Ray Dickaty & Bartosz Tkacz na Chłodnej 25

Dickaty - Tkacz duo

Chłodna reaktywacja? Czyżby jazz miał powrócić pod adres tak zasłużony dla „historii sceny warszawskiej XXI wieku”? Czas pokaże, choć koncert duetu Ray Dickaty – Bartosz Tkacz, zatytułowany „Eksperyment #1”, rodzi pewne nadzieje i pozostaje czekać na dalsze cyferki. Wszak piwniczka na Woli w przeszłości wielokrotnie udowadniała, że jest idealną przestrzenią dla muzycznego eksperymentu. Pod tym względem występ Dickaty – Tkacz wpisuje się w kontinuum.

Przyznam, że spodziewałem się po tym koncercie nieokrzesania, free jazzowej jazdy po bandzie. Myślenie życzeniowe. Specyfika wieczoru i względy natury osobistej podkręciły moją żądzę intensywnej dezynfekcji mózgu przez uszy. Tymczasem duet zagrał w sposób wyjątkowo zrównoważony, budował narrację wychodząc od subtelnych dźwięków na granicy słyszalności i płynnie dochodził do przesileń poszczególnych pulsujących fraz. Duża wrażliwość i precyzja w kreowaniu wspólnego brzmienia, często opartego na rozbudowanych repetycjach. Obszerne fragmenty oddalające koncert od dosłowności idiomu jazzowego były dla mnie tymi najciekawszymi. Muzyka Dickaty’ego i Tkacza ma w sobie spory potencjał ilustracyjny i sądzę, że dobrze funkcjonowałaby w towarzystwie obrazu (to nie tylko moje zdanie – oddaje copyrajty). Choć warstwa audio krzesana przez „dwóch tenorów” była zajmująca sama w sobie, to zdecydowanie wymagała od słuchacza skupienia i koncentracji – czyli specyficznych okoliczności dla muzyki kameralnej. Z całą pewnością Chłodna 25 posiada warunki do prezentacji tego rodzaju twórczości na pograniczu jazzu i wolnej improwizacji. Dobry, stonowany, nieco melancholijny koncert. Mam nadzieję, że klub pójdzie za ciosem i będzie częściej organizował występy tego typu, które ewidentnie kontynuują muzyczny etos adresu na Woli. Nie mam nic przeciwko „Chłodnej 2.0”.

Jak ktoś spragniony dłuższej formy, to odsyłam do zeszłorocznego koncertu duetu TUTAJ.

Krzysztof Wójcik (((ii))) 

Reklamy

Warsaw Improvisers Orchestra na Placu Defilad

WIO1

Ostatni raz o Warszawskiej Orkiestrze Improwizatorów miałem okazję pisać jeszcze w zeszłym roku, w kontekście dużego, poszerzonego o chór koncertu w Pardon To Tu (klik). Od tego czasu partyzancki ensemble pod wodzą Raya Dickaty’ego regularnie występował w Chmurach, a w marcu zagrał na scenie Laboratorium CSW, słynącej ze znakomitej akustyki (oraz prestiżu). Tym razem Orkiestra zaatakowała przestrzeń miejską, uderzając wprost w serce tegorocznego, warszawskiego night life’u – w Plac Defilad, a dokładniej w placyk nieopodal Baru Studio. Był to prawdopodobnie największy koncert zespołu zarówno pod względem widzów (audytorium plenerowe, ciężko policzalne), jak i wykonawców (w kulminacyjnym momencie na scenie znajdowało się kilkadziesiąt osób).

Kto wie, czy koncerty w przestrzeni miejskiej nie są właśnie tymi najwłaściwszymi dla projektów takich jak WIO. Występy Orkiestry mają duży potencjał wizualny, są widowiskowe, a moc kolektywnego uderzenia jest w stanie onieśmielić. Jednocześnie otwarte, plenerowe koncerty są zdecydowanie najlepszym sposobem na dotarcie do szerszego grona odbiorców, do złowienia potencjalnych entuzjastów muzyki improwizowanej, którzy gdzieś tam jednak są (niczym „prawda” w Archiwum X). W dodatku tym razem występ WIO był zaledwie (finalną) częścią większego wydarzenia, spektaklu rowerowego „Złodzieje rowerów”, który odbywał się w kilku miejscach w Warszawie. Uczestnicy spektaklu zasilili w pewnym momencie szeregi Orkiestry i wystąpili jako kilkudziesięcioosobowy chór.

Specyfiką całego koncertu była napięta relacją pomiędzy głosem a muzyką, która nadawała wykonaniu specyficzny dziki, niemalże pogański pierwiastek. Można wręcz powiedzieć, że wokal/wokale dominowały nad instrumentami. Trudne warunki akustyczne często dawały o sobie znać, co najdobitniej obrazowały problemy ośmioosobowej sekcji dętej w wykrzesaniu mocy współmiernej do wokalu i sekcji rytmicznej (też mocno rozbudowanej – 3 perkusje, 3 basy i kontrabas). Także jeśli ktoś miał nadzieję posłuchać niuansów w dialogach skomasowanych saksofonów, to mógł się poczuć lekko zawiedziony. Kwestia nagłośnienia. Ale nie w tym rzecz. WIO to model kolektywu, a nie liderów i akompaniatorów. Jedynym liderem jest dyrygent, który – mówiąc najogólniej – kanalizuje energię poszczególnych części składu. Ray Dickaty potrafi to robić z wyczuciem, łatwością i dużą konsekwencją, dzięki czemu całość utrzymana jest w ryzach i nie odlatuje w jam session. Tym razem nacisk położony został na rytm i ekstatyczne, przejmujące wokale, kontrastujące ze zmasowaną sekcją dętą.

 WIO3

Brzmienie WIO przed Barem Studio w momentach szczytowych przypominało mi intensywność, dzikość i moc skandynawskiej supergrupy Matsa Gustafssona Fire! Orchestra (która w wersji trio zagrała na niedawnym festiwalu Match & Fuse). Jestem przekonany, że za sprawą tego występu Orkiestra pod wodzą Raya Dickaty’ego zapisze się w pamięci tych, którzy do tej pory mogli nawet nie wiedzieć o istnieniu podobnej inicjatywy. WIO to zjawisko na warszawskiej scenie muzycznej – niestety jak dotąd przez niewiele mediów zauważane. Być może najlepszą strategią żeby muzyka improwizowana trafiła pod strzechy, jest jej uprzednie wyjście na ulicę? Po sobotnim koncercie chyba wiele osób nie będzie miało nic przeciwko temu.

PS: Póki co – kolejny, regularny występ WIO w Chmurach 26.07

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Sounds Of The Night Sky [Ray Dickaty, Łukasz Kacperczyk, Piotr Mełech, Dominik Mokrzewski] w Mózgu Powszechnym

Kacperczyk_Dickaty_Mełech3

SOTNS – bo tak, dość psotnie, brzmi skrótowa nazwa zespołu – zagrało w Mózgu Powszechnym swój pierwszy koncert. Zatem historia dzieje się na naszych oczach podczas, co znamienne dla nazwy, marcowej pełni księżyca. Skład docelowo uzupełniać ma jeszcze „sekcja smyczkowa” w osobach Ksawerego Wójcińskiego i Mikołaja Pałosza, jednak muzykom nie udało się na koncert dotrzeć.

Wysokie występy w Mózgu WWA

Cóż mogę powiedzieć? Gdy zobaczyłem zespół o takiej konfiguracji personalnej nie zastanawiałem się zbyt długo czy przyjść na koncert. Zresztą po miesiącu z hakiem zdążyłem się odrobinę stęsknić za przestrzenią „warszawskiego-bydgoskiego klubu”. Muszę przyznać, że jak dotąd na scenie Mózgu nie miałem okazji zobaczyć słabego występu, a już kilkakrotnie (dosłownie) w praskich-bydgoskich podwojach gościłem. Klub ma przyjemny, kameralny klimat, przytulny wystrój i przede wszystkim naprawdę dobrą akustykę, w której doskonale sprawdzają się niewielkie koncerty. Niewielkie? To słowo to nienajlepiej oddaje charakter występów, jakie do tej pory w czarnej jak sadza sali przyszło mi oglądać. Powiedzmy, że były to koncerty zdecydowanie „wysokie”, wznoszące się swoją koncepcją nad poziomy przewidywalności i artystycznego oportunizmu. Nie inaczej było i tym razem.

Dickaty_Mełech_Mokrzewski2

Sounds Of The Night Sky zaaplikowali słuchaczom naprawdę imponującą dawkę wciągającej, uporządkowanej, a zarazem mocno zaskakującej muzyki. Bez przerw – jeden długi set podejmujący, rozwijający i żonglujący rozmaitością wątków oraz bis. Śledzenie koncertu w pełnym zaangażowaniu przyszło mi z dużą łatwością, którą przewyższała chyba jedynie przyjemność, wynikająca z roli słuchacza i widza. Czytaj: fascynujący występ. Potraktowałbym wywoływanie tak pozytywnych reakcji (zaznaczmy – podczas pierwszego zespołowego koncertu) jako dobrą monetę i nie zarzucał projektu, a wręcz zintensyfikował aktywność.

Szczegóły:

Kwartet w budowaniu improwizacji wykazywał się bardzo dużym skupieniem i wrażliwością na najdrobniejsze niuanse brzmienia. Początkowo była to muzyka rzeczywiście, jak przystało na nazwę zespołu, wyciszona, dość melancholijna, utkana z subtelnych interakcji instrumentów, jednak systematycznie atmosfera ulegała zagęszczeniu. Dużą rolę w nakreśleniu klimatu odegrała elektronika Łukasza Kacperczyka. Nagłośniona kalimba (i cała stacja efektów) pozwalała artyście na generowanie szumów, stukotów i szmerów w czasie rzeczywistym w sposób akustyczny, a następnie na wyważone podkręcanie ich barwy z użyciem syntezatora. Muzyk, choć skoncentrował się głównie na tworzeniu sonicznego backgroundu, znacznie wpłynął swymi manipulacjami na charakter całości. Z elektroniką dobrze korespondowała skupiona i poukładana perkusja Dominika Mokrzewskiego.

Mokrzewski

Artysta zagrał bardzo kreatywnie nie przytłaczając brzmieniem zestawu innych instrumentów. Mokrzewski raczej operował akcentami i brzmieniem poszczególnych części perkusyjnego arsenału. Nie zabrakło gry smyczkiem po talerzach, uderzania w bębny plastikową, rezonującą tubą, czy partii granych widelcami, których samodzielne drgania dawały efekt metalicznego pogłosu. Te zabawy w zbytnim natężeniu mogły przytłoczyć całość, jednak muzyk nie wychylał się przed szereg, a raczej wtapiał w grę w zespołu podsycając dramaturgię.

Dickaty_Mełech2

Sekcja dęta SOTNS w osobach Raya Dickaty’ego i Piotra Mełecha również nie była tradycyjnie frontalnym wysunięciem aerofonów na pierwszy plan. W ogóle zestawienie tych dwóch muzyków w jednym składzie uważam za strzał w dziesiątkę, ponieważ obaj charakteryzują się dużą wrażliwością na muzyczne drobiazgi, grając nie zapominają o słuchaniu i reakcji na bodźce innych instrumentów. Saksofon tenorowy skupiony był głównie na operowaniu frazą złożoną z delikatnych, drobnych elementów, w których sonorystyka szła w parze z melodyczną intuicją. Gra Dickaty’ego jest bardzo specyficzna potrafi płynnie przejść od subtelnych, wyciszonych tonów do ognistej, dynamicznej improwizacji. Tym razem dominował raczej ten pierwszy pierwiastek, a główny ciężar prowadzenia narracji spoczął na barkach Mełecha, którego klarnety dominowały nad brzmieniem saksofonu, chociaż też go nie zagłuszały. Gra Mełecha jest precyzyjna i czujna, przy okazji artysta nie stroni od eksperymentów brzmieniowych, ze znakiem firmowym „dęciem w podłogę” na czele. Klarnecista w sposób bardzo organiczny nawiązywał dialogi z saksofonem. Muzyk niebawem wyrusza w trasę po Polsce z solowymi występami, w których połączy klarnet z elektroniką. Cieszy, że coraz częściej można usłyszeć Mełecha w warszawskich klubach, bo to bez wątpienia jeden z bardziej oryginalnych klarnecistów.

Kacperczyk_Dickaty_Mełech2

Chociaż w koncercie SOTNS dominował umiar i kolektywna, uporządkowana opowieść, nie zabrakło momentów bardziej ekspresyjnych, które w kontekście całościowej subtelności wybrzmiały mocno i wyraziście. Najbardziej zapadł mi w pamięć jedna z erupcji, zapoczątkowana elektroniczną niską, dudniącą improwizacją Kacperczyka, do której dołączyli pozostali muzycy. Kawałek tego fragmentu udało się uwiecznić na filmiku poniżej.

Występ kwartetu oceniam jako bardzo dobry. Trochę ciężko mi wyobrazić sobie w tej muzyce udział jeszcze dwóch instrumentów, wydaje mi się, że w czteroosobowej konfiguracji Sounds Of The Night Sky zabrzmiało w sposób kompletny, ale oczywiście mogę się mylić. Tak czy inaczej zdecydowanie warto ten projekt śledzić i mam nadzieję, że przemieni się w regularny zespół – zdecydowanie ma potencjał. W najbliższym czasie będzie okazja zobaczyć muzyków na jednej scenie 14 marca podczas koncertu Warsaw Improvisers Orchestra w Laboratorium CSW, który niniejszym gorąco polecam.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć 

Warsaw Improvisers Orchestra w Pardon To Tu

Warsaw Improvisers Orchestra

W przeciągu 2014 roku na scenie Pardon To Tu wystąpiła cała plejada wielkich nazwisk muzyki improwizowanej, czego absolutnym przesileniem był listopad, kiedy średnio co trzy dni przy pl. Grzybowskim gościła kolejna gwiazda. Klub ściągał w tym roku artystów niemal z całego świata i stosunkowo rzadko prezentował twórców lokalnych, stawiając bardziej na program międzynarodowy. Sytuacja uległa znacznej zmianie w grudniu, kiedy line-up wypełniły niemal wyłącznie polskie składy, a na zamknięcie koncertowego sezonu wystąpił projekt ze wszech miar wyjątkowy w pejzażu krajowej sceny – Warsaw Improvisers Orchestra.

Orkiestra powołana do życia przez Raya Dickaty’ego zrzesza mieszkających w Warszawie improwizatorów, zarówno muzyków znanych z różnych innych projektów, z powiedzmy bogatszym cv, jak i artystów dopiero debiutujących. Chęć wspólnej gry wydaje się podstawowym kwalifikatorem – pomijając, lecz nie zapominając o umiejętnościach – który decyduje o dołączeniu do kolektywu. W efekcie oglądając WIO można zetknąć się z dużym i różnorodnym fragmentem warszawskiej sceny improwizowanej, a bigbandowy charakter występów każdorazowo nieco inaczej skompilowanego składu, ma bardzo dużą siłę rażenia. Oglądając kilka razy Orkiestrę na bardziej kameralnych, comiesięcznych występach w Chmurach myślałem, że tylko kwestią czasu będzie przeniesienie się zespołu w przestrzenie bardziej dostępne dla szerszej publiczności. Koncert w Pardon To Tu, które jest stołecznym salonem muzyki improwizowanej, stanowił pierwszą z rezydencji WIO poza – w ostatnich miesiącach – praskim matecznikiem. Oprócz kilkunastu muzyków na scenie pojawił się również Chór Eksperymentalny, a całość została zamknięta w dwóch, mocno kontrastujących setach.

Rozdział I

WIO2

Podczas części pierwszej wystąpiło „zaledwie” ośmiu muzyków pod precyzyjną dyrygenturą Raya Dickaty’ego. Koncert otworzyła delikatna noise’owa elektronika Łukasza Kacperczyka, do której po chwili dołączyła na wokalu Hania Piosik. I tak jak elektronika w dalszej części schowała się nieco na plan dalszy (trochę ku mojemu rozczarowaniu), tak wokal przez cały set był jednym z głównych, dominujących pierwiastków w tej odsłonie Orkiestry. Muszę przyznać, że odrobinę zaskoczyła mnie strategia jaką obrał Ray Dickaty. Muzyk postanowił nie eksploatować potencjału dużego składu w celu tworzenia spektakularnych, głośnych kulminacji, a bardziej skupił się na tworzeniu bardzo uporządkowanej narracji, konsekwentnie wprowadzając i wygaszając kolejne instrumenty. Muzycy zestawiani byli ze sobą najczęściej w duety – wokalistce akompaniowała na flecie Daria Wolicka, z Natanem Kryszkiem na saksofonie w dialog wchodził bardziej sonorystyczny, pozytywnie piskliwy klarnecista Piotr Mełech. Sekcja smyczkowa z Ksawerym Wójcińskim i Mikołajem Pałoszem była bardziej ograniczona do roli tła. Mocna i głośna perkusja Dominika Mokrzewskiego pojawiała się w wybranych momentach i również poddana była arbitralnej dyscyplinie, jaką narzucał na muzyków Dickaty. Brytyjski saksofonista eksperymentował z aranżacją, testując różne konfiguracje instrumentalne i budując dość intensywny klimat, który jednak ani razu nie został doprowadzony do pełnej eksplozji, pozostał w napięciu i zawieszeniu do samego końca. W kontekście kolejnego setu podobne niedopowiedzenie zafunkcjonowało interesująco, choć mogło budzić lekki niedosyt u słuchaczy spodziewających się potężnego, orkiestrowego brzmienia. W zamian Dickaty zaproponował publiczności mocno zniuansowany, subtelny i wyciszony instant-composing.

——————————————————————————————————

Rozdział II

WIO1

Miałem wątpliwości czy scena Pardonu pomieści 21 muzyków, ostatecznie jakimś cudem się to udało. Mistrzem ceremonii drugiego setu był Dominik Strycharski, muzyk, który potwierdził już w tym roku osobowość urodzonego lidera nagrywając w septecie, jako Pulsarus „Bee Itch”, album pełen monumentalnych i bogatych aranżacyjnie kompozycji. W związku z tym nie było dla mnie dużym zaskoczeniem, że Strycharski znakomicie odnalazł się w roli dyrygenta. Sam skład Orkiestry został nieco zmodyfikowany i rozszerzony do 11 muzyków – dołączyły 2 trąbki, 3 saksofony, skrzypce i gitara basowa, natomiast odpadł wokal, flet i elektronika. Tak jak pierwszy set był stosunkowo spokojnym i różnorodnym budowaniem wypowiedzi, tak druga część wieczoru stanowiła instrumentalno-wokalne trzęsienie ziemi pełne nagłych wybuchów kolektywnej energii. Strycharski postawił na brzmienie potężne i pulsujący groove generowany w mniejszych podgrupach. Wyciszenia stanowiły jedynie pretekst dla przesileń, kompulsywnych, głośnych spięć. Poszczególne sekcje płynnie się przeplatały w improwizacjach, a bigbandową, jazzową konwencję całości ciekawie przełamywały wokalne eksperymenty chóru, nadając występowi nieoczywisty i nieprzewidywalny charakter, niekiedy przynoszący skojarzenia z Fire! Orchestra. Warto podkreślić, że z wyjątkiem elektrycznej gitary basowej Jacka Mazurkiewicza brzmienie Orkiestry było właściwie pozbawione asysty energii elektrycznej. Muzyk w drugiej części występu podbudował całość charakterystycznym riffem, na którego kanwie (i mocnym perkusyjnym bicie) toczyły się dalsze improwizacje. Bardzo dobrze wypadły przekrzykujące się dęciaki – intensywna, świdrująca trąbka Redy Haddada, ciekawie kontrastowała z trochę bardziej delikatnym i rozkołysanym brzmieniem Olgierda Dokalskiego. Trębaczy bardzo dobrze podkręcał przeszywający klarnet Piotra Mełecha. Strycharski „uruchamiał” poszczególnych muzyków z zawrotną prędkością, testując ich refleks i zdolności natychmiastowego ustosunkowania się do wcześniejszych partii – było to szczególnie wyraźne w dialogach saksofonów (trzech tenorów i głębokiego barytonu Kryszka), ale nie tylko (np. smyczkowce – chór). Właściwie cały występ miał charakter ćwiczenia na szybkość i kreatywnośc reagowania, co często popychało narrację na zupełnie nowe tory. Pasjonujące, porywające widowisko.

Wieczór pokazał dwa odmienne oblicza Warsaw Improvisers Orchestra. Jednocześnie były to wizerunki jedne z wielu, ponieważ przez skład kolektywu rotacyjnie przetacza się właściwie drugie tyle muzyków (o ile nie więcej). Część z nich przyszła do klubu w charakterze widzów. Nie wiem czy Pardon To Tu mogło wybrać na zakończenie sezonu koncertowego bardziej pełnokrwiste, a zarazem lokalnie zakorzenione zwieńczenie. Warszawska scena pokazała moc. Jeśli chcieć szukać polskiego odpowiednika kultowego AACM, to chyba właśnie WIO ze swoją egalitarną formułą byłoby mu najbliższe. Ale chyba nie ma sensu na siłę tworzyć analogii – Orkiestra powołana przez Raya Dickaty’ego ma swoją własną specyfikę i autonomiczny charakter. I fajny skrót. A ja chyba jeszcze nigdy nie miałem w tagach pod wpisem aż tylu nazwisk…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Made to Break – 2 dni i 6 setów w Pardon To Tu

Made to Break 2

Pisząc przed dwoma miesiącami recenzję ostatniej płyty Made To Break (klik) nie spodziewałem się, że będę miał okazję tak prędko zobaczyć zespół na żywo. Biorąc pod uwagę, że była to jedna z lepszych płyt, jakie przyszło mi recenzować do numeru PopUp #45, perspektywa dwóch wieczorów ze składem Kena Vandermarka brzmiała ekscytująco. W efekcie nie odpuściłem żadnego spośród sześciu setów, na które złożył się program „2 Nights with Made To Break”, z czego bardzo się cieszę, ponieważ właściwie wszystkie występy pokazały nieco inne oblicze współczesnej muzyki improwizowanej. Każdy dzień cyklu został rozplanowany wedle klucza: cząstka MtB, cząstka MtB + reprezentant warszawskiej sceny i na koniec koncert rezydującej formacji. Tak zgrabnie rozłożona symetria wręcz determinuje analizę porównawczą obu wieczorów.

 

Vandermark + Daisy // Vandermark + Kurzmann

Sety otwierające można określić jako duety „Vandermark +”. Znając albumy nagrane przez saksofonistę w duecie z Daisy’m właściwie wiedziałem czego mogę się po występie muzyków spodziewać. Umówmy się – znakomici improwizatorzy grający ze sobą już tak długo, z tak dobrym porozumieniem scenicznym właściwie nie są w stanie zagrać złego koncertu. Vandermark z Daisy’m postawili na pierwiastek energetyczny, grając niezwykle rytmicznie i melodyjnie. Trochę większe wrażenie zrobił na mnie Tim Daisy swoim fenomenalnym akcentowaniem i niestandardowymi przejściami. Ogólnie koncertowy ekwiwalent kofeiny, otwierający rezydencje muzyków z przytupem. Chociaż nic mnie nie zaskoczyło, to słuchało mi się duetu znakomicie.

Daisy & Vandermark

O wiele ciekawiej zapowiadał się natomiast set otwierający drugi wieczór na klarnet i elektronikę, którą Christof Kurzmann zdążył już uraczyć słuchaczy dnia poprzedniego. Można powiedzieć, że pod względem klimatu była to antyteza duetu z Daisy’m. Vandermark tym razem ograniczył się jedynie do klarnetu, na którym sonorystyczne eksperymenty umiejętnie przeplatał z charakterystyczną dla siebie łatwością do budowania silnie zrytmizowanej melodii. Instrument modulowany na żywo przez Kurzmanna zyskiwał futurystyczne brzmienie, które na zmianę tworzyło dla Vandermarka kontrapunkty noise’owe i bardziej linearne, ambientowe, które Amerykanin albo balansował, albo podkręcał. Całość utrzymana w dość psychodelicznym, mrocznym klimacie z sonicznego punktu widzenia była najbardziej odrębną propozycją estetyczną zaprezentowaną podczas dwóch dni w Pardonie. Muzyka duetu przypominała do pewnego stopnia solowe nagrania Jeremiaha Cymermana, które cenię dość wysoko.

Kurzmann_Vandermark

 

Daisy + Stadhouders + Dickaty // Vandermark + Daisy + Wójciński

Czyli tria hybrydyczne, zestawiające muzyków, którzy na scenie spotkali się (wedle moich szacunków) po raz pierwszy. Jednocześnie każdorazowo powstawał format free jazzowego power trio: perkusja-bas-saksofon. Przyznam, że przed „2 Nights with” koncerty z udziałem warszawskich reprezentantów ciekawiły mnie niemal równie bardzo, co występ samego Made to Break. Przede wszystkim dlatego, że wybór padł na silne, wyraziste osobowości – Ray Dickaty i Ksawery Wójciński to muzycy, którzy mogą stanąć na jednej scenie z ekipą Vandermarka bez kompleksów. Mało tego – niejednokrotnie warszawscy improwizatorzy potrafili zdominować, a może raczej ukierunkować brzmienie całości. W większym stopniu odczułem to podczas występu z udziałem Dickaty’ego. Saksofonista początkowo stanął przed gęstą, nieco beefheartowską strukturą rytmiczną. Oczywistym krokiem było rzucenie się w wir ognistej improwizacji, jednak Anglik wybrał dużo ciekawszą strategię kontrastu. Dickaty generował przeciągłe, subtelne saksofonowe motywy, które niepostrzeżenie przecinały pracę sekcji, nadając całości bardziej wielowymiarowy charakter. W dalszej części występu Daisy ze Stadhoudersem jakby wytrąceni przez Dickaty’ego z własnego pomysłu, zaczęli nasłuchiwać saksofonu i grać dużo kreatywniej. Bardzo ciekawy set.

Daisy_Dickaty_Stadhouders

Trio z Wójcińskim obrało kurs fire music. Kontrabasista nadając gorący, intensywny puls zaprowadził Daisy’ego i Vandermarka w rejony, które Amerykanie eksplorowali w duecie dnia poprzedniego, jednak tym razem muzyka stała się jeszcze bardziej gęsta i nieokiełznana. Imponowała łatwość z jaką Wójciński wtopił się w dźwięki chicagowskiego duetu. Najciekawszy fragment setu nadszedł w momencie, kiedy kontrabasista sięgnął po smyczek, przy pomocy którego budował harmonię, łącząc ją równocześnie z rytmem granym palcami. Podejrzewam nawet, że Vandermark po udanym (i nieco wyczynowym) występie, nauczy się wymawiać imię i nazwisko polskiego muzyka. A nawet jeśli fonetyka zawiedzie, to z pewnością grę z Wójcińskim zapamięta.

Vandermark_Daisy_Wójciński

 

Made to Break

Co prawda z perspektywy czasu oba występy kwartetu trochę zlewają mi się w jedną całość, jednak wydaje mi się, że pierwszy wieczór zrobił na mnie odrobinę większe wrażenie. Chociaż możliwe, że była to po prostu kwestia pierwszego wrażenia. Made to Break jest kwartetem, w którym wszystkie muzyczne składowe zdają się odgrywać tak samo ważną rolę i nie jest to absolutnie Ken Vandermark Quartet, z czego się cieszę. Było to doskonale odczuwalne podczas występów, kiedy saksofonista bardzo często ustępował pola zasłuchując się w grę kolegów i skupiając się na dość liberalnym prowadzeniu zespołu. Nie wiem czy do takiej roli dałby się zepchnąć w podobnym formacie na przykład Mats Gustafsson.

Made to Break 1

Warto zaznaczyć, że podczas wieczorów w Pardonie Made to Break zagrali materiał premierowy, który w najbliższych tygodniach zostanie zarejestrowany w Wiedniu. Koncepcje nowej muzyki zespołu nazwałbym rozwinięciem pomysłów ze znakomitego „Cherchez La Femme”, z większym naciskiem położonym na grę w podgrupach i jeszcze bardziej rozszerzoną rolą Kurzmanna. Szczerze mówiąc manipulacje elektroniczne Austriaka przekonała mnie bardziej niż te, które pokazał przed miesiącem Sam Pluta w kwintecie Petera Evansa (klik). Tak jak Pluta jest niesłychanie zręcznym stylistą i kolorystą brzmienia, tak Kurzmann w wiele lepiej radzi sobie w momentach, kiedy musi sam zagospodarować muzyczną przestrzeń, również jego modulacje żywych instrumentów określiłbym jako bardziej wyraziste i konsekwentne.

Brzmienie Made to Break oscylowało między przesileniową, pełną groove’u grą całego zespołu, a mniejszymi segmentami, płynnie przechodzącymi przez różne konfiguracje personalne wewnątrz składu – w tych fragmentach większą rolę odgrywały brzmieniowe niuanse. Nie zawsze przekonanie budziły we mnie partie solowe Stadhoudersa (szczególnie gdy chwytał za smyczek), jednak trzeba pamiętać, że występuje z zespołem od niedawna i jest w składzie muzykiem najmłodszym, który grę na najwyższym poziomie ma dopiero przed sobą. Pomijając to, we współpracy z Daisy’m szło mu całkiem dobrze. Ciekaw jestem czy holenderski muzyk będzie brał udział w sesji nagraniowej nowego albumu, czy jest jedynie tymczasowym zastępcą Devina Hoffa.

Made to Break 3

Po występie Made to Break mam wrażenie, że nie jest to zespół kompletny o jasno zdefiniowanej tożsamości brzmieniowej i w moim odczuciu jest to raczej zaleta niż wada. Kwartet pokazał się od strony eksperymentalnej, może nie zawsze stabilnej, lecz otwartej na nowe dźwięki, a partie Vandermarka wydawały mi się w podobnym kontekście wyjątkowo świeże i ożywcze. Sam saksofonista sprawiał zresztą wrażenie jakby gra z Made to Break sprawiała mu niesłychaną frajdę. Muzyka zespołu była pobudzająca zarówno intelektualnie jak i emocjonalnie, co w przypadku awangardowego jazzu nie zawsze idzie w parze. I chociaż nie były to koncerty jednoznacznie olśniewające, to kipiały potencjałem i interesującym rodzajem niedookreśloności. Myślę, że Vandermark jest jeszcze w stanie popchnąć ten projekt w jeszcze bardziej zaskakujące rejony.

Tak też zaczął się intensywny listopadowy program Pardon To Tu, który bardziej przypomina line-up mocarnego festiwalu składającego się z samych headlinerów. Będzie to miesiąc absolutnie bezprecedensowy w historii klubu, chociaż bez zbytniej przesady można to sformułowanie odnieść do szerszej optyki. Vandermark wspominał nawet o skali światowej… Cóż, zazwyczaj zgadzam się z Vandermarkiem. Brawo!

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Warsaw Improvisers Orchestra w Chmurach // How How w Dwa Osiem

Mówiąc krótko praski weekend. A w najbliższym czasie podobnych wypadów na prawą stronę Wisły będzie z całą pewnością jeszcze więcej (klik).

20141026_215354_kopia

O Warsaw Improvisers Orchestra, co prawda już pisałem, jednak biorąc pod uwagę otwarty, naturalnie ewoluujący charakter projektu kolejna „wzmianka” nie jest bynajmniej pisaniem o tej samej muzyce. Zmienny skład podczas każdego ze spotkań Warszawskiej Orkiestry Improwizatorów, to jedna z cech, które czynią z cyklu do pewnego stopnia nieustanną niewiadomą. Comiesięczne występy muzyków pod wodzą Raya Dickaty’ego można poniekąd nazwać przeglądem niezależnej stołecznej sceny jazzowej. Koncerty WIO są dobrą okazją do zaobserwowania interesującego przekroju środowiska i jego artystycznej wymiany – zdaje mi się, że właśnie tutaj należy szukać największych zasług tej inicjatywy.

W porównaniu z sierpniową odsłoną na scenie (nie licząc dyrygentów) pojawił się zaledwie jeden ten sam muzyk. Zmiana z „dyrygenta” na „dyrygentów” była formalną niespodzianką wieczoru – pierwszy set poprowadził Dominik Mokrzewski, natomiast finał tradycyjnie rozegrał się „pod batutą” Raya Dickaty. Muszę przyznać, że był to ciekawy eksperyment, ponieważ muzyka w obu odsłonach prezentowała się zdecydowanie inaczej. Set Mokrzewskiego miał w sobie więcej przypadkowości, czy też kontrolowanego chaosu. Być może jednak moja percepcja uległa takiemu ukierunkowaniu przez surrealistyczny freestyle Marcina Gokieli („trzy krowy, kolorowe wstążki, każdą z tych krów byłem ja” itd.), który dość mocno zdominował pierwszą część wieczoru. W odróżnieniu od Dickaty’ego, Mokrzewski zaproponował budowanie improwizacji z mniejszych elementów, na które składały się pojedyncze partie solowe, do których następni muzycy proponowali kontrapunkt. Nie wiem jak długo trwały próby przed występem, ale odniosłem wrażenie, że momentami artyści nie do końca odnajdywali się w zaistniałej formule. Czasem ta dezorientacja dawała interesujące rezultaty (dynamika, nieprzewidywalność, przypadkowość niektórych zagrań), innym razem muzyka rozmywała się w chmurach niejasności, potęgowanych przez „creepy” wokalizy Gokielego. Efekt nazwałbym eksperymentalnym.

20141026_210926_kopia

Druga część występu prowadzona przez Dickaty’ego miała charakter bardziej uporządkowany, co było bez wątpienia efektem precyzyjnej i konsekwentnej dyrygentury. Tym razem angielski muzyk występował tylko w charakterze głównodowodzącego i nie sięgnął po saksofon, co szczerze mówiąc przyjąłem z lekkim rozczarowaniem. Improwizacja była budowana sekcjami, z których niekiedy wyłaniali się soliści, z których wyróżniłbym klarnecistę Piotra Mełecha (solo i w dialogu z Darią Wolicką na flecie) oraz trębacza Olgierda Dokalskiego. Korzystnie odebrałem też ograniczenie wokalu do sonorystycznych zabaw, które Gokielemu wychodziły najlepiej w duecie z chropowatym saksofonem barytonowym Natana Kryszka. Samodzielną perkusję Michała Kasperka dobrze uzupełniała delikatnie noise’owa elektronika, chociaż wydaje mi się, że muzycy mogli trochę bardziej niuansować interakcję na tej linii. Zabrakło mi również większego wykorzystania gitar (elektrycznej i basowej), którym zostało przydzielone raczej zapełnianie tła. Bez wątpienia jednym z ciekawszych fragmentów wieczoru było użycie pozytywkowej lalki i konstruowanie muzyki w kontekście psychodelicznej, kołysankowej melodyjki, która na dodatek w pewnym momencie uległa (zdaje się niechcący) zapętleniu. Im bliżej finału, tym brzmienie całości stawało się coraz bardziej potężne i manipulacje jego natężeniem, czy rozmieszczeniem w obrębie ponad 10-osobowego składu stanowiło główne narzędzie Dickaty’ego, którym manipulował umiejętnie, niestroniąc od eksperymentów.

20141026_212649_kopia    20141026_213751_kopia

Zestawienie dwóch stylów kompozytorskich korzystnie wpłynęło na urozmaicenie formuły orkiestry. I chociaż tym razem większe wrażenie zrobiła na mnie część druga, to patrząc perspektywicznie okazjonalne rotacje na pozycji lidera mogą się okazać odświeżające zarówno dla muzyków, jak i dyrygentów. Trochę szkoda, że w pierwszej części Dickaty nie przyłączył się do orkiestry w charakterze saksofonisty.

Warto nadmienić, że październikowa edycja WIO została zarejestrowana w postaci filmu. Dobrze, że powstają podobne materiały, które z czasem mogą nabrać niebagatelną wartość dokumentalną, a obecnie są bieżącym uchwyceniem potencjału i do pewnego stopnia stanu wybranej części warszawskiej sceny niezależnej.

Skład Warsaw Improvisers Orchestra w dniu 26.10.2014:

Ray Dickaty/Dominik Mokrzewski – Directors
1 Michał Kasperek – Drums
2 Tymon Bryndal – Bass
3 Jerzy Sergiusz Malanowicz – Various Electronics / Effects
4 Jakub Buchner – Electric Guitar
5 Daria Wolicka – Flute
6 Piotr Mełech – Clarinets
7 Olgierd Dokalski – Trumpet
8 Bartek Tkacz – Tenor Sax
9 Stanisław Welbel – Sop sax
10 Natan Kryszk – Bari / Alto Sax
11 Marcin Gokieli – Vocals
12 Łukasz Kacperczyk – synths

———————————————————————————————————————————–

How How w Dwa Osiem

20141024_211725

Była to moja pierwsza wizyta w klubie rowerowym przy Zamoyskiego 26a, który w ostatnim czasie serwuje interesujący, różnorodny program wydarzeń muzycznych. Miejsce ma co prawda jeszcze charakter trochę prowizoryczny, jednak bez wątpienia dysponuje dobrymi warunkami do organizowania średniej wielkości koncertów klubowych o przyzwoitej akustyce (chociaż na Ściankę wydaje mi się, że może być trochę za mało przestrzeni i tlenu).

How How znałem dotychczas z wydawnictw płytowych – skądinąd bardzo udanych – i byłem niezwykle ciekaw jak zespół prezentuje się na scenie. Tymczasem występ na żywo zweryfikował dość brutalnie mój szczery entuzjazm odnośnie projektu. Otrzymałem lekko ponad półgodzinny set (w rzeczywistości dłużej się na zespół czekało) wypełniony melodyjną, odrobinę psychodeliczną elektroniką, mocnym techno-basem i oszczędną grą na perkusji. Zestaw dźwięków, który co prawda dobrze brzmiał w kategoriach muzyki tła, to jednak dość problematyczne okazało się głębsze w nie zaangażowanie. Wizualizacje wyświetlane na ekranie opowiadały historię przygód rozpikselowanego renifera 2D w świecie przypominającym Mario Bros na dopalaczach. Były to zwykle zapętlone ujęcia, dobrze korespondujące z muzyką, która w odróżnieniu od tej z albumów, zdawała się kręcić w kółko i raczej nie poszerzała granic percepcji. Często podkreślany w tekstach dotyczących koncertów „performatywny aspekt” w przypadku występu How How był dla mnie nieuchwytny i dużo więcej satysfakcji przyniosłoby mi ponowne wysłuchanie któregoś z albumu formacji. Szkoda, bo spodziewałem się, że po wieczorze w Dwa Osiem zadam sobie na nowo pytanie „how?”, jednak wychodząc z klubu zastanawiałem się bardziej „why?”.

20141024_212008

Być może cieniem na występie zespołu położyła się jego mało intensywna aktywność koncertowa? Niemniej występ na Pradze brzmiał bardziej jak granie dla znajomych, niż nowa artystyczna propozycja, czy popchnięcie projektu How How do przodu (które notabene było zapowiadane). Mam nadzieję, że następnym razem skład wytrąci mnie z przeświadczenia, że tworzy muzykę będącą jedynie niezwykle interesującym fenomenem studyjnym.

Krzysztof Wójcik

Lewo – Wisła – prawo – Wisła – lewo – Wisła – prawo – Wisła…, czyli Warszawa koncertowa-dwubrzegowa vol.1.0

^ Tak mniej więcej brzmiałby literalny schemat mojego chodzenia na koncerty w tygodniu ubiegłym.

20140826_232811

Oczywiście nie będzie to tekst poświęcony bogactwu „warszawskiej, klubowej sceny koncertowej”, ponieważ takowa posiada wszelkie cechy rozstrzelonej, odseparowanej od siebie homogeniczności (czytaj – zwykle bywa się w tych samych miejscach, bo często są to jedyne miejsca). Niedostatek punktów z wyrazistą propozycją muzyki na żywo w zasadzie nie pozwala na wykreowanie ciekawej programowej konkurencji, która w konsekwencji sprzyjałaby ze wszech miar słuchaczom, klubom, ale też wpłynęłaby z całą pewnością na rozruszanie samych artystów. Wszyscy zaczerpnęliby haust świeżego powietrza. Warszawa cierpi na spadek urodzeń nowych klubów, panuje niż klubograficzny. Oczywiście – mimo całego powyższego pesymizm – istnieją w mieście ostatnie ostoje koncertowe. Chwała im za to, nie muszę ich nawet wymieniać z nazwy. Koniec dygresji otwierającej vol 1.0.

Niemniej jednak miniony tydzień obfitował w całkiem pokaźny – jak na stolicę – rozstrzał miejsc, w których działy się rzeczy z muzycznego punktu widzenia interesujące. Miało to rzecz jasna związek z finałem Lado w mieście 2014 oraz intensywnym programem XI Warszawy Singera, choć nie tylko. Obok „większych imprez” nastąpił finał dwóch muzealnych programów około-muzycznych, oraz normalne inicjatywy klubowe. Od ostatnich zaczniemy… i właściwie też na ostatnich skończymy (w vol.2.0).

 

Warsaw Improvisers Orchestra w Chmurach

20140824_211134

W skrócie WIO, co jest skrótem znaczącym, oddającym poniekąd otwarty, spontaniczny, „pospolito-ruszeniowy” charakter projektu. Orkiestra warszawskich improwizatorów to inicjatywa saksofonisty Raya Dickaty’ego, który w cyklach około comiesięcznych zaprasza muzyków-ochotników do kolektywnego tworzenia w czasie rzeczywistym. W minioną niedzielę w Chmurach zagościło aż 11 artystów, którzy pod dość liberalną wodzą Anglika przez około godzinę zanurzali się w otwartej formie zbiorowej improwizacji. Koncert WIO podzieliłbym na dwie części – pierwsza z nich polegała na niezwykle cierpliwym, powolnym budowaniu monumentalnej struktury, w której moc tak licznego składu mogła w pełni wybrzmieć. Poszczególne sekcje instrumentów dołączały się na zasadzie pączkującej kuli śnieżnej, której finalny rozmiar zyskał potencjał powalającą, przypominającą trochę siłę rażenia Power of Horns – mocarne bigbandowe granie z tendencjami do patosu, monumentalizmu. Z pewnością szkic kompozycyjny musiał podobnej muzyce towarzyszyć i choć były to ramy dość luźne, można było zaobserwować jakąś wewnętrzną logikę.

20140824_212225

Druga twarz Warsaw Improvisers Orchestra to budowanie improwizacji w mniejszych konfiguracjach muzycznych, cyrkulujących i płynnie się zmieniających. W obu wypadkach była to każdorazowo muzyka bardzo linearna, o charakterze raczej „przejścia”, niż „dojścia”, kładąca duży nacisk na rytmiczny pierwiastek – podwójna sekcja i towarzyszące im zdyscyplinowane dęciaki. Dickaty dyrygował na zasadzie wyciszania i wzbudzania poszczególnych mniejszych zespołowych molekuł, robił to z dużą pewnością i bez przekombinowania. Wartością dodaną tej odsłony WIO okazał się specyficzny, nieco surrealistyczny wokal Marcina Gokielego, który czasem brzmiał niczym elektroniczne noise’owe efekty. Niestety udział instrumentów takich jak skrzypce, czy akordeon trochę ginął w całości, niemniej miał sens w przypadku gry podgrupowej. Doświadczenie koncertowe mocne, intensywne, odświeżające. W orkiestrze biorą udział muzycy, którzy przychodzą specjalnie żeby wspólnie grać i jest to na scenie widoczne i słyszalne. Projekty tego typu z pewnością odgrywają dużą rolę stymulującą do różnego rodzaju muzycznej współpracy (w orkiestrze gra np. 3/5 składu Infant Joy – Dominik Mokrzewski, Jan Małkowski i sam Dickaty) i pod tym względem mają charakter kulturotwórczy, w spontanicznym, dobrym tego słowa znaczeniu. Liczba osób na scenie i widowni była prawie wyrównana, z lekką przewagą tej ostatniej, zatem scenariusz „więcej muzyki niż słuchaczy” nie spełnił się – szczęśliwie dla słuchaczy. Z przyjemnością po koncercie w Chmurach posłucham Warsaw Improvisers Orchestra ponownie i warszawskich jazz fanów również do tego zachęcam, bo jest to inicjatywa artystyczna unikatowa w perspektywie miasta i nie tylko. WIO do Chmur!

 20140824_213600

Skład Warsaw Improvisers Orchestra w dniu 24.08.2014:

Ray Dickaty – Director/ Saxophone
Dominik Mokrzewski – Drums
Jacek Mazurkiewicz – kontrabas
Zbigniew Chojnacki – Accordion
Tomek Trębicki – Abstract Bass Electric
Jan Małkowski – Alto Sax
Bartek Tkacz – Tenor Sax
Reda Haddad – Trumpet
Piotr Dąbrowski – Percussion
Agata Agnieszka Siwek – Violin

+

Marcin Gokieli – Vocal

———————————————————————————————————————-

 

Paweł Szamburski solo/Bracia Oleś + Harold Rubin w Pardon To Tu (Warszawa Singera)

Rzadko się zdarza żebym podczas festiwalu Warszawa Singera miał dylemat, na które koncerty się wybrać. Tym razem było inaczej. Tegoroczna edycja miała dość spójny line up, w którym znaleźli się artyści prezentujący – pisząc najogólniej – jazzowe wariacje na temat muzyki żydowskiej. Traf chciał, że spośród szeregu wieczorów festiwalowych w Pardon To Tu przyszło mi zobaczyć jedynie dwa, a dokładniej półtora (niestety nie udało mi się dostać do klubu podczas występu Mikołaja Trzaski i Harolda Rubina w poniedziałek).

20140825_200814

Na solowy program Pawła Szamburskiego złożył się materiał z pierwszej solowej płyty klarnecisty „Ceratitis Capitata„, której koncert był prapremierą. Szamburski jest muzykiem, którego można śmiało nazwać jednym z ojców chrzestnych tego, co dzisiaj określane jest jako „nowa muzyka żydowska” (nie mylić z festiwalem). Pod tym względem samodzielny debiut klarnecisty jest z pewnością wydarzeniem. Wielowymiarowa działalność artysty niemal zawsze oscylowała muzycznie wokół tego rodzaju estetyki. Do pewnego stopnia nie inaczej stało się w przypadku albumu solowego inspirowanego tradycyjną muzyką sakralną basenu Morza Śródziemnego. Szamburski na scenie z klarnetem zaproponował festiwalowej publiczności muzykę niezwykle delikatną i wyciszoną, złożoną z ciągu niedokończonych melodii, płynnie przeplatających się subtelnymi wariacjami na ich temat.

 

Klarnecista z pietyzmem czuwał nad brzmieniem instrumentu, nie popadając w sonorystyczne szaleństwo, a raczej stawiając na umiar i operowanie łagodnymi mikro-środkami. Bardzo intymny, wręcz medytacyjny materiał mimo swej małej, nazwijmy to „widowiskowości”, angażował słuchacza i zmuszał do wysłuchania poszczególnych utworów-opowieści do samego końca.Krótki, bo zaledwie 40 minutowy występ muzyk zwieńczył kompozycją zagraną na klarnecie basowym Mikołaja Trzaski. Liczna publiczność festiwalowa przyjęła propozycję Szamburskiego pozytywnie, jednak nie mam wątpliwości, że podobny „recital” wybrzmiałby dużo lepiej w warunkach bardziej spokojnych i kameralnych. Co ciekawe album klarnecisty nagrany został właśnie w tego typu okolicznościach – w kościele w Błoniach pod Tarnowem.

20140826_220650

Bracia Oleś cieszą się sławą „najlepszej sekcji rytmicznej w ………” – i tutaj dodawany jest zwykle obszar geograficzny. Oczywiście podobne tytuły nie mają żadnego znaczenia, ponieważ muzyka to nie Liga Mistrzów, jednak słuchając duetu ciężko nie przyznać, że na poziomie czysto technicznym gra on znakomicie. Bartłomiej i Marcin Olesiowie potrafią wykreować muzykę bardzo złożoną za pomocą środków, które często są bardzo proste, choć używane z zegarmistrzowską precyzją i profesjonalizmem. Projekt „Spirit of Nadir”, to muzyka spokojna, o bardzo dużym ilustracyjnym, filmowym potencjale. Niekiedy miała z jazzem wspólnego bardzo niewiele. Innym znów razem za sprawą charakterystycznych figur i przejść perkusyjnych nabierała cech ultra-jazzowych. W tym wszystkim bracia opierali się głównie na melodyce bliskowschodniej, a nastrojowe, wręcz rzewne partie kontrabasu uzupełniała bardzo dokładna, raczej oszczędna polirytmia. Był to koncert dość wyważony, by nie powiedzieć wykalkulowany. Zabrakło mi odrobiny szaleństwa w podejściu do muzycznej materii, którą – jak było słychać – muzycy mieli opanowaną w stopniu bardzo wysokim. Zamiast tego otrzymałem program bardziej hipnotyczny, który był w zasadzie dość satysfakcjonujący, szczególnie biorąc pod uwagę widowiskową wykonawczą wirtuozerię.

Paradoksalnie pierwiastek chaosu i nieobliczalności wniósł do muzyki duetu Harold Rubin, izraelski nestor klarnetu, który ma dokładnie tyle lat, co bracia Oleś razem wzięci. Gdy Rubin pojawił się na scenie z instrumentem nie spodziewałem się po nim aż takiego wigoru i właściwie agresywnego brzmienia. Klarnet artysty wykorzystywał głównie wyższe rejestry, a zagrywki były szybkie, trochę porwane, niekiedy schodziły na boczny tor i grały obok tematu. W każdym razie Rubin był niesłychanie charakterystyczny i bez wątpienia nadawał ton improwizacji tria, a Olesiom pozwolił wznieść się na wyższy poziom ekspresji, tym razem w duchu bardziej free. Za znamienny można uznać fakt, że dzień wcześniej z Haroldem Rubinem na tej samej scenie wystąpił Mikołaj Trzaska, który przed dekadą związany był z Olesiami współpracą, która zaowocowała kilkoma bardzo dobrymi płytami. Wbrew pozorom nie jest mi tak ciężko wyobrazić sobie ponowne spotkanie muzyków. Myślę, że do pewnego stopnia podobny scenariusz przyniósłby muzykę bliską tej, jaką Olesiowie zagrali właśnie z Haroldem Rubinem. Chociaż równie dobrze mogłoby być zupełnie inaczej.

 

Koniec części pierwszej

 ——->Część druga

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Infant Joy w Pardon To Tu/premiera płyty „New Ghosts”

CAM00635

Patrząc na scenę w Pardon To Tu po lewej stronie na ścianie, mniej więcej w połowie sali, wisi złota płyta „Ladies and Gentlemen We Are Floating in Space”. Znakomity album lat 90., równolatek „Ok Computer” Radiohead, krążek, na którym saksofonowe piętno odcisnął brytyjski muzyk od kilku lat permanentnie związany z polską sceną improwizowaną – Ray Dickaty, Englishman in Warsaw…

„I’m an alien, I’m a ligal alien…” śpiewał Pan Żądło w pamiętnym szlagierze lat 80. Choć Dickaty’ego można poniekąd nazwać „alienem” (mam tu na myśli przede wszystkim specyfikę gry, bardzo głębokie brzmienie), to jego zadomowienie na gruncie „krajowym, polskim” obecnie nie podlega dyskusji. Mało tego – saksofonistę można wręcz nazwać animatorem lokalnej sceny, który jako człowiek wielu projektów nadaje ton współczesnej, polskiej improwizacji o jazzowej proweniencji. Infant Joy jest kwintetem, w którym Dickaty wraz z czwórką polskich muzyków młodego pokolenia wydał właśnie płytę „New Ghosts”. Jeżeli album trzyma podobnie wysoki poziom, co wtorkowy występ, to niewątpliwie można mówić o premierze głośnej. Na czym polega wyjątkowość Infant Joy, jako zjawiska koncertowego?

CAM00631

Zdublowane saksofonowe trio – w tym wypadku z elementem wspólnym w postaci kontrabasu Wójcińskiego – jest wbrew pozorom formatem eksplorowanym już od dziesięcioleci. Niemniej moc brzmienia generowana przez podobną konstelację, szczególnie w warunkach występu na żywo, w dalszym ciągu zapewnia intensywną stymulację zmysłów. W jazzie, czy muzyce improwizowanej istnieje pewien kult jednostki niezwykle wyraźnie kontrastujący z kolektywnym charakterem gry – i według mnie wtorkowy koncert w dużej mierze potwierdził tę obserwację.

Infant Joy jest grupą pięciu indywidualności, którym z powodzeniem udaje się schować 5 rodzajów ego do jednej, wspólnej, zespołowej kieszeni. Dickaty, jako muzyk najbardziej doświadczony bynajmniej nie występuje przed szereg – przyjmuje raczej rolę boiskowego rozgrywającego, zawodnika wpływającego na los spotkania, jednak niewygrywającego samodzielnie całego meczu. Jazz podobnie jak football jest grą zespołową, opartą na wspólnym porozumieniu, niewykluczającym indywidualnych odlotów, nagłych, spontanicznych rajdów prawą stroną boiska wprost na defensywę przeciwnika. Podobne akcje nie miałyby sensu bez dobrej asekuracji zespołu i choć we wtorek dyscyplina brała górę nad szaleństwem, to nie da się ukryć, że jednymi z bardziej smakowitych momentów wieczoru były te, kiedy nadchodziły solówki. Szczególnie zapadła mi w pamięć gra Ksawerego Wójcińskiego, który przy całej energii wkładanej w grę zespołową, w chwilach samodzielnych prezentował powolne, dostojne, rozbudowane fragmenty melodyczne. Duży luz, profesjonalizm i przede wszystkim wyczucie.

Perkusje Michała Kasperka i Dominika Mokrzewskiego były wobec siebie komplementarne, choć grały zupełnie inaczej. Brzmienie Kasperka określiłbym jako bardziej kanciaste i twarde w stosunku do dynamicznej, nieunikającej groove’u gry Mokrzewskiego, który niekiedy wręcz napierdalał à la Nilssen-Love. Interesująco wypadały momenty, kiedy sekcja toczyła nawałnicę, a Jan Małkowski i Dickaty zaczynali dla kontrastu grać wolno i uporządkowanie. W ten sposób tworząca się dwutorowość muzyki nadawała jej nieoczywisty wymiar, a zarazem zwiększała wrażenie mocy w nagłych erupcjach unisono. Na odrębne brawa zasługuje świetne porozumienie na linii saksofonów – z jednej strony chropowaty, brutalistyczny Dickaty, z drugiej poukładany, rytmiczny, melodyjny Małkowski. Muzycy sprawiali wrażenie jakby wzajemnie podkręcali swoją kreatywność, choć była ona kanalizowana w zupełnie inne, lecz przystające do siebie formy. Trzeba dodać, że Dickaty bardzo sprawnie wypadł na sopranie, tworząc transowe powtarzające się tematy, przypominające nieco zapętlone dęciaki marokańskich Masters Musicians of Joujouka.

CAM00633

Muzyka Infant Joy niosła ze sobą wiele barw, wiele klimatów zostało zasygnalizowanych, lecz wyobraźnia kompozytorska pozwoliła uniknąć muzykom siermiężności odwołań. Żonglerka była sprawna, szybka i manipulowała liczbą rzucanych piłeczek niepostrzeżenie, zaskakując pomysłowością rozwiązań. Pod tym względem szyld „Infant Joy” pasuje do muzyki kwintetu jak ulał. Widzę w tym składzie duży potencjał, który upatrywałbym nie tyle w dużych możliwościach aranżacyjnych, co w zespołowym zgraniu i umiejętności operowania kontrastem.

Co tu dużo mówić – koncert był na tyle dobry, że wychodząc z Pardon To Tu bez większego zastanowienia kupiłem premierowe „New Ghosts”. Mam dużą nadzieję, że odnajdę na krążku podobny „joy”. I tu wychodzi na jaw być może główna zaleta koncertu – muzyka niosła zarówno twórcom, jak i słuchaczom prawdziwą przyjemność. Choć brzmi to nieco perwersyjnie, to ciekaw jestem jak brzmiałoby Adult Joy… Jednak – póki co – dziecięca wrażliwość i spontaniczność Dickaty’ego i kolegów w zupełności mi wystarcza. Pamiętajmy – „Be yourself no matter what they say, be yourself no matter what they say…”.

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik