Szuflado otwórz się! Nowy PopUp #48 (garść recenzji i wywiadów)

PopUp #48

Sporo nam to zajęło, ale w końcu jest! Nowy, 48 numer PopUpMusic – czyli „niezależnego magazynu internetowego poświęconego muzyce”. Przy dobrej koniunkcji planet, jeszcze w tym roku będziemy świętować 50 wydań, złote gody! Od numeru 47 minęła dłuższa chwila, wystarczająca by na świecie mogło się począć i pojawić kilku potencjalnych przyszłych czytelników PopUp… Przez ten okres nie siedzieliśmy jednak bezczynnie – oprócz systematycznie aktualizowanych relacji z koncertów i festiwali, zaczęliśmy prowadzić regularną audycję w RadioJazz.fm (czwartki godzina 23).

9 miesięcy to w muzyce szmat czasu, który swoją drogą najlepiej weryfikuje kolejne pozycje wydawnicze. Taka przerwa zmusza do syntezowania i pogłębionej selekcji materiału. W związku z tym aktualny numer stoi jedną nogą (no może tylko piętą) w roku 2015 i znajdziecie w nim nie mało recenzji albumów z okresu, gdy teoretycznie taki David Bowie mógł jeszcze tej muzyki posłuchać. Niemniej w przeważającej części poświęcamy uwagę płytom z roku bieżącego, który jak dotąd – w mojej prywatnej opinii – trzyma bardzo dobry poziom.

Zapraszam rzecz jasna do czytania całości. Od siebie dorzuciłem 21 recenzji i 3 wywiady. Wszystkiego miało być więcej (i wcześniej), ale jak głosi starożytna maksyma – lepiej mniej.  A poniżej tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam materiał, w którego przygotowaniu maczałem palce.

Wywiady:

@ ŁUKASZ KACPERCZYK

@ KAMIL SZUSZKIEWICZ

@ WACŁAW ZIMPEL

———————————————-

Recenzje:

@ „A” Trio & Alan Bishop – „Burj Al Imam”

cms_A Trio & Alan Bishop - Burj Al Imam

@ Anenon – „Petrol”

cms_Anenon - Petrol

@ Artur Majewski – „Unimaginable Game”

cms_Artur Majewski - Unimaginable Game

@ Bachorze – „Okoły gnębione wiatrem”

cms_Bachorze - Okoły Gnębione Wiatrem

@ David Bowie – „Blackstar”

cms_David Bowie - Blackstar

@ Flora Quartet – „Muzikka Organikka”

cms_Flora Quartet - Muzikka Organikka

@ Heroiny – „Ach-Och”

cms_Heroiny - Ach-Och

@ Iggy Pop – „Post Pop Depression”

cms_Iggy Pop - Post Pop Depression

@ Kamil Szuszkiewicz – „Robot Czarek”

cms_Kamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

@ Kolega Doriana – „Kolega Doriana”

cms_Kolega Doriana

@ Lotto – „Elite Feline”

cms_Lotto - Elite Feline

@ Mikołaj Trzaska – „Delta Tree”

okladka_delta_free_grzbiet_druk_q

@ Modular String Trio – „Part of the Process”

cms_Modular String trio - Part of The Process

@ Mutant Goat – „Yonder”

Mutant Goat - Yonder

@ Nagrobki – „Stan Prac”

cms_Nagrobki - Stan Prac

@ Olgierd Dokalski – „Mirza Tarak”

Basic RGB

@ Paper Cuts – „Divorce Material”

cms_Paper Cuts - Divorce Material

@ Saagara – „Saagara”

cms_Saagara

@ Sefff – „Coats”

Sefff - Coats

@ Ścianka – „Niezwyciężony”

cms_Ścianka - Niezwyciężony

@ Travis Laplante & Peter Evans – „Secret Meeting”

cms_Travis Laplante & Peter Evans - Secret Meeting

—————————————–

Życzę miłego czytania, słuchania i mam nadzieję, że doczekacie się kolejnej porcji tekstów od autorów PopUp jeszcze przed końcem wakacji.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Czarna Muzyka w natarciu / Flying Lotus „You’re Dead!”

Dawno nie było tak dobrego czasu dla tzw. Czarnej Muzyki. Na przestrzeni ostatnich miesięcy ukazał się szereg albumów, które zatrzęsły światową krytyką muzyczną. Wszystkie zostały nagrane przez Czarnych Amerykanów, wszystkie mocno odwołują się do gatunków korzennych. „Zaczęło się” w październiku zeszłego roku, kiedy to Steven Elisson, znany powszechnie jako Flying Lotus, wypuścił w świat swój piąty album „You’re Dead!„, który bez dużej przesady można nazwać współczesnym, postmodernistycznym hołdem dla jazzowej tradycji. Lotus połączył ją z rapem, instrumentalnym hip hopem, soulem, psychodeliczną elektroniką, całym kalejdoskopem czarnych brzmień. Na dodatek producent upiął wydawnictwo na poły filozoficznym konceptem – „You’re Dead!” to osobiste rozważania zogniskowane wokół śmierci.

to-pimp-a-butterfly

W singlowym „Never Catch Me” swojego talentu użyczył Elissonowi bodaj najciekawszy obecnie młody amerykański raper Kendrick Lamar. 28 letni artysta to fenomen zarówno estetyczny, jak i popkulturowy, u którego jakość muzyki idzie w parze z inteligentnym, zaangażowanym i erudycyjnym przekazem (oraz fenomenalnym flow). Kilka miesięcy temu ukazał się trzeci oficjalny album Lamara „To Pimp a Butterfly„, który właściwie w momencie wydania okrzyknięty został arcydziełem hip hopu. Raper podobnie jak FlyLo sięga na krążku po klasyczne czarne brzmienia – jazz, soul, r’n’b, funk, blues i prezentuje je w formie spektakularnego, na wskroś współczesnego hiphopowego kolażu. Niewątpliwy sukces artystyczny pociągnął za sobą komercyjny triumf. Notabene na albumie w otwierającym utworze wspomaga Lamara pierwszy bohater tego tekstu – Flying Lotus, a w kilku innych znakomity basista i wokalista Thundercat. Dobrą, pogłębioną recenzję płyty na łamach Dwutygodnik.pl napisał Jan Błaszczak, ciekawie też odniósł się do tematu Bartek Chaciński, przy okazji oceniając krążek na 10/10 (klik). Z kolei redakcja Screenagers pokusiła się o rozebranie albumu na czynniki pierwsze (klik).

71PTPmnrguL._SL1398_

„To Pimp A Butterfly” jest dziełem zaangażowanym, poświęconym w dużej mierze problemom czarnej społeczności w Stanach Zjednoczonych, które w ostatnich miesiącach zostały mocno nagłośnione, trochę na przekór sławnemu hymnowi Gila Scott-Herona „The Revolution Will Not Be Televised”. W napiętej atmosferze, której katalizatorem były wydarzenia z Ferguson, czarni muzycy zaczęli zajmować stanowisko. Pod sam koniec 2014 roku nagle, bez większych zapowiedzi ukazuje się album „Black MessiahD’Angelo, czyli „boga współczesnego soulu”, namaszczonego już przy okazji pierwszych wydawnictw na następce Marvina Gaye’a. Wydanie krążka zostało przyspieszone o kilka tygodni właśnie ze względu na gorącą sytuację wokół amerykańskiej black community. Płyta okazała się powrotem triumfalnym. Ciekawie o albumie i społeczno-politycznym kontekście pisze na Dwutygodnik.pl Jakub Wencel (klik).

Kamasi-Washington-The-Epic-560x560

Z kolei na płaszczyźnie czarnej muzyki jazzowej w ostatnich miesiącach wyrasta nowa wielka gwiazda – Kamasi Washington, muzyk skądinąd związany z wytwórnią Brainfeeder Flying Lotusa. Jak to zwykle bywa w przypadku nagłych eksplozji popularności, trzeba na sprawę patrzeć z dużym przymrużeniem oka. Czas pokarze, czy saksofonista rzeczywiście jest artystą wielkiego formatu czy jedynie sezonową sensacją. Póki co pewne jest, że potrafi nagrywać opasłe, patetyczne płyty, które są w stanie dotrzeć do krytyki często niekoniecznie na jazz zorientowanej i zasiać wśród niej ferment. Płyta „The Epic” to ponad trzy godziny muzyki rozpisanej na duży skład i silnie inspirowanej jazzem lat 60/70 (wnikliwą recenzję krążka napisał na łamach Screenagers.pl Michał Pudło, a w bardziej entuzjastycznych tonach wypowiedział się o niej Bartek Chaciński). Warto dodać, że Washington pojawił się zarówno na „You’re Dead!” FlyLo, jak i na „To Pimp A Butterfly” Lamara jako muzyk sesyjny.

Rzut oka na powyższe zestawienie (i teksty, do których odsyłam) pozwala wysnuć teorię, że faktycznie „coś się dzieje”. Na nowo zaognione napięcie na linii biali-czarni w USA po raz kolejny (w perspektywie stosunkowo krótkich dziejów Stanów Zjednoczonych) owocuje muzyką, obok której ciężko przejść obojętnie.

Poniżej wklejam moją niepublikowaną recenzję ostatniej, zeszłorocznej płyty Flying Lotusa, którą napisałem dosłownie w dniu wydania albumu (co skutkuje wszystkimi plusami i minusami strategii pisania w porywie chwili). Niemniej słuchając „You’re Dead!” dzisiaj, moja opinia specjalnie nie uległa zmianie. Poza tym w kontekście zbliżających się koncertów artysty w Warszawie warto opróżnić szufladę.

——————————————————————————————————

Flying Lotus – „You’re Dead!”

Flying_Lotus_Youre_Dead

Od poprzedniego albumu kalifornijskiego producenta pt. „Until The Quiet Comes” minęły dwa lata i ten czas jest na „You’re Dead!” słyszalny od pierwszych dźwięków – Flying Lotus jest już w innym sonicznym uniwersum. Tegoroczne wydawnictwo przynosi muzykę mocno, choć nie sztywno, zakorzenioną w fusion przełomu lat 60 i 70. Można śmiało powiedzieć, że „You’re Dead!” jest najbardziej jazzowo brzmiącą płytą Flying Lotusa, jakkolwiek już wcześniejsze krążki zdradzały podobne fascynacje – przykładowo album „Cosmogramma” sam artysta postrzegał jako własną wersję jazzowej improwizacji. Podczas gdy wydawnictwo z 2010 roku było w tej inspiracji mniej oczywiste, „You’re Dead!” brzmi jak czytelny statement. W dalszym ciągu jest to jednak jazz w autorskiej, na wskroś oryginalnej wersji Flying Lotusa: otwarty na hip hopowy beat, rap, soulowe wokalizy, rozbujany funk, groove i całe mnóstwo innych wpływów.

Tegoroczna płyta broni się przede wszystkim jako wydawnictwo niezwykle koherentne. Krążek niepozbawiony jest kompozycji bardziej agresywnych (głównie ze względu na rap), jednak bez zbytniej przesady można określić go najbardziej subtelnym i marzycielskim w całej dyskografii Elissona. Muzykę na albumie spaja tematyczny wątek przewodni – „You’re Dead!” to próba zmierzenia się z zagadnieniami ostatecznymi, jest muzyczną wizją tego, co pośmiertne, mocno osadzoną w autobiograficznych doświadczeniach. Ambitny zamysł został zrealizowany przez Flying Lotusa z ogromnym wyczuciem i precyzją, dzięki której artysta wymyka się pretensjonalności grożącej tego typu projektom i z powodzeniem staje w szranki z klasykami metafizycznego, kosmicznego jazzu, takimi jak Alice Coltrane, czy Sun Ra. Podobnie jak wcześniejsze płyty Amerykanina „You’re Dead!” utkane zostało z kilkunastu producenckich miniatur, w których diabeł tkwi w szczegółach, w głębi brzmienia, dużej wrażliwości na melodię, rytmicznej wyobraźni i intuicji w dobieraniu współpracowników. Album jawi się jako jedna, złożona i różnorodna kompozycja o płynnej narracji i linearnie rozwijanej dramaturgii. Muzyka Flying Lotusa w dalszym ciągu ma w sobie niesłychany ilustracyjny potencjał, który poprzez bardzo organiczne brzmienie jest na „You’re Dead!” przyswajalny w większym stopniu niż na wcześniejszych albumach. Głębia i bogactwo dźwięku żywych instrumentów świetnie sprawdza się w połączeniu z energetycznym rapem, onirycznym damskim śpiewem (końcówka „Turtles” brzmi niczym ukłon w stronę kołysanki Komedy z Dziecka Rosemary), czy paranoicznym wokalem Thundercata, lub samego Elissona, ukrywającego się pod alter ego Captain Murphy. Gościnny udział gwiazd takich jak Herbie Hancock, Kendrick Lamar, czy Snoop Dogg nie przytłacza wydawnictwa – każdy z artystów wpisany został w konsekwentnie rozwijającą się strukturę albumu i nie wybija się ponad wysoki poziom całości.

Ciężko powiedzieć jak „You’re Dead!” zniesie próbę czasu, jednak z dzisiejszej perspektywy mam wrażenie, że jest to po prostu najlepsza muzyka, jaką Steven Elisson mógł się podzielić ze słuchaczami w 2014 roku. Estetyka Flying Lotusa bardzo ciekawie wyewoluowała z psychodelicznego, eksperymentalnego hip hopu w coś, co można nazwać elektronicznym jazzem, muzyką wielobarwną, nieustannie podważającą sztywność gatunkowych granic. Na „You’re Dead!” Elisson brzmi lekko, swobodnie i pewnie, jakby znalazł wreszcie swój własny, autonomiczny język, którym z powodzeniem opowiada historię o dotychczas największym ciężarze gatunkowym jeśli chodzi o tematykę. Pasjonująca płyta spowita zarówno klasyczną, jak i skrajnie futurystyczną aurą.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Muzyczne podsumowanie a.d.2014, którego miało nie być

20141231_122904

0.1: Kluby, koncerty

Z perspektywy Rady Instytutu Improwizacji scena warszawska ulokowana jest najbliżej serca. W ostatnich miesiącach zaszło kilka ciekawych fluktuacji w tej materii. W pierwszej połowie roku zamknęło się niezwykle zasłużone Powiększenie, czy aspirujące do ciekawej, kameralnej przestrzeni koncertowej Nie Zawsze Musi Być Chaos, również Kosmos Kosmos, co prawda w ostatnich miesiącach działania świecący pustkami, lecz niekiedy pozytywnie zaskakujący. Cafe Kulturalna dość mocno wyhamowała i organizując koncerty jedynie od czasu do czasu… Niepodważalną dominację Pardon To Tu balansowała jedynie przez około dwa miesiące jubileuszowa edycja LADO w mieście. I gdy koniec lata nie zapowiadał optymistycznej koncertowej jesieni, nagle w stołecznym pejzażu pojawiły się takie miejsca jak Mózg Powszechny i Dwa Osiem.

Pierwszy klub to warszawska filia bydgoskiego, kultowego, dwudziestoletniego już matecznika, która zaatakowała lokalną scenę bogatym i ambitnym programem artystycznym. Warszawa zyskała swoją muzyczną Małą Bydgoszcz, czyli namiastkę miasta nazywanego Małym Berlinem, czy nawet Polskim Amsterdamem… Zatem nie jest źle. Udało mi się do tej pory uczestniczyć w kilku wydarzeniach warszawskiego Mózgu i mam dojmujące przekonanie, że takie miejsce jest w Warszawie potrzebne. Nawet jeśli klub w dalszym ciągu dopiero aklimatyzuje się w stołecznej tkance muzycznej, to jestem przekonany, że już niedługo za sprawą konsekwentnego programu wykształci własną publiczność.

Drugie miejsce, rzut beretem od Mózgu, ulokowane przy Zamoyskiego 26a, to feniks z popiołów po Powiększeniu. Dwa Osiem pod koniec roku zgotowało warszawskiej publiczności mocarny program goszcząc m.in. Ściankę, Kristen, czy The Kurws oraz udzielając przestrzeni pod wyjątkowy festiwal Playback Play. Bliskie sąsiedztwo Mózgu, czyni z okolicy silne „zagłębie klubowe”, z którym równać się może chyba jedynie kumulacja miejsc przy ulicy 11 Listopada.

Chmury w 2014 roku zapamiętam przede wszystkim jako scenę otwartą na młodych warszawskich improwizatorów, a to za sprawą działalności Warsaw Improvisers Orchestra, inicjatywy, która spektakularnie zakończyła rok na deskach Pardon To Tu. Natomiast w Hydrozagadce miałem okazję zobaczyć znakomity koncert Innercity Ensemble, zespołu, który chyba najczęściej gości w końcoworocznych muzycznych podsumowaniach (i to nie tylko w Polsce).

O Pardon To Tu w tym roku pisałem zdecydowanie najczęściej, ponieważ program właśnie tego klubu z największą regularnością wabił mnie w swe progi. Fenomen miejsca przy pl. Grzybowskim zauważają już najbardziej prominentni muzycy światowej sceny impro – Vandermark, Gustafsson, Brötzmann, Mazurek, McPhee, Ribot, Evans… Lista jest naprawdę bardzo długa. Dziś występowanie w Pardon To Tu to zaszczyt, prestiż, a zarazem sytuacja wymagająca, ponieważ klub doczekał się własnej publiczności, która nie jedno już uchem łapała. Obok ściągania gwiazd zagranicznych, niekiedy grających w ogóle po raz pierwszy w naszym kraju, klub nie zapomina o scenie lokalnej i najciekawszych polskich projektach. Trzy koncerty (spośród całej masy bardzo dobrych), które zapamiętałem jako te szczególne: Peter Evans solo, Colin Stetson i trio Trzaska/Harnik/Brandlmayr.

Po lewej stronie Wisły nie można też zapomnieć o Eufemii, gdzie w kameralnej atmosferze prezentowane są niekiedy rzeczy absolutnie zjawiskowe – dla mnie takimi koncertami były występy Pola, The Kurws i Jacka Mazurkiewicza. Klub ponadto otwarty jest na jedną z ciekawszych warszawskich inicjatyw muzycznych, czyli na Impro-mitingi, swoistą kuźnię talentów i warsztat pracy dla wielu interesujących, choć często (jak dotąd) mniej znanych artystów. Podobne funkcje, choć w inny sposób spełnia Warsaw Improvisers Orchestra.

Z rzadka koncertami przyciągała niestety Cafe Kulturalna (po prostu było ich mało, nie licząc Lado w mieście). Mam nadzieję, że klub zwiększy aktywność, bo na przykład taka Ścianka kapitalnie wypadła w stylowym wnętrzu z zeszłej epoki.

Jeśli rok 2015 utrzyma klubowe status quo z grudnia 2014, to nie będę narzekał, ale niewykluczone, że za rok o tej porze rozkład kart będzie zupełnie inny. Chociaż gwiazdy zapowiadają bardziej drastyczne zmiany dopiero gdy Księżyc wejdzie w Raka, a nad Ziemią w koniunkcji z Saturnem przeleci kometa… Jednym słowem w warszawskiej klubosferze nic nie jest pewne i lepiej chodzić na koncerty póki jeszcze są ludzie, którzy mają zapał, pomysły i energię do ich organizacji. Szczęśliwie jest ich w Warszawie jeszcze trochę.

0.2: Płyty polskie

20141231_124404

O płytach piszę regularnie na PopUpMusic, portalu który cenię między innymi za to, że nie przypisuje krążkom cyferek, gwiazdek, czy uśmiechniętych słoneczek, finalnie zwalniających odbiorcę od wchodzenia w recenzenckie meandry, a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Ale wpisując się już w konwencję podsumowań… To był udany rok dla polskiej muzyki niezależnej i wiele płyt mnie zaintrygowało. Oto wierzchołek pagórka, ale płaski, bez podium, kolejność absolutnie przypadkowa:

Pole – „Radom” (dźwięk)

Pole - Radom

Msza Święta w Altonie – „Bezkrólewie” (dźwięk)

MŚWA - Bezkrólewie

The Kurws – „Wszystko Co Stałe Rozpływa Się W Powietrzu” (dźwięk)

The Kurws - Wszystko co stałe...

Sroczyński/Pospieszalski – „Bareness” (dźwięk)

Sroczyski_Pospieszalski - Bareness

Der Father – „Wake Up” (dźwięk)

Der Father - Wake Up

Innercity Ensemble – „II” (dźwięk)

Innercity Ensemble - II

Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves” (dźwięk)

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Lotto – „Ask The Dust” (dźwięk)

LOTTO - Ask The Dust

3FoNIA – „Chosen Poems” (dźwięk)

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers(dźwięk)

Trzaska-Mazur-Pandi_Tar&Feathers

Scott Stain – „Catnip” (dźwięk)

Scott Stain - Catnip

—————

Post scriptum:

Jacaszek & Kwartludium – „Catalogue des Arbres” (dźwięk)

Jacaszek

—————–

[linki pod płytami prowadzą do recenzji, które już popełniłem; część płyt bez linku doczeka się opracowania w najbliższym miesiącu]

Wielu rzeczy z tego roku jeszcze nie słuchałem, wiele też z pewnością umknęło mojej uwadze, ale tak czy inaczej powyższe pozycje mogę polecić z czystym sumieniem. Przyklejam znaczek jakości „Instytut Improwizacji highly recommend”.

0.3: Inne

-> Jak powszechnie jest głoszone, to był rok reaktywacji ogólnie pojętego dziennikarstwa muzycznego. Szczególnie w formie tradycyjnej, to znaczy papierowej. Bez wątpienia pozytywnym zjawiskiem jest powstanie takich periodyków jak M/I Magazyn, czy Noise Magazine. Oprócz tego swoją pracę zintensyfikowało Glissando, a przy okazji zaczęło systematycznie udostępniać za darmo w formie cyfrowej numery archiwalne, teksty zdecydowanie godne polecenia.

-> 10 lat istnienia świętowało Lado ABC organizując imponujący cykl letnich koncertów. Artyści związani z wytwórnią mieli z okazji jubileuszu możliwość zaprezentowania się w TVP Kultura i gdy wszystko zaczęło się rozkręcać wszedł Wodecki… To bez wątpienia jedna z silniejszych marek na polskiej scenie, co brzmiałoby banalnie gdyby nie płyty, które swą jakością potwierdzają wyjątkowy status Lado w pejzażu polskiej muzyki niezależnej.

-> Targi Wydawnictw Niezależnych Wytwórni

-> Na muzykę zaczynają otwierać się państwowe instytucje kultury. Wyróżnić można tutaj przede wszystkim CSW Zamek Ujazdowski (program Strefa, festiwal Ad Libitum, koncerty zewnętrzne jak np. Thurston Moore, organizowany z Powiększeniem), ale też Muzeum Sztuki Nowoczesnej z cyklem „Co słychać”, Zachętę z przeglądem artystów wizualnych tworzących ogólnie pojęte dźwięki. Również warto wyróżnić świeżo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, którego misję widziałbym w analizowaniu zjawiska jakim jest tzw. Nowa Muzyka Żydowska. W dalszym ciągu jednak muzea otwarte są głównie na sztukę wizualną, czym same sobie szkodzą. Wszak nie tylko „sound art” jest formą sztuki korzystającej z dźwięków, jakkolwiek artefakty z dopiskiem „art” lepiej się sprzedają i mają większy potencjał snobistyczny.

-> Dla mnie ten rok był też ważny z dość prozaicznego względu. Z początkiem maja powołałem do życia niniejszy Instytut Improwizacji (jedyny w Polsce!) i udało mi się dorzucić swoją garść kilkudziesięciu tekstów do garnuszka krytyki, skupiając się głównie na zjawiskach aktualnych i lokalnych. Korzystając z okazji dziękuję wszystkim czytelnikom za uwagę poświęconą niniejszemu adresowi.

Podsumowanie Podsumowania

20141103_140932

Ogólnie rzecz ujmując pisanie końcoworocznych muzycznych bilansów wydaje mi się czynnością dość groteskową, którą ciężko mi z perspektywy czytającego odbierać na poważnie, nie mówiąc już o sytuacji osoby piszącej. Dlatego tego wpisu właściwie miało nie być. Przykład myślenia dziecięcego: „a teraz uszereguję moje zabawki w kolejności od najukochańszej do najmniej ukochańszej, każda dostanie odpowiednią cyferkę i miejsce w szeregu, a te schowane do szafy będą płakać i tulić w rozpaczy pokiereszowane pluszowe serca”. Najbardziej brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne. Zapewne wiadomo o czym mowa, nawet bez Romana Ingardena (wspomniany onanizm przemyconej erudycji, czy zbłąkany osad nauki akademickiej?). Co by powiedział Roland Barthes? Subwersja, transgresja, wspólnoty interpretacyjne, dyskursy, dialektyka, post-pseudo-intelektualizm, frenetyczna hauntologia, nagrania terenowe, sound art., postmodernistyczny bricolage, ironiczna zabawa ironią, kasety, sonorystyka, fajerwerki!?

Ciekawą rzeczą byłaby meta-analiza różnych podsumowań. To dopiero pomysł na podsumowanie! Może w przyszłym roku…

Krzysztof Wójcik (((ii)))