (prawdopodobnie) charakter w pełni spontanicznej improwizacji, to trzeba przyznać, że muzykom z dużą łatwością udało się wypracować wspólne, intensywne brzmienie, które okazało się naturalną wypadkową noise’u, free i eksperymentalnej, analogowej elektroniki. Z przyjemnością posłuchałbym muzyki tria raz jeszcze na koncercie, bądź płycie. Artystyczny potencjał i wyobraźnia bez wątpienia pozwalają Kurkowi, Rychlickiemu i Szpurze na jedno i drugie.

 

Krzysztof Wójcik