Szuflado otwórz się! Nowy PopUp #48 (garść recenzji i wywiadów)

PopUp #48

Sporo nam to zajęło, ale w końcu jest! Nowy, 48 numer PopUpMusic – czyli „niezależnego magazynu internetowego poświęconego muzyce”. Przy dobrej koniunkcji planet, jeszcze w tym roku będziemy świętować 50 wydań, złote gody! Od numeru 47 minęła dłuższa chwila, wystarczająca by na świecie mogło się począć i pojawić kilku potencjalnych przyszłych czytelników PopUp… Przez ten okres nie siedzieliśmy jednak bezczynnie – oprócz systematycznie aktualizowanych relacji z koncertów i festiwali, zaczęliśmy prowadzić regularną audycję w RadioJazz.fm (czwartki godzina 23).

9 miesięcy to w muzyce szmat czasu, który swoją drogą najlepiej weryfikuje kolejne pozycje wydawnicze. Taka przerwa zmusza do syntezowania i pogłębionej selekcji materiału. W związku z tym aktualny numer stoi jedną nogą (no może tylko piętą) w roku 2015 i znajdziecie w nim nie mało recenzji albumów z okresu, gdy teoretycznie taki David Bowie mógł jeszcze tej muzyki posłuchać. Niemniej w przeważającej części poświęcamy uwagę płytom z roku bieżącego, który jak dotąd – w mojej prywatnej opinii – trzyma bardzo dobry poziom.

Zapraszam rzecz jasna do czytania całości. Od siebie dorzuciłem 21 recenzji i 3 wywiady. Wszystkiego miało być więcej (i wcześniej), ale jak głosi starożytna maksyma – lepiej mniej.  A poniżej tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam materiał, w którego przygotowaniu maczałem palce.

Wywiady:

@ ŁUKASZ KACPERCZYK

@ KAMIL SZUSZKIEWICZ

@ WACŁAW ZIMPEL

———————————————-

Recenzje:

@ „A” Trio & Alan Bishop – „Burj Al Imam”

cms_A Trio & Alan Bishop - Burj Al Imam

@ Anenon – „Petrol”

cms_Anenon - Petrol

@ Artur Majewski – „Unimaginable Game”

cms_Artur Majewski - Unimaginable Game

@ Bachorze – „Okoły gnębione wiatrem”

cms_Bachorze - Okoły Gnębione Wiatrem

@ David Bowie – „Blackstar”

cms_David Bowie - Blackstar

@ Flora Quartet – „Muzikka Organikka”

cms_Flora Quartet - Muzikka Organikka

@ Heroiny – „Ach-Och”

cms_Heroiny - Ach-Och

@ Iggy Pop – „Post Pop Depression”

cms_Iggy Pop - Post Pop Depression

@ Kamil Szuszkiewicz – „Robot Czarek”

cms_Kamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

@ Kolega Doriana – „Kolega Doriana”

cms_Kolega Doriana

@ Lotto – „Elite Feline”

cms_Lotto - Elite Feline

@ Mikołaj Trzaska – „Delta Tree”

okladka_delta_free_grzbiet_druk_q

@ Modular String Trio – „Part of the Process”

cms_Modular String trio - Part of The Process

@ Mutant Goat – „Yonder”

Mutant Goat - Yonder

@ Nagrobki – „Stan Prac”

cms_Nagrobki - Stan Prac

@ Olgierd Dokalski – „Mirza Tarak”

Basic RGB

@ Paper Cuts – „Divorce Material”

cms_Paper Cuts - Divorce Material

@ Saagara – „Saagara”

cms_Saagara

@ Sefff – „Coats”

Sefff - Coats

@ Ścianka – „Niezwyciężony”

cms_Ścianka - Niezwyciężony

@ Travis Laplante & Peter Evans – „Secret Meeting”

cms_Travis Laplante & Peter Evans - Secret Meeting

—————————————–

Życzę miłego czytania, słuchania i mam nadzieję, że doczekacie się kolejnej porcji tekstów od autorów PopUp jeszcze przed końcem wakacji.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Peter Evans Zebulon Trio w Pardon To Tu

Zebulon 1

Od kwietnia ubiegłego roku Peter Evans odwiedził Pardon To Tu już czterokrotnie. Czyli mniej więcej raz na kwartał możemy w Warszawie zobaczyć jednego z najwybitniejszych amerykańskich trębaczy młodego pokolenia. To dla fanów muzyki improwizowanej standardy cieplarniane – doprawdy możemy się czuć jak pączki w maśle. Nie tak dawno temu, bo w marcu Evans wystąpił jako gość Rodrigo Amado Motion Trio i był to koncert fenomenalny (klik). Tym razem przyjechał z własnym zespołem Zebulon Trio, określanym często jako najbardziej jazzowy ze wszystkich projektów trębacza. Na dodatek Zebulon zagrał dwa wieczory z rzędu. Pardon To Tu – twój własny kawałek Nowego Jorku na mapie Warszawy, można by rzec.

Traf chciał, że mogłem przyjść tylko na pierwszy dzień rezydencji i chyba nie było to najgorsze posunięcie, bo z innych relacji wynika, że kolejnego wieczoru trio trochę wytraciło impet. Zresztą czasami po prostu lepiej mniej. Szczególnie w przypadku muzyki tak bogatej i – nie bójmy się tego powiedzieć – wyrafinowanej.

Opisywanie tego typu występów  1:1 – pomijając fakt, że oddanie ich w słowie jest niemożliwe – trochę mija się z celem. A cóż jest celem? Zwrócenie uwagi na fenomen. W związku z tym lepiej zastanowić się jakie wnioski przyniósł wieczór z Zebulonem. Pytanie zasadnicze: co czyni z Petera Evansa artystę, który wyprzedza dziś o kilka długości szeroko rozumianych „innych trębaczy”? Dlaczego każdy występ nowojorskiego muzyka jest wydarzeniem, które tak elektryzuje publiczność i komentatorów?

Peter Evans 1

Oczywiście odpowiedź ma tutaj charakter czysto hipotetyczny, niemniej warto przynajmniej pokusić się o jej udzielenie. Sam zastanawiam się nad tą kwestią ilekroć wychodzę z kolejnych koncertów muzyka. Co się stało z dźwiękami w czasie i przestrzeni? Otóż wszystko rozbija się o ich uporządkowanie, a może bardziej adekwatnie: sposób ich dystrybuowania. Peter Evans jest instrumentalistą-wirtuozem i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Muzyk opanował grę na trąbce w stopniu tak wysokim, że dla niektórych wręcz niezrozumiałym, jedynie wyczuwanym intuicyjnie. Ale może właśnie nie chodzi o rozumienie, tylko o zaczarowanie zmysłów poza intelektem? Czyli o feeling i flow. Koncert z Zebulonem utwierdził mnie w przekonaniu, że sednem, istotą brzmienia Evansa jest nie tyle perfekcja wykonawcza, czy koncepcyjne zawikłanie kompozycji, ale niesłychana pewność i determinacja, z jaką muzyk przekazuje każdą z fraz. Imponująca swoboda wypowiedzi dzieje się niejako przy okazji. Obserwując Evansa na scenie widać artystę, który doskonale wie co chce przekazać, wykrzyczeć, wypluć przez trąbkę. Muzyk robi to korzystając z ogromnego arsenału swych umiejętności, „właściwości”, spośród których wyobraźnia i odwaga wydają mi się najistotniejsze. Dzięki nim twórczość trębacza jest tak zdumiewająca i uwodzicielska – przekracza granice muzycznej samoświadomości. Evans proponuje słuchaczowi coś więcej, pozwala wyjść poza strefę komfortu, bezpieczeństwa ram konwencji, stylu, instrumentu. Być może właśnie w tym tkwi sedno muzyki free, którą trzeba czuć, a nie można jej się nauczyć… Co do jednego nie mam wątpliwości, w Pardon To Tu zabrzmiał „shape of jazz” na miarę XXI wieku. Myślę, że Ornette Coleman byłby dumny.

 

Jeśli chodzi o sam koncert, to zarówno Kassa Overall na perkusji, jak i John Hébert na kontrabasie tworzyli doskonale stabilny background dla swobodnych popisów Evansa, bezdyskusyjnego lidera. Nie był to absolutnie występ solisty z sidemanami, każdy instrument był niezwykle ważnym ogniwem finalnej konstrukcji ufundowanej na jazzie, lecz w szczegółach zdecydowanie wykraczającej poza gatunek. Highlight, który utkwił mi najbardziej w pamięci – narastający kontrabas muskany smyczkiem i nagłe, przeciągłe, mocarne zadęcie Evansa na piccolo trumpet. Malutki dęciak zabrzmiał niczym syrena okrętowa. Podobnie imponujących momentów była cała konstelacja.

Warto na zakończenie przekazać dobrą nowinę. Trio nagrywa występy podczas aktualnej trasy i prawdopodobnie w niedalekiej przyszłości efektem będzie kolejna płyta składu Zebulon. I być może jest to najistotniejsze zdanie całego tego tekstu. Tak znakomita muzyka improwizowana powinna być utrwalana i wysyłana w świat. Przyszłość pokaże, że historia jazzu, a w każdym razie imponująca karta jaką zapisuje w niej Peter Evans, rozgrywała się na naszych oczach i uszach.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Rodrigo Amado Motion Trio + Peter Evans w Pardon To Tu

Amado Motion Trio + Evans 2

Są koncerty pozostawiające recenzenta w impasie niepohamowanego entuzjazmu. Tak, to był jeden z nich. Muzykiem, który ma wszelkie predyspozycje do generowania podobnych reakcji jest Peter Evans. Trębacz-zjawisko, posługujący się instrumentem z taką łatwością, jakby był on integralną częścią ciała. Największą siłę rażenia Evans objawia właśnie w sytuacji występu na żywo. Podczas czwartkowego wieczoru w Pardon To Tu Amerykanin był gościem znakomitego zespołu Rodrigo Amado Motion Trio. I choć wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały, że trębacz skradnie Portugalczykom występ, to wcale tak się nie stało, co świadczy jedynie o dużej klasie zarówno Evansa, jak i samego Motion Trio. Tego wieczoru wszyscy artyści obecni na scenie zaprezentowali możliwości najwyższej próby, funkcjonując niczym jeden cholernie sprawny i nieprzewidywalny mechanizm.

W tym koncercie było coś bezlitosnego. Muzycy operowali językiem współczesnego free jazzu z prawdziwą maestrią, prowadząc wypowiedź niemalże nieustannie na najwyższych obrotach, nie pozwalając sobie (i słuchaczom) na choćby chwilę wytchnienia. Momentów wolniejszych, nie mówiąc już o spokojnych, było naprawdę bardzo niewiele, a sama zasadnicza część występu trwała półtorej godziny. Ze sceny spływał nieustanny, rwący potok dźwięków, które były pewne siebie w stopniu graniczącym z bezczelnością. Jednocześnie nie był to bełkot, nie czułem monotonii. Widmo przegadania, przekombinowania, przefajnowania stanowi chyba największe zagrożenie dla koncertu, w którym wodze ekspresji zostają popuszczone w sposób tak swobodny. Kto w zasadzie dzierżył lejce? Kto to kontrolował? Ciężko powiedzieć – energia oscylowała non stop pomiędzy wszystkimi narratorami tej opowieści, nawet gdy wycofywali się na dalszy plan.

Mira_Evans_Amado2

Właśnie z dalszego planu rozpoczął występ Peter Evans, który zabrał głos dopiero po pewnym czasie, w sumie jak na gościa przystało. Był to już trzeci występ trębacza na scenie Pardon To Tu po spektakularnym solo (klik) i monumentalnym koncercie z własnym kwintetem (klik). Kto wie, czy właśnie rola „muzyka  bonusowego”, po części zwolnionego z ciągnięcia występu, nie była dla niego tą, w której mógł się pokazać z najciekawszej, najbardziej elastycznej strony. Rozpędzone frazy free (obficie wykorzystujące circular breathing) sąsiadowały ze znakami firmowymi artysty, takimi jak: dudniące, niskie, wręcz drone’owe „pożeranie mikrofonu trąbką”, zabawy perkusyjnymi możliwościami i sonorystyką instrumentu. Gra Amerykanina doskonale wpisywała się w poetykę tria i nie przytłaczała wirtuozerią reszty zespołu. Rodrigo Amado jest saksofonistą stosunkowo zrównoważonym, budującym wypowiedź intensywną niespiesznie, ale dosadnie i konsekwentnie. Przy okazji ma dużą wrażliwość melodyczną, dla której bardziej szalone i dynamiczne artykulacje Evansa były znakomitym kontrapunktem. Niskie brzmienie tenoru Amado i przeszywające frazy trąbki działały na zasadzie synergii. Artyści wpływali na siebie zdecydowanie stymulująco i nawet sporadyczne, dęte „walki na przechwałki” miały cechy pasjonującej wymiany zdań.

Gabriel Ferrandini

Gabriel Ferrandini jako fundament rytmiczny składu zrobił na mnie chyba jeszcze większe wrażenie niż podczas koncertu RED Trio w CSW przed dwoma tygodniami (klik). Świetny timing i stopniowanie dramaturgii. Perkusista siedzi na specyficznym wysokim stołku, dzięki czemu dominuje nad zestawem, co przekłada się na bardzo mocne, energetyczne brzmienie (to w sumie moja hipoteza…). Wiolonczelista Miguel Mira płynnie przechodził od czysto rytmicznej gry palcami do przenikliwych fraz budowanych smyczkiem, które śmiało wdzierały się między dęciaki. Nie potrafię powiedzieć czy większe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty grane przez kwartet kolektywnie czy w podgrupach, ponieważ jedne bez drugich nie miałyby swojej siły. Aż ciężko uwierzyć, że to był pierwszy wieczór wspólnej trasy.

Co tu dużo pisać – to był naprawdę znakomity, porywający koncert. I chyba najlepszy free jazz, jaki słyszałem w tym roku na scenie Pardon To Tu. Zobaczyć na żywo w odstępie tygodnia Nate’a Wooley’a (klik) i Petera Evansa, jednych z najciekawszych amerykańskich trębaczy młodego pokolenia, to duża rzecz. Naprawdę duża.

więcej zdjęć/more photos

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Peter Evans Quintet w Pardon To Tu

evans

Solowy występ Petera Evansa w kwietniu tego roku wprowadził mnie w stan tęgiego oszołomienia. Był to jeden z koncertów, który z pewnością na stałe zapisze się w mojej pamięci jako wydarzenie absolutnie wyjątkowe. Wieść o koncercie Evansa z kwintetem zelektryzowała właściwie całe środowisko, a oczekiwania zostały napompowane w stopniu chyba aż zbyt wielkim. Oczywiście pisze to z dzisiejszej perspektywy, a przed koncertem sam podgrzewałem atmosferę radosnego napięcia. Przytoczę chociażby wycinek prywatnej korespondencji smsowej, która poskutkowała namówieniem na koncert mojego kolegi:

– Evansa nie pożałujesz, ja się „jaram” na ten koncert. 

– Słuchałem właśnie trochę i bardzo klimatyczny. „Ghosts” słuchałem.

– Ta płyta „Ghosts” jest chyba nawet najbardziej tradycyjna, ale ma diabły w szczegółach na każdym kroku! Jego bardziej solowe, czy duetowe rzeczy to już kosmos totalny. Gość ma brzmienie jedyne w swoim rodzaju.

Wciąż zgadzam się z tym smsem. Dzisiaj, niespełna tydzień po koncercie ciężko mi napisać coś odkrywczego. Właściwie chciałem nawet nic nie pisać, trochę na przekór ogólnemu entuzjazmowi. No ale w końcu Evans to wydarzenie, dobry pretekst do konstruowania wymyślnych epitetów i wielokrotnie złożonych zdań pochwalnych, a ja przecież porobiłem zdjęcia, nagrałem trochę materiału i wykrzesałem z siebie niemało samozaparcia żeby wytrwać do samego końca.

Koncert w Pardon To Tu był ostatnim – o ile dobrze pamiętam 9 – występem muzyków w europejskiej trasie promującej najnowszy album „Destination: Void”. Luz i niezwykła swoboda w operowaniu muzyczną formą towarzyszyły artystom przez cały występ. Materiał okazał się o wiele bardziej zawiesisty i gęsty niż na „Ghosts”. Drużyna Evansa była wręcz bezlitosna w swej hojności i zasypała słuchaczy ilością muzyki dalece wykraczającą poza granice percepcyjne, a może bardziej nawet wytrzymałościowe. W filmie „20 000 dni na Ziemi” Nick Cave mówi do Blixy Bargelda: „Słuchałem naszych wspólnych płyt i zastanawiam się dlaczego nie było nikogo w studiu, kto powiedziałby nam żeby nagrywać krótsze piosenki”. Gdy usłyszałem tę wypowiedź podczas weekendowego festiwalu FONOMO od razu przypomniał mi się koncert Evansa. Trębacz wraz z zespołem zaproponowali warszawskiej publiczności muzykę najwyższej próby, zaserwowaną z pasją i wykonawczą maestrią, jednak niemiłosiernie wręcz rozwlekłą, przez co nie jestem w stanie wyprzeć wrażenia przesytu, a szczerze mówiąc w przypadku koncertów preferuję stany odmienne. W tym kontekście za pomysł już absolutnie chybiony uważam wywołanie kwintetu na bis.

20141009_210637

Zdecydowanie największe wrażenie zrobiła na mnie interakcja pomiędzy Evansem a Samem Plutą, wielkim elektronikiem współczesnej improwizacji, którego manipulacje muzyczną materią wprowadzały kwintet w obszary astylistycznego, nieprzewidywalnego doświadczenia sonicznego. Ogólnie rzecz biorąc zespół posługiwał się językiem bardzo indywidualnym, który ciężko przypisać konkretnym kategoriom, chociaż momentami muzyka przypominała mi większe składy Roba Mazurka. Z mojej perspektywy najciekawsze były momenty biegunowe: skrajne kolektywne przesilenia z wybijającą się, intensywną trąbką Evansa oraz fragmenty wyciszone, w których lider prowadził samodzielną, meandryczną narrację. Prawdopodobnie gdyby występ trwał ¾ swojej finalnej długości, bez nadmiernej eksploatacji fragmentów bardziej jednorodnych, przyłączyłbym się do licznego grona piewców-entuzjastów. Niestety źle poprowadzona dramaturgia wieczoru skutecznie wpłynęła na moją finalną ambiwalentną ocenę koncertu, którą w skrócie można podsumować – mniej znaczy więcej. Mimo wszystko jestem zadowolony z doświadczenia muzyki Evansa na żywo, bo rzadko kiedy koncertowe przedawkowanie dzieje się za sprawą towaru aż tak dobrej jakości.

20141009_205405

 

Tekst: Krzysztof Wójcik

Zdjęcie tytułowe: Marcin Marchwiński

Materiały wizualne: LG G2 Mini LTE

10 lat PopUp w Pardon To Tu

77000_160c2cfd0 Wraz z ostatnimi dniami kwietnia 2014 portal PopUpMusic, wchodząc oficjalnie w okres nastoletni, zafundował warszawskiej publiczności muzyczne święto w postaci mini-maratonu koncertowego o znamiennym, reprezentatywnym dla portalu line-upie. Ciężko mi wyobrazić sobie dogodniejszą lokalizację mini festiwalu niż Pardon To Tu, którego program od dłuższego czasu jest niezwykle zbieżny z linią samego PopUp’a, ze względów oczywistych determinując w pewnej mierze jej kształt.

Zatem 2 dni, w sumie 6 koncertów rozpiętych w dużym skrócie pomiędzy eksperymentalną elektroniką, a eksperymentalną akustyką. Pierwszego dnia – wedle plakatu – na scenie mieli się zagościć Peter Evans, Tony Buck i Robert Piotrowicz. Szczęśliwie dla przebiegu wieczoru kolejność została odwrócona, a całość zwieńczona niespodzianką w postaci krótkiego duetu Evans-Buck, na który prawdopodobnie nie tylko ja liczyłem – właściwie z racji składu pierwszego dnia podobna konfiguracja wydała mi się czymś oczywistym.

Dwudniową imprezę rozpoczęły sterylne, odhumanizowane elektroniczne dźwięki generowana przez Piotrowicza, który z marsową, skupioną miną dbał o rozwój muzycznej struktury. Przypominało to układanie domku z kart (pasjans na macu? Czyżby?). Początkowe, pojedyncze, bardzo przestrzenne impulsy zalewające wnętrze klubu zaczynały się powoli, lecz bardzo płynnie nawarstwiać, a muzyka nieubłaganie zmierzała ku tak zwanej – niemal mitycznej – „ścianie dźwięku”. W tworzeniu podobnych efektów artyści elektroniczni prześcigają i prześcigali się na rozmaite sposoby, stąd podobna kulminacja pozbawiona jest obecnie znamion etykiety „awangarda” (choć może jednak w dalszym ciągu?). Jednakże sposób w jaki Piotrowicz precyzyjnie dochodził do kolejnych akustycznych przesileń, zręcznie budowana dramaturgia i emocjonalność, która niepostrzeżenie zaczęła się wkradać w muzykę, ostatecznie przekonały mnie do wizji jaką artysta postanowił się podzielić. Niewątpliwie było to doświadczenie intensywne, którego złożoność pozwoliła na wyostrzenie zmysłów przed resztą wieczoru.

Będąc w zeszłym roku na znakomitym koncercie The Necks w CSW, nie spodziewałem się, że tak szybko zyskam sposobność kolejnego kontaktu z muzyką któregokolwiek z członków tej formacji. Tony Buck, choć jest perkusistą, który zdecydowanie nie musi już niczego udowadniać, jednak to zrobił – udowodnił, że samodzielnie jest w stanie wytworzyć muzykę niemniej zniuansowaną i pełną wyobraźni, co w macierzystym składzie. Błędem byłoby jednak postrzeganie występu artysty na zasadzie „The Necks bez kontrabasu i fortepianu”, ponieważ Buck zaproponował program dalece bardziej zmienny, zaskakujący, a niekiedy wręcz żartobliwy, o ile można tak powiedzieć o muzyce. Dokładność z jaką perkusista wytwarzał kolejne wielowątkowe struktury rytmiczne, umiar i wysmakowanie w operowaniu rozmaitymi perkusjonaliami imponowały z każdą minutą występu. Najbardziej urzekło mnie jednak to jak bardzo otwartym muzykiem jest Tony Buck. Perkusista dysponujący niesłychanym wachlarzem środków wyrazu, potrafi z niego zbudować  intrygującą, suwerenną wypowiedź, w której znalazło się miejsce zarówno dla ulotnej subtelności jak i nieprzewidywalnych wybuchów agresji. Występ zakończył się dłuższym fragmentem zagranym na małych talerzach, który jednoznacznie przypomniał mi początek koncertu The Necks z zeszłego roku i symbolicznie spiął oba wydarzenia w jedną całość. Bardzo dojrzały i samoświadomy koncert, stanowiący ciekawą akustyczną antytezę dla elektronicznych eksperymentów Piotrowicza.

Patrząc z perspektywy na pierwszy dzień mini-festiwalu, nasuwa mi się na myśl pewien dialektyczny charakter całego wieczoru, dla którego niezbędną syntezą okazała się wypowiedź Petera Evansa. Pod względem czysto poznawczym był to dla mnie zdecydowanie najmocniejszy punkt poniedziałkowych koncertów, a jednocześnie występ, na który nie mogłem się doczekać od momentu, kiedy po raz pierwszy zacząłem zdawać sobie sprawę z fenomenu Evansa jako artysty. Peter Evans z mojej perspektywy jest obecnie jednym z ciekawszych młodych trębaczy na świecie; jest muzykiem, którego charakteryzuje swego rodzaju meta perspektywa w postrzeganiu trąbki – wizja artystyczna w pełni determinuje instrument, nie na odwrót. Szczerze mówiąc obcując dotychczas z nagraniami Evansa, szczególnie tymi eksperymentalnymi (jak High Society z Nate’m Wooley’em, czy Sky Burial Jeremiaha Cymermana), na których poddaje instrument preparacji, przyjmowałem poniekąd postawę Niewiernego Tomasza. W poniedziałek zobaczyłem, usłyszałem i uwierzyłem, że mam do czynienia z Jimim Hendrixem trąbki, czarodziejem dźwięku, który redefiniuje swój instrument z wirtuozerską łatwością. Od momentu, kiedy nowojorski trębacz wszedł na scenę Pardon To Tu skupił moją uwagę dalece bardziej niż jakikolwiek muzyk jazzowy w ostatnim czasie. Niesamowite było obserwowanie determinacji, a zarazem pewności, z jaką operował dźwiękami, które niekiedy iluzorycznie przypominały brzmienia industrialne, czy dźwięki organiczne, by znów zaskoczyć zgrabną melodyjną miniaturą. Żadnych wątpliwości w narracji płomiennej, intensywnej, nieprzewidywalnej. W pewnym momencie Evans porzucił trąbkę na rzecz kornetu, racząc słuchaczy nieco wyższymi tonami, umiejętnie modulowanymi tłumikiem jednak nie miało to znaczenia dla całości. Cokolwiek muzyk wyprawiał na scenie, towarzyszyła mu pewna hipnotyzująca moc, która nie pozwalała na choćby chwilę dekoncentracji. Czułem się niemalże jak wąż przy zaklinaczu. Niesłychanie oryginalny, popisowy, a zarazem autentyczny występ, który pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo.

Drugi dzień skoncentrowany został wokół muzyki gitarowej, choć jej reprezentanci pokazali rozmaite spektrum możliwości tego instrumentu. Alemeda 3, czyli pupile krytyki ostatniego roku, otworzyli kolejny dzień festiwalu, udowadniając tym samym, że na żywo są w stanie podbić serca podobnie efektywnie jak za pomocą albumu. Występowi tria towarzyszyła dość groteskowa oprawa wizualna i nie mówię tutaj o oświetleniu, które przynajmniej na początku okazało się kłopotliwe. Mam bardziej na myśli zestawienie szalonej, pełnej energii muzyki Alamedy z równymi rzędami krzesełek, eleganckimi marynarami i teatralną czarną kotarą. Efekt był niezwykły i skojarzył mi się odrobinę z teledyskiem „In Bloom” Nirvany. Nie przypominam sobie podobnie żywiołowego, stricte gitarowego występu na scenie Pardon To Tu, która bez wątpienia udźwignęła potężny ładunek energii wytwarzanej przez Ziołka, Popowskiego i Zielińskiego. Noise generowany przez trio (które śmiało można określić, skądinąd oklepanym, przedrostkiem „power”)  był wspólnym mianownikiem dla wypowiedzi, w której przeplatały się rozmaite wpływy – trans krautrocka, ekstatyczność post-rocka, no wave’owa zadziorność, drone’owa psychodelia. Elementy często występujące wspólnie u Alamedy zachowują dobre proporcje, podporządkowane inteligentnemu songwritingowi i pomysłowej improwizacji. Bardzo dobry występ wyzwolił we mnie potrzebę poczynienia zakupów płytowych…

Zestawienie na koniec dwóch solowych koncertów Raphaela Rogińskiego i Sir Richarda Bishopa od początku wydawało mi się dość ryzykownym posunięciem, ponieważ gitarzyści prezentują stosunkowo podobną estetykę, silnie inspirowaną brzmieniami etnicznymi. Bishop wplatając w swój instrumentalny występ pokaźną ilość rubasznych piosenek z morałem (tematyka o ciężarze gatunkowym: macierzyństwo, pornografia, pedofilia, a nawet raz pojawił się Hitler), pokazał się od strony dalece bardziej frywolnej i wyluzowanej niż Raphael Rogiński. Warszawski gitarzysta oczarował audytorium muzyką niezwykle melancholijną i nastrojową. Dziwnym trafem nigdy nie udało mi się załapać na solowy koncert Rogińskiego, zawsze widywałem go przynajmniej w duecie. Muzyk pozostawiony na scenie sam na sam z gitarą skutecznie przekonał mnie do tego, żeby nigdy więcej nie odpuścić sobie jego autorskiego występu. Zawsze podziwiałem tego muzyka przede wszystkim za sposób, w jaki operuje rytmem, nadając swoim wypowiedziom bardzo interesujący, linearny przebieg, który czyni z utworów bardziej muzyczne opowieści o zmiennej dramaturgii. Rogiński okazał się także jedynym artystą, którego udało się publiczności wywołać na scenę po raz drugi. Nie miałem akurat w tym wypadku nic przeciwko temu – szczerze mówiąc mógłbym słuchać tej uwodzicielskiej, eterycznej muzyki jeszcze bardzo długo.

Życzyłbym podobnie udanej celebracji okrągłej daty każdemu portalowi z muzyką niezależną w Polsce, choć z pewnością nie na każdy bym się wybrał. Cóż jest w stanie lepiej podsumować działalność magazynu muzycznego niż znakomite koncerty? Dwudniowa impreza 10 lat PopUp w Pardon To Tu była z pewnością jednym z wydarzeń koncertowych roku.

Krzysztof Wójcik

 

PS: Gratulacje dla Mikołaja Pasińskiego za naprawdę świetny plakat, który pozwoliłem sobie zamieścić u góry. Stażewski? Henryk Berlewi?