Alameda 5 / Duży Jack / Przepych / The Kurws na Placu Zabaw

Ostatnie dwie sierpniowe odsłony Lado w Mieście miały zdecydowanie najbardziej gitarowy charakter ze wszystkich dotychczasowych. Były to również w moim odczuciu jak dotąd najmocniejsze wieczory tegorocznej edycji nadwiślańskiej imprezy. Dlaczego? Step by step…

Alameda 5

Alameda 5

Płytę „Duch tornada” bydgosko-toruńska formacja bez wątpienia nagrała pod natchnieniem… ducha. Recenzując materiał swego czasu na PopUpMusic.pl (klik), pisałem o albumie w superlatywach, porównując go nawet do kultowych, ściankowych „Dni wiatru”. Cóż, hiperbolizacja i porównawcza mania to wśród osób piszących o muzyce klasyczne i powszechne zwyrodnienia, choroby zawodowe (powiedzmy). Niemniej w przypadku „Ducha…” nie sądzę bym przesadził z cukrem. To znakomity materiał, który w sytuacji koncertowej nabiera dodatkowych barw. Występ na Placu Zabaw był świadectwem doskonałej formy Alamedy, a także nieustannego artystycznego fermentu, jaki w formacji zachodzi (mam tu na myśli nowe utwory, których kilka nad Wisłą zabrzmiało). Idealne połączenie rytualnego, transowego rytmu z kosmicznymi odlotami elektroniki i gitar generuje psychodeliczny koktajl Mołotowa, który na dzień dzisiejszy nie ma sobie równych jeśli chodzi o krajowe granie.

Duży Jack

Duży Jack - Uczucia

Trochę zdziwiło mnie, że Panowie wystąpili po „bardziej utytułowanej” Alamedzie, ale może miało to związek z tym, że Łukasz Jędrzejczak po koncercie Jacka nie miałby siły syntezatorzyć w Alamedzie? Cóż, szczerze powiedziawszy nie jestem wielkim fanem karykaturalno-brutalnej formuły artystycznej, jaką prezentuje Duży Jack… W każdym razie tak sobie myślałem stojąc w sporym oddaleniu od sceny, łapiąc muzyczne i wokalne strzępy. Ale! Gdy zbliżyłem się do strefy zero, okazało się, że zespół wypruwa z siebie krew, pot i łzy, gra na 100%, czego tak naprawdę można było doświadczyć dopiero w bezpośrednim kontakcie z wydarzeniami scenicznymi. Nagle okazało się, że w Dużym Jacku podoba mi się nie tylko seksualnie niebezpieczna, oczojebna okładka ich debiutanckiej płyty „Uczucia” (bandcamp), ale też koncertowa „karykaturalno-brutalna formuła artystyczna”. Surprise. I prawdę mówiąc piszę ten tekst słuchając właśnie „Uczuć” – energia zaklęta w dźwiękach, której potrzebuję o tej porze dnia. Była kiedyś taka piosenka, że fantazja jest od tego, aby bawić się na całego – Duży Jack idzie tym tropem, a zabawa się udziela.


Przepych

Przepych

Kolejny wieczór na Ladzie (?) upłynął pod hasłem „Breslau calling”. Dwie drużyny z Wrocławia. Rozpoczął duet Przepych, czyli dziecko muzyków The Kurws (Jakub Majchrzak) i Ukrytych Zalet Systemu (Łukasz Plata). Jak się okazało z takich rodziców potomstwo nie ma prawa się nie udać (nawet jeśli jest wychowane bezstresowo i ma adhd). Właściwie chciałem zobaczyć Przepych na żywo odkąd usłyszałem pierwsze nagranie duetu pt. „Polska Szkoła Filmowa” (bandcamp), wtedy figurujące jeszcze jako „Bez tytułu” (poniżej wideo). Po koncercie na Placu Zabaw będę natomiast czekał na debiutancki album duetu, bo materiał już jest, a w dodatku mocny. Biorąc pod uwagę szybkość, energię i zniuansowanie muzyki Przepychu, wielkie wrażenie zrobiło na mnie zgranie muzyków, doskonale wyłapujących wzajemne intencje. Brzmienie zespołu jest surowe i galopujące, zawadiacko zrytmizowane, podobnie jak w przypadku Kurwsów, jednakże większe wykorzystanie elektroniki robi różnicę, a melodie trochę przypominają odurzoną wizytę w lunaparku. Krótko mówiąc rokowania Przepychu oceniam na bardzo dobre.

The Kurws

The Kurws

Gdybym musiał policzyć na palcach jednej ręki „niezawodne koncertowe polskie zespoły”, to bez wątpienia jednym z palców byliby The Kurws. Już kilkukrotnie pisałem o Kurwsach  w superlatywach i tym razem wyjątku nie będzie. Aczkolwiek był to koncert inny niż te, na których byłem dotychczas, ponieważ po raz pierwszy zobaczyłem wrocławian w podstawowym trzyosobowym składzie. I chociaż szkoda, że zabrakło nieprzewidywalnego Oskara Carlsa na saksofonie, to i tak doświadczenie (powiedzmy)”The Kurws bez ozdobników” należało do zdecydowanie udanych. Fajnie, że Panowie zagrali sporo nowego materiału, który sprawia wrażenie trochę bardziej monumentalnego, potężnego w zestawieniu z poszarpanymi, nieprzewidywalnymi i wybuchowymi strukturami z pierwszych dwóch płyt. Jakby trio zaczęło rzeźbić w większych bryłach dźwięku, delikatnie, acz kreatywnie zmieniając ich formę. Zresztą obserwując bacznie Kurwsów na koncertach w ostatnich latach, za każdym razem słychać, że są to lepsi muzycy i lepszy zespół, jako kolektyw, a artystyczna wizja i fantazja krystalizuje się wprost proporcjonalnie. Apetyt na kolejne wydawnictwo został skutecznie podsycony. Tylko mam nadzieję, że jednak znajdzie się na nim miejsce także dla saksofonu Carlsa.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS:

Kolejne (już ostatnie 2) wieczory z Lado w Mieście to:

1.09 ->„Żywizna” (Raphael Rogiński & Genowefa Lenarcik) / „Istina” (Kamil Szuszkiewicz & Hubert Zemler)

8.09 -> LXMP / Deerhoof

Instytut gorąco poleca.

Reklamy

Marcin Ciupidro / JAAA! na Placu Zabaw

Czyli kolejna, dotychczas najzimniejsza odsłona Lado w Mieście nad Wisłą (serio, byłem w szaliku, ale w sumie wolę chłód niż gorąc). Zacznę od końca.

JAAA!

JAAA

Zanim zdążyłem w ogóle zanotować egzystencję zespołu JAAA! i zastanowić się, czy to przypadkiem nie jakaś niemiecka kapela neo-krautrockowa (była „Nowy!”, teraz mogła by być „Taaak!”), dostałem maila z singlem „Arsenio” bezpośrednio od zespołu, mniej więcej w okolicach maja zeszłego roku. Maila w języku polskim, chociaż wokalista Miron Grzegorkiewicz śpiewa po angielsku, w dodatku robi to nieźle, z charakterystyczną rozpaczliwą manierą (tak jest, trochę nadwiślańska hybryda Thom Yorke / Justin Vernon). Od tego czasu zespół wydał album „Remik” (bandcamp) i zagrał na kilku większych i mniejszych krajowych festiwalach, generalnie znajduje się w trybie ofensywno-ekspansywnym, jest coraz bardziej rozpoznawalny i coraz częściej komentowany, zwykle w entuzjastycznym tonie.

Z pewnością nie bez znaczenia jest fakt, że JAAA! to nie anonimowi debiutanci, tylko trzech muzyków zaprawionych w innych, względnie rozpoznawalnych i dosyć różnorodnych stylistycznie projektach (m.in.: Napszykłat – Marek Karolczyk; Daktari, How How – Miron Grzegorkiewicz;  Contemporary Noise Quartet, Quintet, Sextet – Kamil Pater) – ta informacja zwykle zajmuje akapit w tekstach poświęconych JAAA!, więc nie będę się wyłamywał z trendu.

To the point… Gdybym miał określić jednym słowem muzykę, która znalazła się na „Remiku”, przede wszystkim powiedziałbym, że jest ekstatyczna. Dobra do szybkiej jazdy na rowerze. Na płycie fajne jest to, że ścieżka wiedzie przez nieoczywiste tereny krajobrazowe, dźwiękowe i emocjonalne – bywa melancholijnie, paranoicznie, słodko-kwaśnie… Z całą pewnością jest spójnie. Natomiast podczas koncertu dominuje energia, mocny bit, świetne psychodeliczne wizualizacje (generowane na żywo przez Karolinę Głusiec), a wszystko zlepia odpowiednia dawka stroboskopu. Nie trudno było się rozgrzać.

„Remik” odrobinę przypomina mi klimatem młodszego, bardziej przystępnego, elektro-popowego brata znakomitej płyty „NP” duetu Napszykłat, tworzonego przez Marka Karolczyka z Robertem Piernikowskim. Debiut JAAA! nie ma dla mnie tak dużej siły rażenia (to trochę mniej moja bajka), jednak utwory takie jak „Ivo”, „Lunatic”, „Berlin”, „Zamek”,  czy finalne”Bujillo” pokazują, że trio potrafi pisać niebanalne kompozycje, w których eksperyment brzmieniowy idzie w parze z popowym, tanecznym potencjałem. Dodając do tego angielski wokal, powstaje naprawdę interesujący produkt eksportowy z „made in Poland” na papierze. Chociaż, umówmy się, wokal w JAAA! pełni bardziej rolę muzyczną niż treściową, dla mnie mógłby to być nawet język mongolski (no offence).


Marcin Ciupidro

Marcin Ciupidro band

Początek wieczoru na Placu Zabaw należał do wibrafonisty Marcina Ciupidro z zespołem. Artystę kojarzyłem do tej pory z płyty „MetaMuzyka”, nagranej wraz z Kubą Sucharem i Maciejem Filipczukiem. Płyty zresztą bardzo ciekawie podejmującej wątek tradycyjnej muzyki wiejskiej (mazurki). Tymczasem kompletnie umknął mi solowy album Marcina Ciupidro pt. „Talking Tree” (bandcamp) z 2013 roku. Koncert wypełniły kompozycje własnie z tego wydawnictwa, bardzo przyjemnego, zwięzłego, o dosyć bajkowej narracji, choć tu i ówdzie pojawiają się nagłe zwroty akcji – trochę jak w strukturze bajki magicznej Proppa, drodzy kulturoznawcy. Chociaż nie wiem czy akurat Ciupidro zrealizował punkt po punkcie wszystkie 31 funkcji… Niemniej jednak w pozornie uroczych, subtelnych melodyjkach artysta zainstalował wiele niespodzianek, dzięki czemu muzyka nabiera niejednoznacznego, odrobinę groteskowego charakteru. Duży soundtrackowy potencjał. Zresztą wystarczy obejrzeć świetne wideo autorstwa Huberta Pokrandta (full screen!):

To był bardzo porządny, poukładany koncert, co można poczytywać jako jednocześnie zaletę i wadę. Trochę zabrakło mi tzw. scenicznego szaleństwa, ognia, chociaż im dłużej występ trwał, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że tego typu muzyka wymaga właśnie takiej skrupulatnej konwencji performerskiej. Największe wrażenie zrobił na mnie klarnecista Mateusz Rybicki, który pomysłowo wdzierał się z instrumentem w precyzyjne rytmiczne struktury reszty zespołu (Reich, Tortoise, te sprawy). Fajnie jakby muzycy zagrali do jakichś, nazwijmy to, niebanalnych wizualizacji (patrz wyżej^), albo do filmu niemego, animowanego… Tak czy inaczej, wysłuchałem występu Marcina Ciupidro z przyjemnością.

Kto wie, czy nie był to jak dotąd najbardziej wyrównany wieczór jeśli chodzi o poziom koncertów na tegorocznym Lado w Mieście… Ja nie wiem, ale tak mi się wydaje. Mogło tak być. A było zdecydowanie dobrze. Do końca całości pozostały 4 czwartki i każdy zapowiada się świetnie (a mówię to nie tylko z patronackiej kurtuazji). Lepiej być!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Fire!, Matana Roberts, Pękala/Kordylasińska/Pękala – czyli „warszaska proza koncertowa”

Tak w ogóle mógłby się nazywać ten blog, czyż nie?
„Jedziesz na Offa?” – ostatnio tym pytaniem atakują mnie rożne spotykane osoby, im bliżej końca lipca tym częściej. Odpowiadam, w zależności od sytuacji: a) nie mam nadmiaru kabony na przepicie i przejedzenie, b) nie mam siły i ochoty na całodzienne bieganie od sceny do sceny, c) Off? co tam w ogóle gra w tym roku?, d) w Warszawie mam koncertów pod dostatkiem. I chyba własnie ostatnia odpowiedz jest w tej całej offowej zawierusze najbardziej optymistyczna. Zwłaszcza, że ostatnio – w trybie jednostajnie przyspieszonym – maleje u mnie ciśnienie na przyswajanie muzyki na żywo w ilości hurtowej, niesprzyjającej uważnemu jej odbiorowi. W Warszawie w okresie wakacyjnym można sobie zorganizować przyjemny indywidualny festiwal, chodząc na koncerty to tu, to tam, na luzie. No i można przy tym spełniać przyjemne obowiązki patronackie… (sesesese)

Fire!

Nie żebym kompletnie deprecjonował Offa. Na przykład takie Fire! usłyszałem po raz pierwszy na żywo właśnie podczas katowickiej imprezy trzy lata temu i był to jak dla mnie jeden z najlepszych koncertów tamtej edycji. A w tym roku proszę bardzo – Fire! gra w Warszawie za darmo. Na dodatek miał być to koncert plenerowy, ale niestety fałszywe prognozy pogodowe pokrzyżowały te plany i ostatecznie trio zagrało w upiornie nagrzanej Cafe Kulturalnej. Cóż, jak ogień, to ogień.

Ostatnim razem oglądałem Skandynawów na tej samej scenie w PKiN, mniej więcej rok temu z okazji festiwalu Match&Fuse. W tym roku zespół przywiózł jednak ze sobą nowy znakomity materiał z wciąż jeszcze ciepłego albumu „She sleeps, she sleeps„. Stosunkowo wyciszone ostatnie kompozycje w wersji koncertowej nabrały typowej dla Fire! mocy. Chyba już to gdzieś pisałem, ale w muzyce Gustafssona najbardziej cenię sobie pełne zaangażowanie, determinację w kondensowaniu muzycznej energii, granie na 100% możliwości, zachowujące jednocześnie formalną powściągliwość. Fire! oparte na potężnym groove’ie (doskonała sekcja) i gęstniejących repetycjach, sprawia, że koncerty w mgnieniu oka zmieniają się w rodzaj porywającego, ekstatycznego rytuału. (Nomen omen, ostatnia płyta Fire Orchestra! nosi właśnie tytuł „Ritual„). W Cafe Kulturalna można było zaobserwować znany z lekcji chemii fakt, że paliwem dla ognia jest tlen. Było go w klubie z każdą minutą coraz mniej, a Fire! grali coraz intensywniej i nawet starczyło im energii na bis. A lekko podduszona publika (ta frekwencja, wow!) nie szczędziła zespołowi w pełni zasłużonych braw.

Mając już „wspólną przeszłość” z Fire!, nie pchałem się w oko cyklonu i oglądałem koncert z dystansu (jak na nikczemnej jakości fotce, sorry), a pozwalało na to świetne nagłośnienie. Jak się okazało muzyka Skandynawów sprawdza się równie dobrze w roli tła. Tak jak z ogniem, w który można się wgapiać godzinami, ale można też po prostu przyjemnie posiedzieć, pozwolić by grzał. Mimo ekstremalnych warunków temperaturowych, koncert udał się znakomicie i zdecydowanie podtrzymuję opinię, że to mój ulubiony zespół Matsa Gustafssona.


Raptem kilka dni wcześniej, na tej samej scenie, w Cafe Kulturalnej, wystąpiła wyjątkowa artystka amerykańska – Matana Roberts. Saksofonistka od kilku lat realizuje monumentalny, w założeniu 12-albumowy cykl „Coin Coin„, w którym za pomocą muzyki i słów przedstawia wielowątkową, autorską wizję historii (czarnej) Ameryki, w mocnym oparciu o doświadczenia osobiste, własnej rodziny, przodków. Jak dotąd poznaliśmy trzy rozdziały tej opowieści, z których ostatni „River Run Thee” uchodzi za najbardziej eksperymentalny, oddalony od jazzu w stronę elektroniki, organicznych sampli, przeplatanych słowną/saksofonową narracją. Właśnie ten program artystka zaprezentowała w Kulturalnej, wzbogacając swój performance klimatycznymi czarno-białymi wizualizacjami.

Matana Roberts

Koncert pokazał jak bardzo charyzmatyczną osobą jest Matana Roberts, z jak dużą łatwością potrafi skupić maksimum uwagi odbiorców na przekazie dalekim od oczywistości, banału, easy-listeningu. Artystka nawiązała już na wstępie świetny kontakt z publicznością, angażując nas w skandowania haseł, w aktywne uczestnictwo w występie. Dzięki temu dosyć ciężka, enigmatyczna warstwa muzyki, dźwięków, narracji, zyskiwała na komunikatywności i sile, a publiczność mogła poczuć rodzaj wspólnotowości inny niż w sytuacji zwyczajnego koncertu. Bardzo się cieszę, że Matana wplotła w występ swoją kompozycję z pierwszej części cyklu Coin Coin, a mianowicie „I am”. Jak głosi pewna teza, której autorstwo nie ma większego znaczenia, muzyk na scenie przede wszystkim odgrywa siebie (powiedzmy, że prezentuje własną wizję siebie). Matana Roberts jest na tyle intrygująca postacią, artystką, że oglądanie jej na żywo jest doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału „Coin Coin”. Roberts należy do tego typu oryginalnych twórców, po których spodziewać się można absolutnie wszystkiego i zawsze warto czekać na kolejne wypowiedzi żeby się z nimi po prostu zmierzyć.

Na support w wykonaniu Wacława Zimpla spóźniłem się, a nie lubię słuchać koncertów od połowy (jakie by one nie były). Ciekawe jest natomiast zjawisko jak bardzo solowa aktywność klarnecisty spolaryzowała odbiorców. Osobiście bliżej mi do stanowiska jakie zajął Piotr Lewandowski, jakkolwiek sądzę, że Zimpel jeszcze nie jednym nas zaskoczy, ponieważ jest muzykiem bądź co bądź poszukującym (o czym w pewnym sensie świadczy także tegoroczne „Lines”). Ale szukać nie zawsze znaczy odnajdywać.

Pękala-Kordylasińska-Pękala

Do Kulturalnej trafiłem wprost z Placu Zabaw, kolejnego czwartkowego Lado w Mieście, gdzie wysłuchałem bardzo ciekawego (i wizualnie atrakcyjnego) koncertu Miłosza Pękali i Małgorzaty Kordylasińskiej-Pękali na instrumenty perkusyjne i elektroakustyczne. Muzycy doskonale panowali nad spójnością narracji, co nie jest niczym zaskakującym biorąc pod uwagę perfekcję warsztatu. Występ zwiastował nadejście albumu duetu, na którym można usłyszeć oryginalne interpretacje utworów m.in. Franka Zappy, Felixa Kubina, Steve’a Reicha, ale też jedną kompozycję spod ręki Miłosza Pękali. Cóż, koncert był na tyle dobry, że z wielką przyjemnością sięgnę po płytę (czyli zadanie pt. „promocja albumu na żywo” wykonane na 5).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Już w czwartek 28.07 kolejne Lado w Mieście, na Placu Zabaw zagra Złota Jesień i Oren Ambarchi. Instytut poleca.

Lado w Mieście [+Torstraßen Festival]: Lutto Lento / Sun Araw | Jaakko Eino Kalevi / Gelbart / Camera

Wyjątkowo i jednorazowo w tym roku Lado w Mieście odbyło się 2 dni z rzędu. Po regularnym czwartku, w piątek warszawski festiwal połączył się z berlińskim Torstraßen Festival, co zaowocowało intensywną muzyczną końcówką tygodnia. Dużo różnego, dla każdego coś miłego. A w szczegółach…

Czwartek 14.07, Cafe Kulturalna – Lutto Lento / Sun Araw

Jak dla mnie największą siłą muzyki Lutto Lento jest jej przygodowy potencjał, zdolność zaskakiwania słuchacza kolejnymi niekonwencjonalnymi, kolażowymi zestawieniami oraz dekonstrukcjami tworzywa bazowego. Raz mamy wycinankę o ostro zarysowanych krawędziach, innym razem wydzierankę o konturach nieostrych, poszarpanych. Raz elementy sprawiają wrażenie precyzyjnie scalonych, to znów ociekają klejem, kiedy indziej są sczepione jakimś pozornie nieprzystającym plastrem, albo taśmą dwustronną.

Lutto Lento1

Ale wracając do przygody. Moja przygoda z Lutto Lento rozpoczęła się na wysokości kasety „Unlucky” (bandcamp), z pamiętnym wykorzystaniem sampli z Enyi, ich „podwodnym” rozpuszczeniem w utworze „Siren”. Załapałem się na falę względnej popularności tego numeru w 2013 roku. I to była przygoda. Lutto Lento ma ciekawy, dygresyjny styl budowania narracji, a przy okazji smykałkę do budowania (wygrzebywania?) zapadających w pamięć motywów. Plądrofonia o bardzo imprezowej, atakującej czachę specyfice. Taka muzyka najlepiej brzmi głośno i późno przy ździebko przytępionych/wyostrzonych chemicznie/organicznie zmysłach (niepotrzebne skreślić). Biorąc to pod uwagę spodziewałem się, że występ Lutto Lento będzie zamykał koncerty drugiego tygodnia Lado w Mieście, które przez złą pogodę przeniosły się do Cafe Kulturalna. Niestety kolejność okazała się odwrotna, co w moim odczuciu nie przysłużyło się dramaturgii wieczoru. Szczególnie, że grający później Sun Araw raczej rozrzedzili intensywność i dynamikę, którą tak żmudnie budował Polak. Lub jak kto woli rozkakofonili (zastrzegam kopirajty). Następstwo niefortunne i złowróżbne, jak picie piwa po kilku kieliszkach wódki – nie może się dobrze skończyć. W dodatku piwa, które w założeniu ma oczarować zmysły bogactwem i zniuansowaniem nut smakowych…

Sun Araw

Cóż, fenomen Sun Araw jestem jeszcze w stanie zrozumieć na nagraniach, ale na żywo Panowie niemiłosiernie odlatywali w elektroniczne kliklikliklikliklik*%&$#&()*^%##@$%&*((()&^%$#@!klikliklik. Przy tym było trochę przyjemnego funku, odrobina dubowej psychodelii, ale miałem wrażenie, że trio za punkt honoru obrało strategię „zróbmy dziwnie, skorzystajmy naraz z tych wszystkich guzików i efektów, które mamy”. Pod koniec zespół zaczął bardziej osadzać muzykę na groovie, rozpędzeniu sekcji, ale ciężko mi powiedzieć jak brzmiał finał, bo nie doczekałem. Jak to się mówi, prawdopodobnie „nie zrozumiałem Sun Araw”. Zgadzam się. Nie byłem jedyny, chociaż wiele osób zostało, a polaryzacja słuchaczy to też rodzaj artystycznego triumfu. Nie zawsze musi się podobać. Nagłośnienie było natomiast bardzo przyzwoite, co dobrze wróży w przypadku zbliżających się koncertów w Kulturalnej.


Piątek 15.07, Plac Zabaw / BarKa

Żałuję, że spóźniłem się praktycznie na cały koncert Better Person (czyli Adama Byczkowskiego). Zdążyłem zaledwie na ostatni numer, więc ciężko mi się wypowiadać, aczkolwiek dopracowany sceniczny wizerunek a la lata 20. i dekadencki klimat muzyki robiły wrażenie, a znajomi, którzy widzieli cały występ byli bardzo zadowoleni. Cóż, innym razem.

Jaakko Eino Kalevi

Fuzyjny wieczór Lado w Mieście – Torstraßen Festival rozpocząłem de facto od koncertu fińskiego wokalisty Jaakko Eino Kaleviego z zespołem. I gdym nie wiedział, że artysta pochodzi ze Skandynawii, to pomyślałbym, że mieszka na jednym osiedlu w Kalifornii z Arielem Pinkiem. Co prawda Jaakko ma znacznie mniej krzykliwy wizerunek, ale już muzycznie bardzo blisko mu do estetyki prezentowanej przez Pinka albo np. Toro Y Moi. Psychodeliczny, rozmarzony, ciekawie zaaranżowany synth-pop (dużo dał udział saksofonu, perkusji i dodatkowej wokalistki). Słuchałem trochę Kaleviego przed koncertem na youtubie i brzmienie wydało mi się zbyt syntetyczne, produkcyjnie przepieszczone. Te mankamenty ulotniły się podczas występu na żywo, zespół zyskał odpowiedni pierwiastek życia i surowości. Sam Jaakko Eino Kalevi kilkukrotnie schodził z mikrofonem przed scenę by śpiewać wśród publiczności. Generalnie przyjemny, solidny i bardzo wakacyjny koncert w sam raz na plenerowe warunki Placu Zabaw.

Gelbart

Kolejne dwa występy były tymi, dla których specjalnie przyszedłem tego wieczoru nad Wisłę, a w szczególności jeden z nich. Mam tu na myśli berlińską neo-krautrockową Camerę. Zanim jednak warszawska publiczność przekonała się, że motorik, grany przez prawdziwych Niemców w blisko pół wieku od „wynalezienia”, dalej brzmi zajebiście, na scenie Placu Zabaw z solowym setem wystąpił Adi Gelbart. Artysta wywodzi się z hamburskiego Gagarin Records, wytwórni założonej przez Felixa Kubina pod koniec XX wieku i powinowactwo z brzmieniem Kubina było bardzo wyraźne. Charakterystyczne, naiwne melodyjki podlegające ciągłym transformacjom i bitowym stymulacjom Gelbart przełamywał od czasu do czasu partiami saksofonu. Te momenty były jak dla mnie najciekawsze, chociaż całego koncertu wysłuchałem z przyjemnością. Rodzaj prymitywistycznej, radosnej i bezpretensjonalnej elektroniki jaki lubię. W dodatku Gelbart jest multinstrumetalistą i widać było, że dobrze panuje nad tym co robi na scenie, a co najważniejsze nie puszczał muzyki z kompa. Do tego za plecami Niemca przewijały się lekko absurdalne wizualizacje, dobrze korespondujące z dźwiękiem.

Camera

Camera wystąpiła już na Barce, ponieważ późna pora wymusiła exodus z Placu Zabaw. W rezultacie Niemcy zagrali nie tylko dla publiczności zgromadzonej na łódce, ale też siedzącej na bulwarowych schodkach, czyli w sumie same plusy, szczególnie, że nagłośnienie było tip-top, a zespół zagrał bez wątpienia najbardziej porywający koncert wieczoru. Co z tego, że muzyka Camery daleka jest od nowatorstwa i brzmi jak jakiś zaginiony, surowy album Neu! w rozszerzonym składzie, jeśli funkcjonuje perfekcyjnie w sytuacji występu na żywo? Szczerze mówiąc wolę jeśli zespół sprawnie i kreatywnie rozwija patenty sprzed lat niż na siłę próbuje odkrywać Amerykę, a w dodatku robi to nieudolnie (piję tu do przekombinowanego Sun Araw). Imperatyw nowatorstwa w muzyce w XXI wieku jest utopią, sprzyjającą powstawaniu często jałowych i karykaturalnych eksperymentów. Camera zagrała porządny, pełnokrwisty i bardzo energetyczny koncert. Występ o na tyle silnym fizycznym uroku i oddziaływaniu, że absolutnie nie mam problemu z jego teoretyczną wtórnością. Dobry bit pozostanie dobrym bitem, a grunt to umieć nim operować. Camera potrafi.

Usatysfakcjonowany występem Niemców odpuściłem sobie trzy kolejne sety. Chociaż trochę żałuję niezobaczenia na żywo Xosar… W każdym razie, jak donoszą nieoficjalne, niezależne źródła, zabawa była przednia.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Kolejna odsłona Lado w Mieście już 21.07. Zagrają Kobiety i Pękala/Kordylasińska/Pękala. Instytut poleca.

Weekend piłkarsko-amerykański (Skeleton$ na Placu Zabaw / Föllakzoid w Pardon To Tu)

To był dobry weekend, pełen emocji różnorakich. Pogodowo rozbity na dzień upału i dzień burz. Piłkarsko na mecz Polski na Euro i finał Copa America. Muzycznie na bardzo dobre występy zespołów z Ameryki Północnej i Południowej. Po prostu pięknie skomponowany weekend, który chętnie przeżyłbym raz jeszcze. I trochę tak zrobię, stukając teraz w literki laptopowe.

Skeletons na Placu Zabaw

Skeletons2

Gdy przesłuchałem tegoroczną płytę Skeletons „Am I Home?” stało się dla mnie jasne, że koncertu nowojorskiej formacji nie mogę przegapić. Z prostego względu – lubię dziwne piosenki. Piosenki wymykające się konwencjonalnym strukturom pop-rockowym, osadzone w muzyce swobodnej, astylistycznej, spontanicznie eksperymentalnej, kreatywnej. A właśnie takie piosenki pisze Matt Mehlan, lider nowojorskiej formacji. Aranżacja poszczególnych numerów Skeletons wyraźnie wskazuje, że inspiracje zespołu wykraczają daleko poza gatunkowe myślenie o muzyce. Minimalizm miesza się z free jazzem, pop z noisem, freak-folk z funkiem, z elektroniką i tak dalej. Generalnie siła Skeletons tkwi w nieustannym zaskakiwaniu słuchacza nowymi rozwiązaniami muzycznymi, a kunszt samych piosenek powoduje, że te dziwaczne stylistyczne hybrydy stają się przyswajalne i porywające. Na  Placu Zabaw, przestrzeni plenerowej, otwartej, niezobowiązującej, koncert Amerykanów zafunkcjonował doskonale. Leżak, zimne piwo, dogasające słońce w dniu rekordowych upałów i muzyka na wskroś atrakcyjna, oryginalna, przygodowa, kojąca i wyzywająca zarazem, pełna wyobraźni. Bardzo dobry występ.

Skeletons

Posłuchajcie sobie streamu całej najnowszej płyty Skeletons „Am I Home?” u nas na PopUp i zostańcie fanami zespołu jeszcze dziś (; A z albumów dawniejszych polecam gorąco „Money”.

Przy okazji warto wspomnieć, że wielkimi krokami nadchodzi tegoroczne Lado w Mieście i na Placu Zabaw w te wakacje zagra jeszcze cała gromada interesujących formacji (szczegółowa rozpiska TU). Rok temu zrelacjonowałem jakąś połowę festiwalu, a tym razem Instytut ma przyjemność patronować całemu przedsięwzięciu. A ja, jeśli mogę, to lubię patronować zacnym inicjatywom, czuję się wtedy jak święty, albo jak prezydent…


Föllakzoid w Pardon To Tu

Follakzoid

Na ten koncert, jako redakcja PopUp, czyli współorganizatorzy, czekaliśmy od dłuższego czasu. Przyznam, że przed jego ogłoszeniem nie miałem pojęcia o muzyce chilijskiego tria, jednak jako zagorzały fan transowych, psychodelicznych brzmień spod znaku Neu!, długo nie musiałem się przekonywać.

Na scenie Pardon To Tu występy zespołów gitarowych to mimo wszystko rzadkość. Pod tym względem czerwiec był miesiącem wyjątkowym, ponieważ odbyły się aż dwa koncerty tego rodzaju – znakomity, żywiołowy występ The Ex z niespodziewanym, gościnnym udziałem Kena Vandermarka oraz właśnie gig tria Föllakzoid, które na tę okazję po raz pierwszy przyjechało do Polski.

Föllakzoid przypomina mi trochę południowoamerykańską wersję żeńskiego tria z Japonii – Nisennenmondai. Podobnie motoryczne, transowe granie, w którym formuła gitarowego „power trio” zmienia się w „psycho trio”, chociaż moc pozostaje. Narkotyczny wymiar obu zespołów jest jednak odmienny. Panie z Nisennenmondai  dysponują amfetaminową energią, podczas gdy Föllakzoid bliżej do naturalnych substancji psychodelicznych. Przynajmniej tak to widzę, tak to słyszę.

Również brzmienie Föllakzoid sprawia wrażenie bardziej organicznego, opartego przede wszystkim na basowo-perkusyjnym groove’ie. Jednakże główną cechę dystynktywną Chilijczyków upatrywałbym w wykorzystaniu gitary, raz grającej melodyczne motywy i proste sola, kiedy indziej zapętlającej rytmiczne frazy, tworząc obok sekcji dodatkową, pulsującą płaszczyznę transu. Föllakzoid doskonale operuje napięciem, dramaturgią utworów, niuansując je przydymionymi, odległymi wokalami, a także drobnymi, kosmetycznymi ingerencjami w struktury kompozycji. To jeden z tych zespołów, gdzie minimalizacja środków wyrazu przekłada się na mocniejsze oddziaływanie.

W Pardon To Tu Chilijczycy zagrali materiał z dwóch ostatnich płyt (możecie posłuchać ich w całości na bandcampie), a koncertowa energia dodała tym numerom dodatkowej, magnetycznej siły rażenia. Krótko mówiąc fantastyczny występ. A zaledwie kilka godzin później reprezentacja Chile pokonała w finale Copa America piłkarzy Argentyny. Chilijska noc!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

BNNT zbombardowało Plac Zabaw

BNNT + Łukasz Rychlicki

Czy w obecnej dekadzie na krajowym rynku tzw. muzyki niezależnej ukazała się jakakolwiek bardziej  agresywna, surowa i głośna pozycja niż album duetu BNNT pt. „_ _” z 2012 roku? Śmiem wątpić. Debiut Konrada Smoleńskiego i Daniela Szweda to muzyczny ekwiwalent koktajlu Mołotowa, płyta o drapieżności zarazem magnetycznej i obezwładniającej. Brązowa nuta (BrowN NoTe)? Sound bombing? Guerrilla gigs? Przecięcie sztuk wizualnych, performansu i muzyki? Tak jest – BNNT to whole package, przemyślany spójny, precyzyjnie skonstruowany mechanizm, koncertowe monstrum działające wielokanałowo na zmysły odbiorców.

Na Placu Zabaw Smoleński i Szwed nie objawili się jednak jako muzyczni terroryści ingerujący niespodziewanie, znienacka w tkankę miejską – zagrali zapowiedziany koncert na normalnej, plenerowej scenie przed australijskim trio My Disco. I to była jedna z tych sytuacji, kiedy support przyćmiewa „gwiazdę wieczoru”. Po dzikim, surowym, quasi-rytualnym występie BNNT, My Disco zabrzmieli dosyć… konwencjonalnie. Być może była to kwestia tego, że oba składy prezentują podobnie ciężką, skondensowaną muzykę i po prostu zadziałał nadmiar. W każdym razie jakoś nie byłem w stanie zaangażować się w występ Australijczyków i odpuściłem go sobie bez żalu po kilkunastu minutach.

BNNT zagrali tego wieczoru w rozszerzonym, trzyosobowym składzie – duet uzupełnił na gitarze Łukasz „Pan Lotto” Rychlicki. Ciekawa kombinacja. Na tegorocznym, minimalistycznym „Elite Feline” (bandcamp / recenzja) Rychlicki zaprezentował się od strony niezwykle subtelnej, by nie powiedzieć delikatnej. Wraz z BNNT mógł natomiast dać upust gitarowemu żywiołowi hałasu, którym na przestrzeni wieloletniej kariery nauczył się operować w stopniu niemal mistrzowskim. Udział trzeciego muzyka sprawił, że Konrad Smoleński ze swoją specyficzną dwustrunową „bombotarą” przesunął się bardziej na pozycję basową, dając większą przestrzeń dla noise’ów Rychlickiego. Wszystko upinała motoryczna, twarda i bezlitosna perkusja Daniela Szweda. Muzyk grał z wręcz dingerowską energią, powściągliwością i precyzją, dzięki czemu BNNT+ zabrzmiało trochę jak mroczny, zły brat bliźniak Neu!. Przedstawienia dopełniał oczywiści charakterystyczny wizerunek sceniczny.

BNNT+Rychlicki3

Wyjątkowo magnetyczny, intensywny koncert. Ciężko porównywać BNNT a.d. 2016 z tym znanym z płyty „_ _”, która jednak dużo zawdzięczała wykorzystaniu różnorakich sampli i udziale gości. Niemniej występ na Placu Zabaw sugeruje, że na kolejnym, zapowiadanym na ten rok krążku, brzmienie będzie nieco mniej frywolne, a wybuchowe, noise’owe adhd, duet przekuje w bardziej rozbudowane, potężne, transowe struktury. Jakby mniej młotów pneumatycznych na rzecz ciężkich, acz rozpędzonych walców. Ale to tylko spekulacje. Natomiast jedno jest jak dla mnie pewne – drugi, regularny album BNNT będzie głośnym wydarzeniem. I już nie mogę się doczekać koncertów go promujących.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Piotr Kurek / LOTTO na Placu Zabaw

Piotr Kurek

Właściwie czekałem na te dwa koncerty od kiedy po raz pierwszy poznałem line-up tegorocznego Lado w Mieście. Niewielu jest w Polsce muzyków elektronicznych, których darzyłbym takim uznaniem i szacunkiem jak Piotra Kurka. Z dwóch powodów. Po pierwsze artysta nie zaliczył ani jednej skuchy wydawniczej, każda z jego płyt to przemyślana opowieść, immanentny świat dźwięków rządzący się własnymi prawami, obdarzony niezwykłym, trochę „baśniowym” klimatem. Po drugie – koncerty. Widziałem Kurka już wielokrotnie, na rozmaitych scenach, w wydaniu solo, z Piętnastką, dwukrotnie w towarzystwie Łukasza Rychlickiego (w tym raz z Pawłem Szpurą) i zawsze były to wyjątkowe wydarzenia muzyczne. Nie inaczej było na Placu Zabaw.

Przede wszystkim uznanie budzi wrażliwość z jaką artysta dostosował brzmienie i charakter koncertu do okoliczności miejsca i czasu. Kurek zastosował „slow power” w budowaniu onirycznej narracji, która rozlała się na nadwiślański bulwar w sposób nieinwazyjny, a jednak dojmujący. Strukturalna złożoność muzyki idzie tutaj w parze z dużym talentem i łatwością tworzenia subtelnych melodii, ewoluujących organowych polifonii. Dźwięki na poły futurystyczne, na poły old schoolowe, folkowe, zawieszone gdzieś pomiędzy. Kurek to „El Grande Hypnotizer”, elektroniczny kataryniarz, którego muzyka sprawia, że można się poczuć niczym tresowana małpka na sznurku psychodelicznego tripu. Świetny koncert, z całą pewnością jeden z lepszych podczas tegorocznej edycji Lado w Mieście. Mam nadzieję, że artysta niedługo przełamie wydawniczy impas pełnowymiarowym albumem, póki co pozostaje 7″ wydana w lutym w BDTA.

Z większością płyt muzyka można zapoznać się na bandcamp (niestety z wyjątkiem znakomitych „Innych Pieśni”). Instytut szanuje, więc propaguje:

Solo – https://piotrkurek.bandcamp.com/music

Piętnastka – https://pietnastka.bandcamp.com/

Suaves Figures – https://suavesfigures.bandcamp.com/album/nouveaux-gymnastes

————————————————————————-

LOTTO

Miałem cichą nadzieję, że Piotr Kurek wystąpi gościnnie z Lotto (nie byłoby w tym nic dziwnego zważywszy na wcześniejsze wspólne grania z Rychlickim i Szpurą), jednak tak się nie stało. Trochę szkoda, bo okazja była znakomita. Niemniej Lotto to skład samowystarczalny, fuzja trzech talentów i trzech różnych backgroundów, dzięki czemu trio gra  muzykę wymykającą się prostej kategoryzacji. Recenzując „Ask The Dust” (klik) stwierdziłem, że płyta – choć zdecydowanie udana – to nie wyczerpuje w pełni potencjału formacji, który najlepiej widać na koncertach. Cóż, mogę się ponownie podpisać pod tymi słowami. Na Placu Zabaw słychać było, że Lotto jest już muzycznie znacznie dalej niż na albumie (bandcamp). Przede wszystkim trio buduje na koncercie znacznie dłuższe formy. Panowie zaczęli od dynamicznego groove’u, z wyraźnie zarysowanym kontrabasem Mike’a Majkowskiego. Pod osłoną transowych repetycji znalazło się miejsce dla wielu drobnych niuansów gitarowych i perkusyjnych. Potem muzyka Lotto wyraźnie zwolniła, wyciszyła się, ale był to jedynie pretekst by na nowo cegiełka po cegiełce budować ścianę dźwięku. W obecnej odsłonie tria dużą rolę odgrywa rytm, a w zasadzie polirytmie, ponieważ nawet gitara Rychlickiego obok generowania ostrego jak brzytwa hałasu, operuje najczęściej w wyraźnych, choć często nieokrzesanych ramach rytmicznych. Muzyk z koncertu na koncert posługuje się noise’em w sposób coraz bardziej trafny i wyważony, nie unikając przy tym kontrastów i przejaskrawień. Kontrabas pełni rolę stabilnego i względnie oszczędnego ogniwa. Majkowski – w swoim stylu – skupia się bardziej na fakturze brzmienia instrumentu niż na technicznych popisach. Natomiast Paweł Szpura potwierdza, że jest jednym z bardziej kreatywnych i dynamicznych perkusistów. Otwarty, niedookreślony stylistycznie format Lotto doskonale pozwala mu na kanalizowanie energii i wyobraźni w najróżniejsze formy (to zresztą tyczy się wszystkich członków formacji). Mocny, szorstki, a przy tym stosunkowo minimalistyczny występ okazał się dobrym kontrastem dla marzycielskiej, ulotnej muzyki Kurka. Niemniej na Placu Zabaw można było doświadczyć dwóch strategii budowania dźwiękowego transu – podprogowej i bardziej brutalistycznej. Do wyboru, do koloru, co kto lubi. Efektem wieczór kompleksowy i wielce udany.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zebry a Mit / Bye Bye Butterfly na Placu Zabaw

Zebry a Mit

Tegoroczne Lado w Mieście, to w 90% prezentacja zespołów/artystów niezwiązanych bezpośrednio z warszawskim labelem. Znalazło się jednak miejsce dla kilku wyjątków i jednym z nich jest właśnie kwartet Zebry a Mit, pod wodzą trębacza Kamila Szuszkiewicza. Muzyka wydana na minidiscu, to trzecia premiera tego lata w Lado ABC (po „Beethovenie” Marcina Maseckiego i „Heroizmie Woli” Lomi Lomi), która doskonale wpisuje się w profil estetyczny warszawskiej oficyny.

Koncert na Placu Zabaw był bodaj pierwszym występem Zebry a Mit pod tą zagadkową nazwą. Nazwiska muzyków zaangażowanych w kwartet mocno podkręciły oczekiwania. Szczególne nadzieje rozbudził udział Huberta Zemlera, z którego pomocą Szuszkiewicz wydał w maju tego roku znakomitą, zwięzłą, liryczno-eksperymentalną kasetę „Istina” (bandcamp). Miałem po cichu nadzieję, że Zebry okażą się koncertową inkarnacją materiału z „Istiny”. Tak się nie stało, ale można powiedzieć, że kwartet do pewnego stopnia stanowi rozwinięcie pomysłów subtelnie sygnalizowanych na kasecie – mam tu na myśli zwłaszcza relację akustycznego instrumentarium i elektronicznej modulacji brzmienia.

Zebry a Mit 2

Główną wartością dodaną jest odrobinę post punkowy, kwadratowy groove na linii bas-perkusja. Zemler i Traczyk grają przeważnie twardo, prymitywistycznie, co nadaje muzyce przyjemnej, brudnej motoryki. Taki szkielet bardzo dobrze dopełniają kreatywne perkusjonalia Dąbrowskiego (blachy, piły, gongi, miski etc.), tworzące tło pełne sonorystycznych efektów specjalnych, atrakcyjne w sposób audio-wizualny. Nad całością unosi się trąbka Szuszkiewicza – oszczędna, głównie skupiona na kreśleniu wyrazistych melodii wchodzących w dialog z elektronicznymi pętlami (co przypomina trochę strategię Roba Mazurka w Chicago Underground). Ten dualizm, współistnienie żywego i przetworzonego syntetycznie brzmienia jest znacznie bardziej wyrazisty i czytelny na płycie, w formie koncertowej wymaga jeszcze dopracowania, chociaż jak na pierwszy występ i tak wyszedł muzykom całkiem nieźle. Zebry a Mit eksperymentują w sposób logiczny, wyważony i nieprzypadkowy. Jestem ciekaw rozwinięcia tej metody, bo ewidentnie ma potencjał – szczególnie w swoich bardziej dynamicznych, intensywnych, rytmicznych przejawach. Koncert (podobnie jak płytkę) zwieńczył „zmultiplikowany chór anielski”, muzycy puścili podkład i bez słowa zeszli ze sceny. Intrygująca coda, intrygujący występ.

 ————————————————————————————–

Bye Bye Butterfly

Nie bardzo byłem w stanie skupić się na Bye Bye Butterfly. Właściwie ciężko mi powiedzieć z czego to wynikało. Ola Bilińska, Daniel Pigoński i (gościnnie) Maciej Cieślak zagrali na dobrą sprawę przyzwoity, przyjemny koncert, ale jakoś nie potrafiłem go słuchać inaczej niż w charakterze tła. Dziwna sytuacja, bo teoretycznie pojawienie się na scenie lidera Ścianki powinno zadziałać jak bonus + 100 do charyzmy. Chociaż ostatnie przedsięwzięcia wydawnicze Bilińskiej (płyta z kołysankami w jidysz  „Berjozkele”) i Pigońskiego (drapieżny album Der Father) uważam za rzeczy bardzo udane i oryginalne, to w Bye Bye Butterfly jakoś nie potrafię dostrzec synergii, zespół brzmi aż nadto jednorodnie. Odrobinę większą różnorodność i niuanse w prowadzeniu narracji można usłyszeć na świeżo wydanym albumie formacji (bandcamp), jednak elementy wyraziste toną w rozwodnionej, pościelowej psychodelii. Po zapoznaniu się z całością ciężko rozróżnić poszczególne numery. Niemniej materiału słucha się przyjemnie, jest dobrze zrealizowany, ale nie zostaje w głowie na dłużej niż czas trwania płyty. Szkoda, bo osobom zamieszanym w „Do Come By” ciężko imputować deficyty talentów… Jeżeli przez takie realizacje Maciej Cieślak nie ma czasu na pracę nad nowym albumem Ścianki (solowym lub jakimkolwiek własnym), to ja tu widzę spore nieporozumienie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

T’ien Lai / Souvenir De Tanger na Placu Zabaw

Souvenir De TangerPod względem niepokojącego, elektronicznego klimatu, zahaczającego o brzmienia etniczne, był to prawdopodobnie najbardziej spójny wieczór koncertowy podczas tegorocznego Lado w Mieście. Zestawienie Souvenir De Tanger, czyli niezwykle obiecującego producenta czerpiącego z bliskowschodnich sampli, z obecną orientalno-ezoteryczno-klubową inkarnacją T’ien Lai, okazało się strzałem w dziesiątkę. Oba występy doskonale się uzupełniły.

Początek wieczoru należał do Wiktora Milczarka, artysty ukrywającego się pod szyldem Tangerskiej Pamiątki. Muzyk wszedł na scenę Placu Zabaw skąpaną w ostatnich promieniach zachodzącego słońca (a tego dnia mocno przygrzało…) i momentalnie wykreował zawiesistą ścianę dźwięku, na którą składały się początkowo niskie drone’y i gęste szumy. Po chwili z głośników zaczęły wylewać się również dalekie echa śpiewu muezina, zniekształcone dźwięki arabskich instrumentów – wszystko pod głośną, obezwładniającą falą pierwszego, noise’owego komponentu. Przysłowiową wisienką na torcie był bit. Milczarek ciął nim tę wschodnio-elektroniczną masę na porcje, dzięki czemu całość oddziaływała jeszcze silniej. Słuchanie tego brutalnego występu było jak wąchanie wypalanych przez Saddama Husajna pól naftowych, bądź oglądanie naturalistycznego dokumentu o dżihadzie. Muzyka Souvenir De Tanger jest mocno sugestywna i niesie ze sobą tego typu skojarzenia, a na żywo jeszcze bardziej zyskuje na sile, rozwija pomysły z płyt w sposób radykalny. Okoliczności przyrody również sprzyjały tej dusznej, agresywnej i jednolitej, linearnej wypowiedzi scenicznej. Gdy intensywność występu zaczęła mnie przerastać i powędrowałem w stronę baru, muzyka po chwili uległa wygaszeniu. Także timing niemal idealny. Rzadko kiedy elektronika potrafi mnie aż tak wciągnąć na koncercie. To dobrze wróży na przyszłość.

T'ien LaiOstatni raz widziałem T’ien Lai na żywo podczas występu, wtedy jeszcze duetu, w Pardon To Tu w połowie zeszłego roku (klik). Gdy wychodząc z Placu Zabaw przypomniałem sobie tamten koncert (swoją drogą bardzo ciekawy, bo połączony z występem duetu Jachna/Buhl) to ciężko mi było uwierzyć, że mam do czynienia z tym samym zespołem. T’ien Lai z płyty „Da’at”, to postapokaliptyczna, niepokojąca elektronika bazująca na radiowych samplach, przetworzonych gitarowych loopach, ekstatycznych drone’ach. Muzyka w dużej mierze linearna, o ambientowym potencjale. Tymczasem na Placu Zabaw pojawiło się czterech zamaskowanych jegomości, którzy zaprezentowali muzykę uber-rytmiczną z okolic etno-kosmik techno.

T’ien Lai to obecnie kwartet, którego jedynie połowa jest znana z imienia i nazwiska (Łukasz Jędrzejczak i Kuba Ziołek), dwaj pozostali członkowie wizualnie przypominają trochę duet BNNT przekwalifikowany na afrykańskie instrumenty perkusyjne (konga w roli głównej). To właśnie akustyczna sekcja rytmiczna wpływa obecnie najsilniej na brzmienie zespołu. Bębniarze przez około godzinny występ grali jak w transie, przeważnie bardzo szybki, gęsty, plemienny rytm (czasami okraszany uderzeniami w różnego rodzaju idiofony). Na tle motorycznych kong „oryginalne” T’ien Lai nawarstwiało psychodeliczne drone’y, a w dalszej części dorzuciło również elektroniczny bit. Efekt takiej mieszanki był podwójnie atrakcyjny. Po pierwsze pierwiastek performatywny powodował, że można się było poczuć jak podczas jakiegoś rytualnego obrządku – co potęgowały maski, dym i muzyk wychodzący z tamburynem w publiczność. Po drugie idealnie wyważony i skomponowany kontrast akustyczno-elektronicznego transu, który atakował na równi intelekt (pytanie: jak oni to robią?) i ciało (konstatacja: „nóżki nie oszukasz”). Zatem jeśli chodzi o T’ien Lai a.d. 2015, to można mówić nie tyle o ewolucji, co bardziej o rewolucji w podejściu do grania muzyki. I mówię tu o rewolucji zdecydowanie pozytywnej. Jeśli zespół zachowa dynamikę i swobodę rozwoju, to naprawdę nie mogę się doczekać kolejnych koncertów i płyt. Mam nadzieję, że najbliższa, nagrana jeszcze w duecie „Rotor Wołgograd”, ukaże się jak najprędzej, bo bardzo chętnie posłuchałbym już tej w wydaniu czteroosobowym. Tak czy inaczej, warto trzymać rękę na pulsie, bo T’ien Lai na Placu Zabaw zabrzmiało imponująco i obiecująco.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Innercity Ensemble na Placu Zabaw

Innercity7

Czas szybko leci, od ostatniego podwójnego albumu Innercity Ensemble minęło już półtora roku. Ten dystans słychać było podczas występu na Placu Zabaw, który stanowił swoistą rozgrzewkę formacji przed wyjazdem na Off Festival. Z Katowic – wedle kilku relacji – Panowie wrócili z tarczą, a nawet triumfalnie. Na podstawie warszawskiego koncertu nie jest trudno w te pogłoski uwierzyć.

Dla osób mających zacięcie encyklopedyczne pisanie o Innercity Ensemble to w 50-75% przytaczanie nazw zespołów, z których poszczególni muzycy się wywodzą. Nuda, ale znamienna. O tych zespołach słuchacze dysponujący elementarną wiedzą dotyczącą polskiej sceny niezależnej naczytali się już po stokroć. Dlaczego? Otóż dlatego, że tak zwana scena bydgosko-toruńska (okolice Milieu L’Acéphale) to w ostatnich latach prawdziwy fenomen. Członkowie Innercity rozsiani po rozmaitych składach, lub tworzący solo, przeżywają obecnie fantastyczny, twórczy okres. W zasadzie każdy spośród 7 muzyków kolektywu podpisał się ostatnio pod płytą bardzo dobrą (o kilku z nich można poczytać w aktualnym PopUp). Natomiast samo Innercity Ensemble to synergia – połączenie różnych artystycznych osobowości, skład demokratyczny, improwizujący i wyjątkowy w pejzażu polskich „big bandów”, ponieważ septet nie czerpie bezpośrednio z tradycji jazzowej – ona pojawia się niejako przy okazji bogactwa wszelkich pozostałych wpływów.

Innercity2

 Zespół – mimo dużej aktywności wszystkich muzyków na własnych polach – pozostaje na dobrą sprawę working bandem, dość regularnie jeżdżącym w trasy i wypuszczającym nowy materiał. Słuchając występu na Placu Zabaw można było odnieść wrażenie, że kolejny rozdział w karierze Innercity jest właśnie in statu nascendi.

Na narrację kolektywu głównie składa się mocno rozbudowana, czteroosobowa sekcja rytmiczna i to właśnie szeroko rozumiany „beat” był pierwszoplanowym bohaterem nadwiślańskiego koncertu. Rafał Iwański, Rafał Kołacki, Radek Dziubek i Tomek Popowski potrafią wspólnymi siłami wygenerować bardzo złożone polirytmie, które tworzą naturalne, gęste, lecz przyjazne środowisko dla hipnotycznych gitar Kuby Ziołka i Artura Maćkowiak. Na pozycji uprzywilejowanej znajduje się w zespole jedyny solista Wojciech Jachna, ponieważ trąbka ma do dyspozycji stosunkowo największy margines swobody. Niemniej Jachna korzysta z tej wolności w sposób subtelny i powściągliwy, dzięki czemu relacja tło/pierwszy plan pozostaje nieoczywista. Groove nieustannie ściera się z drobnymi niuansami brzmienia poszczególnych instrumentów (a jest ich na scenie multum) i elektroniki. Na dobrą sprawę mimo siedmioosobowego składu muzyka Innercity jest oszczędna, szalenie spójna, podporządkowana płynnym ewolucjom w budowaniu niezwykłej onirycznej atmosfery.

Jestem bardzo ciekaw kolejnego wydawniczego kroku formacji. Kolejne już doświadczenie koncertowe utwierdziło mnie w przekonaniu, że zespół dysponuje wciąż rosnącym potencjałem, który być może warto by było skrzyżować z udziałem jakichś „elementów zewnętrznych” na kolejnym krążku? Otwarta forma muzyki Innercity Ensemble wydaje mi się wprost stworzona do artystycznej absorpcji gości. Myślę, że w Polsce (i nie tylko) nie zabrakłoby chętnych do zagrania z jednym z najciekawszych big bandów w tym kraju – wejścia do wspólnej piaskownicy na muzycznym placu zabaw.

Krzysztof Wójcik (((ii)))