11 Mózg Festival: The Love And Beauty Seekers / Roscoe Mitchell + Jerzy Mazzoll, Sławek Janicki, Qba Janicki

Grzegorz Pleszyński - "Kreatywność"

Już druga edycja międzynarodowego festiwalu klubu Mózg odbywa się równolegle w Warszawie i Bydgoszczy. Tegoroczna inauguracja w Teatrze Powszechnym miała charakter odrobinę bardziej kameralny niż przed rokiem (klik), co jest jednak zrozumiałe – wówczas festiwal był także symbolicznym rozpoczęciem funkcjonowania klubu w Warszawie. Zmniejszyła się również liczba wykonawców – nie licząc występów Grupy Fluxus na małej scenie Powszechnego zabrzmiały zaledwie 2 koncerty (rok temu bodaj 5). Czyli nie było przesytu. Zmiana zdecydowanie na plus tyczy się również tegorocznej „dyscypliny czasowej”. W 2014 całość skończyła się z potężną obsuwą mocno po 2 w nocy – tym razem każdy kolejny punkt wieczoru rozpoczynał się niemalże z zegarkiem w ręku. Jednym słowem organizatorzy odrobili lekcję na 5.

Szczerze mówiąc zaskoczyła mnie trochę frekwencja. Była co prawda przyzwoita, ale spodziewałbym się znacznie większych tłumów. Roscoe Mitchell to nie jest grajek, który wyleciał sroce spod ogona, tylko żywa legenda awangardowego jazzu, który – jak chcę wierzyć – cieszy się w Warszawie relatywnie dużą popularnością. Cóż, jeśli o wydarzeniu nie informowały w internecie serwisy teoretycznie do tego powołane – „pierwsza strona jazzu”, ludzie „bezgranicznie jazzowi”, nie wspominając już o  „European Jazz Magazine” – to nie ma się czemu dziwić. Zdaje się, że jedynie JazzPress wyłamał się z internetowej „zmowy milczenia”. Ciężko mi uwierzyć, że przedstawiciele tych mediów nie zarejestrowali tego wydarzenia, że im „umknęło”. Szkoda tylko, że stracili na tym odbiorcy, którzy mogli przez to zwyczajnie przegapić Mitchella. Ech… Mamy kolejne potwierdzenie, że niniejszy skromny portal jest potrzebny.

Fluxus

Ale wróćmy do samego festiwalu. Inauguracja w Powszechnym mocno zaznaczyła, że Mózg Fest. jest nie tylko wydarzeniem muzycznym. Od 18 do 21 swój czas mieli przedstawiciele Grupy Fluxus (Ann Noel, Ben Patterson, Eric Andersen) pod polską kuratelą Grzegorza Pleszyńskiego. Fluxusowcy zaprezentowali serię działań performatywnych silnie nastawionych na aktywny udział publiczności. Osobiście obserwowałem pierwsze i ostatnie wydarzenie w ramach tego bloku festiwalu – masowanie (do wyboru) uszu, stóp i dłoni, do którego publiczność ustawiała się w kolejkach, oraz zajadanie bitej śmietany z napompowanej gumowej centralnej figury obrazu „Krzyk” Edvarda Muncha przy wtórze muzyki Wagnera (o ile się nie mylę). Widzowie dość ochoczo uczestniczyli w przedsięwzięciach, więc wnioskuję, że „cel” (?) został osiągnięty. Sam przeznaczyłem segment Fluxusu głównie na konsumpcję poza Powszechnym, gdyż nie specjalnie lubię brać udział w tego typu akcjach, być wykorzystywanym jako tworzywo czyjejś wizji artystycznej, a obserwacja bez aktywnego uczestnictwa raczej nie miała sensu. Ze sztuką wygrała natura – głód. Zresztą przyszedłem na festiwal głównie po muzykę… Co nie zmienia faktu, że sam ruch Fluxus jako zjawisko historyczno-sztuczne jest dość fascynującym fenomenem (ciekawie opisanym w stosunkowo świeżej publikacji „Narracje, estetyki, geografie: Fluxus w trzech aktach„).

The Love And Beauty Seekers

Pierwszy i ostatni raz widziałem trio The Love And Beauty Seekers w zeszłym roku podczas koncertu urodzinowego Jerzego Mazzola, wówczas młodzi muzycy rekonstruowali z klarnecistą klasyczną już płytę „a” (klik). Zespół towarzyszył zresztą Mazzollowi w występach z yassowym materiałem w kilku miastach. Troszkę obawiałem się, że TL&BS w line-upie na inauguracji festiwalu będzie rodzajem „koleżeńskiej oferty supportowej” przed główną gwiazdą wieczoru… Niezwykle szybko okazało się jak bardzo jestem w błędzie.

Po koncercie w Powszechnym jestem przekonany, że trio tworzone przez Szymona Gąsiorka, Jędrzeja Łagodzińskiego i Franciszka Pospieszalskiego bardzo prędko przestanie być zapowiadane i opisywane jedynie jako „zespół Polaków studiujących w Kopenhadze”. Na scenie widać było po prostu znakomicie funkcjonujący młody skład, w którym ostateczne brzmienie jest summą talentów i wyobraźni każdego z muzyków. Widać było, że Panowie są samoświadomi swych umiejętności i podchodzą do estetyki jazzowego trio bez kompleksów, ze świeżym spojrzeniem, fantazją i młodzieńczą bezkompromisowością.

Co warto podkreślić The Love And Beauty Seekers zagrali własne kompozycje. Zwykle ich podstawą był mocny basowy groove i wyraziste linie melodyczne, niemniej utwory ciekawie ewoluowały i często okazywały się dużo bardziej złożone i nieszablonowo skonstruowane niż początkowo mogłoby się wydawać. Muzycy zmierzali zwykle od tematów do improwizatorskiej dekonstrukcji, lecz robili to w sposób uporządkowany, słuchając siebie nawzajem, nawiązując ciekawe dialogi rozszerzali formę nie dopuszczając do jej całkowitego pęknięcia. Niepisanym liderem tego składu wydaje mi się perkusista Szymon Gąsiorek, odpowiedzialny również za subtelne wstawki elektroniczne oraz przeszywający kornet. Podobała mi się oszczędność saksofonu i „stabilna dzikość” kontrabasu, trafne odczytywanie intencji między muzykami… Jednym słowem trio ma w sobie bardzo duży potencjał, który mam nadzieję utrwali niedługo jakimś wydawnictwem, bo niewątpliwie jest co utrwalać.

Mitchell, Mazzoll, Janicki, Janicki

Paradoksalnie historia współpracy Roscoe Mitchella z triem Mazzoll/Janicki/Janicki sięga lat 90. – wtedy to lider Art Ensemble of Chicago zainteresował się polskimi muzykami na podstawie płyty „Out Out to Lunch„, nagranej jeszcze jako Mazzoll & Arhytmic Perfection. Niestety wówczas nie doszło do wspólnego grania. Dziś w 2015 roku z dawnej drużyny gdańskiego klarnecisty ostał się jedynie kontrabasista Sławek Janicki, a trio już przed kilkoma laty dopełnił Qba Janicki na perkusji. I choć zespół ma na koncie tylko jeden krążek „Minimalover” z 2012 roku, to na dzień dzisiejszy jest najbardziej stałym i dość regularnie występującym składem Mazzolla.

Kwartet „MMJJ” rozpoczął koncert nagle – instrumenty po prostu zaczęły grać, a struktura miała przyjść w sposób naturalny. Szybko się okazało, że postacią zdecydowanie dominującą na scenie jest amerykański saksofonista. Wypowiedź Mitchella przypominała trochę strumień świadomości – była ciągła, nieprzerwana, często sprawiała wrażenie przypadkowej kakofonii, lecz z czasem obezwładniała determinacją, pewnością i ekspresją. Mitchell należy do muzyków free jazzowych, którzy wykształcili własny język wypowiedzi i to był właśnie ten język. W pierwszych kilkunastu minutach wydawało mi się, że na scenie dochodzi do przyspieszonej, symbolicznej podróży Polska-USA. Muzykom potrzebna była dłuższa chwila by złapać wspólne flow, jednak gdy już zostało odnalezione siła rażenia i dzikość płynących dźwięków warte były oczekiwania. W efekcie koncert im dłużej trwał, tym lepsze sprawiał wrażenie, trochę jakby zespół rodził się na naszych oczach.

Bardzo dobrze w konfrontacji z Mitchellem sprawdziła się sekcja rytmiczna, a w zasadzie rytmiczno-elektroniczna (tutaj rola Qby Janickiego). Dotrzymanie tempa 75-letniemu saksofoniście było zadaniem wręcz karkołomnym. Kontrabas Sławka Janickiego operujący szorstką fakturą, a czasami śpiewną ludowością (partie grane pod mostkiem) dobrze współgrał z rozpędzonym Mitchellem, imponował wyczuciem. Chyba nigdy też nie słyszałem tak intensywnej perkusji pod rękami Qby Janickiego. Tej intensywności towarzyszyła finezja i ewidentna chęć na wpływanie grą na przebieg koncertu. Początkowo – o dziwo – najbardziej zagubiony w tej konfiguracji wydawał mi się Mazzoll. Artysta krążył po scenie, zmieniał klarnety jak rękawiczki, próbując wedrzeć się w potok dźwięków Mitchella frazą bardziej uchwytną, miał też ewidentne problemy z nagłośnieniem, a w pewnym momencie na chwilę w ogóle zszedł ze sceny. Czasami można było odnieść wrażenie, że muzyk czerpie większą frajdę z samego słuchania saksofonisty, niż ze wspólnego grania. Ostatecznie Mazzoll słusznie zrezygnował ze ścigania się z Mitchellem na szybkie solówki i zaczął bardziej bazować na sonorystycznych dopełnieniach, na „kolorowaniu” brzmienia całości okazjonalnymi, ale mocnymi wejściami, czasami równoważąc chaos melodią, jednak nie przejmując ciężaru gry na siebie. Finalnie dało to dobry rezultat, a Panowie ewidentnie złapali wspólny język, szczególnie podczas wyciszonej improwizacji zagranej wspólnie na siedząco.

Mazzoll, Mitchell, Janicki

Takich spokojniejszych momentów było niewiele, ale dobrze balansowały całość, którą jednak mocno (czasami jak dla mnie aż za mocno) dominował saksofonowy skowyt Mitchella. Podejrzewam, że to w znacznej mierze kwestia dotarcia muzyków grających ze sobą pierwszy raz – prawdopodobnie koncert w Bydgoszczy był już zupełnie inną historią. Niemniej dzikość i gromy miotane ze sceny Teatru Powszechnego miały swój nieodparty, fascynujący urok ścierania się różnych, ale silnych i bezkompromisowych osobowości. Być może dobrym zwieńczeniem byłaby wspólna płyta? Miłość z Lesterem Bowie miała „Not Two”. Myślę, że tutaj adekwatnym tytułem byłoby „Not One”.

A to dopiero początek 11 Mózg Festiwalu. W najbliższych tygodniach w Warszawie i Bydgoszczy wystąpi jeszcze cała rzesza interesujących artystów (jakich? – klik). Jednym słowem warto trzymać rękę na pulsie aż do 12 listopada.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

X Mózg Festival – warszawski dzieeeń / otwarcie klubu Mózg Powszechny w Warszawie

Prawe płuco koncertowe Warszawy otrzymało zastrzyk świeżego powietrza.

Elżbieta Jabłońska_instalacja

Po tygodniach zapowiedzi w końcu nadszedł dzień inauguracji działalności bydgoskiego Mózgu w Warszawie. Co prawda można tutaj bardziej mówić o prapremierze, ponieważ pierwszy regularny koncert w siedzibie Mózg Powszechny odbędzie się 12 listopada, jednak to właśnie pierwszy dzień festiwalu mózgowego, na który złożyło się 5 koncertów, najlepiej oddaje rozmach z jakim instytucja wkracza na stołeczną scenę. Program Mózgu na resztę roku to (jak dotąd )około 20 wydarzeń. Prosta arytmetyka wykazuje, że mniej więcej co drugi dzień w siedzibie przy Teatrze Powszechnym będzie się coś działo. To dużo. Z takim muzycznym rogiem obfitości ekipa Mózgu ma szansę zapełnić lukę, jaka powstała w Warszawie po zamknięciu nieodżałowanego Powiększenia. Mózg Powszechny ma realny potencjał by stać się silną konkurencją dla takich miejsc jak Pardon To Tu, a wraz z rozkręcającym się Dwa Osiem tworzy na Pradze kolejne (po 11 listopada) interesujące „zagłębie klubowe”.

Jest to jednak sytuacja bezprecedensowa, w której klub z innego miasta przeprowadza „desant” z podniesioną banderą na stołeczną scenę. Mózg przez dwie dekady działalności wypracował szalenie charakterystyczną markę, a także był jedną z głównych aren tzw. yassowej rewolucji. Wydarzeniem znamiennym jest zorganizowanie w Mózgu Powszechnym 19 grudnia dwudziestej rocznicy albumu „A” Jerzego Mazzolla i Arhythmic Perfection, dla niektórych wydawnictwa dzisiaj absolutnie kultowego. Klub Sławka Janickiego w dużej mierze ma już swoją publiczność, która od dawna nie ograniczała się tylko do Bydgoszczy. W tym kontekście dwuczłonowa nazwa nowej, praskiej siedziby nabiera symbolicznego znaczenia.

20141106_193701

Festiwal 6 listopada odbył się jeszcze w gmachu Teatru Powszechnego, a dokładnie na Scenie Małej. Początkowo frekwencja pozostawiała wiele do życzenia, a publiczność zbierała się dość powoli. Na dobrą sprawę festiwal rozpoczął się jeszcze przed siedzibą teatru instalacjami Elżbiety Jabłońskiej (1 zdjęcie) i Grzegorza Pleszyńskiego (2 zdjęcie). Trzeba było wykazać się sporą spostrzegawczością żeby rozpoznać co jest czym, ponieważ nigdzie organizatorzy nie zamieścili podobnej wskazówki. Niemniej był to kontrapunkt dla koncertów, dający jasny przekaz, że Mózg nie będzie zorientowany tylko na muzykę. Dalej było już pierwszeństwo dźwięku i tutaj też będzie.

 

Jerzy Mazzoll, Sławek Janicki i Qba Janicki

Janicki_Mazzoll_Janicki

Czyli duet rodzinno-dyrektorski + artysta z Mózgiem związany od początków swej kariery. Był to już trzeci raz kiedy miałem okazję zobaczyć trio na żywo i muszę przyznać, że z zadowoleniem przyjąłem kierunek jego ewolucji. Muzycy rozpoczęli bez zbędnych ceregieli mocnym, rytmicznym groovem perkusji i zakręconą intensywną grą kontrabasu, na których tle Jerzy Mazzoll budował improwizację na klarnetach. Była to gra bardzo energetyczna, niemająca zbyt wiele wspólnego z jedynym wydawnictwem płytowym tria, wyciszonym i kontemplacyjnym „Minimalover”. Tym razem momenty ciche niosły dużo paranoicznego napięcia. Muzyka improwizowana wymykająca się sztywnym kategoriom stylistycznym, przypominała oderwane od siebie strumienie świadomości, które jakimś cudem zgrywały się i brzmiały jako całość. Na pierwszy plan wysuwała się bardzo twarda, mocna gra Qby Janickiego, która właściwie ustawiła dalszy ciąg występu. Trzeba dodać, że sporą część setu wypełniły wokalne, improwizowane historyjki Mazzolla (zdaje się, że dotyczące obrzezania, kastracji itp.). Ten element często pojawiający się u klarnecisty na koncertach nadał całości nieco surrealistyczny wymiar, jeszcze bardziej oddalając muzykę tria od grania idiomatycznego (chyba, że mówimy o idiomie yassowym). Ciekawe, odświeżające granie, chociaż czasami muzycy sprawiali wrażenie jakby do końca nie wiedzieli dokąd właściwie zmierzają. Mimo wszystko było to przyjemne dla ucha błądzenie. Najbardziej energetyczny występ wieczoru.

 

Michael Lytle & Eyal Maoz

Michael Lytle & Eyal Maoz

Duet na klarnet basowy i gitarę elektryczną wprost z Nowego Jorku. Można powiedzieć, że skala futurystycznego brzmienia Lytle’a i Maoza  była wprost proporcjonalna do wieku artystów. Do tej pory na żywo żadnego z nich nie słyszałem i muszę przyznać, że występ zrobił na mnie raczej pozytywne wrażenie, a szczególnie jego druga połowa, w której przekrzykiwanie się instrumentów zastąpiło wsłuchiwanie się we wzajemną grę. Był to koncert pełen głośnych erupcji. Klarnet basowy Lytle’a był podłączony do kilku efektów, z których muzyk ochoczo korzystał nadając naturalnej barwie instrumentu filtry noise’owych pomruków, przeszywające fale dźwięku, kosmiczne drone’y itd. Czasami miałem wrażenie, że obfite wykorzystanie efektów specjalnych przykrywa brak pomysłu na dalszy rozwój wypadków, jednak im dłużej się duetu słuchało tym bardziej czytelny stawał się muzyczny język nowojorczyków. Zatem można było zarówno pozwolić nieść się intensywności brzmienia, jak i próbować rozszyfrowywać soniczny zgiełk – każda z opcji była do pewnego stopnia atrakcyjna. Też za zaletę uznałbym możliwość takiego wyboru pozostawioną słuchaczowi, co nie zawsze się zdarza. Awangardowa propozycja, choć nie tak bardzo nieprzystępna jak mogłoby się początkowo wydawać. Z pewnością najbardziej głośna i eksperymentalna część wieczoru.

 

Sylvie Courvoisier & Mark Feldman

Sylvie Courvoisier & Mark Feldman

Kolejny duet to znów koncert z cyklu „rodzina na scenie”, lecz tym razem małżeństwo. Mark Feldman i Sylvie Courvoisier to artyści występujący już w bydgoskim mateczniku Mózgu, lecz wedle słów dyrektora Janickiego nigdy nie spotkali się tam na jednej scenie. Nie pamiętam kiedy ostatnio słuchałem na żywo duetu na skrzypce i fortepian, więc byłem bardzo ciekaw cóż wyniknie ze współpracy muzyków związanych podwójną, zawodowo-prywatną relacją. Występ otworzyła kompozycja Courvoisier, w części środkowej publiczność mogła posłuchać muzyki Johna Zorna napisanej dla Masady, natomiast na zakończenie wybrzmiał utwór Feldmana. Koncert był płynną kontynuacją prezentacji nowojorskiej sceny, a jednocześnie silnie kontrastując z występem poprzednim, dawał poczucie różnorodności. Porozumienie sceniczne małżeństwa oceniłbym jako wzorowe, chociaż zwykle wydawało się, że to Feldman odgrywa rolę dominującą (być może przez fakt, że to on miał partytury, a Courvoisier musiała bardziej polegać na pamięci/improwizacji). Koncert miał zarówno przyjazne, harmonijne oblicze, jak i twarz bardziej odważną, otwartą na eksperyment, lecz w porównaniu z Lytle’m i Maozem, muzyka duetu okazała się dużo przyjaźniejsza w odbiorze, a co za tym idzie trochę mniej zaskakująca. Feldman i Couvoisier pozostawiliby we mnie niezachwianie pozytywne wrażenie, gdyby nie ustawili siebie w roli headlinera i nie przeciągnęli występu o dodatkowe, ponadprogramowe pół godziny. W perspektywie szalenie napiętego grafiku, jak i siły rażenia duetu (polegającej raczej na subtelności) postrzegam to rozciągnięcie jako absolutnie niepotrzebne. Podczas występu Sala Mała osiągnęła imponujący szczyt frekwencyjny (niemalże wszystkie miejsca były zajęte), który później systematycznie topniał.

 

Tirvyious Wagon (Chmara/Janicki/Pospieszalski/Sroczyński + Jacewicz)

Tirvyous Wagon

Czytaj: tir wiózł wagon. Najmłodszy skład jaki wystąpił na festiwalu, na dodatek zespół bazujący na połączeniu muzyki i obrazu. Ciekawą cechą dystynktywną Wagonu jest to, że każdy z muzyków operuje zarówno klasycznym instrumentarium, jak i elektroniką we właściwie nieograniczonym stopniu. Muzyka kwartetu była bardzo powoli rozwijającą się improwizacją, która miała charakter silnie demokratyczny. Dźwięki poszczególnych instrumentów wynurzały się z ambientowego tła, by znów zostać przemielone i zdekonstruowane przez elektroniczną aparaturę. Występ miał strukturę linearną – zespół miarowo zwiększał intensywność brzmienia zmierzając do ostatecznego przesilenia, jednocześnie nieustannie przemycane były drobne akustyczne niespodzianki. Dzięki temu Wagonowi (?) udało się osiągnąć mocno psychodeliczny klimat, który podkręcały dodatkowo kosmiczne wizualizacje Karoliny Jacewicz. Muzyka miała bardzo procesualny, a zarazem ilustracyjny charakter. Kilkakrotnie miałem wrażenie, że muzycy nie mają pojęcia co wydarzy się za chwilę, co przekładało się na mniej lub bardziej ciekawe rezultaty. Na niekorzyść odbioru występu wpłynęło przeciągnięcie go o kolejne 10-15 minut, które nastąpiły po wyciszeniu wprost idealnie nadającym się na zakończenie. Podczas tych ostatnich minut wydawało mi się, że muzycy już nie mają pomysłów co dalej grać, a na twarzach części składu można było wręcz dopatrzeć się zniechęcenia. Mimo wszystko był to koncert ciekawy, a projekt zdecydowanie ma potencjał i pomysły, które przy odrobinie zaangażowania i pracy mogą zaowocować treścią jeszcze bardziej frapującą. Muzyka najlepiej brzmiała w momentach potężnych, takich jak w filmiku na końcu tekstu. Tirvyious Wagon otrzymują statuetkę w kategorii występ psychoaktywny.

 

Sylvie Courvoisier, Mark Feldman, Jerzy Mazzoll, Sławek Janicki, Qba Janicki

Janicki_Feldman_Courvoisier_Mazzoll_Janicki

Fuzja, której po występach oddzielnych składów byłem niezmiernie ciekaw okazała się chyba najbardziej satysfakcjonującą częścią programu koncertowego. Mazzoll i Janiccy otwierając wieczór zaprezentowali muzykę stosunkowo niepokorną, którą ciężko mi było sobie wyobrazić wraz z poukładanym duetem na skrzypce i fortepian. Ostatecznie obie frakcje podeszły do spotkania na scenie z dużą dozą solistycznej pokory i otwartości na poszczególne ogniwa zespołu, co dało solidny, nieprzewidywalny rezultat. Kwintet podzieliłbym na dwa skrzydła: jedno harmoniczno-kolorystyczne, czyli Sławek Janicki i Courvoisier, drugie Mazzoll i Feldman, których instrumenty wchodziły w bardzo udane dialogi, bądź przekrzykiwania. Wszystko na tle pewnej, stabilnej i mocnej perkusji i subtelnej elektroniki najbardziej zapracowanego tego wieczoru Qby Janickiego. Wydawało się, że spotkanie dwóch składów wpłynęło pozytywnie na kreatywność każdego z nich, a szukanie wspólnego mianownika z odmiennych artystycznych perspektyw stymulowało muzyków do poszerzenia możliwości własnych środków wyrazu. Dzięki temu właściwie każdy z muzyków brzmiał ciekawiej niż w pierwszej odsłonie. Szczególnie było to wyraźne w przypadku Mazzolla, który w pierwszym secie sprawiał wrażenie trochę rozdartego między instrumentem a wokalem i niekiedy wydawał się przytłoczony groove’m Janickich. W kwintecie muzyk ograniczył się tylko do klarnetów, z którymi odnajdywał się w zespole znakomicie, nieraz w sposób naturalny determinując brzmienie całości. Koncert skończył się po 2 w nocy, ale na pewno nie żałuję, że wytrwałem. Na performance Grzegorza Pleszyńskiego i set Jae Ho Youn już nie starczyło czasu i energii.

 

Niestety finał koncertowej części warszawskiego dnia festiwalu rozpoczął się z niemal półtoragodzinnym opóźnieniem i obejrzeli go już tylko nieliczni. Tutaj pojawia się problem generalny – organizowanie imprezy taki intensywnej i długiej w środku tygodnia od samego początku było mocno ryzykowne. Tyczy się to również kolejnych wydarzeń zaplanowanych przez Mózg do końca roku, które często zaczynają się o 22 (czyli w praktyce jeszcze później). Myślę, że klub powinien zacieśnić współpracę z pobliskim Dwa Osiem w przypadkach, kiedy tego samego dnia są koncerty w obu lokalach. Przykład Powiększenia i Cafe Kulturalnej pokazuje, że niekoniecznie trzeba o publiczność w takich sytuacjach walczyć, tylko umożliwić jej uczestnictwo w dwóch wydarzeniach. Być może byłoby to remedium na późne godziny koncertów. Z pewnością korzystnie na dostępność klubu wpłynie też otwarcie drugiej linii metra, które podobno nastąpi „już” w grudniu. Nowe inicjatywy takie jak Mózg Powszechny, czy Dwa Osiem są realną szansą na to, że praska strona Wisły zyska nowe życie (które to już z kolei?), a zarazem wprowadzają pozytywny ferment na warszawskiej scenie koncertowej, poszerzając jej konstelację. Pytanie tylko czy ekipie Mózgu uda się kontynuować mordercze tempo, jakie narzuciła sobie na pierwsze tygodnie działania. Tak czy inaczej trzymam kciuki, bo tylu koncertów w Warszawie co tej jesieni nie było od bardzo dawna. Dzięki!

Krzysztof Wójcik