Piotr Damasiewicz, Gerard Lebik + RED Trio w Pardon To Tu

Red trio + Damasiewicz, Lebik 2To był koncert wysokiego napięcia, o niesłychanej intensywności, idącej w parze z wyjątkową koncentracją i precyzją. Już drugi raz w tym roku miałem ogromną przyjemność podziwiać na scenie połączone siły polsko-portugalskie. Marcowy występ kwintetu w warszawskim CSW (relacja/poniżej krótki filmik) wywarł na mnie wielkie wrażenie i szczerze mówiąc trochę powątpiewałem w możliwość powtórzenia wyczynu tak kompletnego. Jak się szczęśliwie okazało – myliłem się. Muzycy wspięli się w Pardon To Tu jeszcze wyżej, zagrali mocniej, drapieżniej, dźwięki sprawiały wrażenie maksymalnie skondensowanych, był w nich taki ładunek determinacji, że ciężko było choćby na chwilę oderwać uwagę od narracji, zwątpić w jej zasadność.

RED trio to skład działający na zasadzie synergii, znakomitego porozumienia w operowaniu estetyką intensywnego free. Bez wątpienia zespół z najwyższej półki światowego impro. Duet Piotr DamasiewiczGerard Lebik jest zjawiskiem równie niezwykłym i plasującym się zdecydowanie na tej samej półce. Gra wrocławskich muzyków jest komplementarna w pełnym tego słowa znaczeniu. Aż ciężko uwierzyć, że artyści z osobna operujący tak charakterystycznymi językami, są w stanie na jednej scenie grać z tak dużą otwartością i wrażliwością na brzmienie całości. Widać było, że nie tylko generowali dźwięki, ale w równej mierze (a może nawet przede wszystkim) ich słuchali – celem była spójność, wzajemne podkręcanie napięcia, gra do jednej bramki. I chyba właśnie to jest miarą klasy wielkich improwizatorów, umiejętność schowania ego do kieszeni i wyjmowanie go tylko wtedy gdy trzeba.

Cóż, nie ma co dłużej strzępić słów. To był fenomenalny, ekstatyczny występ, dobitnie pokazujący, że idiom free w XXI wieku może mieć młodzieńczą witalność i siłę porównywalną z najznamienitszymi dokonaniami nurtu. Bez cienia wątpliwości jeden z lepszych koncertów jazzowych, jakie widziałem w tym roku, o ile nie w szerszych ramach czasowych. I nie zmieni tego nawet niepotrzebny bis. Chylę czoła.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Kwintet promował w tym roku LP pt. „Mineral” wydane w Bocian Records, ale niebawem ma nagrać kolejny krążek – tym razem już studyjny – w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. I chociaż w pełni rozumiem rangę królewskiego nośnika jakim jest winyl, to mam jednak wielką nadzieję, że materiał ukaże się także na cd. Na pewno nie przyniesie to ujmy muzyce tego kalibru, a z pewnością pozwoli na dotarcie do szerszej grupy odbiorców. Warto dać im szansę.

Wywiad z Piotrem Damasiewiczem, kuratorem festiwalu Art Meetings

Piotr_Damasiewicz_www

Festiwal Art Meetings 2015 zbliża się wielkimi krokami. Zaczynamy 6 września, w niedzielny wieczór we Lwowie. Zaczynamy tym, w czym czujemy się najlepiej – występami znakomitych gwiazd muzyki improwizowanej. Z niecierpliwością wyczekujemy rozpoczęcia, tym bardziej, że w tym roku festiwal realizowany będzie w partnerstwie z prestiżowymi wydarzeniami w Ukrainie: Book Forum we Lwowie oraz Kongresem “Kultura dla Partnerstwa Wschodniego”.

Przygotowując program chcieliśmy zaprezentować najciekawszych artystów z kręgów szeroko rozumianej sceny improwizowanej i jazzu. Lwowskiej publiczności zaprezentują się między innymi , a międzynarodowy kolektyw muzyków w różnych projektach “Trans-fuzja”: Andrzej Bauer (Polska), Cezary Duchnowski (Polska), Igor Boxx (Polska); “Czym pachnie Lwów?”: Soren Knudsen (Dania),  Piotr Damasiewicz (Polska), William Soovik (Szwecja), Andre Roligheten (Norwegia),Bjørnar Habbestad (Norwegia) i “Elements”: William Soovik (Szwecja), Maciej Garbowski (Polska).

Osobą, która łączy wymienione składy i również wystąpi podczas wymienionych koncertów jest ceniony trębacz, aktywista i kompozytor Piotr Damasiewicz, występujący jednocześnie w roli kuratora lwowskiej sceny Art Meetings 2015. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z artystą.

Igor Waniurski: W jednym z materiałów filmowych, które powstały w trakcie ostatniej edycji Art Meetings powiedziałeś, że “waga tych spotkań objawia się w dźwiękach”. Co miałeś na myśli?

Piotr Damasiewicz: Trzeba zacząć od ogólnego spojrzenia na Art Meetings. W trakcie edycji w 2013 roku miała miejsce realizacja filmu “Zapach Lwowa”. W kolejnym roku duży nacisk położyliśmy na muzykę, która odnosiła się do zapachu. Wspomniany film wchodził w korelację z muzyką, odnosił się też do zmysłu zapachu.

W roku 2014 nacisk postawiony został na samą muzykę?

Tak, to była orkiestra – kolektyw improwizatorów stąd owa waga spotkania. To muzyka niesie ze sobą wagę czy też rangę spotkania. W projekcie wzięli udział muzycy najwyższej klasy, w zasadzie czołówka europejskiej awangardy, która spotkała się w jednym miejscu, we Lwowie. Zapach jest czymś symbolicznym, mówi o tym co bardzo ulotne ale niesie informację zbiorową. Każdy odkodowują ją inaczej, subiektywnie – jest ona na tyle abstrakcyjna. Abstrakcję tę można porównać do muzyki. Zresztą wydaje mi się, że zapach jest najszybszą formą przekazania informacji, ponieważ potrafi przenieść najwięcej treści; uruchamia naszą wyobraźnie w ułamku sekundy. Z zapachami często wiążą się wspomnienia z przeszłości, z dzieciństwa, przestrzeń, dźwięk, obraz, ruch. Podobnie rzecz ma się z muzyką, która nie jest namacalna, nie przekażemy jej w innej formie, jak przez słuch – też abstrakcyjny, ulotny zmysł, podobnie jak zapach. Te dwie sfery można więc porównać. Dlatego też położyliśmy nacisk na muzykę.

Dodajmy, że Art Meetings to spotkania z muzyką eksperymentalna, improwizowaną i przez to tym bardziej abstrakcyjną.

Stąd właśnie to rozszerzenie w stronę muzyki eksperymentalnej, czyli podjęcie tematu zapachu, co koreluje się z poszukiwaniami, z eksperymentem, który w dużym stopniu może tym bardziej przybliżyć do pogłębiania się w świadomości.

W latach 60. dwudziestego wieku, wśród ruchów kontrkulturowych uznane zostało, że muzyka i sztuka w ogóle potrafi zmienić świat. Poruszyć do zmiany, choćby młodzież. Czy dzisiaj coś z tego zostało? Może sztuka potrafi wpłynąć na relacje polsko – ukraińskie?

Wręcz zwiększyło się znaczenie sztuki, rozumianej jednak jako pojęcie interakcji międzyludzkiej. To kultura tworzy warunki do tego, żeby móc później rozmawiać o rzeczach bardziej praktycznych, które już na innym poziomie zbliżają społeczeństwa. Można powiedzieć, że powinniśmy iść od kultury do polityki. Na pewno warto szukać różnorodności, w której możemy znaleźć jedność. Poprzez akceptację i tolerancję różnorodności powstaje nową jakość: bogatsza, głębsza. Dzisiaj to wygląda inaczej niż w latach 60. Jest mniej buntu, więcej dystansu. Powinniśmy podchodzić do tego mniej partykularnie, czy nie tylko w oparciu o swoje własne podwórko, państwo czy narodowość. Wolałbym, żebyśmy przyjmowali perspektywkę: nasza planeta, nasz kosmos, nasz Wszechświat.

Do kolejnej lwowskiej edycji Art Meetings zostało niewiele czasu, jak idą przygotowania?

Bardzo dobrze. Już mamy potwierdzonych niemal wszystkich artystów. Będziemy mieli ciekawe zespoły i projekty. Między innymi interesującą “Trans-fuzję” z Warszawy, czyli zespół złożony z czterech muzyków: Andrzej Bauer, Cezary Duchnowski, Igor Boxx i ja. Transfuzję robiliśmy dla Programu Drugiego Polskiego Radia, jesteśmy niezwykle ciekawi, jaki będzie odbiór we Lwowie. Będzie Fire!, znakomity skandynawski zespół awangardowy. Wystąpi też trio Elements, trio nawiązujące do żywiołów. Planujemy też ciekawe przedsięwzięcie z forum literackiego (Book Forum we Lwowie – przyp. IW), wejdziemy w muzyczną interakcję ze słowem, tekstem lwowskiego poety.

Według jakiego klucza dobierani są artyści tworzący program we Lwowie?

Plan był taki, aby odnieść się do organizmu, ludzkiego ciała i wykorzystać jego brzmienie. Stąd w składzie pojawi się projekt “Trans-fuzja”. Jednocześnie wystąpi też trio Elements, które swoim brzmieniem nawiązuje do żywiołów. Kązdy utwór będzie skorelowany z jakimś żywiołem. Szwedzki zespół Fire! to już oczywisty wybór.

Program jest bogaty w warsztaty, uwagę zwraca na przykład Samoróbka, czyli zajęcia wytwarzania instrumentów muzycznych z przedmiotów codziennego użytku.

Stwarza to duży wachlarz możliwości, wychodzimy z takiego założenia, że wszystko, w tym muzyka, najpierw musi powstać w głowie, w wyobraźni. Dopiero potem, poprzez świadomość, poznajemy świat dźwięków i instrumentów. Wszystko może być zjawiskiem dźwiękowym, które możemy wykorzystać do tworzenia muzyki. To jest podstawą tego warsztatu. Dopiero kolejnym krokiem jest przyjrzenie się przedmiotom materialnym i przerobienie ich tak, aby mogłyby być one użyte w kontekście muzycznym.

Jak ukraińska scena muzyki eksperymentalnej prezentuje się na tle reszty Europy?

Wygląda troszeczkę inaczej niż w Europie zachodniej. Wschód bliższy jest organicznemu, ludycznemu pojmowaniu sztuki. Zachód z kolei, bliższy jest podejściu intelektualnemu, konceptualnemu, choć ma swoje potrzeby emocjonalne i duchowe. Dochodzi więc do zderzenia różnorodności. Mnie się wydaje, że zarówno zachód nie powinien tracić z idei, którą rozwinął, podobnie wschód swojej duchowości.

Dzień Jazzu: Power of the Horns w Studiu im. W. Lutosławskiego

Power of the Horns 1

W historii najnowszej polskiego jazzu Power of the Horns zapisało już swoją kartę. Big band Piotra Damasiewicza rejestrując na żywo album „Alaman”, położył kamień węgielny pod narodziny wydawnictwa For Tune, które przez dwa lata funkcjonowania wypuściło już kilkadziesiąt albumów artystów polskich i zagranicznych. To wyjątkowe osiągnięcie, które w sposób niebagatelny wpłynęło na krajową scenę jazzową i okołojazzową. Oprócz tego „Alaman” w warstwie muzycznej był doskonałym przykładem witalności i mocy jaką w XXI wieku może wykreować jazzowy kolektyw złożony ze znakomitych instrumentalistów pod wodzą charyzmatycznego lidera. Płyta zbierała zewsząd entuzjastyczne recenzje i stała się trampoliną dla wielu muzyków wchodzących w skład kolektywu, z samym Piotrem Damasiewiczem na czele.

W świetle tych ciężko podważalnych faktów, koncert Power of the Horns w Studiu Polskiego Radia był pod wieloma względami najsensowniejszym pomysłem na uczczenie Międzynarodowego Dnia Jazzu. A w każdym razie na pewno bardziej zasadnym niż zeszłoroczny występ Mitch & Mitch ze Zbigniewem Wodeckim (z całym szacunkiem). Można zatem zaryzykować teorię, że ensemble Damasiewicza pojawił się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Choć do tego drugiego miałbym pewne „ale”… Ale to za chwilę.

Na scenie, po krótkiej konferansjerce  Bartka Chacińskiego i Jacka Hawryluka, pojawiło się 15 muzyków łącznie z liderem i gościem – w tej roli wybitny tubista Zdzisław Piernik. Czyli mała jazzowa orkiestra z podwójną sekcją rytmiczną, fortepianem i 10 instrumentami dętymi. Okazało się już w trakcie wstępu, że Power of the Horns AD 2015, to nie to samo co PotH 2012. Przede wszystkim skład uległ zmianie od strony rytmicznej – kontrabasiści Max Mucha i Jakub Mielcarek zostali zastąpieni przez Marka Tokara i Ksawerego Wójcińskiego, a zamiast Wojciecha Romanowskiego na jednej z perkusji zagrał Samuel Hall. Modyfikacji uległ też zestaw „hornów”, do których dołączyli: Gerard Lebik, Piotr Łyszkiewicz, Mateusz Rybicki oraz Adam Milwiw. Wraz z Piernikiem dało to dwukrotnie większą liczbę dęciaków niż na „Alamanie”. Nie będzie zatem przesadą nazwanie zespołu wersją Power of the Horns 2.0. Band wystąpił w takim składzie po raz pierwszy (i w ogóle grał pierwszy raz od dłuższego czasu).

Power of the Horns 2

Zmianie uległa jednak przede wszystkim muzyka, pomysł na granie tak dużym składem. Piotr Damasiewicz przygotował na potrzebę koncertu kompozycję pt. „Suita 29”, która operowała zupełnie inną poetyką niż żywiołowy, soczysty, wręcz agresywny „Alaman”. Tym razem muzycy zostali okiełznani partyturą o wiele mniej bazującą na energetycznym potencjale dużego składu. „Suita 29” zasadzała się głównie na rozgrywaniu dźwięku w podzespołach, w mniejszych składach kolejno podejmujących wątek. Sam Damasiewicz występował na scenie przede wszystkim w roli dyrygenta, reżysera spektaklu, który chwyta za instrument jedynie od czasu do czasu. Podobne rozwiązanie było dość ryzykownym, choć odważnym posunięciem – z całą pewnością duża część słuchaczy znających PotH z albumu musiała być zaskoczona, żeby nie powiedzieć rozczarowana takim scenariuszem występu. Rezultatem był co prawda „power”, lecz budowany miarowo, oscylujący pomiędzy poszczególnymi sekcjami, ale bardzo rzadko wybuchający pełnią kolektywnej mocy. Trochę szkoda, że Damasiewicz nie pozostawił muzykom większej dozy improwizatorskiej wolności i swobody w budowaniu narracji – czynników intuitywnych, tak istotnych we współczesnym jazzie. Przez to skład brzmiał momentami aż nazbyt grzecznie, jakby grał pod linijkę. Często dochodziło też do sytuacji, w których dłuższe fragmenty grało jedynie kilku spośród 15 muzyków. Owszem, były to partie ciekawe, pokazujące indywidualność poszczególnych artystów, jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że stały one w sprzeczności z potencjałem zróżnicowanej, big bandowej gry. Były to serie improwizacji, trzymanych na krótkiej wodzy w ramach jednej kompozycji.

Występ określiłbym świetną ilustracją wyraźnego dualizmu, który można zauważyć we współczesnym jazzie. Może nawet nie jednego, a dwóch – po pierwsze: kompozycja/improwizacja; po drugie: indywidualizm/kolektywizm. Wydaje mi się, że koncert Power of the Horns w większej mierze pokazał zbiór interesujących osobowości artystycznych, niż zgrany zespół o wspólnej tożsamości. I tutaj powracam do „ale” z drugiego akapitu – bardzo możliwe, że po prostu zabrakło czasu żeby zespół w takim składzie osiągnął większy poziom muzycznego porozumienia, nabrał lekkości, przekładającej się na spontaniczną wypowiedź. To chyba główny problem, ponieważ wymienione wartości są – w moim mniemaniu – jednymi z najważniejszych w jazzie w ogóle. Na dobrą sprawę, to co usłyszeliśmy w Lutosławskim można nazwać nie tyle jazzem, co muzyką współczesną zagraną przez jazzmanów, improwizatorów. Rezultat wielokrotnie bywał interesujący, ale pozostaje poczucie niedosytu i trochę niewykorzystanej szansy na puszczenie wodzy fantazji w tak ciekawej konfiguracji wyrazistych artystów. Jak na ironię zabrakło mi w występie Power of the Horns przede wszystkim mocy, operowania kontrolowanym chaosem z większą swobodą kolektywnego flow.

Power of the Horns 3

Być może to właśnie nieszczęsna, poniekąd zobowiązująca data wydarzenia wpłynęła na przesadne wykonawcze napięcie emanujące ze sceny? Może udział wybitnego gościa? Może presja wynikała z gabarytów sali? Może z racji transmisji na żywo w radio? Pewnie wszystko po trochu. I chociaż z całą pewnością nie był to koncert zły, to nie spełnił do końca pokładanych w nim oczekiwań. A największy paradoks tkwi w tym, że okazał się również doświadczeniem dużo bardziej pouczającym niż występ jednoznacznie wspaniały, z którego każdy wyszedłby w niemym zachwycie. To też znak czasu – jazz w Polsce to nieustanne work in progress. Ta praca odbywa się w klubach i na regularnych koncertach, a niekoniecznie na wydarzeniach okazjonalnych.

Jak napisał na swoim profilu warszawski Mózg: „Świat ma jeden Międzynarodowy Dzień Jazzu w roku. Dziś. Mózg ma takich 365”. Szczęśliwie dla jazzu, miejsc w Polsce o podobnej filozofii jest jeszcze trochę i warto je odwiedzać nie tylko od święta.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kwintet: RED Trio, Gerard Lebik i Piotr Damasiewicz w CSW Zamek Ujazdowski

redtrio+1

Uwertura

RED Trio to światowa czołówka jeśli chodzi o tzw. working bandy. Portugalski skład obok nowoczesnego, demokratycznego podejścia do grania free, słynie również z tego, że świetnie wchodzi w reakcję z innym muzycznymi podmiotami. Dotychczas byli to chociażby tak charakterystyczni artyści jak John Butcher czy Nate Wooley. Tym razem lizbońskie trio połączyło siły ze znakomitymi przedstawicielami wrocławskiego impro – Piotrem Damasiewiczem i Gerardem Lebikiem. Tak zmontowany kwintet właśnie wydał winyl (i niestety tylko winyl) „Mineral” w Bocian Records, a występ w CSW stanowił część trasy promującej LP.

Ostatnio miałem przyjemność recenzować album, na którym to właśnie polscy muzycy inkorporowali do składu perkusistę RED Trio, Gabriela Ferrandiniego. Mam tutaj na myśli projekt veNN circles (znów Bocian). Płyta prezentowała zestaw szalenie intrygujących dźwięków o nieidiomatycznej proweniencji. Improwizacja prowadziła muzyków w rejony futurystyczne, w czym duża zasługa Lebika, który na rzecz veNN circles odwiesił saksofon na ścianę i skupił się na generowaniu bardzo wyważonych noise’ów. W Laboratorium CSW rozszerzone portugalsko-polskie combo zagrało koncert w 100% akustyczny i z całą pewnością był to najbardziej ognisty, a zarazem nieoczywisty free jazz, jaki miałem okazję słuchać w ostatnich miesiącach.

 

Rozwinięcie

Ciężko mi postrzegać ten skład jako „trio +”, ponieważ to właśnie momenty kolektywnej gry, muzycznego zazębiania się „reprezentacji narodowych” były najbardziej spektakularne i stąd też tytuł niniejszego tekstu. Miałem wrażenie, że słucham składu w pełni demokratycznego i zgranego, bez podziału na gości i zespół. Można powiedzieć, że publiczność zetknęła się z klasycznym jazzowym kwintetem (trąbka, saksofon, fortepian, kontrabas i perkusja) jednak to właśnie podejście odbiegające od konwencji zaważyło na mojej wysokiej ocenie przedsięwzięcia.

20150307_202314

Koncert miał przyjemnie oldschoolową strukturę z podziałem na partie solowe dęciaków, podczas których drugi muzyk odchodził poza scenę przejść się, napić wody, popatrzeć z dystansu na grę kolegów by dołączyć w najbardziej adekwatnym momencie. Co prawda zdarzały się chwile, kiedy RED Trio samodzielnie gospodarowało muzyczną czasoprzestrzenią, ale to właśnie interakcje z saksofonem i trąbką uważam za najjaśniejsze punkty programu, o których śmiało można mówić w kategoriach synergii. Być może stało się tak dlatego, że Lebik z Damasiewiczem nie wychylali się nadto na pierwszy plan i nie epatowali solówkową woltyżerką. Dobrze było to słychać w partiach Lebika, które imponowały natężeniem i intensywnością, a przy tym nie brzmiały jakby saksofonista dążył do zagrania jak największej liczby dźwięków na sekundę. Często były to frazy bardziej jednostajne, w których moim zdaniem objawił się elektroniczny background i wrażliwość na drobne niuanse i modulacje brzmienia. Damasiewicz natomiast interesująco eksplorował rytmiczne możliwości trąbki. Szczególnie ciekawe frazy tworzył wykorzystując tłumik oraz eksperymentując z różnymi rodzajami zadęcia. Jednocześnie w jego grze słychać było duży zmysł melodyczny kryjący się pod bardziej sonorystycznymi partiami. Sama współpraca na linii trąbka-saksofon przebiegała naturalnie, wręcz organicznie, jednak nie ma się czemu dziwić – panowie grają od lat w całym szeregu projektów, a obecnie stanowią jeden z bardziej interesujących improwizatorskich tandemów wykorzystujących akurat te instrumenty. Wzajemną chemię Damasiewicza i Lebika było już dobrze słychać na materiale „Mnemotaksja”, jednak koncert w CSW pokazał jak mocno od czasu nagrania tamtej płyty (2008 rok) rozwinęło się podejście artystów do języka improwizacji.

Damasiewicz_Lebik2

RED Trio było dla polskich muzyków potężnym silnikiem, mechanizmem działającym tak dobrze jako jeden organizm, że trudno mi rozpatrywać grę poszczególnych członków. Chociaż gra całego kwintetu porażała intensywnością i energią, to paradoksalnie chyba największe wrażenie zrobiły na mnie momenty „napiętych wyciszeń”, z których artyści powoli tworzyli wielowątkowe, zaskakujące mikro i makro struktury. Wówczas też można było zaobserwować jak wiele w tej muzyce intelektualnej precyzji, wyważonego i odważnego operowania formą free. Jakkolwiek absurdalnie nie brzmiałaby zbitka „forma free”. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że podobny koncert mogli zagrać tylko muzycy najwyższej klasy, samoświadomi własnych artystycznych możliwości, a także plusów wynikających z trzymania ich na wodzy. Występ domknął jeden bis, któremu początkowo byłem nieprzychylny, ponieważ przy okazji podobnych doświadczeń muzycznych wolę uczucie niedosytu, jednak zespołowi nieźle udało się wkomponować dogrywkę w całość narracji. I w sumie nawet klaskałem dla tego bisu, przyznam się bez bicia.

redtrio+uklony

Epilog

Ilekroć zdarza mi się odwiedzić salę Laboratorium CSW boleję nad tym, że przestrzeń stosunkowo rzadko wykorzystywana jest na potrzeby koncertów. Znakomite warunki akustyczne w idealnym świecie choć raz w tygodniu powinny nasiąkać muzyką. Szczęśliwie w najbliższym czasie w Sali im. Wojciecha Krukowskiego zabrzmi jeszcze szereg interesujących projektów, a pierwsze z nich już w piątek i sobotę. Jeśli utrzymując wysoką artystyczną jakość wydarzeń, CSW zwiększyłoby częstotliwość ich prezentowania, to z całą pewnością Laboratorium stałoby się jednym z najważniejszych adresów na muzycznej mapie Warszawy. Póki co jest raczej „rzadko, ale mocno”, a w związku z tym również nobilitująco. I być może taka strategia też ma swój sens, a ten epilog jest tylko „niepotrzebnym klaskaniem na bis” po świetnym występie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć

Recenzje, wywiady – PopUp #46, post scriptum indywidualne

okładka PopUp #46

Nowy numer PopUpMusic od kilku dni śmiga po internecie. Po raz kolejny zasiliłem go serią tekstów, których tematyka czy też „przedmiot” są nieprzypadkowe. W oceanie artystów i wydawnictw właściwa selekcja to istotny, o ile nie najistotniejszy aspekt krytyki muzycznej w ogóle. Dodawać nie muszę, że uwzględnienie wszystkiego, co ciekawe jest niemożliwe – ale dodam, bo to prawda. Wbrew niekiedy utrzymywanym pozorom nawet ludzie piszący o muzyce mają ograniczenia może nie tyle percepcyjne (choć te również się zdarzają), ale zwyczajnie czasowe. Niemniej jestem przekonany, że najnowszy PopUp stanowi względnie szerokie kompendium wiedzy (informacji? refleksji?) o aktualnie interesujących zjawiskach muzycznych. Dlatego zanim przejdę do części indywidualnej gorąco polecam zapoznanie się z różnorodną całością numeru. Nie przeczytałem jeszcze wszystkiego (nieregularniki wręcz należy sobie dawkować), ale z dłuższych form z pewnością warto sprawdzić wywiad z Ukrytymi Zaletami Systemu. Trio wydało bardzo mocny debiut (klik), szczególnie ciekawy w warstwie tekstowej. Rozmowa z Garym Lucasem, jednym z ostatnich współpracowników Captaina Beefhearta i Jeffa Buckleya, również na dużym „propsie”.

Osobiście postanowiłem skupić się głównie na muzyce polskiej. Chociaż „postanowiłem” to złe słowo – po prostu na krajowej scenie działo się w ostatnich miesiącach dużo dobrego, o czym zwyczajnie przemilczeć się nie dało. Zatem z 11 recenzji, które napisałem tylko dwie pozbawione są jakiegokolwiek polskiego akcentu: „Reverse Blue” Mary Halvorson i kooperacja „Radian vs. Howie Gelb”. Także drobne odchylenia w stronę USA i Europy Zachodniej, swoją drogą muzycznie bardzo ciekawe.

Wszystkie recenzje, w których maczałem palce w kolejności alfabetycznej:

1. Artur Maćkowiak & Grzegorz Pleszyński – „A Sound Of The Wooden Fish”

Maćkowiak, Pleszynski - A Sound Of The Wooden Fish

2. Hang Em High – „Beef & Bottle”

hang-em-high-beef-bottle

3. Jacek Mazurkiewicz solo, 3FoNIA – „Chosen Poems”

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

4. Ksawery Wójciński – „The Soul”

Ksawery Wójciński - The Soul

5. Gerard Lebik, Piotr Damasiewicz, Gabriel Ferrandini – „veNN Circles”

Lebik, Damasiewicz, Ferrandini - veNN circles

6. Lotto – „Ask The Dust”

LOTTO - Ask The Dust

7. Mary Halvorson – „Reverse Blue”

Mary-Halvorson-Reverse-Blue

8. Paweł Bartnik – „Bez Tytułu”

Paweł Bartnik - Bez tytułu

9. Radian & Howe Gelb – „Radian Verses Howe Gelb”

Radian verses Howe Gelb

10. Scott Stain – „I’ve Always Wanted to Meet You”

Scott Stain - I've Always Wanted To Meet You

11. Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves”

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Jak widać zestawienie zdominowały indywidualne wypowiedzi artystyczne i ta przewaga wpisuje się zresztą doskonale w specyfikę ubiegłego roku.

Udało mi się również porozmawiać z autorami dwóch bardzo dobrych solowych krążków, które wyszły w ostatnich miesiącach – z Jackiem Mazurkiewiczem i z Hubertem Zemlerem. Płyty obu Panów są znakomitym świadectwem tego jak przy użyciu minimalnych środków stworzyć muzykę niejednoznaczną, wielowarstwową i samowystarczalną.

Wywiad z Jackiem Mazurkiewiczem

Wywiad z Hubertem Zemlerem

Niniejszym gorąco polecam lekturę 46 numeru PopUp’a!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Nadszedł nowy PopUp, a imię jego 44!

Ostatnie tygodnie były okresem dość intensywnej pracy, której efekty wreszcie wyszły na światło dzienne wraz z najnowszym 44 numerem PopUp’a.

Z punktu widzenia płyt, które zdecydowałem się zrecenzować mistyczna liczba 44 jest zdecydowanie adekwatna. Krótka statystyka: Dwa albumy nagrywane w kościołach, jeden z „Mszą Świętą” w tytule, jeden brzmiący niczym ambientowa ścieżka dźwiękowa do „Mszy Czarnej”. Płyta z wokalem przypominającym elfickie śpiewy okraszone paranoiczną elektroniką. Solowe i zespołowe dzieło muzyka, który grywa w pustych reaktorach atomowych w Austrii, intrygująca EP-ka o znamiennym tytule „Totem”. Dwa albumy z „pustką” w tytule… Niepostrzeżenie i nieoczekiwanie wydawnictwa, których opisu się podjąłem zaczęły orbitować wokół wątków mistycznych, co samo w sobie uznaje za dość ciekawe, ponieważ – przynajmniej na poziomie świadomości – klucza unikałem.

Prezentuję poniżej pełną listę pozycji, które w ostatnim okresie, siłą rzeczy, nie opuszczały moich, słuchawek, uszu, mózgu:

Angles 9/Martin Küchen – „Injures”, „…And Everything Inside Came Down As Dust”

Echo Deal – „Totem”

Gaap Kvlt – „Void”

Jeremiah Cymerman – „Real Scars”

Msza święta w Altonie – „Bezkrólewie”

Piotr Damasiewicz Quartet – „Mnemotaksja”

Pole – „Radom”

Second Exit – „Spoon”

Skalpel – „Simple”

Sroczyński/Pospieszalski – „Bareness”

WIDT – „Live in Edingurgh”

W zasadzie odsłuch większości z tych albumów przyniósł mi mniejszą lub większą satysfakcję, także można powiedzieć, że miałem szczęście. Szczególną uwagę warto zwrócić na udane płyty ogólnie rozumianych, polskich „debiutantów” takich jak: Gaap Kvlt, Echo Deal, Sroczyński/Pospieszalski, Pole, WIDT.

Właściwie z czystym sumieniem polecić mogę niemal każdą pozycję z powyższej listy. Czemu niemal? Odsyłam do tekstów. Kto zgadnie co polecam mniej, ten wygrywa satysfakcję.

Oprócz recenzji zapraszam do przeczytania wywiadu o charakterze jednolitego tekstu, bądź jednolitego tekstu o charakterze wywiadu z Olgierdem Dokalskim, w którym zdradza wiele inspiracji, planów na przyszłość, faktów dotyczących wydawnictw bieżących.

Miłego czytania, miłego słuchania.

Krzysztof Wójcik

Gwiezdne Wojny, reprezentacja Polski i The Thing

IMG_4129

Jadąc na pierwszy dzień rezydencji skandynawskiego The Thing do Pardon To Tu zaskoczyła mnie wesoła nowina. Okazało się, że pierwszy dzień koncertowy (4 maja) zbiega się ze światowym dniem kosmicznej epopei George’a Lucasa! Cóż za symboliczne okoliczności dla występu tria, które – odrobinę na wyrost, choć nie bezpodstawnie – nazywane jest jednym z najbardziej brutalnych i bezkompromisowych jazzowych składów. Pytanie rodzi się właściwie automatycznie: z kim niedzielnego wieczoru była Moc? Pozwolę je sobie przeformułować: czy Moc pojawiła się na scenie Pardon To Tu w ogóle? Czy zgromadzone przy pl. Grzybowskim tłumne audytorium nie zostało przypadkiem wystawione na działanie iluzorycznych figli, będących dziełem Imperatora? Hipoteza.

Drużynę Matsa Gustafssona widziałem już nie raz i niejednokrotnie robiła na mnie piorunujące wrażenie. Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że pojawię się na jednym i drugim koncercie formacji. Muszę jednak przyznać, że dalece bardziej niż kolejny występ Skandynawów moją ciekawość rozpalały dwa pierwsze sety, swoiste „wariacje pardonowskie”, opierające się na zmieszaniu polskiej improwizowanej śmietanki z cząstką głównego dania wieczoru. Podobne hybrydy były już tworzone chociażby przy okazji dwudniowej rezydencji Atomic, bądź pierwszej wizyty Petera Brotzmanna i choć nie zawsze wieńczyły się spektakularnymi występami, to z pewnością nie można im odmówić walorów czysto poznawczych. Swoją drogą dla polskich jak i zagranicznych muzyków jest to doskonała szansa do nawiązania ciekawej współpracy, nawet jeśli jej koniec zbiegnie się jedynie z finałem incydentalnego doświadczenia. Zatem nie ulega wątpliwości – personalne miksy są inicjatywą pozytywną, wręcz kulturotwórczą, a czasem nawet mitotwórczą (nie zapominajmy o kontekście Gwiezdnych Wojen!).

Pierwsza część wieczoru skoncentrowała się na osobie basisty The Thing, Ingebrigt Håker-Flatenie, oraz na trójce doskonale znanych warszawskiej publiczności, polskich „dęcistach” – Olgierdzie Dokalskim (trąbka), Janie Małkowskim (saksofon) i Dominiku Strycharskim (flety). Intrygujące zestawienie, głównie przez brak perkusji i przerzucenie ciężaru gry na konfrontację polskich muzyków, którzy (o ile się nie mylę) spotkali się na jednej scenie po raz pierwszy.

Håker-Flaten okazał się partnerem niezwykle wyczulonym na impulsy wysyłane w jego stronę przez resztę składu, choć początkowo wziął na swoje barki nadawanie tonu wzajemnemu dialogowi. Co znamienne, muzyk wkroczył na scenę z gitarą basową, na której daleki był od kreślenia klasycznych jazzowych pochodów – dalece bardziej interesowała go zabawa brzmieniem, generowanie sprzężeń, odgłosów nazwijmy to abstrakcyjnych. W tak zarysowanym muzycznym uniwersum bardzo dobrze odnalazł się Dominik Strycharski, który podążał bardziej w stronę ekspresyjnych, nerwowych zadęć, przełamując nieco niedookreśloność gry Håker-Flatena. Brzmienie fletu ciekawie kontrastowało z głębokim tonem gitary basowej i wzajemny dialog duetu był jednym z czynników stanowiących dla mnie o sile pierwszego występu. Strycharski sprawiał wrażenie osoby bardzo dobrze radzącej sobie z kierowaniem zespołem, co nie zdziwi z pewnością nikogo, kto miał okazję słyszeć tegoroczną, wręcz epicką płytę Pulsarusa „Bee Itch”. Słychać było, że instrumenty dęte, podobnie jak bas gościa ze Skandynawii, próbują odbić się od konwencjonalnej formy jazzowego składu, bardzo często operując sonorystycznymi przesileniami. W podobnej konstelacji potrafił się odnaleźć Dokalski, potwierdzając jak bardzo elastycznym muzykiem stał się na przestrzeni ostatnich lat. Małkowski był dla mnie ogniwem, które najbardziej ciążyło w stronę klasycznie jazzowych fraz, muzyk daleki był jednak od wychodzenia przed szereg i nie wykazywał tendencji do dominacji. Ogólnie rzecz biorąc można było odnieść wrażenie, że skompilowany ad hoc kwartet starał się odnaleźć wspólny mianownik dla swoich dość odrębnych, indywidualnych, artystycznych wizji muzyki. Było dość sporo momentów, podczas których te próby owocowały efektami zdumiewającymi. Niezależnie od tego, czy było to jedynie dzieło przypadku, muszę stwierdzić, że pierwszej części wieczoru najbliżej było do osiągnięcia Mocy, nie będącej dziełem kalkulacji.

Drugi set przyszło mi oglądać z okolic baru, zza którego występ obserwował sam Mats Gustafsson, pierwszy saksofon Szwecji, jak również zasłużony zwycięzca wielu zeszłorocznych podsumowań. Przyznam szczerze, że w przypadku występu Macieja Obary, Piotra Damasiewicza, Ksawerego Wójcińskiego i Paala Nilssena-Love spełniły się moje obawy odnoście tej personalnej konfiguracji. Norweski perkusista niesłychanie zdominował charakter spotkania, a reszta muzyków sprawiała wrażenie jakby z wielką determinacją próbowali dotrzymać mu kroku, zapominając trochę o niuansowaniu spotkania własnym, odrębnym głosem. Było to płomienne free, galopujące, wyczynowe i w moim odbiorze niestety dość konwencjonalne. Owszem, można się było zatracić w kanonadzie dźwięków, podziwiać techniczną sprawność muzyków, jednak z chwilą zamknięcia oczu zdałem sobie sprawę, że równie dobrze mógłby to być zupełnie inny skład grający pod Paala Nilssena. Szkoda, bo Damasiewicz, Obara i Wójciński już nie raz potwierdzali, że są artystami charakterystycznymi. Niestety nie usłyszałem tego podczas niedzielnego występu – było to usilne krzesanie Mocy, z której zbyt wiele nie wynikało. Gustafsson niczym Mistrz Yoda odpuścił i nie został na drugiej części występu kwartetu.

W ten sposób dotarliśmy do finału – koncertu The Thing. Występu jak zwykle głośnego, jak zwykle żartobliwego w konferansjerce, jak zwykle brutalnego, intensywnego. „Jak zwykle” – to sformułowanie moim zdaniem najlepiej oddaje show, które Skandynawowie zaprezentowali niedzielnego wieczoru. „Show” wydaje się również dobrym słowem, ponieważ uderzył mnie pewien powtarzalny charakter występów tej formacji i nagle zdałem sobie sprawę, że przynajmniej od mojego ostatniego spotkania z The Thing, zespół ten nie rozwinął swego pomysłu na granie. Pewien niezwykle istotny aspekt nieprzewidywalności, przewrotności i zawadiackości, które tak bardzo niegdyś wychwalałem, nagle gdzieś uleciał. Był to par excellence koncert The Thing, którzy doskonale wiedzieli co zrobić żeby zjednać sobie audytorium – kiedy zaryczeć, kiedy przedąć riff, kiedy powiedzieć dowcip, kiedy wprowadzić groove. Raziła mnie w tym swego rodzaju kalkulacja, która mam nadzieję nie była świadoma, a bardziej wypływała chociażby ze zmęczenia długą podróżą z Węgier. Być może to ja popełniłem błąd, bo poszedłem na koncert The Thing, zatem The Thing otrzymałem i tylko szukam dziury w całym? Jednak nieznośnie towarzyszy mi uczucie, że trio odpuściło bezkompromisowość na rzecz odcinania kuponów od wizerunku. Tym razem zabrakło midichlorianów. Oczywiście był to koncert dobry i pod względem wykonawczym ciężko mieć do muzyków jakiekolwiek zastrzeżenia, są to profesjonaliści i wybitni mistrzowie swych instrumentów. Gdybym jednak nie musiał stać przez cały wieczór, to z pewnością nie podniósłbym się z krzesła tak jak zrobiła to lwia część audytorium. Po prostu niemal identyczne The Thing już kilkakrotnie płomiennie oklaskiwałem – niemiły rodzaj déjà vu.

Zatem finałem była Moc, ale przyrównałbym ją bardziej do tej drugiej, nakręconej po latach trylogii Lucasa, gdzie historia i mit padły ofiarą nadmiernej próby wejścia w wypracowaną przed laty konwencję. Mam nadzieję, że relację z kolejnego dnia rezydencji The Thing będę mógł zatytułować „Nowa nadzieja”.

 

Krzysztof Wójcik

 

PS: Dzięki wielkie dla Marcina Marchwińskiego, który niegdyś uchwycił The Thing w swym obiektywie.