Ad Libitum 2015: Dzień I

Ad Libitum 2015

Ciężko uwierzyć, że festiwal taki jak Ad Libitum doczekał się 10 edycji. Impreza choć od lat boryka się z trudnościami natury finansowej, odradza się co roku niczym feniks z popiołów i wciąż konsekwentnie realizuje swój ambitny program, ściągając do Warszawy prawdziwą ekstraklasę światowej improwizacji. Mając w pamięci lata ubiegłe, muszę przyznać, że jubileuszowa edycja przyciągnęła nieco większe grono odbiorców, co niewątpliwie jest zjawiskiem budującym, które optymistycznie nastraja na przyszłość. Takie festiwale są w Polsce potrzebne. Dlaczego?

Choćby dlatego, że powstają w reakcji na oddolne procesy kulturowe. Innymi słowy muzyka improwizowana o mniej lub bardziej jazzowym backgroundzie, jest jedną z prężniej rozwijających się gałęzi twórczości muzycznej o ambicjach artystycznych w Polsce. Dowodem na to są nie tylko dziesiątki koncertów organizowanych spontanicznie w różnych małych klubach na przestrzeni całego kraju, ale też wypowiedzi czołowych przedstawicieli, by nie użyć słowa „gwiazd”, międzynarodowego jazzu. Ken Vandermark od lat powtarza, że koncerty w Polsce są dla niego wyjątkowe, ponieważ przychodzą na nie głównie ludzie młodzi, a publiczność jest autentycznie skupiona na muzyce. Peter Brötzmann – ikona europejskiej improwizacji – na zakończenie swego tegorocznego występu podziękował tłumnie zebranym słuchaczom i powiedział, że granie w Polsce zawsze jest dla niego wielką przyjemnością. Kto choć trochę zna szorstki temperament niemieckiego artysty, ten wie, że saksofonista nie strzela podobnymi komplementami zbyt często. Kolejnym żywym dowodem na mocne zakorzenienie „impro music” w polskiej kulturze współczesnej są też takie inicjatywy jak Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa. Orkiestra złożona głównie z młodych muzyków, która od lat działa na pograniczu polsko-litewskim jest prawdziwym fenomenem, nie tylko w skali kraju. Do Sejn zjeżdżają artyści tego kalibru co  Arvo Pärt, a także wybitni przedstawiciele polskiej sceny muzycznej. Pod przewodnictwem jednego z nich Orkiestra z Sejn zagrała na tegorocznym Ad Libitum.

Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa

Mikołaj Trzaska, bo o nim mowa, przy asyście Tomasza Dąbrowskiego, Mike’a Majkowskiego, a także znakomitego brytyjskiego nestora gatunku Evana Parkera, zaprezentował warszawskiej publiczności 15-osobową Sejneńską Spółdzielnię Jazzową. Nie ukrywam, że chęć zobaczenia takiego składu w akcji była bodaj głównym powodem, dla którego przyszedłem na pierwszy dzień festiwalu. Zestawienie muzyków można uznać za symboliczne – Trzaska jest emblematycznym przedstawicielem muzyki improwizowanej w Polsce, artystą o niebywale charakterystycznym języku, który wciąż szuka nowych wyzwań; Dąbrowski i Majkowski to muzycy młodzi, od początku karier działający z powodzeniem w skali międzynarodowej; Parker – wiadomo – jeden z ojców i głównych przedstawicieli impro music. Fantastyczne w koncercie na Ad Libitum było to, że podczas występu każdy z artystów schował CV do kieszeni – wszyscy muzycy obecni na scenie stanowili kolektyw. Było to wyraźne nawet nie tyle w partiach granych wspólnie, ale w mniejszych segmentach, kiedy każdy grał jak równy z równym. Tutaj doskonałym przykładem była choćby sytuacja dialogu na linii sędziwy Parker – młody, na oko 12-letni trębacz z Sejn. A podobnych momentów było znacznie więcej. Duża klasa, zero protekcjonalności. W ogóle w perspektywie całego koncertu Parker był wręcz wycofany. Widocznie wziął sobie do serca hasło przewodnie festiwalu „wolność w jedności”.

Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa2

19-osobowy skład zagrał utwory Mikołaja Trzaski, równie znakomitego kompozytora co improwizatora. Ostatni raz widziałem saksofonistę w roli lidera większego zespołu podczas wyjątkowego wykonania „Róży” na Off Festiwalu. W Laboratorium kilka motywów z tego filmu również zabrzmiało. Trzaska ewidentnie potrafi wykorzystać doświadczenie jakie zdobył na przestrzeni ostatnich lat grając chociażby w Resonance Vandermarka i kierowanie tak liczną grupą nie stanowiło dla niego większego problemu. Widać też było, że muzycy – poczynając od Parkera a skończywszy na najmłodszych trębaczach – darzą gdańskiego saksofonistę szacunkiem i uznaniem. Podczas jednego z solowych, ekspresyjnych popisów Trzaski, oczy wszystkich wlepione były w ryczący, pędzący na łeb na szyję alt, a na twarzach malowało się słowo „respect”. Według mnie tego wieczoru polski muzyk zdecydowanie przyćmił wielkiego Evana Parkera. Ale – cytując trenera Nawałkę – brawa należą się całej drużynie. I nie ma to ani krztyny kurtuazji. To był naprawdę bardzo dobry, zajmujący koncert, z wieloma wyjątkowymi momentami, w których każdy miał swój udział. [fragment wideo]

Brotzmann Quartet

Dzielić jedną scenę z Evanem Parkerem to z pewnością duże doświadczenie. Podejrzewam, że nie mniejszym było dzielenie backstage’u z „rzeźnikiem z Wuppertalu”, „najgłośniejszym saksofonistą globu” – Peterem Brötzmannem. Początkowo artysta sprawiał wrażenie jakby był delikatnie mówiąc „nie w sosie”. Osobiście przearanżował układ sceny na własne potrzeby, przy okazji dość opryskliwie skarcił technicznego i dosadnie uderzył stołem o podłogę. Później wyraźnie nie pasował mu mikrofon, kręcił głową, mamrotał, ostatecznie w ogóle zrezygnował z używania jakiegokolwiek nagłośnienia. Cóż, po co nagłośnienie najgłośniejszemu saksofoniście świata? Faktycznie okazało się niepotrzebne. Brötzmann wraz ze swoją brygadą zagrał koncert bezkompromisowy w każdym calu. Tak jak widziałem już saksofonistę wielokrotnie, to jeszcze nigdy jego gra nie wydała mi się tak brutalna, momentami wręcz agresywna. Hardcore punk przy brzmieniu 74-letniego Brötzmanna, to jak kwilenie niemowlaka przy ryku słonia. Ten ryk bardzo dobrze balansowały rozmyte partie wibrafonu Jasona Adasiewicza, a sekcja Steve NobleJohn Edwards doskonale utrzymywała obłąkańcze tempo narzucone przez Niemca. Duże wrażenie zrobiły też na mnie partie solowe, szczególnie w wykonaniu bezbłędnego Noble’a. Ten koncert był doświadczeniem bardziej fizycznym niż intelektualnym. Obserwowanie jedynej w swoim rodzaju ekspresji brötzmannowskiej, na dodatek w tak intensywnym wydaniu, nikogo nie pozostawiło obojętnym (tak sadzę). Gdy koncert się skończył wydawało mi się, że trwał bardzo krótko, co okazało się nieprawdą – Brötzmann świstem saksofonu zakrzywił czasoprzestrzeń. Kwartet wyszedł jeszcze na krótki bis, który w zestawieniu z główną częścią występu można było wręcz nazwać lirycznym i subtelnym. Wszystkich nienasyconych muzyką kwartetu odsyłam do płyty „Mental Shake„, gdzie Brötzmann, cytując klasyka, jest „still crazy after all these years”. [fragment wideo]

Cybulski - Pałosz - Wojciechowski

Trzecim, a w kolejności chronologicznej pierwszym występem w Laboratorium był koncert tria strunowo-elektronicznego w składzie Krzysztof Cybulski, Mikołaj Pałosz, Sławomir Wojciechowski. Była to muzyka na przeciwległym biegunie do tej, którą zaprezentował Brötzmann – zdecydowanie bardziej intelektualna, podporządkowana wymyślnemu konceptowi formalnemu. Sądzę, że trio lepiej odnalazłoby się na Warszawskiej Jesieni. Zabrakło mi w ich wykonaniu pierwiastka, który miał przyświecać tej edycji Ad Libitum, a mianowicie wolności. Odniosłem wrażenie, że muzycy w trosce o jak najdokładniejsze odwzorowanie pewnej idei formalnej zatracili całkowicie spontaniczność, wydawali się nie tyle skupieni co spięci, jakby grali z pistoletem przyłożonym do skroni. Z czasem ich wypowiedź stawała się trochę bardziej komunikatywna, a wplatane jazzowe sample w sonorystyczno-elektroniczną improwizację odrobinę rozszerzały spektrum recepcji eksperymentu. Niemniej całość wydała mi się sztucznie przekombinowana, na siłę udziwniona. Koncert tria odebrałem jako zdecydowanie najsłabsze ogniwo wieczoru, na tyle mało charakterystyczne, że po bisie kwartetu Brötzmanna ledwie je pamiętałem.

Nie zmienia to faktu, że inauguracja Ad Libitum 2015 była wielce zadowalającym i ciekawym przeżyciem. Już jestem ciekaw w jaki sposób festiwal wejdzie w drugie dziesięciolecie działalności. Sądzę, że najlepszym tropem będzie dalsze i możliwie jeszcze ściślejsze zestawianie przedstawicieli sceny krajowej z muzykami z zagranicy. W Polsce jest cała masa świetnych improwizatorów. Koncert Sejneńskiej Spółdzielni Jazzowej był tego doskonałym przykładem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

SuperBrötzmann, Swell i Nilssen-Love w Pardon To Tu (dzień drugi)

Nilsen-Love_Swell_Brotzmann

Oblekanie Petera Brötzmanna w kolejne ramy narracyjne zakrawa na banał. To jeden z kilku free jazzowych artystów XX i XXI wieku, którzy na trwałe zakorzenili się w świadomości masowej, o ile „masową” można nazwać zbiorową świadomość entuzjastów muzyki improwizowanej. Brötzmann to ikona, żywa reprezentacja pewnej estetyki, która wciąż dla rzeszy muzyków młodszego pokolenia jest żywotnym nurtem. Gdyby Roland Barthes, jeden z moich ulubionych tzw. humanistów XX wieku odrobinę później (np. dzisiaj) napisał „Mitologie”, to niemiecki saksofonista mógłby posłużyć za jeden z tematów. Brötzmann jest personifikacją mocy free jazzu, bezkompromisowości tej strategii twórczej bez jasno zdefiniowanej „strategii”, metodzie opartej na swobodzie, intuicyjności. To jeden z mitów dzisiejszego jazzu, rozumianego poprawnie – jako coś żywotnego, a nie jako spetryfikowany gatunek standardów. Ponadto artysta jest uosobieniem indywidualizmu, cechy, która w mojej ocenie, obok relacyjnego charakteru improwizacji, jest kluczową cechą tej stylistyki. Saksofonista par excellence. I zwykle w narracji to właśnie „gra się z Brötzmannem”, a nie „Brötzmann gra z kimś” – on jest instancją nadrzędną, co zapewne nie jest do końca komfortowe ani dla samego artysty, ani dla muzyków z nim występujących. Cóż, konsekwencje ikonicznego statusu…

Tymczasem trio ze Stevem Swellem i Paalem Nilssenem-Love to skład jak najbardziej demokratyczny, choć skompilowany z radykalnych i wyrazistych osobowości. Swego rodzaju über-trio. Warto zaznaczyć, że na oczach i w uszach gości Pardon To Tu pisała się historia – były to pierwsze spotkania na scenie Brötzmanna i Swella. Ciężko w to uwierzyć z dwóch powodów: po pierwsze dziwne, że muzycy tej klasy nigdy dotąd ze sobą nie grali, a po drugie – podczas koncertu w ogóle nie było słychać braku wcześniejszych artystycznych interakcji. Ogniwem bez wątpienia nadającym ton całości był Nilssen-Love, perkusista niezwykle charakterystyczny, zazwyczaj determinujący brzmienie składów, w których przychodzi mu grać, norweski wulkan energii. Można powiedzieć, że muzyk o podobnych predyspozycjach jest wręcz idealnym partnerem dla agresywnej i szorstkiej ekspresji Brötzmanna – tutaj potęgowanej jeszcze przez puzon Swella. Trio zagrało na 100%.

Swell_Brotzmann

Zważywszy, że na scenie gościli artyści z różnych ośrodków improwizowanego świata (Skandynawia, Nowy Jork, Europa kontynentalna) muzyka mogła pójść w rozmaite kierunki. Wspólnym mianownikiem okazała się jednak stylistyka o wdzięcznej nazwie „fire music”. Żywioł, o którym tak mówił niegdyś Albert Ayler: „Jesteśmy naszą muzyką. Poprzez muzykę próbujemy się oczyścić, by móc wejść na wyższe poziomy spokoju ducha i świadomości. Chcemy też zaprowadzić tam tych, którzy nas słuchają”. Muszę przyznać, że poniedziałkowy występ miał momenty, w których energetyczny strumień świadomości zyskiwał nasilenie pozwalające na całkowite zatopienie się w dźwiękach. Bardzo fizyczna muzyka, finezyjnie drwiąca z prób intelektualnego do niej dotarcia.

Koncert jednak utrzymywał dramaturgię nie tylko poprzez swą intensywność. Ważną rolę odegrały dialogi w duetach (największe wrażenie zrobiły na mnie zestawienia „perkusja +”), jak również solowe wyczyny np. dłuższy fragment zagrany przez Brötzmanna na  tárogató (wideo pod tekstem). W pewnym momencie występu przyszła mi do głowy myśl: „hmm, trochę brakuje partii bardziej wyciszonych i melancholijnych”. Początkowo srogo rozbawiło mnie to spostrzeżenie, wszak żaden z muzyków nie zwykł grać mięciutko i pluszowo… ale pod koniec występu rzeczywiście trio trochę rozluźniło muskuły i zaprezentowało się od bardziej lirycznej strony (w każdym razie lirycznej w zestawieniu z płomienną częścią pierwszą). Bis był na dobrą sprawę zbędny – szczególnie w świetle pięknego zakończenia podstawowego programu – jednakże sami muzycy czerpali z gry na tyle dużą frajdę, że wyszli na scenę ponownie stawiając przysłowiową „kropkę nad i”.

superBrotzmann3

Artyści podobno zamierzają udokumentować współpracę na krążku. Występ w Pardonie udowodnił, że zdecydowanie powinni to zrobić. Niemniej jednak jestem bardzo zadowolony, że przyszło mi posłuchać tego zestawienia personalnego na żywo, bo to muzyka, której najpełniej doświadczyć można własnie na koncercie. Danke schön, tusen takk, thank you very kind!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Brötzmann, Adasiewicz, Noble w Pardon To Tu – dzień pierwszy

20141122_133234

W sierpniu 2013 sprowadzenie do Pardon To Tu Petera Brötzmanna było dla klubu spełnieniem marzeń i ambicji (patrz – plakat i autografy na honorowym filarze z książkami). Mamy listopad 2014 i w tym roku „radykalny Niemiec” już drugi raz odwiedza scenę przy Placu Grzybowskim i podobnie jak za pierwszym razem, przyjeżdża na dwudniową rezydencję. Można powiedzieć, że Brötzmann zaczyna być w Pardon To Tu gościem regularnym, co tyczy się większości zagranicznych muzyków, którzy choć raz klub odwiedzili. W kwietniu towarzyszył saksofoniście Steve Noble, a w tym tygodniu skład poszerzył się o chicagowskiego wibrafonistę Jasona Adasiewicza, muzyka głównie kojarzonego ze współpracy z Robem Mazurkiem.

Adasiewicz_Noble

Przyznam, że byłem ciekaw tej artystycznej konfiguracji na żywo, a moje zainteresowanie w znacznej mierze podkręciła tegoroczna, bardzo dobra płyta „Mental Shake”, którą skład nagrał wraz z kontrabasistą Johnem Edwards’em. Z wibrafonem mam pewien problem, otóż bardzo rzadko ten instrument wykorzystany jest w sposób odmienny niż dwa najbardziej klasyczne zastosowania: 1. kolorowanie tła, rozpuszczanie całości w miękkich, delikatnych plumkaniach i 2. popisówka, solistyczna hochsztaplerka wykorzystująca spektakularną grę na instrumencie, ale bardziej bazująca na technicznej woltyżerce, niż koncepcji przekładającej się na ciekawe brzmienie. U Adasiewicza można jednak zaobserwować złoty środek, wypadkową tych dwóch podejść, dzięki czemu zarówno obserwowanie artysty na scenie, jak i słuchanie jego muzyki jest doświadczeniem interesującym.

Adasiewicz_Noble_Brotzmann

Występ tria był o tyle ciekawy, że prezentował trzy osobowości mówiące swoim językiem, a nie Brötzmanna z sidemanami. Steve Noble narzucał całości dość intensywne tempo, bazujące w równej mierze na mocnych uderzeniach, co subtelnych, niespodziewanych przejściach, bądź koncentracji na pojedynczych elementach zestawu perkusyjnego. Adasiewicz był z kolei ogniwem łagodnym, które doskonale równoważyło szorstkie, agresywne brzmienie Brötzmanna. Marzycielska barwa wibrafonu została potraktowana pomysłowo i niekiedy przypominała dźwięki elektroniczne, szczególnie w momentach bazujących na repetycjach, dobrze zgrywanych z bitem perkusyjnym. Tkanka muzyczna tworzona przez Noble’a i Adasiewicza sama w sobie była szalenie intrygująca, a gdy do głosu dochodził Brötzmann bardzo często przekuwający moc brzmienia na rytmiczny, stosunkowo melodyjny groove, całość zyskiwała potężną siłę rażenia. Saksofonista zmieniał dęciaki jak rękawiczki poczynając od altu, przez sopran, tenor, aż po tarogato. Elementy liryczne, wyciszone mieszane z generalnie dość brutalnym i bezkompromisowym brzmieniem, są chyba najciekawszą „sztuczką” jaką Brötzmann obecnie prezentuje. I przysłowiowy diabeł wcale nie leży tutaj w kontraście tych dwóch porządków, tylko raczej w mistrzowskim, płynnym, a zarazem zagadkowym ich połączeniu. Saksofonista również bardzo czujnie wsłuchiwał się w pracę kolegów, często dając im przestrzeń do gry w duecie. Ogólnie rzecz biorąc fragmenty grane w podgrupach, niezależnie od konfiguracji (a były raptem trzy możliwe), były równie, a czasami nawet bardziej ciekawe niż wspólne brzmienie tria, ponieważ pozwalały lepiej śledzić pomniejsze niuanse.

Noble_Brotzmann

Solidny, żywiołowy i zaskakujący koncert. Brötzmann pomimo dość, nazwijmy to, niemieckiego, minimalnego kontaktu z publicznością, uraczył zebranych krótkim bisem. I chociaż raczej nie jestem zwolennikiem poszerzania koncertowego spektaklu o często psujące odbiór całości bonusy, to tym razem słuchało mi się dogrywki bardzo dobrze.

 

Krzysztof Wójcik