Pole w Pardon To Tu

Pole 2

Zespół Pole, czyli trio – Jan Emil Młynarski, Michał Górczyński i Piotr Zabrodzki – widziałem w zeszłym roku trzykrotnie. Za każdym razem były to koncerty bardzo energetyczne i zaskakujące. Na drugi czynnik w pewnej mierze wpłynął fakt, że na właściwie każdym z tych występów Pole występowało w asyście gościnnego muzyka. Raz był to Tomasz Duda w Powiększeniu, raz Oskar Carls w Eufemii i raz Carlos Zingaro podczas festiwalu Ad Libitum. Ciekawe urozmaicenia personalne dość dobrze komponowały się z otwartą stylistycznie formułą muzyki Pola, w której można odnaleźć bardzo różnorodne wątki i konteksty. Koncert w Pardon To Tu był inauguracją tegorocznego programu muzycznego klubu, a zarazem pierwszym występem Pola jaki widziałem, w którym zespół zaprezentował się w formacie tria bez żadnych gości.

Muzycy zagrali głównie materiał z płyty „Radom”, lecz poddali go oczywiście modyfikacjom, wariacjom wynikającym z sytuacji scenicznej. Oprócz tego wybrzmiała również muzyka, która dopiero zostanie wydana w tym roku przy okazji premiery filmu dokumentalnego „Rozbitkowie” o Morzu Aralskim i Uzbekistanie. Najnowsza kompozycja (autorstwa Michała Górczyńskiego) opierała się na charakterystycznej melodii klarnetowej. Na dodatek instrument został lekko podrasowany elektronicznie, co wpłynęło na ciekawe, przestrzenne brzmienie kawałka (udało się fragment uchwycić na filmie poniżej). Z tego co powiedział Piotr Zabrodzki zespół ma już materiał na dwie kolejne płyty, więc to co publiczność usłyszała w Pardonie było jedynie rąbkiem tajemnicy.

Pole

Ogólnie rzecz ujmując koncert miał dość skondensowaną strukturę i razem z bisem trwał niespełna godzinę. Odniosłem wrażenie, że trio potrzebowało odrobiny czasu żeby się w pełni rozkręcić i początkowo muzyka brzmiała trochę kanciaście, niczym w myśl idei arytmicznej perfekcji. Jednak z każdym kolejnym kawałkiem dało się wyczuć na scenie coraz lepszą interakcję między muzykami. Stylistyka w przypadku Pola jest rzeczą jak najbardziej względną i umowną, dzięki czemu w dalszym ciągu ciężko postrzegać formację jako „klasyczne trio”. Niezależnie jak luźno pojmowałoby się takie określenie. To bardziej zespół eksperymentalny, w którym każdy z muzyków wprowadza do finalnego amalgamatu swój własny język wypowiedzi, a wypadkowa jest zagadką. Jednocześnie wplatane melodie i groove sprawiają, że muzyka tria jest stosunkowo łatwo przyswajalna pomimo całego zaskakującego potencjału. Najbardziej uderzające podczas koncertu w Pardonie były mechaniczne wręcz repetycje na linii Młynarski – Zabrodzki, dla których kontrapunktem była bardziej frywolna, ekspresyjna gra Górczyńskiego. Po koncercie usłyszałem nawet porównanie tej części występu do twórczości Zu, co jest ciekawym tropem.W programie wieczoru nie zabrakło również momentów bardziej zahaczających o inspirację folkiem polskim (przy okazji utworu „Radom”) i żydowskim (charakterystyczna linia basu). Ciekawostką był również instrument Zabrodzkiego, ośmiostrunowa mini gitara elektryczna, o bardzo przenikliwym, ostrym brzmieniu. Na bis trio zagrało chyba najbardziej mocno i intensywnie, ale była to improwizacja „polsko-afrykańsko-japońska”, więc chyba inaczej być nie mogło. Wartością dodaną koncertu była córka Jana Młynarskiego, która dosadnie, acz bezskutecznie, próbowała nakłonić ojca do zejścia ze sceny, przerwania występu i powrotu do domu. Także w pewnym sensie znów był to występ „Pole +…”.

Satysfakcjonujący wieczór – zwięzły i konkretny. W kontekście moich poprzednich doświadczeń z muzyką tria jestem w stanie powiedzieć, że z koncertu na koncert propozycja zespołu ewoluuje i w dalszym ciągu potrafi zaskoczyć. Nieoczywisty miks stylistyczny połączony z fantazją i energią wykonawczą czyni z Pola zespół zdecydowanie wyróżniający się w pejzażu polskiej muzyki improwizowanej. Także zalecam czekanie na premierę „Rozbitków” (i płyty), lub wybranie się po prostu na jeden z koncertów Pola, bo z całą pewnością warto.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

5 minut z Polem (różne fragmenty występu):

Reklamy

2 dzień festiwalu Ad Libitum: Pole + Carlos Zingaro // Trio Aurora

20141022_003946

Dziewiąta już edycja festiwalu muzyki improwizowanej Ad Libitum została zogniskowana wokół twórczości hiszpańskiego pianisty Agustíego Fernándeza oraz portugalskiego skrzypka Carlosa Zingaro. Tak jak poprzednia odsłona imprezy skupiona była na przedstawicielach (a w zasadzie weteranach) brytyjskiej sceny improwizowanej XX wieku, tym razem nastąpiło wyraźne odchylenie geograficzne w stronę półwyspu iberyjskiego. Zmiana symptomatyczna, wszak obecnie właśnie na dalekim zachodzie Europy muzyka improwizowana przeżywa swój rozkwit. Oprócz zagranicznych headlinerów festiwal podobnie jak to miało miejsce w latach ubiegłych, prezentuje wybór interesujących przedstawicieli sceny krajowej. Tak też było w sobotni wieczór w Laboratorium CSW.

20141018_203058

Zespół Pole to moim zdaniem jeden z najciekawszych nowych, polskich składów improwizowanych. Debiutancki album „Radom” wydany w tym roku w Kilogram Records narobił sporo szumu w środowisku krytyki. I chociaż jest to płyta bardzo dobra, ze świetnie poprowadzoną, zwięzłą dramaturgią (czego wyraz już dawałem tutaj), to trio Górczyński/Młynarski/Zabrodzki postrzegam przede wszystkim jako zwierzę sceniczne. Pomysły zarysowane na „Radomiu” dopiero w sytuacji koncertowej zyskują optymalne skanalizowanie, charakteryzujące się wzajemnym katalizowaniem ekspresji jednostek (wow!). Podobnie rzecz się miała na Ad Libitum. Spośród trzech koncertów Pola, na których byłem, właściwie zawsze (w pełnym, bądź częściowym wymiarze) towarzyszył zespołowi dodatkowy muzyk. Ten otwarty na współpracę modus operandi sprawia, że za każdym razem muzyka tria nabiera nieco innego wyrazu. Do kooperacji z Carlosem Zingaro, czyli z „ikoną muzyki improwizowanej”, Pole podeszło bez większych kompleksów, co zaowocowało muzyką mocną i bezkompromisową. Portugalski muzyk sprawiał wrażenie jakby chciał grać bardziej „drugie skrzypce”, uciekał od nadawania tonu całości, w związku z czym publiczność miała do czynienia raczej z zespołem Pole i Carlosem Zingaro, niż kurtuazyjnie zapowiadanym skrzypkiem jako liderem.

20141018_202732

Mimo usilnych prób nie udało mi się dotrzeć na rozpoczęcie koncertu, a dziesięciominutowy poślizg zapewnił mi od razu wejście w oko cyklonu – kwartet właśnie był na etapie budowania ściany dźwięku. I chyba lepszej inauguracji wieczoru, po dość męczącym dniu, nie mogłem sobie wymarzyć. Trio wraz z Zingaro wręcz kipiało zawiesistą energią budowaną pomiędzy charakterystycznym brzmieniem sekcji a skrzypcami i klarnetem. W dalszym ciągu esencją brzmienia Pola są przede wszystkim nieortodoksyjna perkusja i bas, które w zestawieniu z intensywnymi popisami Michała Górczyńskiego na poły freejazzowymi, na poły zakorzenionymi w folkowej melodyce, tworzą mieszankę zarazem hipnotyczną i porywającą. Kompozycje znane z „Radomia” zostały zmieszane z dalece swobodniejszymi sekwencjami muzycznymi, opartymi na improwizacji, które jednak nie drżały w posadach dzięki bardzo czujnej grze Jana Emila Młynarskiego i podążającej za nim reszcie muzyków. Perkusista nie dopuszcza do swojego rytmicznego języka przegadania, chociaż jego gra podczas wieczoru w CSW była być może najbardziej abstrakcyjna spośród występów, które dotychczas widziałem. Z kolei rolę stylisty brzmienia pełni w Polu Piotr Zabrodzki, który tym razem posiłkował się jedynie gitarą basową i efektami, rezygnując z gry na gitarze elektrycznej jak to miało miejsce na pierwszym koncercie tria jaki widziałem w Powiększeniu tego roku (tu relacja). Swoją drogą ciekawie było zobaczyć ten skład w Laboratorium przy pełnej sali po kilku miesiącach od wspomnianego występu, na którym pojawiło się raptem kilkanaście osób. Zingaro niekiedy umiejętnie wzmacniał siłę rażenia Pola, jednak odniosłem wrażenie jakby brakowało mu pomysłu jak wpasować się w muzykę tria, która według mnie doskonale obroniłaby się bez udziału skrzypka. Niemniej jednak prawdopodobnie właśnie ten – w zamierzeniu warsztatowy –  udział zagranicznej gwiazdy ukonstytuował miejsce w line-upie dla warszawskiego składu. Jak na ironię to właśnie młodzi muzycy zaprezentowali się podczas koncertu od dużo ciekawszej strony niż portugalski improwizator. Udany, solidny występ, chociaż szkoda, że między artystami nie zaiskrzyło w większym stopniu. Ciekawe i odważne posunięcie kuratorskie nie przełożyło się ostatecznie na wydobycie z muzyki Pola więcej niż oferuje ona samodzielnie. A oferuje wiele.

20141018_213209

Trio Aurora w składzie Agustí Fernández, Barry Guy i Ramón López wkroczyło na scenę jako niekwestionowana gwiazda wieczoru, o ile nie headliner całej tegorocznej edycji festiwalu. Zespół grający ze sobą od ponad dekady, mogący pochwalić się serią uznanych wydawnictw, wreszcie skład złożony ze znakomitych, doświadczonych instrumentalistów wystąpił w roli festiwalowego pewniaka. Podejrzewam, że każdy, kto ma choćby elementarne rozeznanie we współczesnej muzyce improwizowanej na brzmienie nazwisk Guy, Fernandez, López reaguje kupnem biletu.Występ tria pod względem dobrze rozumianej przewidywalności był w pewnym sensie odpowiednikiem zeszłorocznego koncertu drugiego dnia Ad Libitum, kiedy na scenie pojawił się Evan Parker, Paul Lytton i Barry Guy.

20141018_214159

Trio Aurora swoją muzyką ilustruje jedno z głównych programowych założeń Ad Libitum – prezentuje ścisły związek pomiędzy kompozycją, a improwizacją, która jako taka jest de facto „pisaniem” muzyki w czasie rzeczywistym. Otwierająca występ rozwlekła, nieco marzycielska solówka Fernandeza była zaledwie ciszą przed burzą, która następowała w momentach interakcji na zasadzie wręcz kompulsywnych spięć i przesileń między muzykami. Obserwowanie swobodnej wirtuozerii Barry’ego Guy’a, który pomimo lat gra wciąż z młodzieńczą werwą i entuzjazmem było – już kolejny rok z rzędu – doświadczeniem wyjątkowym. Fernandez mistrzowsko balansował pomiędzy klasycznym brzmieniem instrumentu a eksperymentalną grą na strunach otwartego fortepianu. Płynność z jaką trio lawirowało pomiędzy charakterystycznymi tematami, a erupcjami kontrolowanej pasji była niesłychanie imponująca. To był jazz w jakości HD – dopracowany, samoświadomy, jednocześnie uporządkowany i nieokiełznany, pełen wyobraźni. Na scenie działo się dokładnie to, czego zaznajomieni z muzyką tria mogli się spodziewać i własnie brak tej odrobiny formalnej nieprzewidywalności poczytywałbym jako minimalny mankament tego znakomitego występu. Mam świadomość, że to trochę dzielenie włosa na czworo, ale jednak. Być może gościnny udział jakiegoś polskiego artysty wprowadziłby stymulujący dla zespołu pierwiastek chaosu, a widowni pozwoliłby na usłyszenie konfiguracji niepowtarzalnej. Tak czy inaczej Trio Aurora zagrało pięknie.

Ad Libitum to jedyny w Warszawie festiwal muzyki improwizowanej, czy jazzowej (nie bójmy się tego słowa używać w prawdziwie adekwatnym, współczesnym kontekście), który może się pochwalić konsekwentną myślą programową, nieopierającą się jedynie na sprowadzaniu zagranicznych gwiazd, czy schlebianiu gustom publiczności. Impreza oprócz naświetlenia wybranej części świata współczesnej improwizacji, pozwala również na osmozę polskiego środowiska artystycznego z przedstawicielami sceny zagranicznej, co niekiedy skutkuje interesującym, kulturotwórczym rozwojem wypadków ( jak w tym roku Ad Libitum Ensemble). I choć prawdopodobnie czynniki finansowe przyczyniły się do ograniczenia programu laboratoryjnego z trzech do dwóch koncertów dziennie, to moim zdaniem podobna redukcja wpłynęła korzystnie na finalny odbiór prezentowanej muzyki. Bardzo żałuję, że był to jedyny dzień festiwalu, na który udało mi się dotrzeć. Wieczór okazał się na tyle dobry, że skutecznie zaostrzył apetyt na przyszłoroczną, jubileuszową edycję imprezy, która mam nadzieję będzie kontynuowała dotychczasową konsekwencję programową, nie ucieknie od ciekawych kuratorskich zestawień artystycznych, a wręcz pogłębi eksperymentalną formułę imprezy. Scena improwizowana w Polsce jest na tyle różnorodna i oryginalna, że po prostu potrzebuje takich festiwali jak Ad Libitum.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

LADO w mieście: LXMP i Profesjonalezy na Placu Zabaw

CAM00649

Pierwszy dzień trzeciego śród-tygodniowego weekendu fetowania 10-lecia Lado ABC niefortunnie zbiegł się z meczem przy Łazienkowskiej, co mogło przysporzyć podróżującym dodatkowego dreszczyku emocji (również z racji kiepawego wyniku). Choć w programie Placu Zabaw na 16.07 figurowały teoretycznie dwa zespoły, to ostatecznie hybrydyczni Profesjonalezi objawili się w dwóch odsłonach przerwanych uroczym skitem z Bee Gees’ów. Było to moje pierwsze Lado w tym roku na Placu Zabaw – wcześniej byłem jedynie na inauguracji w Kulturalnej – i przyznać muszę, że okoliczności koncertów plenerowych znacznie lepiej pasują do luźnego charakteru imprezy, na którą przychodzimy głównie żeby zobaczyć składy już nam (zwykle) znane, cofnąć się w czasie, powspominać, dobrze się bawić. Tak też było w środę, choć nie bez niespodzianek!

LXMP zaczęło wieczór od nietypowego eksperymentu formalnego. Macio Moretti z Piotrem Zabrodzkim postanowili usytuować własną scenę za barem, pozbawiając tym samym zgromadzoną publiczność dostępu do płynów. Wyczyn o znamionach terrorystycznych w warunkach warszawskich upałów, pozwolił sfokusować uwagę na meritum – muzyce, która w przypadku duetu działa nie gorzej jak napoje wyskokowe. Zabrodzki na dwóch klawiaturach syntezatorów, Moretti na syntezatorze i perkusji są w stanie wyczarować dźwięki z pogranicza funku, drum’n’bassu, disco, fusion (i wielu innych…), po czym zgnieść je w kanciastą pigułę, w zwariowany, nakręcony, psychodeliczny trip. Chciałbym kiedyś zobaczyć jak LXMP gra na żywo muzykę do jakiegoś starego filmu sci-fi klas dalszych niż „B”, na przykład do „Planu 9 z kosmosu”, albo „Milczącej gwiazdy”, chociaż z drugiej strony „Pan Kleks” też mógłby ciekawie zadziałać… Moretti i Zabrodzki grają umyślnie koślawo, w czym są oprócz metody, duże umiejętności techniczne i muzyczna wyobraźnia. Erudycyjna zabawa kosmicznym brzmieniem na wysokim poziomie, przypominającym nieco wydawnictwa z Planet Mu. Nie słucham dużo takiej muzyki na co dzień, jednak na koncercie sprawdza się fantastycznie. Duet wspomagał na konsolecie co jakiś czas DJ Lenar, co prawdopodobnie zadziałało jak dodatkowy katalizator dziwacznego, intrygującego chaosu brzmienia LXMP.

IMG_20140716_223728

Profesjonalezy okazały się oczywiście Profesjonalizmem i Polonezami, chociaż do samego końca miałem nadzieję, że Marcin Masecki dokona jakiejś fuzji, drobnej rewolucji, niespodzianki – na przykład składy zamienią się materiałem, który sam mógłby zostać przearanżowany itp. Cokolwiek. Ogólnie rzecz biorąc spodziewałem się muzycznej odpowiedzi na obiecująco dziwaczną nazwę. Ostatecznie obyło się bez podobnych eksperymentów i po prostu najpierw zagrał sekstet Profesjonalizm, potem na scenę w błękitnych marynarkach wyszły Polonezy. Oba występy pod względem formy były niespodziewanie aż zdyscyplinowane. Składy odegrały kolejno materiał z płyt „Chopin, Chopin, Chopin” i „Polonezy”, swego rodzaju bisem można określić odegranie hymnu Polski pod batutą Marcina Maseckiego. Czy zawężenie koncertów jedynie do stosunkowo wiernego odegrania programów okazało się zaletą?

profesjonalizm

 Trudno powiedzieć. Profesjonalizm uważam osobiście za jeden z najjaśniejszych momentów w karierze Maseckiego. Dużą zaletą było to, że na płycie sprzed trzech lat zjawiskowy, oryginalny styl kompozytorski warszawskiego pianisty, znalazł wsparcie w fantastycznie zgranym i zdyscyplinowanym zespole, w którym umiejętności każdego z muzyków (Jerzy Rogiewicz, Tomasz Duda, Michał Górczyński, Piotr Domagalski, Kamil Szuszkiewicz) zostały zogniskowane na właściwe im tory. Materiał po latach Profesjonalizm zagrał z dużą swobodą – nikomu nie potrzebne były nuty, a mimo tego kompozycje odwzorowywane były niczym precyzyjne kalki oryginałów znanych z albumu. Utwory z „Chopin, Chopin, Chopin” są na tyle ciekawie zniuansowanymi, dobrze skomponowanymi strukturami, że wręcz nie wymagają improwizacji, czy zbędnego kombinowania. Choć widziałem już sekstet wielokrotnie, to w dalszym ciągiem słucham go z niemal niesłabnącym entuzjazmem. Mam dużą nadzieję, że muzycy wydadzą jeszcze jakąś muzykę właśnie jako sekstet.

Przy setach LXMP i Profesjonalizmu, Polonezy – którym przypadła rola ukoronowania wieczoru – wypadły chyba najsłabiej, lecz nie słabo. Być może gdyby orkiestra rozpoczynała koncerty, to jej wydźwięk byłby lepszy… Nie wiadomo. Pomijając gdybania, program obejmujący „paszportową” płytę trochę przytłoczył wieczór swoim jednak dość złożonym ciężarem gatunkowym. Zawsze traktowałem „Polonezy”, jako pozycję wymagająca dość dużego skupienia i pod tym względem – paradoksalnie – nieco sztywną. Nie jest to oczywiście wada, ale w sytuacji grania jako trzeci zespół wieczoru – trochę brak zalety. Mimo, że słuchało mi się Polonezów dobrze, to nie udało mi się w tę muzykę bardziej zaangażować. Być może minął już urok jej pierwszego doświadczenia? Miałem wrażenie, że muzycy grają z trochę nazbyt wymuszoną dyscypliną, a w muzykę zespołu wkradł się bardziej żywiołowy, chaotyczny flow niestety dopiero pod koniec występu. Zwieńczenie w postaci big bandowej wersji polskiego hymnu wypadło aż nadspodziewanie interesująco i luźno.

CAM00644

Tak zakończył się piąty dzień tegorocznej, wyjątkowej edycji festiwalu „LADO w mieście”, który kompleksowo udowadnia jak bardzo różnorodna, a zarazem spójna jest artystyczna propozycja ludzi od 10 lat związanych z Lado ABC. Jeżeli ktoś chce w trybie instant zapoznać się z twórczością jednych z ciekawszych polskich twórców muzyki niezależnej XXI wieku, ten powinien spędzać środy i czwartki właśnie na Placu Zabaw (bądź w Pałacu Kultury w razie pluchy).

Dekada działalności to dobry moment na podsumowania, wspominania, cofanie się pamięcią do przeszłości, a także nazywanie zamkniętych etapów. Można sobie pozwolić na odrobinę dobrego patosu. Lado ABC jako zjawisko w polskim pejzażu muzycznym ostatnich 10 lat zapisało wiele złotych kart i z pewnością jeszcze zapisze. Trzymam kciuki i mam szczerą nadzieję, że w kolejnych latach Lado ABC przyniesie słuchaczom równie dużo świetnej muzyki. Najlepszego!

 

Tekst: Krzysztof Wójcik

Zdjęcia Marcin Marchwiński (2,3), Krzysztof Wójcik (1,4)

Daktari, Pole, The Kurws, czyli trzy dobre koncerty w 2 różnych klubach

CAM00507[1]

To był pod względem koncertowym dość intensywny weekend. W drugiej połowie zeszłego tygodnia w Warszawie odbywał się festiwal Nowa Muzyka Żydowska, już piąta edycja. Impreza stanowi coś w rodzaju instytucjonalnego animatora sceny muzycznej, czerpiącej inspiracje z muzyki żydowskiej. Sceny, którą dziś już śmiało określa się mianem – nomen omen – nowej muzyki żydowskiej. Z tej perspektywy festiwal Mirona Zeiferta jawi się jako wydarzenie doskonale reagujące na zjawisko kulturowe, a z drugiej strony jest też katalizatorem powoływania nowych projektów, odnajdujących w tradycji żydowskiej inspirację. Jednym z owoców NMŻ okazał się zespół Daktari, który od czasu debiutu w trakcie 2 edycji festiwalu w 2011, zdążył już nagrać trzy płyty. Premiera koncertowa najnowszej, „Lost Tawns” odbyła się właśnie w sobotę i pod tym względem występ Daktari w Palladium był podwójnie symboliczny.

Palladium to miejsce specyficzne. Zapewne każdy, kto odwiedził ten klub choć raz, ten wie o czym mówię: stylistyka wnętrza jest niczym odpowiedź na pytanie: w jaki sposób lata 90. rozminęły się z estetyką pod względem aranżacji wnętrz? Swoją drogą ciekawe czy kiedykolwiek estetyczny postmodernizm tego okresu nabierze patyny i będzie postrzegany w kategoriach retro. Pewnie tak. W każdym razie Palladium jako skrzyżowanie szkolnej sali gimnastycznej, klubu nocnego i teatru z Las Vegas, klimatem nie do końca pasuje do kultury żydowskiej. Niemniej – jest to stały partner NMŻ i największa festiwalowa scena.

Przyznam, że przyszedłem na Złotą 9 głównie ze względu na Daktari – zespół Boom Pam był dla mnie anonimowy i miał pełnić charakter niespodzianki, która ostatecznie okazała się niespodzianką dość przeciętną, niezachęcającą do wytrwania na występie do końca. Niezmiernie przewidywalna, niezaskakująca muzyka, w której każdy następny utwór brzmiał jak kalka poprzedniego. Rodzime Alte Zachen wie jak udanie łączyć surf rock z melodyką żydowską, Boom Pam łączy siermiężnie, bez wyobraźni. Zupełnie inaczej rzecz się miała z zeszłorocznym występem Watcha Clan, które też po trochu proponowało tzw. muzykę world. Ogólnie rzecz biorąc ten nurt, który NMŻ stara się konsekwentnie aplikować, jest moim zdaniem najbardziej ryzykowny i trochę rozmywa estetyczny profil samego festiwalu (lub właśnie go cementuje, zależy od punktu widzenia). Pierwsza część wieczoru należała jednak do Daktari, które po fenomenalnej, niekończącej się konferansjerce Mirona Zeiferta, zagrało lekko ponad godzinny set, składający się z dość przekrojowego materiału. W porównaniu do mojego ostatniego koncertu Daktari z 2012 roku, zespół zaprezentował się z pewnością jako skład bardziej swobodnych instrumentalistów o lepszym scenicznym porozumieniu. Kompozycje, które w dalszym ciągu stanowią ramy dla muzycznej treści, zostały potraktowane jako formy nieco bardziej luźne. Duża w tym zasługa uzupełnienia instrumentarium o perkusyjny pad, który w połączeniu ze zdyscyplinowanym basem i abstrakcyjną gitarą Mirona Grzegorkiewicza nadawał muzyce kwintetu niekiedy elektroniczny, syntetyczny wymiar. Koncert w Palladium utwierdził mnie w przekonaniu, że Daktari najbardziej działa na mnie, kiedy zaczyna operować skrajnościami, kiedy noise’ową gitarę kiełzna prosty rytm, kiedy sonorystyczne eksperymenty deąciaków układają się nagle w melodię, bądź od niej się rodzą. Muzyka Daktari swoją charakterystyczną, filmową melodyką i zwykle umiarkowanym tempem unika radykalizmów, a szkoda, bo momenty, w których próbują się w nie zagłębiać wychodzą im bardzo udanie. Myślę, że ciekawą ewolucją byłoby gdyby w przyszłości kwintet poszedł w bardziej eksperymentalną stronę, właśnie dlatego, że ma dobre podstawy kompozycyjne. Nie mówię tu o zwykłe improwizacji rozciągłej w czasie, a bardziej o manipulacji brzmieniem – to jednak zespół pięciu utalentowanych instrumentalistów.

CAM00512[1]

Inną sprawą jest fakt, że w momencie, kiedy Daktari próbowali grać bardziej swobodnie, a zarazem cicho, abstrakcyjnie, to festiwalowa publiczność zagłuszała niuanse brzmienia. Pod tym względem zespół padł ofiarą ignorancji słuchacza przypadkowego, który potraktował wydarzenie jedynie jako okazję do „kulturalnego zabicia czasu”. Jest to niestety specyfika tego rodzaju imprez. Mimo wszystko Daktari zagrali dobry koncert, chociaż oczekiwania miałem większe biorąc pod uwagę poziom  „Lost Tawns”. Prawdopodobnie muzyka kwintetu sprawdziłaby się lepiej na występie w bardziej kameralnych okolicznościach. Właśnie w poszukiwaniu podobnych klimatów postanowiłem udać się w niedzielę do Eufemii na występy Pola i The Kurws.

10378159_785717024780339_6573962924595828357_n

Koncerty na zakończenie tras promujących płyty to specyficzne wydarzenia. Sytuacja może pójść w zasadzie w dwóch kierunkach: 1. Zmęczenie wpłynie na jakość występu, 2. Trasa i zgranie muzyków przyniesie zdumiewające rezultaty. Często podobne dwa czynniki występują wspólnie w różnych proporcjach. Międzynarodowa trasa The Kurws i Pola była zarazem promocją ich najnowszych płyt – Pole zadebiutowało w maju ciekawym, intensywnym i różnorodnym „Radomiem”, The Kurws również w tym miesiącu wydało brutalny, energetyczny drugi album o poetyckim tytule „Wszystko stałe rozpływa się w powietrzu”. Obie płyty pod względem artystycznym są dużym sukcesem i przynoszą wiele świeżego powietrza polskiej scenie niezależnej. Pole poruszając się w stylistyce improwizującego tria zaskakuje mocno synkretyczną muzyką, w równej mierze zakorzenioną w funku i afrobeatcie, co w ludowej melodyce, czy tzw. idiomie jazzowym. Młynarski, Górczyński, Zabrodzki zagrali dość zwięzły koncert, w którego części partnerował im na saksofonach Oskar Carls z Kurwsów. Poszerzenie składu wpłynęło stymulująco na i tak bardzo szerokie brzmienie Pola. Muzycy posługują się formułą improwizacji umiejętnie opierając ją na języku nie zawsze z muzyką improwizowaną kojarzonym, jednocześnie nie uciekają od groove’u i chwytliwej melodyki. Kompozycje z debiutu nagranego ponad półtora roku temu zabrzmiały bardziej swobodnie, chociaż kilka razy improwizacja ugrzęzła w ślepych uliczkach. Być może miał na to wpływ kontekst ostatniego koncertu trasy i zmęczenie materiału. W porównaniu do koncertu w Powiększeniu sprzed paru miesięcy występ w Eufemii oceniam nieco słabiej, choć w dalszym ciągu jest to poziom wysoki. Warto zauważyć, że na jednym i drugim koncercie muzycy zapraszali gościnnie drugiego saksofonistę. Być może byłaby to ciekawa tradycja biorąc pod uwagę otwarty format Pola.

Obok Oskara Carlsa drugim najbardziej zapracowanym muzykiem wieczoru był zdecydowanie Piotr Zabrodzki, który jako członek obu zespołów miał pełne ręce roboty. W Kurwsach obsługując korga Zabrodzki pełnił po części rolę reżysera brzmienia, które jest w zespole równie intensywne, co zniuansowane. W rezultacie w Eufemii The Kurws zabrzmieli jeszcze mocniej niż na tegorocznej płycie. Niewielka przestrzeń klubu nie stanowiła zbyt dużej przeszkody dla wyłapywania smaczków. Choć muzyka zespołu sprawia wrażenie niepohamowanej ekspresji, wulkanu energii, to warto podkreślić, że w kwestii kompozycyjnej jest to muzyka szalenie złożona. Powierzchownie najprościej odnieść ją do nowojorskiego no wave’u lat 80., formacji takich jak James Chance & The Contortions (oczywiście pomijając wokal Chance’a), niekiedy jak podkręcone pierwsze Lounge Lizards. Kurws nie proponuje jednak retromanii, tylko muzykę bogatą formalnie, wykorzystującą współczesne brzmienia, przewrotnie spajając wszystko formułą jazgotliwej garażowej ekspresji, podskórnie skomplikowanej aranżacyjnie, rytmicznie. Bardzo pomysłowy punk-jazz. Koncert podobnie jak w przypadku Pola nie był przesadnie rozwlekły, właściwie oba występy były krótkie i treściwe, niepozostawiające specjalnego przesytu bądź niedosytu. Przy okazji muzyka zespołów bardzo dobrze do siebie pasowała, pasowała też do miejsca, czyli katakumb pod ASP. Czerpała z wielu inspiracji, tworząc ciekawe, chuligańsko swobodne i bezpretensjonalne konstrukty najeżone pomysłami.

Tak też dobiegł końca intensywny koncertowy majowy weekend, podczas którego 3 młode zespoły potwierdziły w moich oczach swoje status quo, czyli „zdecydowanie warto obserwować”. Zarazem utwierdziłem się w przekonaniu, że są to składy mające w sobie jeszcze dużo potencjału, z którego mogą skrzesać jeszcze więcej. Więcej takich weekendów proszę.

 

Krzysztof Wójcik