Remanent: kilka recenzji… i jeszcze więcej ciekawych płyt (PopUp#49)

20160727_005205

Fanfary: Nowy #49 numer PopUpMusic.pl doczekał się premiery pod koniec stycznia! Napisałem do niego parę tekstów o wydawnictwach z ostatnich miesięcy. Tym razem żadnego wywiadu nie przeprowadziłem, również liczba recenzji jest sporo niższa niż bym sobie tego życzył… Niemniej pewien impas w pisaniu o muzyce udało się przełamać, a jednocześnie, niepostrzeżenie, przekroczyłem magiczną barierę 100 recenzji w bazie PopUp (łuhu!). To całkiem pokaźny dorobek jak na 9 ostatnich numerów, w których przygotowaniu brałem mniejszy/większy udział (do tego dochodzą wywiady, fotorelacje i audycje w radiojazz.fm). Od pierwszego tekstu jaki napisałem do magazynu – a był to porywający album Your Turn Marca Ribota i jego trio Ceramic Dog – minie w maju 4 lata. Także czas szybko leci, a ostatnio na tyle szybko, że ciężko o znalezienie motywacji i energii by usiąść do pisania. Ale nie oszukujmy się – zawsze bardziej liczyło się słuchanie niż pisanie.

Wierzę w muzykę dalece bardziej niż w tworzenie dyskursów na jej temat. Sądzę, że kryzysy w werbalizacji doświadczenia estetycznego przytrafiają się z czasem każdemu, kto robi to przez dłuższy czas w sposób, powiedzmy, bardziej refleksyjny, a nie news-owo rutyniarski. Swój kryzys chyba najpełniej wyraziłem w tekście jeszcze z 2015 roku Litania znaków „?” – Modlitwa słuchacza piszącego [wersja demo]. W dalszym ciągu jestem z niego bardzo zadowolony, choć był owocem emocji „pozytywnych odwrotnie”.

Niemniej, jak dotąd, prędzej czy później, zawsze przychodził „bodziec”, który sprawiał, że nie sposób było konkretne zjawisko/wydawnictwo/koncert/sytuację przemilczeć. Wówczas włączał się tzw. instynkt recenzenta. Tym razem owych bodźców znalazło się kilka. Tradycyjnie zapraszam do czytania i – przede wszystkim – słuchania:

 

Brian Eno – The Ship (recenzja / słuchaj)

brian-eno-the-ship

Danny Brown – Atrocity Exhibition (recenzja / słuchaj)

danny-brown-atrocity-exhibition

Gonjasufi – Callus (recenzja / słuchaj)

gonjasufi-callus

Hubert Zemler – Pupation of Dissonance (recenzja / słuchaj)

hubert-zemler-pupation-of-dissonance

Mikołaj Trzaska – Muzyka do filmu „Wołyń” (recenzja / słuchaj)

mikolaj-trzaska-wolyn

Radar – Radar (recenzja / słuchaj)

radar-radar

Radian – On Dark Silent Off (recenzja / słuchaj)

radian-on-dark-silent-off

The Dwarfs of East Agouza – Bes (recenzja / słuchaj)

the-dwarfs-of-east-agouza-bes

Oprócz powyższych wydawnictw chciałbym wymienić kilka znanych mi tytułów, na które zdecydowanie warto zwrócić uwagę:

Battle Trance – Blade of Love (słuchaj)

battle-trance-blade-of-love

Bartek Kujawski – A kto słaby niech jada jarzyny / Daily Bread (słuchaj1 / słuchaj2)

kujawski-kto-slaby kujawski-daily-bread

Dokalski / Cieślak / Miarczyński / Steinbrich – DCMS (słuchaj)

dcms

Jason Sharp – A Boat Upon It’s Blood (słuchaj)

jason-sharp-a-boat

Jeff Parker – The New Breed (słuchaj)

jeff-parker-the-new-breed

Ka – Honor Killed the Samurai (słuchaj)

ka-honor-killed-the-samurai

Lost Education – Book of Dreams (słuchaj)

lost-education

Modular String Trio – Ants, Bees and Butterflies (słuchaj)

modular-string-trio-ants

Nicolas Jaar – Sirens (słuchaj)

nicolas-jaar

Osty – Biblical Times (słuchaj)

osty

Resina – Resina (słuchaj)

resina

Shackleton & Vengeance Tenfold – Sferic Ghost Transmits (słuchaj)

shackleton

Steczkowski / Mełech – 2+7=nie wiem (słuchaj)

steczkowski-melech

X-Navi:Et – Technosis (słuchaj)

xnaviet

Żywizna – Zaświeć Niesiącku and Other Kurpian Songs (słuchaj)

zywizna

Długi post po długiej przerwie i (prawdopodobnie) przed długą przerwą.

Dzięki za uwagę. Udanych odsłuchów.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

* Zdjęcie tytułowe „Okna bez tytułu”, 2016, obrazek na ekranie, © Krzysztof Wójcik

Norma/nie instytucjona/nie: HATI w Narodowym (Ucho Gmachu) / Mełech & Kurek w Eufemii (Impro Trening)

Fajnie gdy publiczne instytucje kultury, takie jak muzea, podejmują się realizacji programu muzycznego. Niestety wciąż zdarza się to dosyć rzadko, od przypadku do przypadku, dlatego tym bardziej cieszą takie inicjatywy jak Ucho Gmachu, cykliczne koncerty ambitnej polskiej muzyki, organizowane w Muzeum Narodowym w Warszawie. Inauguracja tego mini-festiwalu (de facto 5 występów różnych artystów na przestrzeni 2 miesięcy), przypadła w udziale duetowi HATI.

HATI1

Muzycy formacji – Rafał Iwański i Rafał Kołacki – sami dysponują bogatym doświadczeniem jeśli chodzi o kuratorowanie koncertów w przestrzeni muzealnej, ponieważ od 8 lat prowadzą w toruńskim CSW arcyciekawy festiwal CoCArt. Krótko mówiąc – właściwi ludzie na właściwym miejscu. Znając muzykę HATI z płyt, od dawna chciałem usłyszeć duet na żywo, a niestety jak dotąd zawsze coś stawało mi na przeszkodzie… Dopiero gdy zostałem patronem Ucha Gmachu, koniunkcja planet sprawiła, że nareszcie dostąpiłem przyjemności obcowania z HATI w czasie rzeczywistym.

HATI to pod kilkoma względami zespół niezwykły w pejzażu polskiej alternatywy. Właściwie muzykę  formacji dobrze ilustruje postawa, w jakiej duet gra koncerty – robi to na kolanach z niemalże religijnym skupieniem i powagą. Ten szacunek i pokora wobec akustycznego dźwięku, wybrzmiewania rozmaitych gongów, blaszek, bębenków, smyczków, plastikowych trąbek, ale też etnicznych piszczałek, rogów bawolich, jest podczas występu dojmujący. Muzyka HATI ma głęboki wymiar rytualny, mistyczny, wymyka się konwencjonalnemu podejściu do grania, jest szalenie organiczna i  w tej organiczności ahistoryczna – brzmi zarówno starodawnie, jak i futurystycznie, może nawet postapokaliptycznie. Artyści grają na instrumentach etnicznych, ale łączą je bezpośrednio z dźwiękami generowanymi przez odpadki współczesności, sprzęty z recyklingu zyskują w ten sposób nowe muzyczne życie poprzez nietypowy kontekst ich zastosowania.

HATI3

Specyfika Ucha Gmachu polega na tym, że każdy z koncertów odbywa się w innej sali wystawienniczej Muzeum Narodowego. HATI zagrali w Galerii Faras, eksponującej wczesnochrześcijańskie malarstwo nubijskie, co zdecydowanie podkręciło mistyczny klimat występu. Choć sądzę, że duet gra muzykę tak uniwersalną, że równie dobrze zaistniałaby na przykład na surowym dziedzińcu modernistycznego gmachu Muzeum (choć mogłoby to być dosyć ryzykowne pod względem nagłośnienia). Bardzo udany koncert o charakterze kolektywnej medytacji nad dźwiękiem.

[koncerty w ramach Ucha Gmachu są bezpłatne, jednak obowiązuje system zapisów, z którym możecie się zapoznać TUTAJ. Kolejni wykonawcy to: Echoes of Yul, Akpatok Ensemble, Micromelancolie, Berjozkele]

——————————————————————–

Piotr Mełech & Wojtek Kurek w Eufemii

Mełech

Tego samego wieczoru, nieopodal Narodowego w klubie Eufemia, miało miejsce innego rodzaju muzyczne przedsięwzięcie cykliczne o stosunkowo krótkiej historii – Impro Trening. To właściwie młodszy brat Impro Mitingu, który odbywa się w tym samym miejscu, w każdy czwartek – obecna inkarnacja cyklu doczekała się już 25 odsłon, o jubileuszowej, 18, pisałem jakiś czas temu (klik). Biorąc pod uwagę regularność, można śmiało powiedzieć, że Impro Mitingi (a teraz też wtorkowe Impro Treningi), są obok działalności Warsaw Improvisers Orchestra, najbardziej jaskrawym świadectwem znakomitej kondycji stołecznej sceny muzyki kreatywnej. Mówię tu oczywiście o kondycji artystycznej i zdolności do samoorganizacji twórców lokalnych (osobnym tematem jest fenomen klubu Pardon To Tu, który w krajowym pejzażu pełni bardziej rolę nobilitującego salonu, realizującego również szalenie ambitny program międzynarodowy). W Eufemii co tydzień można natrafić na przejawy żywej, rozwijającej się sceny muzycznej. A animatorem jej części pt. Impro Trening jest Piotr Mełech, od pewnego czasu mieszkający w Warszawie (wcześniej Poznań). Utalentowany muzyk i improwizator, którego wiernym czytelnikom (((ii))) nie muszę specjalnie przedstawiać.

Wizja połączenia klarnetów Mełecha ze (zwykle) nieidiomatyczną, kreatywną perkusją Wojciecha Kurka, stanowiła dla mnie wystarczającą zachętę by po koncercie HATI zaliczyć dokładkę w przestrzeni bardziej swobodnej. Tym razem tradycyjne solidne opóźnienie koncertu przywitałem z radością (w innym wypadku w ogóle bym nie zdążył). Zresztą muszę przyznać, że frekwencja była bardzo solidna. Okazało się, że Mełech zagra bez wsparcia elektroniki, czyli powstał de facto klasyczny duet unplugged. Nie wiem czy Panowie grali wcześniej wspólnie (o ile się orientuję, to nie), dlatego stal hartowała się na oczach i uszach słuchaczy, z ryzykiem niezłapania chemii. Lubię odwagę i nieprzewidywalność takich przedsięwzięć.

Mełech zaczął koncert na klarnecie  basowym okrągłymi, rozbujanymi partiami, odwołującymi się do języka jazzowego. Kurek grał natomiast twardo, mocno, prymitywistycznie, przez co skutecznie temperował lekko swingowe zapędy basklarnetu. Fantastyczna była perkusyjna solówka, nerwowy dialog werbla i hi hatu – triumf prostoty nad rozgadaniem, typowym dla wielu bębniarzy. Całość zażarła w momencie, gdy Mełech chwycił po zwykły klarnet i wykorzystując circular breathing, nadał instrumentowi niezwykłej intensywności i ekspresji. Wówczas perkusja trochę wyhamowała, zaczęła operować lżejszymi akcentami. Muzycy reagowali na swoje wypowiedzi w sposób może nie do końca oczywisty, ale w gruncie rzeczy efektywny, jakby naprzemienny. W zdecydowanej większości słuchałem tego krótkiego, bo około 45-minutowego występu z dużą przyjemnością.

Koncert zakończył apel Mełecha o zgłaszanie się muzyków do kolejnych Impro Treningów – a zatem pozwolę sobie przesłać to zaproszenie dalej w eter. Muzyka i frekwencja udowodniły, że gra jest warta świeczki, choć wstęp darmowy – wystarczyło przyjść, usiąść i otworzyć się na dźwięki. Polecam.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zimowa podróż, trochę Cukru i kaszubskie wariacje…

daszek

Odwrócę chronologię wydarzeń i zacznę od końca. Zresztą każdy przyzwoity tekst, jak kij, ma przynajmniej dwa końce. Drugi/trzeci/czwarty/siódmy/domyślny powinien wylądować w aktywnym aparacie poznawczym czytelnika. Zatem raz, dwa…

Trzy:

Winterreise” czyli „Podróż zimowa” to cykl pieśni, które Franz Schubert skomponował do poezji Wilhelma Müllera. Właśnie dzieło Schuberta/Müllera stało się inspiracją dla dwóch kolejnych płyt z cyklu Populista, prowadzonego przez Michała Liberę dla Bôłt Records. Jak głosi nota „Winterreise” to: „modelowy przykład romantycznego songbooku o cierpieniu, miłości i samotności a wreszcie i XIX-wieczny odpowiednik albumu popowego, w którym przeglądały się kolejne pokolenia od roku 1828”. Tym razem przejrzały się w nim trzy artystki – wspólnie na jednej płycie Barbara Kinga Majewska i Emilia Sitarz; a samodzielnie, na drugiej, Joanna Halszka Sokołowska. Z końcem stycznia oba wydawnictwa  doczekały się premier koncertowych, które jak na złość odbyły się w dniach roztopów, nagłego rozpłynięcia zimy. Nie powstrzymało mnie to jednak przed zajściem do Królikarni na występ Sokołowskiej.

Winterreise

Przed rokiem, na festiwalu Playback Play w grudniu 2014 miałem już okazję widzieć artystkę w tym repertuarze, było to wówczas w ogóle pierwsze wykonanie (pisałem o nim tutaj). Tym razem wnętrze klubu zastąpiła wspaniała przestrzeń i akustyka Królikarni. Okoliczności miejsca w sposób znaczny wpłynęły na charakter występu. Po pierwsze wykonanie rozpoczęło się w całkowitych ciemnościach (i pozostało w nich do samego końca). Po drugie – Sokołowska kreatywnie wykorzystała specyficzną przestrzeń pałacyku. Druga część koncertu upłynęła na przechadzaniu się wokalistki po salach otaczających centralną, kolistą część budynku, w której siedziała publiczność. Śpiew nie ustawał, dobiegał z oddali, zbliżał się, błądził po Królikarni raz zgodnie ze wskazówkami zegara, raz odwrotnie. Zabieg okazał się genialny w swej prostocie – efekt akustyczny (i performatywny) był jedyny w swoim rodzaju, hipnotyzował i trzymał w napięciu. Można się było poczuć jak wewnątrz jakiegoś niezaistniałego filmu Herzoga. Na zakończenie Sokołowska zapaliła świecę i podziękowała za uwagę – tym samym utrzymała romantyczne decorum do samego końca. Bardzo osobliwy, melancholijny koncert site specific. Wsłuchiwanie się w pogłos kolejnych wersetów pieśni, w pauzy między nimi w otoczeniu mrocznej, akustycznie sterylnej Królikarni zapamiętam na długo jako wyjątkowe i nietypowe doświadczenie. Absolutnie nie dziwię się zespołowi Księżyc, że wybrał właśnie tę przestrzeń na nagrywanie swojej ostatniej płyty.

Dwa:

O zespole Cukier pisałem dość obszernie w maju zeszłego roku (klik). Był to jeden z pierwszych koncertów formacji, która przykuła moją uwagę (raz) ze względu na niecodzienne instrumentarium – syntezator modularny, klarnet, perkusja; (dwa) poprzez ciekawe, chaotyczno-energetyczne mieszanie różnych muzycznych języków – noise, free jazz, improwizacja elektro-akustyczna, trochę ambientu. Od tego czasu trio w składzie Łukasz Kacperczyk, Michał Kasperek i Piotr Mełech zdążyło wydać kasetę w Pawlaczu Perskim (bandcamp), na której w dość radykalny i bezkompromisowy sposób przedstawiło swój pomysł na muzykę.  „821” to ostra przejażdżka, przy okazji nagranie koncertowe, a nagrania koncertowe rządzą się swoimi prawami  [edit: jednak, nie koncertowe, tylko całodniowa sesja na żywo w warszawskim Mózgu]  i czasami bardziej brutalne szarże pozbawione pierwiastka wizualnego stają się nieczytelne. Niemniej jest to pozycja interesująca i odważna, pełna mocno kontrastujących zestawień. Sugeruję słuchanie „821” na głośnikach, tak by pozwolić muzyce wypełnić przestrzeń.

cukier1    cukier2Koncert w V9 odbył się przy okazji drugiej edycji DRUKUJ! Zinestu, czyli atmosfera DIY unosiła się w powietrzu od dobrych kilku godzin. Cukier wystąpił tego wieczoru w  nieco lżejszym wydaniu, ponieważ Piotr Mełech zrezygnował z użycia elektroniki i basklarnetu, zagrał cały koncert na zwykłym klarnecie. Był to koncert dość zwięzły, niespełna 40-minutowy i przyznam, że właśnie tego typu ramy czasowe są w sam raz w przypadku tak intensywnej muzyki. Podobała mi się dramaturgia występu. Cukier zaczął budować improwizację wychodząc od subtelnych partii syntezatora. Atmosfera gęstniała płynnie i oczywiście zmierzała do ekstatycznego jazgotu, ale zniuansowana „gra wstępna” pozwoliła na w miarę bezkolizyjne wejście w dzikie ostępy dźwięków brutalnych. Jednocześnie nie był to koncert o narracji prostej „od ciszy do zgiełku”, wykres napięcia i kolorów przedstawiałby się bardziej sinusoidalnie. To, że Cukier potrafi się ciekawie rozpędzić wiedziałem już od pierwszego zetknięcia z formacją. Teraz słychać, że oprócz tego muzycy wiedzą jak efektownie wyhamować, a przy okazji zrobić po drodze kilka niespodziewanych zakrętów. To dobrze wróży na przyszłość.

Jeden:

Ostatni mój tekst w roku 2015 dotyczył solowego występu Dominika Strycharskiego w Pardon To Tu (klik). Był to koncert znakomity, wirtuozerski, w dodatku najprawdopodobniej zostanie wydany na płycie. Raptem po kilku tygodniach Strycharski wrócił na tę samą scenę z formacją Core 6, by zaprezentować materiał z płyty „Czoczko” , na której poddaje kreatywnej interpretacji tradycyjną muzykę kaszubską. W zespole znaleźli się naprawdę mocni zawodnicy: Wacław Zimpel, Ksawery Wójciński, Zbigniew Kozera, Krzysztof Szmańda i Hubert Zemler. Czyli dwa instrumenty dęte i podwójna sekcja rytmiczna. Na albumie kluczowa rola przypada partiom duetu flet-klarnet (część utworów zagrana jest tylko w tym formacie), natomiast na koncercie siłą rzeczy większa była rola kolektywu.

Core 6

Podstawą tego projektu jest dualizm muzycznych światów, które Strycharski wraz z zespołem łączy – na poziomie podstawowym są to muzyka ludowa i free jazz. Kunszt instrumentalistów, ich improwizatorska biegłość, a także świetnie zaaranżowany materiał, złożyły się w nową jakość – silnie zakorzenioną w tradycji, a jednocześnie łamiącą granice gatunkowe. Coś podobnego udało się już choćby Marcinowi Maseckiemu (w wersji autorskiej na „Polonezach” i „Mazurkach”), również zeszłoroczne „Requiem Ludowe” Adama Struga i Kwadrofonik przenosi polską ludowość w XXI, wykorzystując współczesny język muzyczny. „Czoczko” składa się z tematów bezpośrednio zaczerpniętych z melodii tradycyjnych, natomiast rozwija je ze swobodą, rozmachem i dużą wrażliwością na poszczególne elementy brzmienia. Podwójna sekcja, tworzy dla Strycharskiego i Zimpla znakomitą, wielobarwną przestrzeń do dialogu, bądź snucia przyjemnie rozjeżdżających się wspólnych monologów. Koncert dość wiernie odzwierciedlił zawartość płyty, ale absolutnie nie na zasadzie 1:1. Zresztą nie byłby to nawet duży mankament, bo „Czoczko” to po prostu album bardzo dobry, zwięzły, nieprzegadany (niespełna 40 minut muzyki). Moje ulubione fragmenty to te, w których do głosu dochodzi pełen skład, szczególnie otwierający płytę tajemniczy utwór „Rubin”, oraz wieńczący nagranie „Antracyt” z fantastyczną woltą w środku. Kolejny mocny punkt w coraz ciekawszej dyskografii Dominika Strycharskiego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Piotr Mełech & Ksawery Wójciński w ADA Puławska

Mełech & Wójciński

Trzecie – jak dotąd – spotkanie Piotra Mełecha i Ksawerego Wójcińskiego w formacie duetu rozegrało się w wychłodzonych przestrzeniach mokotowskiego klubu ADA Puławska. Nie jest to miejsce jakoś szczególnie nastawione na scenę impro (pomijając może eksperymentalny cykl Chrobot, o którym pisałem tutaj), niemniej warunki lokalowe są (jakie są? – pomijając chłód, bardzo przyjemne), a środowiskowa renoma muzyków ściągnęła na koncert stosunkowo pokaźną garstkę słuchaczy w liczbie ok 20. Cóż – było warto.

Mijający rok był niewątpliwie bardzo udany dla Ksawerego Wójcińskiego. Świadczą o tym przede wszystkim płyty, ale – jak to w przypadku improwizatorów bywa – sytuacja koncertowa jest najlepszym weryfikatorem formy, aktualnej dyspozycji artystycznej. W miesiącu poprzedzającym koncert w Adzie, muzyk koncertował z Charlesem Gaylem. Gra z taką postacią to wyjątkowa sprawa. Szczególnie, że Gayle na przekór metryce, jest saksofonistą niesłychanie energicznym, dynamicznym, nieprzewidywalnym, przez co kontrabas nie ma łatwego zadania (o tegorocznym koncercie tria pisałem tu). Z kolei Piotr Mełech w ostatnim czasie jest jednym z bardziej aktywnych muzyków na warszawskiej scenie impro. Okazji by posłuchać klarnecisty na żywo w różnych konfiguracjach jest wiele. W ślad za nimi z pewnością pójdą bardziej trwałe projekty i wydawnictwa – jak na razie ostatnim, które ujrzało światło dzienne jest dość ekstremalna kaseta zespołu Cukier (bandcamp), gdzie klarnecista w równej mierze eksperymentuje z elektroniką. Występ z Wójcińskim miał jednak charakter czysty, w pełni akustyczny i w takiej formie najlepiej można zaobserwować szeroką skalę wyobraźni i umiejętności Mełecha. Zresztą obaj Panowie mają doświadczenie pracy w różnego rodzaju duetach i ewidentnie było słychać, że świetnie odnajdują się w tego typu formacie – potrafią słuchać, podejmować niebanalny dialog lub wspólnie monologować, nie zatracając indywidualnej wyrazistości.

Koncert w Adzie (wraz z bisem) złożył się na 4 części, podczas których duet zagrał muzykę w pełni improwizowaną,  choć wiele segmentów (jak choćby bis) brzmiało niczym skomponowane wcześniej tematy. Największe wrażenie zrobiła na mnie umiejętność płynnego, naturalnego przechodzenia od transowych, wręcz medytacyjnych struktur o szorstkiej fakturze do ognia, intensywnych wybuchów ekspresji. Przy czym muzycy, nawet w tych porywach-odlotach, zachowywali subtelność i skupienie, dzięki czemu improwizacje nie trąciły karykaturalnością, znały umiar, utrzymywały (tak często zatracany we free) nieoczywisty pierwiastek komunikatywności.

Bardzo dobry, zrównoważony koncert. Taki duet powinien przetrwać i kontynuować współpracę, bo potencjał na coś więcej jest ewidentny. Tegoroczne, świetne „Night talks” (bandcamp) nagrane przez Wójcińskiego z Wojciechem Jachną, powstało w spontaniczny sposób po zaledwie jednym koncercie, a podobno historia lubi się powtarzać… A nawet jeśli nie, to występ był rejestrowany, więc jak gdzieś odnajdziecie w odmętach internetu zapis, nie wahajcie się i nie lękajcie – kliknijcie „play”. Ja już teraz poproszę o link.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Cukier w Dwa Osiem

To nie będzie wpis dla noise’owych diabetyków. Przed Państwem Cukier – trio eksperymentalno-jazzowo-hałasowe!

Cukier

Zespół w składzie (od lewej) Łukasz Kacperczyk, Piotr Mełech i Michał Kasperek, zagrał w jeden z bardziej niewdzięcznych dni koncertowych maja – musiał walczyć o publiczność z 5 innymi wydarzeniami (m.in. z Kenem Vandermarkiem i Wovoką). I choć słuchacze nie przyszli do Dwa Osiem tłumnie, to z pewnością nie mogli narzekać na brak wrażeń.

Muzyka Cukru wbrew nazwie nie jest słodziutka, choć bez wątpienia silnie atakuje kubki smakowe. Może również zapewnić energetyczne odurzenie… Trio ma interesujący pomysł na grę. Syntezator modularny, klarnet i perkusja to cząsteczki, które przy zręcznym powiązaniu mogą dać zdumiewające, nieoczywiste rezultaty. Podczas koncertu w Dwa Osiem na pierwszym planie były: hałas, szum, szmer (efekty akustyczne określane w angielskiej nomenklaturze jednym, zbiorczym słowem: „noise”). Dźwięki elektroniczne o wysokich rejestrach kilkukrotnie rozlewały się ze sceny na widownię gorącą melasą, ciekawie wykorzystującą stereofonię, zniuansowaną na poziomie drobinek, kryształków. Duża w tym zasługa Łukasza Kacperczyka, który po raz kolejny zaimponował dużą wrażliwością na brzmieniowe detale. Muzyk umiejętnie łączy mocne, elektroniczne uderzenie z mikroskopijnymi, organicznymi drobiazgami (muzyka konkretna, sample nagrań terenowych?), ma wyczucie proporcji, które owocuje ciekawą wielowątkową narracją o „ludzkim”, analogowym obliczu. Zatem zawiesista melasa zmieszana z ulotnymi cząsteczkami cukru pudru, niekiedy grubiej zmielonego, zapewniającego błyski i świetlne refleksy.

Kacperczyk_Mełech

Mostem łączącym elektroniczne i akustyczne oblicze Cukru jest Piotr Mełech, w równym stopniu korzystający z klarnetów i bawiący się efektami pod wysokim napięciem. Zdarzały się podczas koncertu momenty gdy siła ściany dźwięku trochę przytłaczała – ginęła wówczas perkusja. Na szczęście trio podobne fragmenty potrafiło po chwili zbalansować muzyką skupioną na detalu, wchodzącą w bardziej subtelne interakcje. Cukier jest zbiorem osobowości o różnym artystycznym zapleczu, dzięki czemu ciężko przewidzieć efekt finalny, a brzmienie całości co chwila wymyka się kategoryzacji. Pierwiastek freejazzowy najsilniej inkorporowany jest przez Mełecha, szczególnie gdy chwyta za basklarnet – posługując się zwykłym klarnetem uzyskuje bardziej abstrakcyjne, sonorystyczne rezultaty. Fajnie, że zestawia ze sobą te dwa pierwiastki. Według mnie powinien częściej sięgać po instrument kosztem elektroniki, którą co prawda też posługuje się sprawnie, ale paradoksalnie brzmi ona najciekawiej, gdy generuje dźwięki zbliżone do barwy klarnetu. To pokazuje koherencję muzycznej wyobraźni niezależnie od medium. Jestem jednak przekonany, że Mełech jest za dobrym instrumentalistą na tak częste odkładanie klarnetu na bok.

Cukier3

Dobrze, że w Cukrze gra perkusista bez akademickiego, stricte jazzowego zaplecza, dysponujący bardziej post-punkowym, klubowym feelingiem. Stabilna i prosta, nieidiomatyczna rytmika jest tutaj wartością. Szkoda, że Kasperek nie wychodził specjalnie na pierwszy plan, raczej odnosił się do kolegów niż wpływał na wolty. Perkusja często ginęła pod elektroniką, a mogłaby bardziej dążyć do konfrontacji. Tutaj jest moim zdaniem potencjał do wykorzystania – mam na myśli spięcie ciekawych eksperymentów formalnych wyrazistym rytmem, silniej wpływającym na cieniowanie i intensyfikację całości. Kasperek powinien polegać na prostocie, wówczas muzyka tria ma szanse na zyskanie większej ostrości, komunikatywności.

Cukier jest zespołem znajdującym się dopiero w stadium embrionu, krystalizacji. Skład zagrał dotąd koncerty, które można policzyć na palcach jednej ręki – chociaż w Poznaniu Panowie mieli już okazję występować przed Kenem Vandermarkiem (zaledwie dzień przed koncertem w Dwa Osiem). Na moje ucho Cukier dysponuje sporym potencjałem, lecz jest na etapie szlifowania/poszukiwania brzmienia, work in progress, a to chyba najciekawszy czas dla zespołu. Może nawet najlepiej by było nigdy finalnego, jasno zdefiniowanego brzmienia nie znaleźć i pozostać naturalną, nierafinowaną demerarą? Jedno jest pewne: Cukier nie ma nic wspólnego z oszukanym syropem glukozowym, cieszy oryginalnym smakiem. I jestem bardzo ciekaw efektów, które w najbliższych miesiącach mają się ukazać w labelu Pawlacz Perski. Liczę na przebłyski tryboluminescencji…

Za Wikipedią:

„Uderzając silnie dwie kostki cukru o siebie, można zobaczyć zjawisko tryboluminescencji. Zabłysną na ułamek sekundy niebieskim światłem. Ale można to dostrzec tylko w absolutnych ciemnościach”.

Tutaj mamy aż trzy kostki, więc może być ciekawie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

„Noise clarinet” – Piotr Mełech solo w Mózgu Powszechnym

Piotr Mełech 1

Zacznijmy konfesyjnie. Mam słabość do klarnetu, a klarnet basowy jest dla mnie niekwestionowanym królem klarnetów. Lubię soniczną dwubiegunówkę, ciepło-szorstkie, przeszywająco-delikatne brzmienie tego instrumentu. We właściwych rękach klarnet może być prawdziwie spektakularnym narzędziem muzycznym. Tutaj większy nacisk kładę oczywiście na owe „właściwe ręce”, bo jeśli te mają do czynienia z właściwym instrumentem, to zawsze jest szansa na cuda. W Mózgu solowy program na klarnet i prąd zaprezentował Piotr Mełech, muzyk dotychczas najmocniej związany ze sceną poznańską, a od jakiegoś czasu mieszkający i aktywnie działający w Warszawie. W swojej karierze grywał już z takimi zagranicznymi sławami jak Mats Gustafsson, Clayton Thomas, Fred Lonberg-Holm, czy Michael Zerang. Autorski program nazwałbym raczej rodzajem muzycznego performansu, w którym eksperyment był na pierwszym miejscu, a klarnet jednym z kilku środków artystycznej wypowiedzi.

Piotr Mełech 2

Gdy wszedłem do Mózgu zobaczyłem Mełecha na scenie otoczonego plątaniną kabli, dużą liczbą efektów i rozmaitych elektronicznych zabawek. Ten widok przypominał trochę laboratorium szalonego naukowca. Okazało się, że dopięcie technikaliów trochę potrwa, jednak samo obserwowanie przygotowań można było potraktować jako „odkuchenne” widowisko. Występ poprzedziła projekcja filmu autorstwa Mełecha. Około 10-minutowy obraz rozpoczął się od amorficznych, kolorowych plam, korespondujących z równie  abstrakcyjną muzyką, wypadkową noise’u i ambientu, budowaną na bazie klarnetu i elektronicznych preparacji. Film przeplatały ujęcia realistyczne, przedstawiające żydowski cmentarz. Okazało się, że jest to nekropolia z Lubaczowa, rodzinnej miejscowości artysty ogrodzona blaszanym płotem, którego zbliżenia złożyły się na psychodeliczne ciągi ujęć. Mełech po projekcji w kilku zdaniach opisał genezę powstania filmu jako spontaniczną rejestrację telefonem komórkowym. Miała to być próba przepuszczenia znanych obrazów przez soczewkę artystycznej estetyzacji. Efekt określiłbym jako niepokojący i lekko surrealistyczny. Te pierwiastki dobrze zasygnalizowały dalszy rozwój wypadków.

Piotr Mełech + cień

Noise clarinet… Bardzo trafnie, adekwatnie do rzeczywistości zatytułowane przedsięwzięcie. Instrument  często stanowił dla Mełecha jedynie pretekst do zanurzenia się w elektronicznych eksperymentach, wyjątkowo dobrze funkcjonujących w niewielkiej przestrzeni klubu. Raz były to jednostajne plamy noise’u, kiedy indziej partie bardziej zrytmizowane o różnorodnym, trochę industrialnym brzmieniu. Elektryczna aparatura podłączona do klarnetu ciekawie podkreślała i eksponowała sonorystykę instrumentu, która następnie była przez artystę przetwarzana w dźwięki zupełnie nieprzewidywalne. Niekiedy Mełech w ogóle odkładał dęciak i skupiał się na zabawie efektami. Natomiast gdy sięgał po klarnet basowy koncert przybierał wręcz klasyczne oblicze. Muzyk dysponuje dość rozkołysaną frazą, częstokroć układającą się w melodyczne wariacje. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie duża wrażliwość w operowaniu cichymi partiami, którymi Mełech umiejętnie przeplatał wypowiedź na klarnetach. Te subtelniejsze momenty ciekawie kontrastowały z brutlistyczną, agresywną elektroniką. Przypomnijmy – brutalizm architektoniczny kładzie nacisk na przestrzeń, konstrukcję i właściwości materiałów w celu uzyskania formy surowej. Według mnie właśnie taka forma w Mózgu powstała.

Mełech - Kacperczyk

Na bis dołączył do klarnecisty Łukasz Kacperczyk, który wziął na siebie ciężar operowania brzmieniami syntetycznymi, raczej wyciszonymi, nawiązującymi bardziej do ambientu czy kosmische musik. Początkowo Mełech nawiązał z Kacperczykiem elektroniczny dialog, by po chwili sięgnąć po klarnet basowy. Lubię tego rodzaju bisy, które są w zasadzie oddzielnymi mini-programami artystycznymi, które coś wnoszą. Duet zagrał krótko, acz ciekawie, budując powoli narastającą wypowiedź skonstruowaną z wielu mikro-detali. Słychać było, że muzycy wyznają podobną, a w każdym razie komplementarną, filozofię improwizowania. Nic w tym zresztą dziwnego, ponieważ Panowie występują wspólnie w kilku projektach, jak chociażby Cukier, czy ostatnio przeze mnie recenzowane Sounds Of The Night Sky (klik). Na sam koniec klarnet wybrzmiał jeszcze raz samodzielnie i tym samym domknął nieco chaotyczną, lecz zdecydowanie intrygującą całość występu.

Mełech zaprezentował się jako artysta poszukujący, swobodnie operujący kilkoma muzycznymi językami. Niekiedy eksperymenty w łączeniu klarnetu z elektroniką nasuwały mi skojarzenia z Jeremiahem Cymermanem. A to porównanie zdecydowanie pozytywne. Koncert w Mózgu odbieram jako pokaz szerokiego spektrum możliwości i nieskrępowanej wyobraźni. Wydaje mi się, że solowa muzyka Mełecha jest dopiero w procesie krystalizacji. A może właśnie próbuje się tej krystalizacji wymknąć, sytuując się na niezapisanych marginesach wolności i intuicji? Tak czy inaczej otwarte, ryzykanckie podejście Mełecha do tzw. „dźwiękowej materii” zrobiło na mnie wrażenie i z całą pewnością warto śledzić dalszy rozwój wypadków.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Sounds Of The Night Sky [Ray Dickaty, Łukasz Kacperczyk, Piotr Mełech, Dominik Mokrzewski] w Mózgu Powszechnym

Kacperczyk_Dickaty_Mełech3

SOTNS – bo tak, dość psotnie, brzmi skrótowa nazwa zespołu – zagrało w Mózgu Powszechnym swój pierwszy koncert. Zatem historia dzieje się na naszych oczach podczas, co znamienne dla nazwy, marcowej pełni księżyca. Skład docelowo uzupełniać ma jeszcze „sekcja smyczkowa” w osobach Ksawerego Wójcińskiego i Mikołaja Pałosza, jednak muzykom nie udało się na koncert dotrzeć.

Wysokie występy w Mózgu WWA

Cóż mogę powiedzieć? Gdy zobaczyłem zespół o takiej konfiguracji personalnej nie zastanawiałem się zbyt długo czy przyjść na koncert. Zresztą po miesiącu z hakiem zdążyłem się odrobinę stęsknić za przestrzenią „warszawskiego-bydgoskiego klubu”. Muszę przyznać, że jak dotąd na scenie Mózgu nie miałem okazji zobaczyć słabego występu, a już kilkakrotnie (dosłownie) w praskich-bydgoskich podwojach gościłem. Klub ma przyjemny, kameralny klimat, przytulny wystrój i przede wszystkim naprawdę dobrą akustykę, w której doskonale sprawdzają się niewielkie koncerty. Niewielkie? To słowo to nienajlepiej oddaje charakter występów, jakie do tej pory w czarnej jak sadza sali przyszło mi oglądać. Powiedzmy, że były to koncerty zdecydowanie „wysokie”, wznoszące się swoją koncepcją nad poziomy przewidywalności i artystycznego oportunizmu. Nie inaczej było i tym razem.

Dickaty_Mełech_Mokrzewski2

Sounds Of The Night Sky zaaplikowali słuchaczom naprawdę imponującą dawkę wciągającej, uporządkowanej, a zarazem mocno zaskakującej muzyki. Bez przerw – jeden długi set podejmujący, rozwijający i żonglujący rozmaitością wątków oraz bis. Śledzenie koncertu w pełnym zaangażowaniu przyszło mi z dużą łatwością, którą przewyższała chyba jedynie przyjemność, wynikająca z roli słuchacza i widza. Czytaj: fascynujący występ. Potraktowałbym wywoływanie tak pozytywnych reakcji (zaznaczmy – podczas pierwszego zespołowego koncertu) jako dobrą monetę i nie zarzucał projektu, a wręcz zintensyfikował aktywność.

Szczegóły:

Kwartet w budowaniu improwizacji wykazywał się bardzo dużym skupieniem i wrażliwością na najdrobniejsze niuanse brzmienia. Początkowo była to muzyka rzeczywiście, jak przystało na nazwę zespołu, wyciszona, dość melancholijna, utkana z subtelnych interakcji instrumentów, jednak systematycznie atmosfera ulegała zagęszczeniu. Dużą rolę w nakreśleniu klimatu odegrała elektronika Łukasza Kacperczyka. Nagłośniona kalimba (i cała stacja efektów) pozwalała artyście na generowanie szumów, stukotów i szmerów w czasie rzeczywistym w sposób akustyczny, a następnie na wyważone podkręcanie ich barwy z użyciem syntezatora. Muzyk, choć skoncentrował się głównie na tworzeniu sonicznego backgroundu, znacznie wpłynął swymi manipulacjami na charakter całości. Z elektroniką dobrze korespondowała skupiona i poukładana perkusja Dominika Mokrzewskiego.

Mokrzewski

Artysta zagrał bardzo kreatywnie nie przytłaczając brzmieniem zestawu innych instrumentów. Mokrzewski raczej operował akcentami i brzmieniem poszczególnych części perkusyjnego arsenału. Nie zabrakło gry smyczkiem po talerzach, uderzania w bębny plastikową, rezonującą tubą, czy partii granych widelcami, których samodzielne drgania dawały efekt metalicznego pogłosu. Te zabawy w zbytnim natężeniu mogły przytłoczyć całość, jednak muzyk nie wychylał się przed szereg, a raczej wtapiał w grę w zespołu podsycając dramaturgię.

Dickaty_Mełech2

Sekcja dęta SOTNS w osobach Raya Dickaty’ego i Piotra Mełecha również nie była tradycyjnie frontalnym wysunięciem aerofonów na pierwszy plan. W ogóle zestawienie tych dwóch muzyków w jednym składzie uważam za strzał w dziesiątkę, ponieważ obaj charakteryzują się dużą wrażliwością na muzyczne drobiazgi, grając nie zapominają o słuchaniu i reakcji na bodźce innych instrumentów. Saksofon tenorowy skupiony był głównie na operowaniu frazą złożoną z delikatnych, drobnych elementów, w których sonorystyka szła w parze z melodyczną intuicją. Gra Dickaty’ego jest bardzo specyficzna potrafi płynnie przejść od subtelnych, wyciszonych tonów do ognistej, dynamicznej improwizacji. Tym razem dominował raczej ten pierwszy pierwiastek, a główny ciężar prowadzenia narracji spoczął na barkach Mełecha, którego klarnety dominowały nad brzmieniem saksofonu, chociaż też go nie zagłuszały. Gra Mełecha jest precyzyjna i czujna, przy okazji artysta nie stroni od eksperymentów brzmieniowych, ze znakiem firmowym „dęciem w podłogę” na czele. Klarnecista w sposób bardzo organiczny nawiązywał dialogi z saksofonem. Muzyk niebawem wyrusza w trasę po Polsce z solowymi występami, w których połączy klarnet z elektroniką. Cieszy, że coraz częściej można usłyszeć Mełecha w warszawskich klubach, bo to bez wątpienia jeden z bardziej oryginalnych klarnecistów.

Kacperczyk_Dickaty_Mełech2

Chociaż w koncercie SOTNS dominował umiar i kolektywna, uporządkowana opowieść, nie zabrakło momentów bardziej ekspresyjnych, które w kontekście całościowej subtelności wybrzmiały mocno i wyraziście. Najbardziej zapadł mi w pamięć jedna z erupcji, zapoczątkowana elektroniczną niską, dudniącą improwizacją Kacperczyka, do której dołączyli pozostali muzycy. Kawałek tego fragmentu udało się uwiecznić na filmiku poniżej.

Występ kwartetu oceniam jako bardzo dobry. Trochę ciężko mi wyobrazić sobie w tej muzyce udział jeszcze dwóch instrumentów, wydaje mi się, że w czteroosobowej konfiguracji Sounds Of The Night Sky zabrzmiało w sposób kompletny, ale oczywiście mogę się mylić. Tak czy inaczej zdecydowanie warto ten projekt śledzić i mam nadzieję, że przemieni się w regularny zespół – zdecydowanie ma potencjał. W najbliższym czasie będzie okazja zobaczyć muzyków na jednej scenie 14 marca podczas koncertu Warsaw Improvisers Orchestra w Laboratorium CSW, który niniejszym gorąco polecam.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć 

Jerzy Mazzoll i goście – 20 lat albumu „a” w Mózgu Powszechnym

Mazzoll_1

Jerzy Mazzoll jest artystą tyleż fascynującym, co kontrowersyjnym, wywołującym zwykle skrajne reakcje odbiorców. Gdyby nie metryka, to określenie enfant terrible polskiej muzyki improwizowanej pasowałoby do niego w stu procentach. Piątkowy wieczór w warszawskim Mózgu, właśnie na zaglądaniu w metrykę się opierał, ponieważ nie dość, że koncert został poświęcony 20-leciu kluczowego dla yassu albumu „a”, to jeszcze zbiegł się kalendarzowo z urodzinami gdańskiego muzyka. Cóż, mówiąc krótko nie mogłem sobie pozwolić na nieobecność.

Kilka słów o dwudziestoletniej, okrągłej plastikowej bohaterce piątkowego wieczoru. „Na początku było słowo, a zanim pojawiło się słowo, musiał zabrzmieć dźwięk „a”. To dźwięk, który wydaje nowonarodzone dziecko i pierwsza litera alfabetu. Dobry prosty tytuł dla albumu, mający jednocześnie wiele rozmaitych kontekstów” – tak o pierwszej płycie Arhythmic Perfection w yassowej monografii Sebastiana Reraka opowiada Jerzy Mazzoll. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że album w dalszym ciągu jest dla gdańskiego klarnecisty żywotnym punktem odniesienia, a na koncertach motywy muzyczne z „a” powracają niczym bumerangi, echa, niesforne standardy wciąż na nowo interpretowane. Pomijając wszelkie niedopracowania realizatorskie (dość toporne, choć podobno umyślnie zachowane brzmienie taśmy DAT; lo-fi perfection?), to muzyka z krążka pod względem kompozycyjnym broni się dzisiaj zaskakująco dobrze, a jako materiał wyjściowy do improwizacji sprawdza się wręcz znakomicie.

Grzegorz Pleszyński

Wieczór rozpoczął się z około godzinnym opóźnieniem konferansjerką Mazzolla, która sprowadzała się do dość gorzkiego oświadczenia, że będzie tego wieczoru jedynym muzykiem z oryginalnego składu, który przygotował „a” (co ostatecznie okazało się nieprawdą). Poza tym został zdradzony news optymistyczny – w przyszłym roku dwie pierwsze płyty Arhythmic Perfection mają się ukazać na winylu (moim zdaniem reedycja na cd też by się przydała). Program urodzinowy otworzył Grzegorz Pleszyński przedstawiając na małych blejtramach liczby związane z życiem klarnecisty (miałem nawet przyjemność przeczytać na głos datę poczęcia głównego bohatera!). Po krótkich fanfarach na trąbkę, lejek i przezroczyste rurki, artysta ustąpił miejsca na scenie zespołowi.

Asystą Mazzolla okazało się trio The Love and Beauty Seekers, o średniej wieku prawdopodobnie porównywalnej z Arhythmic Perfection circa 1994 i nie zdziwiłbym się gdyby „a” było dla młodych muzyków materiałem, na którym uczyli się grać. W rezultacie pokręcone kompozycje z „20-latki” zyskały odpowiednio młodzieńczą oprawę. Przyznam, że było dla mnie dużą zagadką w jaki sposób Mazzoll będzie chciał przywołać ducha materiału sprzed dwóch dekad. W zasadzie mógł obrać dwie skrajne drogi: odegrać całość zachowując maksymalną wierność oryginałowi (opcja najnudniejsza i co za tym idzie najmniej prawdopodobna), albo dopuścić się luźnej „wariacji na temat” (opcja, na którą miałem najbardziej nadzieję, niezależnie od rezultatu podobnej strategii). Ostatecznie artysta obrał w pewnym sensie drogę środka.

Mazzoll&band

Zaczęło się wyjątkowo klasycznie. Kwartet odgrywał kolejne utwory z „a” zachowując względną kolejność, a także strukturę poszczególnych kompozycji. Być może dałem ponieść się emocjom wynikającym z sytuacji, jakby nie było, wyjątkowego koncertu, ale muzyka – mimo tak wiernej oryginałowi formy – miała w sobie potężny ładunek siły, brzmiała świeżo i energetycznie. Miałem wrażenie, że słucham materiału nagranego w tym roku, chociaż doskonale znałem każdą kolejną kompozycję. Trzeba przyznać, że Mazzoll na obchody „porcelanowych godów” (serio, tak to funkcjonuje w nazewnictwie) sprytnie dobrał sobie kompanów, wykorzystując ich młodzieńczą werwę. Być może tematy z „a” nie stanowią jakiegoś gigantycznego wyzwania dla instrumentalistów, niemniej jednak Jędrzej Łagodziński, Szymon Gąsiorek i Franciszek Pospieszalski jako sidemani wypadli naprawdę imponująco. Można powiedzieć, że Mazzoll po raz kolejny potwierdził niezwykłą intuicję muzycznego headhuntera. Poprzez zamianę pierwotnej trąbki na saksofon i ograniczenie sekcji rytmicznej do jednego perkusisty, utwory z „a” zyskały bardziej dynamiczny i ostry charakter, który klarnecista ewidentnie starał się podkręcać. Na wysokości „Utworu pt. Fian” do kwartetu dołączyli dwaj, jak zaanonsował ich Mazzoll, „najlepsi klarneciści w Polsce”, czyli Paweł Szamburski i Piotr Mełech, którzy dolali jeszcze trochę benzyny do najbardziej hałaśliwej fragmentu albumu. Od tego momentu goście zaczęli wkraczać na scenę rotacyjnie, a sam program uległ znacznemu rozluźnieniu. W pewnej chwili publiczność Mózgu mogła nawet usłyszeć 3/5 oryginalnego Arhythmic Perfection – w „Pieśni o Smutnym Rumunie” wystąpił nieustannie tego wieczoru dissowany za współpracę z Kazikiem Janusz Zdunek i kontuzjowany Sławek Janicki. Było też „Jah kocha psa” z wokalem Darka Malejonka. Na scenę powracali Szamburski z Mełechem (chociaż pierwszy z nich w pewnym momencie zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach), a całość zaczęła nabierać coraz bardziej happenerski charakter. Wdzierał się tu i ówdzie dekadencko-chuligański chaos, nieprzewidywalność, a absurdalna konferansjerka funkcjonowała na scenie na tych samych prawach, co muzyka, słowem: wskrzeszenie niepokornego ducha yassu. Koncert zwieńczył interesujący duet klarnetowy z Piotrem Mełechem, chyba najbardziej subtelny i wyciszony fragment całego występu. Po wieczorze w Mózgu (i dwa dni wcześniejszym koncercie WIO) przyznać muszę, że w komplementach Mazzolla odnośnie kolegi po fachu nie ma wiele przesady. Powróciła jeszcze na moment melodia „Ojczyzną naszą…” i taką to klamrą 20 lat „a” zostało uczczone.

Mazzoll & Piotr Mełech

Z krytycznego punktu widzenia wydarzenia tematyczne takie jak muzyczne benefisy, czy hołdy dla dokonań sprzed lat są zawsze imprezami podwyższonego ryzyka estetycznego (nudne metafory z odgrzewaniem, starym mięsem itp.). Niemniej z mojej perspektywy nie stało się źle, że Mazzoll powrócił do materiału z „a” i sądzę również, że udało mu się uniknąć przy tej okazji artystycznego faux pas. Muzyk podszedł do zadania ze swego rodzaju poważnym dystansem (tudzież zdystansowaną powagą), mieszając te dwa elementy w wyrównanych proporcjach. Nie zagrał kompozycji z sentymentalną megalomanią, tylko z pasją, nie bawił się specjalnie w postmodernistyczną, potencjalnie pretensjonalną grę z tworzywem, a jedynie podkreślił walory istniejące w samej muzyce, pokazał, że nie zestarzała się aż tak jak sugerowałyby lata i w dalszym ciągu ma potencjał koncertowy (właściwie wypada znacznie lepiej na żywo dzisiaj, niż na nagraniu sprzed lat – skądinąd też live). Zdarzają się sytuacje, kiedy inżynier Mamoń ma rację i to była jedna z nich – bawiłem się w Mózgu doskonale.

Po tego rodzaju powrocie do przeszłości jestem bardzo ciekaw nowego materiału Mazzolla, który podobnie jak album sprzed dwóch dekad zatytułowany jest jednym prostym, lecz znów wymownym i wieloznacznym symbolem „+”. Tylko tym razem mam już nadzieję na „back to the future”.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Kompilacja różnych fragmentów koncertu, ponad 10 minut (uwaga – głośne nagranie):

 

Warsaw Improvisers Orchestra w Pardon To Tu

Warsaw Improvisers Orchestra

W przeciągu 2014 roku na scenie Pardon To Tu wystąpiła cała plejada wielkich nazwisk muzyki improwizowanej, czego absolutnym przesileniem był listopad, kiedy średnio co trzy dni przy pl. Grzybowskim gościła kolejna gwiazda. Klub ściągał w tym roku artystów niemal z całego świata i stosunkowo rzadko prezentował twórców lokalnych, stawiając bardziej na program międzynarodowy. Sytuacja uległa znacznej zmianie w grudniu, kiedy line-up wypełniły niemal wyłącznie polskie składy, a na zamknięcie koncertowego sezonu wystąpił projekt ze wszech miar wyjątkowy w pejzażu krajowej sceny – Warsaw Improvisers Orchestra.

Orkiestra powołana do życia przez Raya Dickaty’ego zrzesza mieszkających w Warszawie improwizatorów, zarówno muzyków znanych z różnych innych projektów, z powiedzmy bogatszym cv, jak i artystów dopiero debiutujących. Chęć wspólnej gry wydaje się podstawowym kwalifikatorem – pomijając, lecz nie zapominając o umiejętnościach – który decyduje o dołączeniu do kolektywu. W efekcie oglądając WIO można zetknąć się z dużym i różnorodnym fragmentem warszawskiej sceny improwizowanej, a bigbandowy charakter występów każdorazowo nieco inaczej skompilowanego składu, ma bardzo dużą siłę rażenia. Oglądając kilka razy Orkiestrę na bardziej kameralnych, comiesięcznych występach w Chmurach myślałem, że tylko kwestią czasu będzie przeniesienie się zespołu w przestrzenie bardziej dostępne dla szerszej publiczności. Koncert w Pardon To Tu, które jest stołecznym salonem muzyki improwizowanej, stanowił pierwszą z rezydencji WIO poza – w ostatnich miesiącach – praskim matecznikiem. Oprócz kilkunastu muzyków na scenie pojawił się również Chór Eksperymentalny, a całość została zamknięta w dwóch, mocno kontrastujących setach.

Rozdział I

WIO2

Podczas części pierwszej wystąpiło „zaledwie” ośmiu muzyków pod precyzyjną dyrygenturą Raya Dickaty’ego. Koncert otworzyła delikatna noise’owa elektronika Łukasza Kacperczyka, do której po chwili dołączyła na wokalu Hania Piosik. I tak jak elektronika w dalszej części schowała się nieco na plan dalszy (trochę ku mojemu rozczarowaniu), tak wokal przez cały set był jednym z głównych, dominujących pierwiastków w tej odsłonie Orkiestry. Muszę przyznać, że odrobinę zaskoczyła mnie strategia jaką obrał Ray Dickaty. Muzyk postanowił nie eksploatować potencjału dużego składu w celu tworzenia spektakularnych, głośnych kulminacji, a bardziej skupił się na tworzeniu bardzo uporządkowanej narracji, konsekwentnie wprowadzając i wygaszając kolejne instrumenty. Muzycy zestawiani byli ze sobą najczęściej w duety – wokalistce akompaniowała na flecie Daria Wolicka, z Natanem Kryszkiem na saksofonie w dialog wchodził bardziej sonorystyczny, pozytywnie piskliwy klarnecista Piotr Mełech. Sekcja smyczkowa z Ksawerym Wójcińskim i Mikołajem Pałoszem była bardziej ograniczona do roli tła. Mocna i głośna perkusja Dominika Mokrzewskiego pojawiała się w wybranych momentach i również poddana była arbitralnej dyscyplinie, jaką narzucał na muzyków Dickaty. Brytyjski saksofonista eksperymentował z aranżacją, testując różne konfiguracje instrumentalne i budując dość intensywny klimat, który jednak ani razu nie został doprowadzony do pełnej eksplozji, pozostał w napięciu i zawieszeniu do samego końca. W kontekście kolejnego setu podobne niedopowiedzenie zafunkcjonowało interesująco, choć mogło budzić lekki niedosyt u słuchaczy spodziewających się potężnego, orkiestrowego brzmienia. W zamian Dickaty zaproponował publiczności mocno zniuansowany, subtelny i wyciszony instant-composing.

——————————————————————————————————

Rozdział II

WIO1

Miałem wątpliwości czy scena Pardonu pomieści 21 muzyków, ostatecznie jakimś cudem się to udało. Mistrzem ceremonii drugiego setu był Dominik Strycharski, muzyk, który potwierdził już w tym roku osobowość urodzonego lidera nagrywając w septecie, jako Pulsarus „Bee Itch”, album pełen monumentalnych i bogatych aranżacyjnie kompozycji. W związku z tym nie było dla mnie dużym zaskoczeniem, że Strycharski znakomicie odnalazł się w roli dyrygenta. Sam skład Orkiestry został nieco zmodyfikowany i rozszerzony do 11 muzyków – dołączyły 2 trąbki, 3 saksofony, skrzypce i gitara basowa, natomiast odpadł wokal, flet i elektronika. Tak jak pierwszy set był stosunkowo spokojnym i różnorodnym budowaniem wypowiedzi, tak druga część wieczoru stanowiła instrumentalno-wokalne trzęsienie ziemi pełne nagłych wybuchów kolektywnej energii. Strycharski postawił na brzmienie potężne i pulsujący groove generowany w mniejszych podgrupach. Wyciszenia stanowiły jedynie pretekst dla przesileń, kompulsywnych, głośnych spięć. Poszczególne sekcje płynnie się przeplatały w improwizacjach, a bigbandową, jazzową konwencję całości ciekawie przełamywały wokalne eksperymenty chóru, nadając występowi nieoczywisty i nieprzewidywalny charakter, niekiedy przynoszący skojarzenia z Fire! Orchestra. Warto podkreślić, że z wyjątkiem elektrycznej gitary basowej Jacka Mazurkiewicza brzmienie Orkiestry było właściwie pozbawione asysty energii elektrycznej. Muzyk w drugiej części występu podbudował całość charakterystycznym riffem, na którego kanwie (i mocnym perkusyjnym bicie) toczyły się dalsze improwizacje. Bardzo dobrze wypadły przekrzykujące się dęciaki – intensywna, świdrująca trąbka Redy Haddada, ciekawie kontrastowała z trochę bardziej delikatnym i rozkołysanym brzmieniem Olgierda Dokalskiego. Trębaczy bardzo dobrze podkręcał przeszywający klarnet Piotra Mełecha. Strycharski „uruchamiał” poszczególnych muzyków z zawrotną prędkością, testując ich refleks i zdolności natychmiastowego ustosunkowania się do wcześniejszych partii – było to szczególnie wyraźne w dialogach saksofonów (trzech tenorów i głębokiego barytonu Kryszka), ale nie tylko (np. smyczkowce – chór). Właściwie cały występ miał charakter ćwiczenia na szybkość i kreatywnośc reagowania, co często popychało narrację na zupełnie nowe tory. Pasjonujące, porywające widowisko.

Wieczór pokazał dwa odmienne oblicza Warsaw Improvisers Orchestra. Jednocześnie były to wizerunki jedne z wielu, ponieważ przez skład kolektywu rotacyjnie przetacza się właściwie drugie tyle muzyków (o ile nie więcej). Część z nich przyszła do klubu w charakterze widzów. Nie wiem czy Pardon To Tu mogło wybrać na zakończenie sezonu koncertowego bardziej pełnokrwiste, a zarazem lokalnie zakorzenione zwieńczenie. Warszawska scena pokazała moc. Jeśli chcieć szukać polskiego odpowiednika kultowego AACM, to chyba właśnie WIO ze swoją egalitarną formułą byłoby mu najbliższe. Ale chyba nie ma sensu na siłę tworzyć analogii – Orkiestra powołana przez Raya Dickaty’ego ma swoją własną specyfikę i autonomiczny charakter. I fajny skrót. A ja chyba jeszcze nigdy nie miałem w tagach pod wpisem aż tylu nazwisk…

Krzysztof Wójcik (((ii)))