Remanent: kilka recenzji… i jeszcze więcej ciekawych płyt (PopUp#49)

20160727_005205

Fanfary: Nowy #49 numer PopUpMusic.pl doczekał się premiery pod koniec stycznia! Napisałem do niego parę tekstów o wydawnictwach z ostatnich miesięcy. Tym razem żadnego wywiadu nie przeprowadziłem, również liczba recenzji jest sporo niższa niż bym sobie tego życzył… Niemniej pewien impas w pisaniu o muzyce udało się przełamać, a jednocześnie, niepostrzeżenie, przekroczyłem magiczną barierę 100 recenzji w bazie PopUp (łuhu!). To całkiem pokaźny dorobek jak na 9 ostatnich numerów, w których przygotowaniu brałem mniejszy/większy udział (do tego dochodzą wywiady, fotorelacje i audycje w radiojazz.fm). Od pierwszego tekstu jaki napisałem do magazynu – a był to porywający album Your Turn Marca Ribota i jego trio Ceramic Dog – minie w maju 4 lata. Także czas szybko leci, a ostatnio na tyle szybko, że ciężko o znalezienie motywacji i energii by usiąść do pisania. Ale nie oszukujmy się – zawsze bardziej liczyło się słuchanie niż pisanie.

Wierzę w muzykę dalece bardziej niż w tworzenie dyskursów na jej temat. Sądzę, że kryzysy w werbalizacji doświadczenia estetycznego przytrafiają się z czasem każdemu, kto robi to przez dłuższy czas w sposób, powiedzmy, bardziej refleksyjny, a nie news-owo rutyniarski. Swój kryzys chyba najpełniej wyraziłem w tekście jeszcze z 2015 roku Litania znaków „?” – Modlitwa słuchacza piszącego [wersja demo]. W dalszym ciągu jestem z niego bardzo zadowolony, choć był owocem emocji „pozytywnych odwrotnie”.

Niemniej, jak dotąd, prędzej czy później, zawsze przychodził „bodziec”, który sprawiał, że nie sposób było konkretne zjawisko/wydawnictwo/koncert/sytuację przemilczeć. Wówczas włączał się tzw. instynkt recenzenta. Tym razem owych bodźców znalazło się kilka. Tradycyjnie zapraszam do czytania i – przede wszystkim – słuchania:

 

Brian Eno – The Ship (recenzja / słuchaj)

brian-eno-the-ship

Danny Brown – Atrocity Exhibition (recenzja / słuchaj)

danny-brown-atrocity-exhibition

Gonjasufi – Callus (recenzja / słuchaj)

gonjasufi-callus

Hubert Zemler – Pupation of Dissonance (recenzja / słuchaj)

hubert-zemler-pupation-of-dissonance

Mikołaj Trzaska – Muzyka do filmu „Wołyń” (recenzja / słuchaj)

mikolaj-trzaska-wolyn

Radar – Radar (recenzja / słuchaj)

radar-radar

Radian – On Dark Silent Off (recenzja / słuchaj)

radian-on-dark-silent-off

The Dwarfs of East Agouza – Bes (recenzja / słuchaj)

the-dwarfs-of-east-agouza-bes

Oprócz powyższych wydawnictw chciałbym wymienić kilka znanych mi tytułów, na które zdecydowanie warto zwrócić uwagę:

Battle Trance – Blade of Love (słuchaj)

battle-trance-blade-of-love

Bartek Kujawski – A kto słaby niech jada jarzyny / Daily Bread (słuchaj1 / słuchaj2)

kujawski-kto-slaby kujawski-daily-bread

Dokalski / Cieślak / Miarczyński / Steinbrich – DCMS (słuchaj)

dcms

Jason Sharp – A Boat Upon It’s Blood (słuchaj)

jason-sharp-a-boat

Jeff Parker – The New Breed (słuchaj)

jeff-parker-the-new-breed

Ka – Honor Killed the Samurai (słuchaj)

ka-honor-killed-the-samurai

Lost Education – Book of Dreams (słuchaj)

lost-education

Modular String Trio – Ants, Bees and Butterflies (słuchaj)

modular-string-trio-ants

Nicolas Jaar – Sirens (słuchaj)

nicolas-jaar

Osty – Biblical Times (słuchaj)

osty

Resina – Resina (słuchaj)

resina

Shackleton & Vengeance Tenfold – Sferic Ghost Transmits (słuchaj)

shackleton

Steczkowski / Mełech – 2+7=nie wiem (słuchaj)

steczkowski-melech

X-Navi:Et – Technosis (słuchaj)

xnaviet

Żywizna – Zaświeć Niesiącku and Other Kurpian Songs (słuchaj)

zywizna

Długi post po długiej przerwie i (prawdopodobnie) przed długą przerwą.

Dzięki za uwagę. Udanych odsłuchów.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

* Zdjęcie tytułowe „Okna bez tytułu”, 2016, obrazek na ekranie, © Krzysztof Wójcik

Płyty w roku 2015 (PL) – czyli „Ce ne sont pas le classement”

Płyty w roku 2015

3… 2…

1…

0!

Płytą roku 2015 jest…

Poniżej rozpościera się zestaw 20 polskich albumów, wydanych na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy, które z rozmaitych względów postanowiłem tutaj umieścić. Dlaczego? Bo są najlepsze? Najciekawsze? Najbardziej oryginalne? A może są najgorsze? Wołają o pomstę do nieba? Tajemnica. Ewentualna hierarchiczność zatarta układem A-Z. Większości z płyt/kaset można posłuchać, klikając „słuchaj”. Do wielu można przeczytać moje recenzje, klikając „czytaj”. Oprócz tego pod każdą pozycją zamieściłem krótki komentarz, czasami wyłuskany z istniejących już tekstów.

Z pewnością lista z czasem się wydłuży/skurczy, bo muzyka generalnie dzieje się w czasie i też czas ją weryfikuje. Na pewno niektóre ciekawostki mi umknęły… Ale tu nie będę już nic zmieniał, oto stan na 31 grudnia 2015.

W kontekście rozmaitych podsumowań i rankingów (to nie jest ranking!) przypomnę wniosek sprzed roku: (rankingi to…) „…brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne.”

Alfabetycznie:

Alameda 5 – „Duch Tornada” (wyd. Instant Classic) ->słuchaj ->czytaj

Alameda 5 - Duch Tornada

„Duch Tornada” to album epicki, o świetnym wyczuciu proporcji i w moim odczuciu szczytowe osiągnięcie artystów działających pod szyldem Milieu L’Acéphale. Płyta-kalejdoskop, która potrafi przenieść słuchacza w inny wymiar. A właściwie wymiary, bo czaruje koherentną różnorodnością, klimatem i wyobraźnią na każdym kroku.

Heroiny – „Ahh-Ohh” (wyd. DUNNO Recordings) ->słuchaj ->czytaj

Heroiny - ACH-OCH

Album stanowi  dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Piotra Kurka, a przy okazji jest chyba najbardziej „przebojowym” materiałem w karierze muzyka. Wyjątkowo charakterystyczne brzmienie artysty zostało tutaj poszerzone o nowe wątki, eksperymenty unikają przefajnowania, a całość zachowuje formę zwięzłą i spójną. Kolejny mocny punkt w arcyciekawej dyskografii.

Wojciech Jachna / Ksawery Wójciński – „Night Talks” (wyd. Fundacja Słuchaj) ->słuchaj ->czytaj

Jachna&Wójciński - Night Talks

Wojciech Jachna i Ksawery Wójciński  na „Night Talks” szanują ciszę, unikają tak częstego w jazzie przegadania, a jednocześnie ich wypowiedź pozostaje swobodna i pełna wyobraźni. Słychać to w transowych, mięsistych partiach kontrabasu, w trąbce kreatywnej, lecz zarazem subtelnej i oszczędnej. Muzykom udało się wykreować wyjątkową aurę napięcia i melancholii, której ciężko się oprzeć.

kIRk – „III” (wyd. Asfalt Records) ->słuchaj ->czytaj

kIRk - III

Płynna konstrukcja „III” sprawia, że jest to, jak dotąd, materiał najbardziej przypominający koncertową odsłonę zespołu, a ta – nieodmiennie – fascynuje brzmieniem gęstym i transowym, przecinanym świdrującą trąbką, zaplątaną w bity i pętle. Album znakomicie funkcjonuje jako całość, jest esencjonalny, a jednocześnie stanowi intrygującą zapowiedź nowego rozdziału w historii kIRk.

Księżyc – „Rabbit Eclipse” (wyd. Penultimate Press) ->słuchaj

Księżyc-Rabbit-Eclipse

„Rabbit Eclipse” brzmi jak naturalna konsekwencja i dopełnienie wydanego niespełna 20 lat temu znakomitego debiutu. Płyta poza czasem, klimat nie do podrobienia. 40 minut niesamowitości.

Kolega Doriana – „Kolega Doriana” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Kolega Doriana

Płyta odważna, estetycznie konsekwentna, wykorzystująca strategię „mniej znaczy więcej”. Album jest precyzyjnie poukładany z rozmaitych sonicznych osobliwości, trio umiejętnie operuje detalem, kontrastami ciszy i hałasu. Rzecz bardzo procesualna i wymagająca skupienia. Niewiele polskich składów improwizuje w tak oryginalny sposób.

Marcin Masecki – „Mazurki” (wyd. For Tune) ->słuchaj ->czytaj

Mazurki - Marcin Masecki

„Mazurki” brzmią jak muzyczny autoportret Marcina Maseckiego. Pomysł goni pomysł, a forma mazurka jest jedynie pretekstem do eksperymentów i doświadczeń na „żywym” i elektrycznym instrumencie. Całość zachowuje surowy, wyjątkowo hermetyczny charakter. Podstawą jest tutaj niepewność kształtu każdego kolejnego taktu i ciężko oprzeć się wrażeniu, że w „Mazurkach” jest potencjalny margines na każdego rodzaju dźwięk klawiszy pianina, który nagle, nieoczekiwanie, zyskuje spójność i własne miejsce w układance.

Jerzy Mazzoll & Micromelancolié – „MAZZMELANCOLIÉ” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj

Mazzmelancolie

Obok płyty nagranej w duecie z Tomaszem Sroczyńskim jest to bodaj najciekawsze wydawnictwo Jerzego Mazzolla po powrocie artysty do regularnego publikowania. Trochę szkoda, że kaseta zawiera jedynie dźwięki z recyklingu, z archiwów, niemniej efekt finalny budzi respekt. „Mazzmelancolie” jest pozycją oryginalną, usytuowaną na pograniczu kilku estetyk, odważną i zaskakującą, a jednocześnie komunikatywną, o wciągającej, słuchowiskowej narracji.

Mirt – „Vanishing Land” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Mirt - Vanishing Land

Tytuł adekwatny do zawartości. Kontakt z „Vanishing Land” to jak wyprawa na terra incognita. Nagrania terenowe, ambientowe plamy, mnóstwo detali, brzmienie analogowego sprzętu. Całość ma charakter wyjątkowo spójny, płynny, a jednocześnie nieprzewidywalny. Trochę retro, trochę futuro. Prawdziwa przygoda dla ucha.

Nagrobki – „Stan Prac” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Nagrobki - Stan Prac

Oryginalny koncept i finezyjna prostota. „Stan Prac” to płyta inteligentna, przewrotna i zrealizowana brawurowo od początku do końca, zarówno pod względem tekstów, jak i muzyki – the whole package. Obok duetu pojawiają się znakomici goście (Mikołaj Trzaska, Michał Bunio Skrok, Piotr Pawlak, Olo Walicki, Tomasz Ziętek), którzy wyciągają całość na jeszcze wyższy level. Obok Synów i Ukrytych Zalet Systemu moja ulubiona płyta tego roku w kategorii „piosenka polska”.

Paper Cuts – „Divorce Material” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj ->czytaj

Paper Cuts - Divorce Material

Świetnie rozwijający się materiał, wciąga, czaruje drobnostkami i wielkim wyczuciem brzmienia. Każdy utwór to odrębna historia zasadzona na ciekawym pomyśle. Gra w częściach, gra w całości. Kaseta ma własny, wciągający, mocno surrealistyczny klimat i  jest jak dotąd najbardziej kompletnym owocem współpracy Łukasza Kacperczyka (syntezator modularny) i Wojciecha Kurka (perkusja).

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes. African Mystic Music” (wyd. Bołt Records) ->słuchaj ->czytaj

Raphael Rogiński - Coltrane

Główną zaletą tego wydawnictwa jest powściągliwa wirtuozeria Rogińskiego, pełna wyczucia i wrażliwości na najbardziej ulotne brzmieniowe detale, często właśnie nimi operująca. Płyta jest niezwykle udaną odpowiedzią na pytanie jak w kreatywny sposób oddać hołd muzyce o statusie ikonicznym. Właśnie tego typu interpretacje udowadniają, że dziedzictwo Coltrane’a nie musi być spetryfikowane w standardach i leżeć na zakurzonym postumencie zatytułowanym „klasyka jazzu”.

Jacek Sienkiewicz – Drifting (wyd. Recognition) ->słuchaj

Sienkiewicz - Drifting

Po włożeniu na uszy słuchawek, dobry album techno powinien podporządkowywać strukturze dolatującego do świadomości bitu całą otaczającą rzeczywistość. Powinien wciągać. A od Drifting” naprawdę ciężko się oderwać. Oprócz tego warto sprawdzić bardziej abstrakcyjny „Instynkt” ->słuchaj.

Slalom – „Wunderkamera” (wyd. Lado ABC) ->słuchaj ->czytaj

Slalom - Wunderkamera

„Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Tytuł odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest tutaj nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny. Eksperymenty nie podważają w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru.

SYNY – „Orient” (wyd. Latarnia Records) ->słuchaj ->czytaj

SYNY - Orient

Wielką siłą tego albumu jest stylistyczna spójność, wyjątkowy klimat, a także otwarte, eksperymentalne podejście do hip-hopowej formy. Orient wciąga od „Intro” aż po zamykające zestaw 20 kawałków „Świnoujście”, jest interesujący jako twór muzyczno-literacki. Synom już na wysokości debiutu udało się osiągnąć oryginalne, własne brzmienie, stanowiące ciekawą wypadkową dotychczasowej działalności Piernikowskiego i Jankowiaka – wypadkową, która przynosi de facto nową jakość.

Kamil Szuszkiewicz – „Istina” / „Robot Czarek” (wyd. Wounded Knife / Bołt Records) ->słuchaj1 ->słuchaj2

Kamil Szuszkiewicz - IstinaKamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

Kamil Szuszkiewicz na „Istinie” i „Robocie Czarku” jawi się jako wyjątkowo radykalny i konsekwentny eksperymentator. Obie kasety rządzą się własnymi prawami, porażają oryginalnym konceptem i bezkompromisowością, ale co najważniejsze intrygują. Warto zadać sobie trud, aby wejść głębiej w te nieszablonowe wydawnictwa, które śmiało można określić jedynymi w swoim rodzaju. Warto też sprawdzić minialbum kwartetu Zebry A Mit ->słuchaj.

T’ien Lai – „RHTHM” (wyd. Monotype Records) ->słuchaj

T'ien Lai - RHTHM

Redefinicja brzmienia T’ien Lai, postawienie na motorykę i techno bit, okazała się strzałem w dziesiątkę. Na „RHTHM” obok tytułowego rytmu znajdują się gigantyczne pokłady psychodelii, dzięki czemu seans z albumem należy do wyjątkowych doświadczeń. Niespodzianki kryją się niemal w każdej minucie albumu.

Ukryte Zalety Systemu – „Ukryte Zalety Systemu” (wyd. Antena Krzyku) ->słuchaj

Ukryte Zalety Systemu

UZS udało się stworzyć system z wieloma ukrytymi zaletami. Teksty zaangażowane, a niebanalne, wręcz uniwersalne. Muzyka prosta, lecz charakterystyczna i intrygująca jak diabli. Koncept. Energia. Zwięzłość. Prostota. Oryginalność. Siła rażenia porównywalna z pierwszymi dwoma albumami Republiki.

X:Navi-Et – „Vox Paradox” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj 

XNaviEt - Vox Paradox

„Vox Paradox” to muzyka grozy, dobry bad trip z jednym reżyserem. Siłą tej kasety jest jej konstrukcja, układ, dramaturgia. Każdy utwór intryguje niepokojącym klimatem, złożonością użytych środków, a także dużym wyczuciem w ich dystrybuowaniu. Słychać tutaj jak duży wkład ma Rafał Iwański w brzmienie duetu Kapital. Jeśli komuś podobała się płyta „Chaos to Chaos” (->słuchaj), to po bardziej surowe „Vox Paradox” powinien sięgnąć niezwłocznie.

Evan Ziporyn / Wacław Zimpel / Hubert Zemler / Gyan Riley – „Green Light” (wyd. Multikulti) ->słuchaj

Ziporyn, Zimpel, Zemler Riley - Green Light

Znakomici muzycy zagraniczni + znakomici muzycy polscy = bardzo dobry wspólny album z dużą ilością niespodzianek. Płyta na pograniczu etno, minimalizmu, improwizacji i kompozycji, nagrana z naprawdę dużą wyobraźnią. Aż ciężko uwierzyć, że wszystkie dźwięki powstały bez użycia elektroniki. Muzyka na „Green Light” koi i uwodzi, unikając zarazem łatwych rozwiązań.

—————————————————————–

Dziękuję za uwagę w roku (już) ubiegłym i zakończę po szekspirowsku – reszta jest słuchaniem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Przyszłość, paszporty i nieistniejące papierosy / wpis kulturalny

Nadium

Z początkiem miesiąca, na przestrzeni zaledwie 3 dni miałem okazję usłyszeć na żywo 2 z pośród 3 nominowanych artystów do tegorocznej edycji Paszportów Polityki w kategorii „muzyka popularna”. Na dodatek w tym samym miejscu. Dookreślmy dane. Chodzi o Raphaela Rogińskiego (w tym wypadku Cukunft), oraz Kubę Ziołka (akurat premierowe T’ien Lai). Arena zdarzeń – Cafe Kulturalna. Wówczas jeszcze temat paszportów w kontekście powyższych artystów nie istniał. Niemniej, zważywszy na ich obecny „status ogólny”, jak i jedynie tegoroczny dorobek, nominacje nie są jakimś wielkim zaskoczeniem. Można je wręcz określić mianem względnie oczywistego potwierdzenia wspólnej dla obu Panów rangi „muzyków-instytucji” na polskiej scenie, powiedzmy, muzyki popularnej…
Oczywiście sztuka to nie zawody lekkoatletyczne, a dla rożnych wartości estetycznych próżno szukać wymiernych kryteriów ocen, tworząc hierarchiczne zestawienia (owszem, plwam na rankingi, a końcówka roku to świetny moment na autodafe). Jednakże czysto prestiżowej wagi Paszportu nie da się zdezawuować. Uznanie kapituły dziennikarzy/krytyków z wielu rożnych muzycznych światów ma swoja wartość, jakkolwiek na płaszczyźnie ogólnej demokracji i sztuce raczej nie jest po drodze.. Cóż, „muzyki popularnej” nie wybierają jednostki, a szersze gremia, nawet jeśli w kontekście tegorocznych nominowanych jest to kategoria o przewrotnej, życzeniowej nazwie.
Jakby nie patrzeć wyróżnienie Polityki od lat pozostaje chyba jedyną faktycznie nobilitująca muzyczną nagrodą o ogólnokrajowej sile rażenia, co ciężko zbagatelizować, nawet uwzględniając nieufność do rankingów.

Cukunft w Kluturalnej

Koncerty w Cafe Kulturalnej w obu przypadkach były znamienne. Na zespole Cukunft Raphael Rogiński poniekąd budował zjawisko, które dziś coraz częściej określa się mianem „Nowej Muzyki Żydowskiej”. Gdyby nie Cukunft, a de facto gdyby nie Rogiński, to prawdopodobnie nie byłoby o czym mówić, nie pojawiłyby się kolejne zespoły/projekty twórczo reinterpretujące tradycję muzyki żydowskiej sprzed pokoleń. Nie byłoby kreatywnego wskrzeszenia niemalże zabitej estetyki (mam tu na myśli z jednej strony Holocaust, z drugiej cepeliowe upamiętnianie na rożnego rodzaju festynach, na których większe znaczenie ma pozór i klisza niż żywa tradycja).
Raphael Rogiński pod tym względem wykonał kawał etnomuzykologicznej i artystycznej roboty, poruszył jedną z pierwszych kostek domina, NMŻ to już dzisiaj wyrazista cząstka kultury polskiej ostatnich lat. Zacięcie etnomuzykologa i interpretatora towarzyszyło gitarzyście również w tym roku na czarującej płycie solowej z kompozycjami Johna Coltrane’a, z których wydobył znacznie więcej niż nie jeden saksofonista (o krążku obszerniej pisałem tutaj). Jeżeli jednak paszport miałby trafić w ręce Rogińskiego, to w moim odczuciu przede wszystkim za Nową Muzykę Żydowską, której jest w Polsce podobnym ambasadorem, jak John Zorn ruchu Radical Jewish Culture w NYC. Przy czym polska specyfika nurtu, biorąc pod uwagę lokalny kontekst historyczny, jest chyba nawet bardziej fascynująca. Dla muzyka z takim „dowodem osobistym”, Paszport byłby tylko kolejnym dokumentem potwierdzającym wyrazistą tożsamość artystyczną.
Koncert Cukunft (a może jeszcze bardziej późniejszego big bandowego Banda Nella Nebbia, gdzie Rogiński wystąpił gościnnie) pokazał, że NMŻ żyje już własnym życiem, na nowo i w sposób naturalny, w kraju gdzie tak też funkcjonowała przez setki lat. Cukunft to w jidysz przyszłość. Zespól jest własnie tego rodzaju wehikułem czasu.

T'ien Lai w Kulturalnej

T’ien Lai – fikcyjną markę papierosów wymyślił amerykański gigant literatury sci-fi Philip K. Dick. T’ien Lai – zespól techno-rytualny powołał do życia Kuba Ziolek, artysta o niebywałej wręcz podzielności uwagi i kreatywności (w tym roku 4 płyty, każda na bardzo równym, wysokim poziomie). Koncertowa premiera albumu „RHTHM” nie była już dla mnie takim estetycznym zaskoczeniem jak wakacyjny występ T’ien Lai na Placu Zabaw (klik), podczas którego zespół objawił się dla mnie na nowo. Tym razem ta świeża formuła po prostu znakomicie zafunkcjonowała i tu nie było niespodzianki. Połączenie transowej, psychodelicznej elektroniki z „żywą”, motoryczną sekcją bębniarzy/gongistów, ubranie widowiska w nieco mroczny, tajemniczy płaszczyk (kostiumy, dym, kadzidełka), rytualne wychodzenie w publiczność z tamburynem – wszystko razem złożyło się na występ mocny, wyrazisty i w zasadzie kompletny pod względem przemyślanej formy. Chusta na twarzy Ziołka to też symptomatyczny element. Muzyk, podobnie jak Rogiński, jest przede wszystkim reprezentantem konkretnego środowiska, całego szerokiego kręgu artystów roboczo zwanego sceną toruńsko-bydgoską/bydgosko-toruńską. Wymowny jest fakt, że nawet w solowym projekcie Ziołek nie występuje pod własnym nazwiskiem, tylko pod szyldem Stara Rzeka, tłumiąc trochę jednostkowy charakter tworu. Paszport dla artysty byłby w dużej mierze docenieniem wszystkich twórców z kręgu Milieu L’Acéphale, któremu to wyróżnienie bez wątpienia się należy. Jest to także już kolejna nominacja dla Ziołka i w porównaniu z tą sprzed dwóch lat, muzyk ma za sobą silniejsze argumenty (moje osobiste faworytki to: „Duch Tornada” Alamedy 5 i właśnie „RHTHM” T’ien Lai). Z drugiej strony czy artyście, który łapie się do czołówek prestiżowych zagranicznych podsumowań (np. The Quietus, Fact Magazine), jakikolwiek Paszport jest w ogóle potrzebny? Jako dodatek do imponującej kolekcji świetnych albumów i gest uznania dla szerszego środowiska muzyków – czemu nie.

Obojętnie jaki werdykt padnie podczas paszportowej gali, nie będzie przegranych. Za parę lat o tegorocznej nagrodzie Polityki niewielu będzie pamiętać, natomiast sama muzyka posiada zdecydowanie dłuższy termin ważności i ostatecznie jest najlepszą wizytówką, która sama się wyróżnia.

Niemniej gratuluję wszystkim nominowanym (nie pisałem tutaj o trzecim z nich Błażeju Królu). Społeczne rytuały są potrzebne.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PopUp #47 – garść recenzji i wywiadów

98ee660f5ecdd8f0708fa197fa0ecf6d7db0c971

Po ponad półrocznej przerwie udało nam się w końcu doprowadzić do finalizacji kolejny, już 47 numer internetowej gazety PopUpMusic.pl. Jak zwykle prezentujemy subiektywny wybór najciekawszych muzycznych zjawisk ostatnich miesięcy (i nie tylko). Numer, któremu (jak zwykle) przyświecają imperatywy syntezy i selekcji, zawiera ponad 60 recenzji, a także wywiady z artystami z Polski i zagranicy. Z czasem będzie pączkował fotorelacjami, konkursami i innymi niespodziankami. Czyli tradycyjnie – stary, dobry PopUp, kolejny rozdział.

To już 7 numer, w którego przygotowaniu miałem przyjemność partycypować. Ta szczęśliwa liczba, jak się okazało, sprzyjała produktywności i mam nadzieję jakości tekstów. Tym razem zasiliłem numer odrobinę większą „cegiełką” niż dotychczas. Oczywiście gorąco polecam lekturę całości, ale tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam poniżej swoje pięć groszy. Zapraszam do klikania w linki, czytania i słuchania!

Wywiady:

DJ Lenar

Ksawery Wójciński

Michał Górczyński

 

Recenzje:

Alameda 5 – „Duch Tornada”

Alameda 5 - Duch Tornada

Alchimia – „Aurora”

Alchimia - Aurora

Aphex Twin – „Comupter Controlled Acoustic Instruments Pt.II”

Aphex Twin - Computer Controlled

Artur Maćkowiak – „If It’s Not Real”

Artur Maćkowiak - If it's not real

Budzyński / Jacaszek / Trzaska – „Rimbaud”

Budzyński, Trzaska, Jacaszek - Rimbaud

Colin Stetson / Sarah Neufeld – „Never Were The Way She Was”

Colin Stetson & Sarah Neufeld

Eve Risser – „Des Pas Sur La Neige”

Eve Risser - Des Pas Sur La Neige

Haronim – „Haronim”

Haronim - Haronim

Kapital – „Chaos to Chaos”

Kapital - Chaos to Chaos

kIRk – „III”

kIRk - III

Krojc – „0101”

Krojc - 0101

Lenar, Masecki, Zrałek – „Fortepian Chopina”

Lenar, Masecki, Zrałek - Fortepian Chopina

Marcin Masecki – „Mazurki”

Marcin Masecki - Mazurki

MazzSacre – „+”

MazzSacre - +

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes African mystic music”

Raphael Rogiński - Coltrane

Scott Stain – „Calu/Streo”

Scott Stain - Calu  Scott Stain - Streo

Shofar – „Gold Of Małkinia”

Shofar - Gold of Malkinia

SYNY – „Orient”

SYNY - Orient

—————————————

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Shofar w Cafe Kulturalna // premiera „Gold Of Małkinia”

Shofar

To nie będzie długi wpis – moją recenzję koncertowej płyty Shofar odnajdziecie (już niedługo) w nowym numerze PopUpMusic.pl, więc polecam trzymać rękę na pulsie.

Jeśli oceniać wartość zespołu po liczbie widzów, których jest w stanie przyciągnąć na koncerty, to trio Rogiński – Trzaska – Moretti stanowi prawdziwy fenomen na polskiej scenie alternatywnej. Co prawda w Kulturalnej wjazd był za free, ale wielokrotnie byłem świadkiem jak ten skład wypełniał po brzegi rozmaite sale i plenery. Nie pamiętam ile razy widziałem już Shofar na żywo, z pewnością było to wiele koncertów i chyba nie starczyłoby palców dwóch rąk żeby zliczyć. Ani jednego nie żałuję. Na dobrą sprawę miałem tego tekstu nie pisać, no bo „Shofar to wiadomo”, „ile można”, pisałem już nie raz itd. Ale nie powstrzymałem się, tym bardziej, że koncert w Kulturalnej był sporym kontrastem dla tego, co usłyszeć można na „Gold Of Małkinia”.

Jak wrzucałem na fb zajawkę występu, to podkreśliłem, że w porównaniu do materiału ze świeżo wydanej płyty (nagranej w 2013 r.) Raphael Rogiński, Mikołaj Trzaska i Macio Moretti są już o dwa lata lepszymi muzykami i można spodziewać się niespodzianek. Lepszymi = bardziej doświadczonymi, dwa lata jeśli chodzi o muzyków improwizujących (a w końcu nie tylko na tej scenie członkowie Shofar się obracają), to szmat czasu na ewolucję języka wypowiedzi. I ten rozwój w Kulturalnej było słychać już od pierwszych dźwięków, choć oczywiście każda sytuacja koncertowa ma swoją własną specyfikę itd.

Shofar2

Shofar zaprezentował się od drapieżnej i nieokiełznanej strony w porównaniu do nagranego występu z Chicago, w dużej mierze wyciszonego, bardziej impresyjnego. Muzycy zagrali głośno, a wewnętrzny smutek i melancholia tematów schodziła na dalszy plan, dominowała energia, pazur, nieokrzesanie. Szczególnie dało się to odczuć w partiach gitary Rogińskiego, które często sprzęgał, przesterowywał, że brzmiały czasami wręcz hendrixowsko. To prawdopodobnie owoc intensywnego grania z psychodeliczno-bluesową Wovoką w ostatnich latach, chociaż znakomity solowy album, też mógł dodać Rogińskiemu większej śmiałości i swobody, nawet jeśli utrzymany jest w znacznie bardziej subtelnej stylistyce (więcej w nadchodzącym PopUp). Moretti zagrał dynamicznie i pewnie. Trzaska mocarnie, agresywnie, ale z dużym wyczuciem. Odniosłem wrażenie, że muzycy napędzali się nawzajem, podkręcali temperaturę z mistrzowską wprawą i wyraźną frajdą z grania. Nie zabrakło też motywów, które słyszałem jak dotąd po raz pierwszy – sprawiały wyraźne wrażenie wyćwiczonych tematów. To dobrze wróży na przyszłość. Nie obraziłbym się gdyby trio kolejne płyty realizowało już tylko w sytuacjach koncertowych.

Czyli w sumie bez zmian – Shofar wciąż gra zjawiskowo, a z każdym rokiem synergia między muzykami jest coraz lepsza. Working band, czyli zespół który działa. W Kulturalnej zadziałał jak żyleta 🙂

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Festiwal FONOMO 2014 – reminiscencje wizualne

20141010_174941

To będzie wpis niedotyczący sceny warszawskiej, o której zwykle mowa na Instytucie.

Zeszły weekend spędziłem w Bydgoszczy z misją korespondencką dla magazynu PopUp (efekt tekstowo-zdjęciowy znajdziecie tutaj). Festiwal FONOMO, na którym miałem przyjemność gościć okazał się wydarzeniem niezwykle przyjemnym. Była to moja pierwsza wizyta w Bydgoszczy, którą chciałem odwiedzić już od dawna. Stosunkowo luźna formuła festiwalu pozwoliła mi na zwiedzenie miasta za dnia. Jak powszechnie wiadomo Bydgoszcz jest jedną ze stolic improwizatorskiej erupcji lat 90. w Polsce, w związku z czym weekendową wyprawę postrzegam trochę w kategoriach bliskich pielgrzymce do Mekki. Atrakcyjność miasta przewyższyła moje oczekiwania, a weekend okazał się znakomitym dopełnieniem wakacji i ciekawym doświadczeniem estetycznym (miasto + festiwal).

Festiwal ma charakter muzyczno filmowy. Poniżej załączam wyrywkową, wizualną dokumentację imprezy, a dokładnie jej muzycznego oblicza.

 

Mikrokolektyw

Raphael Rogiński

Tomasz Dąbrowski + FONOMO Orkiestra

I na deser ładnie rozmazane zdjęcie Jozefa van Wissema, którego nie udało mi się nagrać:

06 van Wissem

Krzysztof Wójcik

Warszawa koncertowa-dwubrzegowa vol. 2.0

Czyli ciąg dalszy sążnistego wpisu vol. 1.0

 

Mikołaj Trzaska/Adam Witkowski w Muzeum Historii Żydów Polskich

20140904_174952

Wakacyjny cykl audiowizualny MHŻP „Kino_Muzyka_Lato” skupiający się na prezentacji przedwojennych niemych filmów z muzyką na żywo, był programem o tyle ciekawym, co fatalnie wypromowanym. Jakkolwiek wieczór z Mikołajem Trzaską i Adamem Witkowskim zebrał relatywnie spore grono odbiorców, tak na dwa tygodnie wcześniejszym występie Raphaela Rogińskiego muzeum wręcz świeciło pustkami. Szkoda, bo instytucja posiada audytorium o dobrej akustyce, a biletów na seanse nie zaliczyłbym do drogich. Nie w tym jednak rzecz.

Langfurtka – jak się okazało właśnie tak brzmi nazwa duetu – grała do filmu „Cud nad Wisłą” z 1921 roku, którego tematyka była o dziwo bardziej obyczajowa niż patriotyczna. Pomijając fakt, że film został zmontowany jedynie z ocalałych fragmentów taśmy, to fabuła obrazu była wręcz absurdalnie grubo ciosana, w związku z czym pozostawały jedynie walory czysto wizualne (ciekawe kadry, wczesne eksperymenty montażowe, różnice kolorystyczne wynikające z patchworkowego charakteru rekonstrukcji). Dużo obiecywałem sobie po tym seansie, zważywszy na jakość muzyki jaką Trzaska zrealizował do wielu projektów Wojciecha Smarzowskiego (z pewnością najmniej znany tytuł „Kuracja” – gorąco polecam!). Mając w pamięci doskonałe wykonanie „Róży” na OFF Festivalu spodziewałem się bardzo wiele i chyba zbyt wiele. Przede wszystkim zestawienie muzyków i filmu było zdecydowanie chybione – mam tu na myśli nieprzystające do siebie jakości muzyczne i wizualne. Brzmienie klarnetów i gitary elektrycznej samo w sobie tworzyło dość interesujący efekt (niekiedy zbliżony do ostatniej płyty Łoskotu), jednak muzykom ciężko było wpisać się w klimat filmu – właściwie najlepiej było zamknąć oczy. Warto podkreślić, że bez oprawy dźwiękowej Trzaski i Witkowskiego oglądanie „Cudu nad Wisłą” byłoby przeżyciem wręcz hardkorowym, nie na odwrót. Z obrazem najlepiej współgrały momenty muzyczne, w których słychać było tylko jeden z instrumentów. Gitara dość mocno przytłaczała brzmienie klarnetu i zbytnio dominowała nad całością, z kolei klarnet najlepiej wypadał w momentach niskich, intensywnych przesileń, a biorąc pod uwagę infantylizm i banał scenariusza podobne sekwencje nie zdarzały się za często. Myślę, że o wiele lepiej muzyka duetu wybrzmiałaby na przykład w asyście niemych dzieł niemieckiego ekspresjonizmu. W muzeum dysonans pomiędzy specyfiką wizji a fonii był zbyt wyraźny, a nijakość filmu brutalnie rzutowała na muzykę, która – siłą rzeczy – musiała odgrywać służalczą rolę wobec obrazu.

———————————————————————————————————————–

 

Tupika, Masecki/Moretti/Rogiński, Cukunft w Cafe Kulturalnej

Czyli przedostatni dzień tegorocznego cyklu Lado w mieście i występy składów w przeważającej mierze nieaktywnych już koncertowo i wydawniczo. Wieczór nabrał charakteru wspominkowego, nostalgicznego, jednak jeśli chodzi o poziom koncertów był to bodaj najbardziej wyrównany dzień spośród wszystkich „lad” jakie w tym roku widziałem.

20140827_221742

Koncerty zainaugurowała Tupika czyli trio Pawła Szamburskiego, Patryka Zakrockiego i Norberta Kubacza. Hipnotyczna, miarowa gra prostych partii kontrabasu była silnym kręgosłupem, na którym pląsały dość swobodnie klarnet i skrzypce, tworząc nastrojowe, senne dialogi z incydentalnymi żywszymi momentami. Współpraca na linii Zakrocki – Szamburski (czyli podzespołu Sza/Za) przebiegała bez zarzutu, muzycy doskonale wyczuwali swoje intencje, przy okazji czerpiąc z gry wyraźną frajdę. Solidny występ upstrzył bis, którego wysłuchałem z przyjemnością.

20140828_001016

W następnej kolejności zagrało supertrio Masecki/Moretti/Rogiński, które swego czasu nagrało spontaniczną koncertową płytę na Chłodnej 25. Jako że nie udało mi się wówczas zobaczyć składu na żywo, a o znakomitych występach tria od tamtego czasu zdążyła wręcz narosnąć miejska legenda, szykowałem się na coś specjalnego. Muzycy rozpoczęli koncert z bardzo dużą energią, która po sennej Tupice była mi tego dnia niezwykle potrzebna. Kąśliwa i kreatywna gitara Rogińskiego tworzyła znakomity drive, któremu towarzyszyło perkusyjne, mocne adhd Morettiego i dość ozdobnikowa, wręcz ascetyczna, lecz pewna gra Maseckiego na klawiszach. Nad wszystkim unosiła się nieco psychodeliczna aura lat 60., która jednak ewoluowała w przesilenia i momenty zdecydowanie współczesne, powiedzmy bardziej naspeedowane niż kwaśne. Występ pokazał, że to trio ma wielki potencjał, który zwyczajnie nie powinien zatrzymać się na albumie sprzed lat. Może przynajmniej jeszcze kilka koncertów?

20140828_003430

Cukunft wbrew moim oczekiwaniom zakończył wieczór występem bardzo energetycznym, czego nie sugerowałaby ostatnia melancholijna, solidna płyta „Wilde Blumen”. Prowadząca gitara Rogińskiego była solidnym, melodycznym fundamentem dla rozimprowizowanych klarnetów Szamburskiego i Michała Górczyńskiego, których widowiskowe, świdrujące dialogi były najbardziej charakterystycznym elementem koncertu. Występ, choć krótki, nadrabiał zwięzłość intensywnością przekazu. Szczerze mówiąc ta żwawa i głośna odsłona Cukunftu przypadła mi do gustu nawet bardziej niż wyciszone kompozycje z zeszłorocznego albumu – w każdym razie tego wieczoru miałem bardziej ochotę na klarnetowe szaleństwo. Dobrze się stało, że powyższe koncerty odbyły się w Cafe Kulturalnej, ponieważ ich charakter zdecydowanie lepiej pasował do przestrzeni zamkniętego klubu. Niestety na ostatni dzień Lada nie udało mi się dotrzeć, ponieważ wybrałem konkurencyjny event po prawej stronie Wisły…

——————————————————————————————————————————

 

Wojciech Jachna/Ksawery Wójciński + Susana Santos Silva/Torböjrn Zetterberg w Chmurach

20140829_215938

Dwa duety – jeden złożony z polskich uznanych i znanych mi muzyków, drugi portugalsko-szwedzki, przed rokiem wydany w prestiżowym lizbońskim Clean Feed. Wojciech Jachna jest chyba obecnie najbardziej aktywnym bydgoskim trębaczem, członkiem kolektywu Innercity Ensemble i połową duetu Jachna/Buhl (o którym już pisałem jakiś czas temu tutaj). Spotkanie Jachny z Ksawerym Wójcińskim, który szykuje się obecnie do wydania debiutanckiej solowej płyty i jest muzykiem wielu projektów, było ich pierwszym wspólnym graniem w duecie i na jednej scenie. Podobne sytuacje naznaczone są w równej mierze potencjałem co ryzykiem, jednak w tym wypadku więcej było słychać potencjału. Wójciński grając smyczkiem intensywne, wręcz drone’owe podkłady stwarzał bardzo dużo przestrzeni dla trąbki. Jachna kreślił raczej spokojne, choć meandryczne melodie, najciekawiej brzmiące z subtelnymi elektronicznymi pętlami. Set podzielony został na kilka odrębnych części, przypominających kompozycyjne szkice. Myślę, że ten projekt ma szansę rozwinąć się w ciekawą współpracę, szczególnie jeśli muzycy zaczną operować nieco bardziej radykalnymi środkami wyrazu. Te ostatnie były kanwą drugiej części wieczoru.

20140829_222718

Dość dużą egzotyką w perspektywie polskiej sceny jest kobieta grająca na trąbce. Osobiście nigdy nie widziałem na żywo tego instrumentu w damskich dłoniach. Swoboda i wyobraźnia z jaką Susana Santos Silva posługiwała się trąbką były naprawdę imponujące. Artystka dysponowała przeszywającym, świdrującym brzmieniem, a śmiałe sonorystyczne eksperymenty wydawały się bardzo samoświadome, dalekie od pustej popisówki. Podobnie kreatywne wykorzystanie tego „instrumentu dętego blaszanego” widziałem na koncercie Petera Evansa. Jest to granie bardzo nowoczesne, ekspresyjne, łamiące konwencjonalne brzmienie. Czasami podobne wyczyny sprawiają wrażenie przekombinowanych, jednak w grze Silvy i Torböjrna Zetterberga raczej tego nie wyczułem. Kontrabasista grając wedle podobnego stylistycznego klucza co trębaczka, w moim odbiorze był nieco mniej widowiskowy i jego gra schodziła trochę na dalszy plan, sama w sobie była też odrobinę mniej interesująca. Ciekaw jestem jak charakterystyczne brzmienie Silvy wypadłoby w towarzystwie kontrabasisty nieco bardziej stabilnego, wsłuchującego się nie tylko w swój instrument.

20140829_223709

Ogólnie rzecz biorąc pomysł zestawienia na jednej scenie dwóch duetów trąbka-kontrabas okazał się interesujący, jednak trochę żałuję, że nie doszło na przykład do wymieszania składów, co mogłoby dać znacznie bardziej nieoczekiwany efekt artystyczny. Mimo wszystko duże brawa dla organizatorów, którzy sprowadzili do Chmur tak znakomitych artystów. Koncerty były dobrym przykładem jak można wykorzystać potencjał miejsca przy ulicy 11 Listopada.

20140824_203136

——————————————————————————————————————-

Niniejszy dwuczęściowy tekst rozpoczął się narzekaniem na warszawską infrastrukturę klubową. Chociaż miniony, ostatni tydzień sierpnia pod względem interesujących eventów był dość bogaty i rozproszony, to można go określić wyjątkiem potwierdzającym regułę. Z perspektywy muzyki improwizowanej po prawej stronie Wisły funkcjonuje zaledwie jedno miejsce, które na takową jest otwarte z relatywną regularnością i są to właśnie Chmury. Być może z końcem roku sceną konkurencyjną stanie się po praskiej stronie „warszawska filia” bydgoskiego klubu Mózg, który z początkiem listopada rozpoczyna swą działalność. Natomiast jeśli chodzi o lewobrzeżną Warszawę to po zamknięciu Powiększenia, Kosmosu, Chaosu, wobec dość niestabilnej działalności Cafe Kulturalnej, zostają de facto dwa miejsca gdzie interesującą muzykę na żywo można usłyszeć z co najmniej cotygodniową regularnością. Mam tu na myśli mocniej osadzone w świadomości słuchaczy Pardon To Tu, oraz pozostająca trochę w cieniu (lecz prezentująca konsekwentny, ambitny program) Eufemia. Można zatem skwitować niniejszy tekst konstatacją „na zachodzie bez zmian”, chociaż w perspektywie jesienno zimowej odpadną jeszcze miejsca plenerowe… Cóż, pozytywne w tym kontekście jest wprowadzanie muzyki do stosunkowo młodych instytucji publicznych i takie programy jak „Co słychać” Muzeum Sztuki Nowoczesnej, czy wspomniany na początku tekstu cykl z muzyką do filmów w Muzeum Historii Żydów Polskich. W najbliższych dniach również intrygująco zapowiadający się Festiwal Przemiany w Centrum Nauki Kopernik. Powyższe instytucje nie wykonają jednak „pracy u podstaw”, która powinna przebiegać w tzw. „warszawskiej klubosferze”. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłości z podobnego terminu będzie można zabrać cudzysłów.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

10 lat PopUp w Pardon To Tu

77000_160c2cfd0 Wraz z ostatnimi dniami kwietnia 2014 portal PopUpMusic, wchodząc oficjalnie w okres nastoletni, zafundował warszawskiej publiczności muzyczne święto w postaci mini-maratonu koncertowego o znamiennym, reprezentatywnym dla portalu line-upie. Ciężko mi wyobrazić sobie dogodniejszą lokalizację mini festiwalu niż Pardon To Tu, którego program od dłuższego czasu jest niezwykle zbieżny z linią samego PopUp’a, ze względów oczywistych determinując w pewnej mierze jej kształt.

Zatem 2 dni, w sumie 6 koncertów rozpiętych w dużym skrócie pomiędzy eksperymentalną elektroniką, a eksperymentalną akustyką. Pierwszego dnia – wedle plakatu – na scenie mieli się zagościć Peter Evans, Tony Buck i Robert Piotrowicz. Szczęśliwie dla przebiegu wieczoru kolejność została odwrócona, a całość zwieńczona niespodzianką w postaci krótkiego duetu Evans-Buck, na który prawdopodobnie nie tylko ja liczyłem – właściwie z racji składu pierwszego dnia podobna konfiguracja wydała mi się czymś oczywistym.

Dwudniową imprezę rozpoczęły sterylne, odhumanizowane elektroniczne dźwięki generowana przez Piotrowicza, który z marsową, skupioną miną dbał o rozwój muzycznej struktury. Przypominało to układanie domku z kart (pasjans na macu? Czyżby?). Początkowe, pojedyncze, bardzo przestrzenne impulsy zalewające wnętrze klubu zaczynały się powoli, lecz bardzo płynnie nawarstwiać, a muzyka nieubłaganie zmierzała ku tak zwanej – niemal mitycznej – „ścianie dźwięku”. W tworzeniu podobnych efektów artyści elektroniczni prześcigają i prześcigali się na rozmaite sposoby, stąd podobna kulminacja pozbawiona jest obecnie znamion etykiety „awangarda” (choć może jednak w dalszym ciągu?). Jednakże sposób w jaki Piotrowicz precyzyjnie dochodził do kolejnych akustycznych przesileń, zręcznie budowana dramaturgia i emocjonalność, która niepostrzeżenie zaczęła się wkradać w muzykę, ostatecznie przekonały mnie do wizji jaką artysta postanowił się podzielić. Niewątpliwie było to doświadczenie intensywne, którego złożoność pozwoliła na wyostrzenie zmysłów przed resztą wieczoru.

Będąc w zeszłym roku na znakomitym koncercie The Necks w CSW, nie spodziewałem się, że tak szybko zyskam sposobność kolejnego kontaktu z muzyką któregokolwiek z członków tej formacji. Tony Buck, choć jest perkusistą, który zdecydowanie nie musi już niczego udowadniać, jednak to zrobił – udowodnił, że samodzielnie jest w stanie wytworzyć muzykę niemniej zniuansowaną i pełną wyobraźni, co w macierzystym składzie. Błędem byłoby jednak postrzeganie występu artysty na zasadzie „The Necks bez kontrabasu i fortepianu”, ponieważ Buck zaproponował program dalece bardziej zmienny, zaskakujący, a niekiedy wręcz żartobliwy, o ile można tak powiedzieć o muzyce. Dokładność z jaką perkusista wytwarzał kolejne wielowątkowe struktury rytmiczne, umiar i wysmakowanie w operowaniu rozmaitymi perkusjonaliami imponowały z każdą minutą występu. Najbardziej urzekło mnie jednak to jak bardzo otwartym muzykiem jest Tony Buck. Perkusista dysponujący niesłychanym wachlarzem środków wyrazu, potrafi z niego zbudować  intrygującą, suwerenną wypowiedź, w której znalazło się miejsce zarówno dla ulotnej subtelności jak i nieprzewidywalnych wybuchów agresji. Występ zakończył się dłuższym fragmentem zagranym na małych talerzach, który jednoznacznie przypomniał mi początek koncertu The Necks z zeszłego roku i symbolicznie spiął oba wydarzenia w jedną całość. Bardzo dojrzały i samoświadomy koncert, stanowiący ciekawą akustyczną antytezę dla elektronicznych eksperymentów Piotrowicza.

Patrząc z perspektywy na pierwszy dzień mini-festiwalu, nasuwa mi się na myśl pewien dialektyczny charakter całego wieczoru, dla którego niezbędną syntezą okazała się wypowiedź Petera Evansa. Pod względem czysto poznawczym był to dla mnie zdecydowanie najmocniejszy punkt poniedziałkowych koncertów, a jednocześnie występ, na który nie mogłem się doczekać od momentu, kiedy po raz pierwszy zacząłem zdawać sobie sprawę z fenomenu Evansa jako artysty. Peter Evans z mojej perspektywy jest obecnie jednym z ciekawszych młodych trębaczy na świecie; jest muzykiem, którego charakteryzuje swego rodzaju meta perspektywa w postrzeganiu trąbki – wizja artystyczna w pełni determinuje instrument, nie na odwrót. Szczerze mówiąc obcując dotychczas z nagraniami Evansa, szczególnie tymi eksperymentalnymi (jak High Society z Nate’m Wooley’em, czy Sky Burial Jeremiaha Cymermana), na których poddaje instrument preparacji, przyjmowałem poniekąd postawę Niewiernego Tomasza. W poniedziałek zobaczyłem, usłyszałem i uwierzyłem, że mam do czynienia z Jimim Hendrixem trąbki, czarodziejem dźwięku, który redefiniuje swój instrument z wirtuozerską łatwością. Od momentu, kiedy nowojorski trębacz wszedł na scenę Pardon To Tu skupił moją uwagę dalece bardziej niż jakikolwiek muzyk jazzowy w ostatnim czasie. Niesamowite było obserwowanie determinacji, a zarazem pewności, z jaką operował dźwiękami, które niekiedy iluzorycznie przypominały brzmienia industrialne, czy dźwięki organiczne, by znów zaskoczyć zgrabną melodyjną miniaturą. Żadnych wątpliwości w narracji płomiennej, intensywnej, nieprzewidywalnej. W pewnym momencie Evans porzucił trąbkę na rzecz kornetu, racząc słuchaczy nieco wyższymi tonami, umiejętnie modulowanymi tłumikiem jednak nie miało to znaczenia dla całości. Cokolwiek muzyk wyprawiał na scenie, towarzyszyła mu pewna hipnotyzująca moc, która nie pozwalała na choćby chwilę dekoncentracji. Czułem się niemalże jak wąż przy zaklinaczu. Niesłychanie oryginalny, popisowy, a zarazem autentyczny występ, który pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo.

Drugi dzień skoncentrowany został wokół muzyki gitarowej, choć jej reprezentanci pokazali rozmaite spektrum możliwości tego instrumentu. Alemeda 3, czyli pupile krytyki ostatniego roku, otworzyli kolejny dzień festiwalu, udowadniając tym samym, że na żywo są w stanie podbić serca podobnie efektywnie jak za pomocą albumu. Występowi tria towarzyszyła dość groteskowa oprawa wizualna i nie mówię tutaj o oświetleniu, które przynajmniej na początku okazało się kłopotliwe. Mam bardziej na myśli zestawienie szalonej, pełnej energii muzyki Alamedy z równymi rzędami krzesełek, eleganckimi marynarami i teatralną czarną kotarą. Efekt był niezwykły i skojarzył mi się odrobinę z teledyskiem „In Bloom” Nirvany. Nie przypominam sobie podobnie żywiołowego, stricte gitarowego występu na scenie Pardon To Tu, która bez wątpienia udźwignęła potężny ładunek energii wytwarzanej przez Ziołka, Popowskiego i Zielińskiego. Noise generowany przez trio (które śmiało można określić, skądinąd oklepanym, przedrostkiem „power”)  był wspólnym mianownikiem dla wypowiedzi, w której przeplatały się rozmaite wpływy – trans krautrocka, ekstatyczność post-rocka, no wave’owa zadziorność, drone’owa psychodelia. Elementy często występujące wspólnie u Alamedy zachowują dobre proporcje, podporządkowane inteligentnemu songwritingowi i pomysłowej improwizacji. Bardzo dobry występ wyzwolił we mnie potrzebę poczynienia zakupów płytowych…

Zestawienie na koniec dwóch solowych koncertów Raphaela Rogińskiego i Sir Richarda Bishopa od początku wydawało mi się dość ryzykownym posunięciem, ponieważ gitarzyści prezentują stosunkowo podobną estetykę, silnie inspirowaną brzmieniami etnicznymi. Bishop wplatając w swój instrumentalny występ pokaźną ilość rubasznych piosenek z morałem (tematyka o ciężarze gatunkowym: macierzyństwo, pornografia, pedofilia, a nawet raz pojawił się Hitler), pokazał się od strony dalece bardziej frywolnej i wyluzowanej niż Raphael Rogiński. Warszawski gitarzysta oczarował audytorium muzyką niezwykle melancholijną i nastrojową. Dziwnym trafem nigdy nie udało mi się załapać na solowy koncert Rogińskiego, zawsze widywałem go przynajmniej w duecie. Muzyk pozostawiony na scenie sam na sam z gitarą skutecznie przekonał mnie do tego, żeby nigdy więcej nie odpuścić sobie jego autorskiego występu. Zawsze podziwiałem tego muzyka przede wszystkim za sposób, w jaki operuje rytmem, nadając swoim wypowiedziom bardzo interesujący, linearny przebieg, który czyni z utworów bardziej muzyczne opowieści o zmiennej dramaturgii. Rogiński okazał się także jedynym artystą, którego udało się publiczności wywołać na scenę po raz drugi. Nie miałem akurat w tym wypadku nic przeciwko temu – szczerze mówiąc mógłbym słuchać tej uwodzicielskiej, eterycznej muzyki jeszcze bardzo długo.

Życzyłbym podobnie udanej celebracji okrągłej daty każdemu portalowi z muzyką niezależną w Polsce, choć z pewnością nie na każdy bym się wybrał. Cóż jest w stanie lepiej podsumować działalność magazynu muzycznego niż znakomite koncerty? Dwudniowa impreza 10 lat PopUp w Pardon To Tu była z pewnością jednym z wydarzeń koncertowych roku.

Krzysztof Wójcik

 

PS: Gratulacje dla Mikołaja Pasińskiego za naprawdę świetny plakat, który pozwoliłem sobie zamieścić u góry. Stażewski? Henryk Berlewi?