Zebry a Mit w Pardon To Tu

 

Kamil Szuszkiewicz

Kwartet pod wodzą Kamila Szuszkiewicza oficjalnie zdobywa pierwszą nagrodę w kategorii „zespół o najmniej komercyjnej nazwie 2015 roku”. Zagadkowość znaczenia szyldu Zebry a Mit idzie jednak w parze z niejednoznacznym charakterem granej muzyki, którą z braku lepszego określeni można nazwać „eksperymentalnym jazzem”… Jednak przyklejanie etykietek to niebezpieczna praktyka, a Zebry zdecydowanie nie są zespołem etykietofriendly. Pokazuje to króciutki, trwający lekko ponad kwadrans minidisc „16′ 25″” wydany przez Lado ABC, a sytuacja „live” dobitnie potwierdza.

Drugi już koncert kwartetu umacnia mnie w przekonaniu, że główną siłą tego składu – pomimo kombinatorskich tendencji – jest konsekwentna prostota, która w odpowiednich proporcjach tworzy napięcie dużo większe niż improwizatorskie adhd. Występ utrzymywał słuchacza w niepewności kolejnych dźwięków. Muzyka Zebry a Mit choć operuje w dość melancholijnym, jesiennym wachlarzu emocjonalnym, to potrafi być raz słodka, pozytywkowa, innym razem dzika, a nawet na granicy zgiełku.

Traczyk_Zemler

Ten dualizm dobrze ilustrują instrumenty Huberta Zemlera – twardy, pozbawiony blach zestaw perkusyjny i metalofon o delikatnym, ulotnym brzmieniu. Kolejna relacja kontrastu: akustyczne instrumentarium (z wyjątkiem basu Wojtka Traczyka) – przetwarzanie, zapętlanie i loopowanie w czasie rzeczywistym. Ten elektroniczny pierwiastek podczas koncertu w Pardonie był trochę bardziej wyważony i przemyślany niż na Placu Zabaw (klik). I wreszcie ostatnia cecha, która moim zdaniem szczególnie wyróżnia Zebry – budowanie formy eksperymentalno-improwizowanej w ścisłym oparciu o melodie. Charakterystyczne melodie (głównie oszczędna trąbka, rozbujany, powtarzalny bas i nowość – przetworzone pianino) cały czas się gdzieś unoszą, nawet pod intensywnymi taśmowo-perkusyjnymi wariacjami. Czasami te ostatnie były może trochę zbyt nachalne w wykonaniu Piotra Dąbrowskiego (choć później potrafił je dobrze zbalansować), momentami muzycy wymieniali też porozumiewawcze spojrzenia, milczące „co dalej?”. Ale odnajdywali (wynajdywali?) kolejne sekwencje bez specjalnego wymuszenia. W efekcie koncert bazujący na kwadransie nagranego materiału rozrósł się do jakichś 45 minut esencjonalnego występu. Pomimo dość ożywionych braw zespół nie przystąpił do grania bisu, co tylko potwierdza, że zależy im na konkretnej, zamkniętej strukturze wypowiedzi – przegadanie w takiej sytuacji nie miałoby sensu i bardzo dobrze, że nie nastąpiło. Nawiasem mówiąc w przypadku podobnej estetyki bisy w 95% powinny być zastąpione ukłonami.

 

Zatem oszczędność, prostota, melodyjność, umiejętna gra kontrastami, stopniowaniem napięcia… Mam nadzieję, że kwartet Zebry a Mit dopisze kolejny rozdział do tej historii. Nie mam wątpliwości, że warto to zrobić. Cytując klasykę – „the force is strong with this one”.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Reklamy

Zebry a Mit / Bye Bye Butterfly na Placu Zabaw

Zebry a Mit

Tegoroczne Lado w Mieście, to w 90% prezentacja zespołów/artystów niezwiązanych bezpośrednio z warszawskim labelem. Znalazło się jednak miejsce dla kilku wyjątków i jednym z nich jest właśnie kwartet Zebry a Mit, pod wodzą trębacza Kamila Szuszkiewicza. Muzyka wydana na minidiscu, to trzecia premiera tego lata w Lado ABC (po „Beethovenie” Marcina Maseckiego i „Heroizmie Woli” Lomi Lomi), która doskonale wpisuje się w profil estetyczny warszawskiej oficyny.

Koncert na Placu Zabaw był bodaj pierwszym występem Zebry a Mit pod tą zagadkową nazwą. Nazwiska muzyków zaangażowanych w kwartet mocno podkręciły oczekiwania. Szczególne nadzieje rozbudził udział Huberta Zemlera, z którego pomocą Szuszkiewicz wydał w maju tego roku znakomitą, zwięzłą, liryczno-eksperymentalną kasetę „Istina” (bandcamp). Miałem po cichu nadzieję, że Zebry okażą się koncertową inkarnacją materiału z „Istiny”. Tak się nie stało, ale można powiedzieć, że kwartet do pewnego stopnia stanowi rozwinięcie pomysłów subtelnie sygnalizowanych na kasecie – mam tu na myśli zwłaszcza relację akustycznego instrumentarium i elektronicznej modulacji brzmienia.

Zebry a Mit 2

Główną wartością dodaną jest odrobinę post punkowy, kwadratowy groove na linii bas-perkusja. Zemler i Traczyk grają przeważnie twardo, prymitywistycznie, co nadaje muzyce przyjemnej, brudnej motoryki. Taki szkielet bardzo dobrze dopełniają kreatywne perkusjonalia Dąbrowskiego (blachy, piły, gongi, miski etc.), tworzące tło pełne sonorystycznych efektów specjalnych, atrakcyjne w sposób audio-wizualny. Nad całością unosi się trąbka Szuszkiewicza – oszczędna, głównie skupiona na kreśleniu wyrazistych melodii wchodzących w dialog z elektronicznymi pętlami (co przypomina trochę strategię Roba Mazurka w Chicago Underground). Ten dualizm, współistnienie żywego i przetworzonego syntetycznie brzmienia jest znacznie bardziej wyrazisty i czytelny na płycie, w formie koncertowej wymaga jeszcze dopracowania, chociaż jak na pierwszy występ i tak wyszedł muzykom całkiem nieźle. Zebry a Mit eksperymentują w sposób logiczny, wyważony i nieprzypadkowy. Jestem ciekaw rozwinięcia tej metody, bo ewidentnie ma potencjał – szczególnie w swoich bardziej dynamicznych, intensywnych, rytmicznych przejawach. Koncert (podobnie jak płytkę) zwieńczył „zmultiplikowany chór anielski”, muzycy puścili podkład i bez słowa zeszli ze sceny. Intrygująca coda, intrygujący występ.

 ————————————————————————————–

Bye Bye Butterfly

Nie bardzo byłem w stanie skupić się na Bye Bye Butterfly. Właściwie ciężko mi powiedzieć z czego to wynikało. Ola Bilińska, Daniel Pigoński i (gościnnie) Maciej Cieślak zagrali na dobrą sprawę przyzwoity, przyjemny koncert, ale jakoś nie potrafiłem go słuchać inaczej niż w charakterze tła. Dziwna sytuacja, bo teoretycznie pojawienie się na scenie lidera Ścianki powinno zadziałać jak bonus + 100 do charyzmy. Chociaż ostatnie przedsięwzięcia wydawnicze Bilińskiej (płyta z kołysankami w jidysz  „Berjozkele”) i Pigońskiego (drapieżny album Der Father) uważam za rzeczy bardzo udane i oryginalne, to w Bye Bye Butterfly jakoś nie potrafię dostrzec synergii, zespół brzmi aż nadto jednorodnie. Odrobinę większą różnorodność i niuanse w prowadzeniu narracji można usłyszeć na świeżo wydanym albumie formacji (bandcamp), jednak elementy wyraziste toną w rozwodnionej, pościelowej psychodelii. Po zapoznaniu się z całością ciężko rozróżnić poszczególne numery. Niemniej materiału słucha się przyjemnie, jest dobrze zrealizowany, ale nie zostaje w głowie na dłużej niż czas trwania płyty. Szkoda, bo osobom zamieszanym w „Do Come By” ciężko imputować deficyty talentów… Jeżeli przez takie realizacje Maciej Cieślak nie ma czasu na pracę nad nowym albumem Ścianki (solowym lub jakimkolwiek własnym), to ja tu widzę spore nieporozumienie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))