Kwintet: RED Trio, Gerard Lebik i Piotr Damasiewicz w CSW Zamek Ujazdowski

redtrio+1

Uwertura

RED Trio to światowa czołówka jeśli chodzi o tzw. working bandy. Portugalski skład obok nowoczesnego, demokratycznego podejścia do grania free, słynie również z tego, że świetnie wchodzi w reakcję z innym muzycznymi podmiotami. Dotychczas byli to chociażby tak charakterystyczni artyści jak John Butcher czy Nate Wooley. Tym razem lizbońskie trio połączyło siły ze znakomitymi przedstawicielami wrocławskiego impro – Piotrem Damasiewiczem i Gerardem Lebikiem. Tak zmontowany kwintet właśnie wydał winyl (i niestety tylko winyl) „Mineral” w Bocian Records, a występ w CSW stanowił część trasy promującej LP.

Ostatnio miałem przyjemność recenzować album, na którym to właśnie polscy muzycy inkorporowali do składu perkusistę RED Trio, Gabriela Ferrandiniego. Mam tutaj na myśli projekt veNN circles (znów Bocian). Płyta prezentowała zestaw szalenie intrygujących dźwięków o nieidiomatycznej proweniencji. Improwizacja prowadziła muzyków w rejony futurystyczne, w czym duża zasługa Lebika, który na rzecz veNN circles odwiesił saksofon na ścianę i skupił się na generowaniu bardzo wyważonych noise’ów. W Laboratorium CSW rozszerzone portugalsko-polskie combo zagrało koncert w 100% akustyczny i z całą pewnością był to najbardziej ognisty, a zarazem nieoczywisty free jazz, jaki miałem okazję słuchać w ostatnich miesiącach.

 

Rozwinięcie

Ciężko mi postrzegać ten skład jako „trio +”, ponieważ to właśnie momenty kolektywnej gry, muzycznego zazębiania się „reprezentacji narodowych” były najbardziej spektakularne i stąd też tytuł niniejszego tekstu. Miałem wrażenie, że słucham składu w pełni demokratycznego i zgranego, bez podziału na gości i zespół. Można powiedzieć, że publiczność zetknęła się z klasycznym jazzowym kwintetem (trąbka, saksofon, fortepian, kontrabas i perkusja) jednak to właśnie podejście odbiegające od konwencji zaważyło na mojej wysokiej ocenie przedsięwzięcia.

20150307_202314

Koncert miał przyjemnie oldschoolową strukturę z podziałem na partie solowe dęciaków, podczas których drugi muzyk odchodził poza scenę przejść się, napić wody, popatrzeć z dystansu na grę kolegów by dołączyć w najbardziej adekwatnym momencie. Co prawda zdarzały się chwile, kiedy RED Trio samodzielnie gospodarowało muzyczną czasoprzestrzenią, ale to właśnie interakcje z saksofonem i trąbką uważam za najjaśniejsze punkty programu, o których śmiało można mówić w kategoriach synergii. Być może stało się tak dlatego, że Lebik z Damasiewiczem nie wychylali się nadto na pierwszy plan i nie epatowali solówkową woltyżerką. Dobrze było to słychać w partiach Lebika, które imponowały natężeniem i intensywnością, a przy tym nie brzmiały jakby saksofonista dążył do zagrania jak największej liczby dźwięków na sekundę. Często były to frazy bardziej jednostajne, w których moim zdaniem objawił się elektroniczny background i wrażliwość na drobne niuanse i modulacje brzmienia. Damasiewicz natomiast interesująco eksplorował rytmiczne możliwości trąbki. Szczególnie ciekawe frazy tworzył wykorzystując tłumik oraz eksperymentując z różnymi rodzajami zadęcia. Jednocześnie w jego grze słychać było duży zmysł melodyczny kryjący się pod bardziej sonorystycznymi partiami. Sama współpraca na linii trąbka-saksofon przebiegała naturalnie, wręcz organicznie, jednak nie ma się czemu dziwić – panowie grają od lat w całym szeregu projektów, a obecnie stanowią jeden z bardziej interesujących improwizatorskich tandemów wykorzystujących akurat te instrumenty. Wzajemną chemię Damasiewicza i Lebika było już dobrze słychać na materiale „Mnemotaksja”, jednak koncert w CSW pokazał jak mocno od czasu nagrania tamtej płyty (2008 rok) rozwinęło się podejście artystów do języka improwizacji.

Damasiewicz_Lebik2

RED Trio było dla polskich muzyków potężnym silnikiem, mechanizmem działającym tak dobrze jako jeden organizm, że trudno mi rozpatrywać grę poszczególnych członków. Chociaż gra całego kwintetu porażała intensywnością i energią, to paradoksalnie chyba największe wrażenie zrobiły na mnie momenty „napiętych wyciszeń”, z których artyści powoli tworzyli wielowątkowe, zaskakujące mikro i makro struktury. Wówczas też można było zaobserwować jak wiele w tej muzyce intelektualnej precyzji, wyważonego i odważnego operowania formą free. Jakkolwiek absurdalnie nie brzmiałaby zbitka „forma free”. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że podobny koncert mogli zagrać tylko muzycy najwyższej klasy, samoświadomi własnych artystycznych możliwości, a także plusów wynikających z trzymania ich na wodzy. Występ domknął jeden bis, któremu początkowo byłem nieprzychylny, ponieważ przy okazji podobnych doświadczeń muzycznych wolę uczucie niedosytu, jednak zespołowi nieźle udało się wkomponować dogrywkę w całość narracji. I w sumie nawet klaskałem dla tego bisu, przyznam się bez bicia.

redtrio+uklony

Epilog

Ilekroć zdarza mi się odwiedzić salę Laboratorium CSW boleję nad tym, że przestrzeń stosunkowo rzadko wykorzystywana jest na potrzeby koncertów. Znakomite warunki akustyczne w idealnym świecie choć raz w tygodniu powinny nasiąkać muzyką. Szczęśliwie w najbliższym czasie w Sali im. Wojciecha Krukowskiego zabrzmi jeszcze szereg interesujących projektów, a pierwsze z nich już w piątek i sobotę. Jeśli utrzymując wysoką artystyczną jakość wydarzeń, CSW zwiększyłoby częstotliwość ich prezentowania, to z całą pewnością Laboratorium stałoby się jednym z najważniejszych adresów na muzycznej mapie Warszawy. Póki co jest raczej „rzadko, ale mocno”, a w związku z tym również nobilitująco. I być może taka strategia też ma swój sens, a ten epilog jest tylko „niepotrzebnym klaskaniem na bis” po świetnym występie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć

Reklamy