Remanent: kilka recenzji… i jeszcze więcej ciekawych płyt (PopUp#49)

20160727_005205

Fanfary: Nowy #49 numer PopUpMusic.pl doczekał się premiery pod koniec stycznia! Napisałem do niego parę tekstów o wydawnictwach z ostatnich miesięcy. Tym razem żadnego wywiadu nie przeprowadziłem, również liczba recenzji jest sporo niższa niż bym sobie tego życzył… Niemniej pewien impas w pisaniu o muzyce udało się przełamać, a jednocześnie, niepostrzeżenie, przekroczyłem magiczną barierę 100 recenzji w bazie PopUp (łuhu!). To całkiem pokaźny dorobek jak na 9 ostatnich numerów, w których przygotowaniu brałem mniejszy/większy udział (do tego dochodzą wywiady, fotorelacje i audycje w radiojazz.fm). Od pierwszego tekstu jaki napisałem do magazynu – a był to porywający album Your Turn Marca Ribota i jego trio Ceramic Dog – minie w maju 4 lata. Także czas szybko leci, a ostatnio na tyle szybko, że ciężko o znalezienie motywacji i energii by usiąść do pisania. Ale nie oszukujmy się – zawsze bardziej liczyło się słuchanie niż pisanie.

Wierzę w muzykę dalece bardziej niż w tworzenie dyskursów na jej temat. Sądzę, że kryzysy w werbalizacji doświadczenia estetycznego przytrafiają się z czasem każdemu, kto robi to przez dłuższy czas w sposób, powiedzmy, bardziej refleksyjny, a nie news-owo rutyniarski. Swój kryzys chyba najpełniej wyraziłem w tekście jeszcze z 2015 roku Litania znaków „?” – Modlitwa słuchacza piszącego [wersja demo]. W dalszym ciągu jestem z niego bardzo zadowolony, choć był owocem emocji „pozytywnych odwrotnie”.

Niemniej, jak dotąd, prędzej czy później, zawsze przychodził „bodziec”, który sprawiał, że nie sposób było konkretne zjawisko/wydawnictwo/koncert/sytuację przemilczeć. Wówczas włączał się tzw. instynkt recenzenta. Tym razem owych bodźców znalazło się kilka. Tradycyjnie zapraszam do czytania i – przede wszystkim – słuchania:

 

Brian Eno – The Ship (recenzja / słuchaj)

brian-eno-the-ship

Danny Brown – Atrocity Exhibition (recenzja / słuchaj)

danny-brown-atrocity-exhibition

Gonjasufi – Callus (recenzja / słuchaj)

gonjasufi-callus

Hubert Zemler – Pupation of Dissonance (recenzja / słuchaj)

hubert-zemler-pupation-of-dissonance

Mikołaj Trzaska – Muzyka do filmu „Wołyń” (recenzja / słuchaj)

mikolaj-trzaska-wolyn

Radar – Radar (recenzja / słuchaj)

radar-radar

Radian – On Dark Silent Off (recenzja / słuchaj)

radian-on-dark-silent-off

The Dwarfs of East Agouza – Bes (recenzja / słuchaj)

the-dwarfs-of-east-agouza-bes

Oprócz powyższych wydawnictw chciałbym wymienić kilka znanych mi tytułów, na które zdecydowanie warto zwrócić uwagę:

Battle Trance – Blade of Love (słuchaj)

battle-trance-blade-of-love

Bartek Kujawski – A kto słaby niech jada jarzyny / Daily Bread (słuchaj1 / słuchaj2)

kujawski-kto-slaby kujawski-daily-bread

Dokalski / Cieślak / Miarczyński / Steinbrich – DCMS (słuchaj)

dcms

Jason Sharp – A Boat Upon It’s Blood (słuchaj)

jason-sharp-a-boat

Jeff Parker – The New Breed (słuchaj)

jeff-parker-the-new-breed

Ka – Honor Killed the Samurai (słuchaj)

ka-honor-killed-the-samurai

Lost Education – Book of Dreams (słuchaj)

lost-education

Modular String Trio – Ants, Bees and Butterflies (słuchaj)

modular-string-trio-ants

Nicolas Jaar – Sirens (słuchaj)

nicolas-jaar

Osty – Biblical Times (słuchaj)

osty

Resina – Resina (słuchaj)

resina

Shackleton & Vengeance Tenfold – Sferic Ghost Transmits (słuchaj)

shackleton

Steczkowski / Mełech – 2+7=nie wiem (słuchaj)

steczkowski-melech

X-Navi:Et – Technosis (słuchaj)

xnaviet

Żywizna – Zaświeć Niesiącku and Other Kurpian Songs (słuchaj)

zywizna

Długi post po długiej przerwie i (prawdopodobnie) przed długą przerwą.

Dzięki za uwagę. Udanych odsłuchów.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

* Zdjęcie tytułowe „Okna bez tytułu”, 2016, obrazek na ekranie, © Krzysztof Wójcik

Szuflado otwórz się! Nowy PopUp #48 (garść recenzji i wywiadów)

PopUp #48

Sporo nam to zajęło, ale w końcu jest! Nowy, 48 numer PopUpMusic – czyli „niezależnego magazynu internetowego poświęconego muzyce”. Przy dobrej koniunkcji planet, jeszcze w tym roku będziemy świętować 50 wydań, złote gody! Od numeru 47 minęła dłuższa chwila, wystarczająca by na świecie mogło się począć i pojawić kilku potencjalnych przyszłych czytelników PopUp… Przez ten okres nie siedzieliśmy jednak bezczynnie – oprócz systematycznie aktualizowanych relacji z koncertów i festiwali, zaczęliśmy prowadzić regularną audycję w RadioJazz.fm (czwartki godzina 23).

9 miesięcy to w muzyce szmat czasu, który swoją drogą najlepiej weryfikuje kolejne pozycje wydawnicze. Taka przerwa zmusza do syntezowania i pogłębionej selekcji materiału. W związku z tym aktualny numer stoi jedną nogą (no może tylko piętą) w roku 2015 i znajdziecie w nim nie mało recenzji albumów z okresu, gdy teoretycznie taki David Bowie mógł jeszcze tej muzyki posłuchać. Niemniej w przeważającej części poświęcamy uwagę płytom z roku bieżącego, który jak dotąd – w mojej prywatnej opinii – trzyma bardzo dobry poziom.

Zapraszam rzecz jasna do czytania całości. Od siebie dorzuciłem 21 recenzji i 3 wywiady. Wszystkiego miało być więcej (i wcześniej), ale jak głosi starożytna maksyma – lepiej mniej.  A poniżej tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam materiał, w którego przygotowaniu maczałem palce.

Wywiady:

@ ŁUKASZ KACPERCZYK

@ KAMIL SZUSZKIEWICZ

@ WACŁAW ZIMPEL

———————————————-

Recenzje:

@ „A” Trio & Alan Bishop – „Burj Al Imam”

cms_A Trio & Alan Bishop - Burj Al Imam

@ Anenon – „Petrol”

cms_Anenon - Petrol

@ Artur Majewski – „Unimaginable Game”

cms_Artur Majewski - Unimaginable Game

@ Bachorze – „Okoły gnębione wiatrem”

cms_Bachorze - Okoły Gnębione Wiatrem

@ David Bowie – „Blackstar”

cms_David Bowie - Blackstar

@ Flora Quartet – „Muzikka Organikka”

cms_Flora Quartet - Muzikka Organikka

@ Heroiny – „Ach-Och”

cms_Heroiny - Ach-Och

@ Iggy Pop – „Post Pop Depression”

cms_Iggy Pop - Post Pop Depression

@ Kamil Szuszkiewicz – „Robot Czarek”

cms_Kamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

@ Kolega Doriana – „Kolega Doriana”

cms_Kolega Doriana

@ Lotto – „Elite Feline”

cms_Lotto - Elite Feline

@ Mikołaj Trzaska – „Delta Tree”

okladka_delta_free_grzbiet_druk_q

@ Modular String Trio – „Part of the Process”

cms_Modular String trio - Part of The Process

@ Mutant Goat – „Yonder”

Mutant Goat - Yonder

@ Nagrobki – „Stan Prac”

cms_Nagrobki - Stan Prac

@ Olgierd Dokalski – „Mirza Tarak”

Basic RGB

@ Paper Cuts – „Divorce Material”

cms_Paper Cuts - Divorce Material

@ Saagara – „Saagara”

cms_Saagara

@ Sefff – „Coats”

Sefff - Coats

@ Ścianka – „Niezwyciężony”

cms_Ścianka - Niezwyciężony

@ Travis Laplante & Peter Evans – „Secret Meeting”

cms_Travis Laplante & Peter Evans - Secret Meeting

—————————————–

Życzę miłego czytania, słuchania i mam nadzieję, że doczekacie się kolejnej porcji tekstów od autorów PopUp jeszcze przed końcem wakacji.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Płyty w roku 2015 (PL) – czyli „Ce ne sont pas le classement”

Płyty w roku 2015

3… 2…

1…

0!

Płytą roku 2015 jest…

Poniżej rozpościera się zestaw 20 polskich albumów, wydanych na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy, które z rozmaitych względów postanowiłem tutaj umieścić. Dlaczego? Bo są najlepsze? Najciekawsze? Najbardziej oryginalne? A może są najgorsze? Wołają o pomstę do nieba? Tajemnica. Ewentualna hierarchiczność zatarta układem A-Z. Większości z płyt/kaset można posłuchać, klikając „słuchaj”. Do wielu można przeczytać moje recenzje, klikając „czytaj”. Oprócz tego pod każdą pozycją zamieściłem krótki komentarz, czasami wyłuskany z istniejących już tekstów.

Z pewnością lista z czasem się wydłuży/skurczy, bo muzyka generalnie dzieje się w czasie i też czas ją weryfikuje. Na pewno niektóre ciekawostki mi umknęły… Ale tu nie będę już nic zmieniał, oto stan na 31 grudnia 2015.

W kontekście rozmaitych podsumowań i rankingów (to nie jest ranking!) przypomnę wniosek sprzed roku: (rankingi to…) „…brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne.”

Alfabetycznie:

Alameda 5 – „Duch Tornada” (wyd. Instant Classic) ->słuchaj ->czytaj

Alameda 5 - Duch Tornada

„Duch Tornada” to album epicki, o świetnym wyczuciu proporcji i w moim odczuciu szczytowe osiągnięcie artystów działających pod szyldem Milieu L’Acéphale. Płyta-kalejdoskop, która potrafi przenieść słuchacza w inny wymiar. A właściwie wymiary, bo czaruje koherentną różnorodnością, klimatem i wyobraźnią na każdym kroku.

Heroiny – „Ahh-Ohh” (wyd. DUNNO Recordings) ->słuchaj ->czytaj

Heroiny - ACH-OCH

Album stanowi  dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Piotra Kurka, a przy okazji jest chyba najbardziej „przebojowym” materiałem w karierze muzyka. Wyjątkowo charakterystyczne brzmienie artysty zostało tutaj poszerzone o nowe wątki, eksperymenty unikają przefajnowania, a całość zachowuje formę zwięzłą i spójną. Kolejny mocny punkt w arcyciekawej dyskografii.

Wojciech Jachna / Ksawery Wójciński – „Night Talks” (wyd. Fundacja Słuchaj) ->słuchaj ->czytaj

Jachna&Wójciński - Night Talks

Wojciech Jachna i Ksawery Wójciński  na „Night Talks” szanują ciszę, unikają tak częstego w jazzie przegadania, a jednocześnie ich wypowiedź pozostaje swobodna i pełna wyobraźni. Słychać to w transowych, mięsistych partiach kontrabasu, w trąbce kreatywnej, lecz zarazem subtelnej i oszczędnej. Muzykom udało się wykreować wyjątkową aurę napięcia i melancholii, której ciężko się oprzeć.

kIRk – „III” (wyd. Asfalt Records) ->słuchaj ->czytaj

kIRk - III

Płynna konstrukcja „III” sprawia, że jest to, jak dotąd, materiał najbardziej przypominający koncertową odsłonę zespołu, a ta – nieodmiennie – fascynuje brzmieniem gęstym i transowym, przecinanym świdrującą trąbką, zaplątaną w bity i pętle. Album znakomicie funkcjonuje jako całość, jest esencjonalny, a jednocześnie stanowi intrygującą zapowiedź nowego rozdziału w historii kIRk.

Księżyc – „Rabbit Eclipse” (wyd. Penultimate Press) ->słuchaj

Księżyc-Rabbit-Eclipse

„Rabbit Eclipse” brzmi jak naturalna konsekwencja i dopełnienie wydanego niespełna 20 lat temu znakomitego debiutu. Płyta poza czasem, klimat nie do podrobienia. 40 minut niesamowitości.

Kolega Doriana – „Kolega Doriana” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Kolega Doriana

Płyta odważna, estetycznie konsekwentna, wykorzystująca strategię „mniej znaczy więcej”. Album jest precyzyjnie poukładany z rozmaitych sonicznych osobliwości, trio umiejętnie operuje detalem, kontrastami ciszy i hałasu. Rzecz bardzo procesualna i wymagająca skupienia. Niewiele polskich składów improwizuje w tak oryginalny sposób.

Marcin Masecki – „Mazurki” (wyd. For Tune) ->słuchaj ->czytaj

Mazurki - Marcin Masecki

„Mazurki” brzmią jak muzyczny autoportret Marcina Maseckiego. Pomysł goni pomysł, a forma mazurka jest jedynie pretekstem do eksperymentów i doświadczeń na „żywym” i elektrycznym instrumencie. Całość zachowuje surowy, wyjątkowo hermetyczny charakter. Podstawą jest tutaj niepewność kształtu każdego kolejnego taktu i ciężko oprzeć się wrażeniu, że w „Mazurkach” jest potencjalny margines na każdego rodzaju dźwięk klawiszy pianina, który nagle, nieoczekiwanie, zyskuje spójność i własne miejsce w układance.

Jerzy Mazzoll & Micromelancolié – „MAZZMELANCOLIÉ” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj

Mazzmelancolie

Obok płyty nagranej w duecie z Tomaszem Sroczyńskim jest to bodaj najciekawsze wydawnictwo Jerzego Mazzolla po powrocie artysty do regularnego publikowania. Trochę szkoda, że kaseta zawiera jedynie dźwięki z recyklingu, z archiwów, niemniej efekt finalny budzi respekt. „Mazzmelancolie” jest pozycją oryginalną, usytuowaną na pograniczu kilku estetyk, odważną i zaskakującą, a jednocześnie komunikatywną, o wciągającej, słuchowiskowej narracji.

Mirt – „Vanishing Land” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Mirt - Vanishing Land

Tytuł adekwatny do zawartości. Kontakt z „Vanishing Land” to jak wyprawa na terra incognita. Nagrania terenowe, ambientowe plamy, mnóstwo detali, brzmienie analogowego sprzętu. Całość ma charakter wyjątkowo spójny, płynny, a jednocześnie nieprzewidywalny. Trochę retro, trochę futuro. Prawdziwa przygoda dla ucha.

Nagrobki – „Stan Prac” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Nagrobki - Stan Prac

Oryginalny koncept i finezyjna prostota. „Stan Prac” to płyta inteligentna, przewrotna i zrealizowana brawurowo od początku do końca, zarówno pod względem tekstów, jak i muzyki – the whole package. Obok duetu pojawiają się znakomici goście (Mikołaj Trzaska, Michał Bunio Skrok, Piotr Pawlak, Olo Walicki, Tomasz Ziętek), którzy wyciągają całość na jeszcze wyższy level. Obok Synów i Ukrytych Zalet Systemu moja ulubiona płyta tego roku w kategorii „piosenka polska”.

Paper Cuts – „Divorce Material” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj ->czytaj

Paper Cuts - Divorce Material

Świetnie rozwijający się materiał, wciąga, czaruje drobnostkami i wielkim wyczuciem brzmienia. Każdy utwór to odrębna historia zasadzona na ciekawym pomyśle. Gra w częściach, gra w całości. Kaseta ma własny, wciągający, mocno surrealistyczny klimat i  jest jak dotąd najbardziej kompletnym owocem współpracy Łukasza Kacperczyka (syntezator modularny) i Wojciecha Kurka (perkusja).

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes. African Mystic Music” (wyd. Bołt Records) ->słuchaj ->czytaj

Raphael Rogiński - Coltrane

Główną zaletą tego wydawnictwa jest powściągliwa wirtuozeria Rogińskiego, pełna wyczucia i wrażliwości na najbardziej ulotne brzmieniowe detale, często właśnie nimi operująca. Płyta jest niezwykle udaną odpowiedzią na pytanie jak w kreatywny sposób oddać hołd muzyce o statusie ikonicznym. Właśnie tego typu interpretacje udowadniają, że dziedzictwo Coltrane’a nie musi być spetryfikowane w standardach i leżeć na zakurzonym postumencie zatytułowanym „klasyka jazzu”.

Jacek Sienkiewicz – Drifting (wyd. Recognition) ->słuchaj

Sienkiewicz - Drifting

Po włożeniu na uszy słuchawek, dobry album techno powinien podporządkowywać strukturze dolatującego do świadomości bitu całą otaczającą rzeczywistość. Powinien wciągać. A od Drifting” naprawdę ciężko się oderwać. Oprócz tego warto sprawdzić bardziej abstrakcyjny „Instynkt” ->słuchaj.

Slalom – „Wunderkamera” (wyd. Lado ABC) ->słuchaj ->czytaj

Slalom - Wunderkamera

„Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Tytuł odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest tutaj nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny. Eksperymenty nie podważają w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru.

SYNY – „Orient” (wyd. Latarnia Records) ->słuchaj ->czytaj

SYNY - Orient

Wielką siłą tego albumu jest stylistyczna spójność, wyjątkowy klimat, a także otwarte, eksperymentalne podejście do hip-hopowej formy. Orient wciąga od „Intro” aż po zamykające zestaw 20 kawałków „Świnoujście”, jest interesujący jako twór muzyczno-literacki. Synom już na wysokości debiutu udało się osiągnąć oryginalne, własne brzmienie, stanowiące ciekawą wypadkową dotychczasowej działalności Piernikowskiego i Jankowiaka – wypadkową, która przynosi de facto nową jakość.

Kamil Szuszkiewicz – „Istina” / „Robot Czarek” (wyd. Wounded Knife / Bołt Records) ->słuchaj1 ->słuchaj2

Kamil Szuszkiewicz - IstinaKamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

Kamil Szuszkiewicz na „Istinie” i „Robocie Czarku” jawi się jako wyjątkowo radykalny i konsekwentny eksperymentator. Obie kasety rządzą się własnymi prawami, porażają oryginalnym konceptem i bezkompromisowością, ale co najważniejsze intrygują. Warto zadać sobie trud, aby wejść głębiej w te nieszablonowe wydawnictwa, które śmiało można określić jedynymi w swoim rodzaju. Warto też sprawdzić minialbum kwartetu Zebry A Mit ->słuchaj.

T’ien Lai – „RHTHM” (wyd. Monotype Records) ->słuchaj

T'ien Lai - RHTHM

Redefinicja brzmienia T’ien Lai, postawienie na motorykę i techno bit, okazała się strzałem w dziesiątkę. Na „RHTHM” obok tytułowego rytmu znajdują się gigantyczne pokłady psychodelii, dzięki czemu seans z albumem należy do wyjątkowych doświadczeń. Niespodzianki kryją się niemal w każdej minucie albumu.

Ukryte Zalety Systemu – „Ukryte Zalety Systemu” (wyd. Antena Krzyku) ->słuchaj

Ukryte Zalety Systemu

UZS udało się stworzyć system z wieloma ukrytymi zaletami. Teksty zaangażowane, a niebanalne, wręcz uniwersalne. Muzyka prosta, lecz charakterystyczna i intrygująca jak diabli. Koncept. Energia. Zwięzłość. Prostota. Oryginalność. Siła rażenia porównywalna z pierwszymi dwoma albumami Republiki.

X:Navi-Et – „Vox Paradox” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj 

XNaviEt - Vox Paradox

„Vox Paradox” to muzyka grozy, dobry bad trip z jednym reżyserem. Siłą tej kasety jest jej konstrukcja, układ, dramaturgia. Każdy utwór intryguje niepokojącym klimatem, złożonością użytych środków, a także dużym wyczuciem w ich dystrybuowaniu. Słychać tutaj jak duży wkład ma Rafał Iwański w brzmienie duetu Kapital. Jeśli komuś podobała się płyta „Chaos to Chaos” (->słuchaj), to po bardziej surowe „Vox Paradox” powinien sięgnąć niezwłocznie.

Evan Ziporyn / Wacław Zimpel / Hubert Zemler / Gyan Riley – „Green Light” (wyd. Multikulti) ->słuchaj

Ziporyn, Zimpel, Zemler Riley - Green Light

Znakomici muzycy zagraniczni + znakomici muzycy polscy = bardzo dobry wspólny album z dużą ilością niespodzianek. Płyta na pograniczu etno, minimalizmu, improwizacji i kompozycji, nagrana z naprawdę dużą wyobraźnią. Aż ciężko uwierzyć, że wszystkie dźwięki powstały bez użycia elektroniki. Muzyka na „Green Light” koi i uwodzi, unikając zarazem łatwych rozwiązań.

—————————————————————–

Dziękuję za uwagę w roku (już) ubiegłym i zakończę po szekspirowsku – reszta jest słuchaniem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Heroin in Tahiti – „Sun and Violence” // czyli „z ziemi włoskiej do Polski”

Heroin in Tahiti - Sun and Violence

Większości osób (szczególnie tym piszącym o muzyce, ale też słuchaczom-szperaczom) znany jest stan „radosnego podniecenia”, który towarzyszy odkryciom niespodziewanym i powalającym. Rozłożeniu na łopatki wtóruje wówczas podobny ciąg myślowy: 1) „ależ TO jest dobre…”; 2) „jakim cudem natrafiam na TO dopiero teraz?!”; 3) „dawno tak nie miałem…”. Wszystko puentuje niema wdzięczność skierowana w stronę losu/internetu/kogokolwiek, i wiara, że fascynująca muzyka, o której nie mieliśmy dotąd w ogóle pojęcia, ciągle czai się „gdzieś tam”, jak mawiał Fox Mulder.

Ten oto „syndrom RP” (radosnego podniecenia, nie Rzeczpospolitej) dotknął mnie w dniu wczorajszym. A nawet nie dotknął – powalił ciosem potężnym i dojmującym, godnym Rocky’ego Balboa (Balboi?), „Włoskiego Ogiera”. Koincydencja nader znamienna, bo właśnie o Włochach będzie tutaj mowa. Przedstawiam Państwu duet Heroin in Tahiti, z dużą dozą prawdopodobieństwa Wasz nowy ulubiony zespół z Półwyspu Apenińskiego.

Psychodelia typowa dla muzyki niemieckiej lat 60/70, eksperymenty w warstwie elektronicznej, producenckiej i sąsiadujący z nimi folk, pochodzący i zakorzeniony w autentycznych nagraniach antropologów z połowy XX wieku (Alan Lomax, Diego Carpitella). Hipnotyczny drone, transowy bit, raz elektroniczny, raz akustyczny, zagrany, samplowany. Do tego wyrastające to tu, to tam melodie gitarowe, niczym wyciągnięte wprost z jakiegoś niepublikowanego wcześniej soundtracku Ennio Morricone do spaghetti westernu. Pierwiastek szamański, ezoteryczny jest w tej muzyce bardzo silny, a jeszcze mocniej wyjaskrawia go wykorzystanie nagrań audio dokumentujących tarantyzm, obrządek specyficzny dla południowych Włoch, którego narodziny przypadają (mniej więcej) na wiek X, ale odnotowywany bywał jeszcze w latach 60. XX w. w mniejszych wioskach na prowincji (i stąd nagrania umiejętnie wplatane w muzyczną tkankę).

Dźwięki Heroin in Tahiti mają w sobie ogromny ładunek mroku i tajemnicy, czających się w kolejnych minutach albumu i wciągających bez reszty. Muzyka o charakterze quasi rytualnym, lecz silnie zniuansowana, pozbawiona krztyny monotonii, choć w pewnym sensie monotonią się bawiąca. Płyta zrealizowana z niesłychanym pietyzmem i wyobraźnią na płaszczyźnie zarówno brzmienia, jak i konceptu, które sytuują grupę w retro-futurystycznym bezczasie w sposób spektakularnie inteligentny. Mimo że całość trwa blisko 70 minut, spoglądanie na zegarek podczas odsłuchu nie grozi – zaręczam.

Być może czar rzymskiego duetu jest jeszcze zbyt wielki, bym umiał zupełnie na chłodno poddać recenzenckiej analizie i interpretacji album „Sun and Violence„, ale szczerze mówiąc nie ma to dla mnie w tym momencie większego znaczenia. Brak analitycznego chłodu zaświadcza w tym przypadku jedynie o sile oddziaływania samej muzyki. Zresztą podobno „tarantysta wracał do normalnego stanu po kilku dniach frenetycznego tańca do specjalnie dobranej muzyki”.

Piszę ten tekst głównie z pobudek popularyzatorskich, gdyż pobieżny przegląd polskiej sieci wykazał, że Heroin in Tahiti nie funkcjonuje w świadomości słuchaczy nadwiślańskich, a ulotna notka na FB nie załatwiłaby tutaj sprawy. Skoro już udało mi się wykonać „lucky click” na bandcampie, to będę propagował. Siła tego materiału nie pozostawiła mi właściwie innego wyboru niż „przenieść” tę muzykę „z ziemi włoskiej do Polski”, zadziałał instynkt recenzenta, „syndrom RP” – jak zwał, tak zwał. Tym bardziej, że stosunkowo podobna estetyka, acz o własnej specyfice regionalnej (mam tu na myśli scenę z kręgu Milieu L’Acéphale) jest już od kilku lat przyjmowana entuzjastycznie. A jak to robią Włosi? Inaczej, po swojemu, ale efekt jest porażający i ciężki do zbagatelizowania. Życzę udanego seansu.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Solistów trzech: Wacław Zimpel / Piotr Kurek / Kuba Ziołek

Solistów trzech

Wstęp

          „Opowiem inną przygodę dziwniejszą…” – tak zaczyna się „Kosmos” być może najdoskonalsza z książek Witolda Gombrowicza. Gombrowicz pisał solo, wiedział jak to robić, miał duże ego i potrafił je przekuć w dzieło. Pisarze to siłą rzeczy soliści, nawet jeśli pod względem intelektu i formy są tylko niesamodzielnym zlepkiem konwencji typowych dla epoki. Trochę inaczej jest z muzykami. Muzyka to przeważnie rodzaj gry zespołowej, dyscyplina „we współpracy”, której maksimum dostajemy – dajmy na to – podczas kolektywnej, swobodnej improwizacji, w zespole, gdzie następuje zjawisko zderzania się wielu różnych ego (w szyderczym tłumaczeniu „crushing eggs”).
Słuchając muzyki wszelakiej, dość szybko złapałem się na tym, że interesują mnie przede wszystkim poszczególni jej twórcy, nawet w obrębie większych składów. A już najbardziej jednostki, autorzy samodzielni, którzy odpowiadają za „produkty estetyczne” od początku do końca, odbijają w nich linie papilarne swej osobowości (tzw. „autentyczność”), bądź konkretnego konceptu formalnego (tzw. gra w konwencji lub gra konwencją). Właśnie dlatego lubię koncerty solo – są to prawdopodobnie najbardziej bezpośrednie momenty kontaktu z czyjąś twórczością, przekazem, wrażliwością, umiejętnością kreowania autonomicznej, zamkniętej/otwartej wypowiedzi. Osobiście „gram solo” na niniejszym blogu, wiec trochę wiem jak to jest. A jest ciężko, bo gdy grasz solo to tym bardziej zależy ci na jakości, jakość=ty, pełna odpowiedzialność w całej wolności i swobodzie. Artyści, do których wymienienia z imienia i nazwiska ten tekst właśnie zmierza, choć oczywiście nie tylko oni, wchodzą na pozycję pisarzy muzycznych światów, posługując się bogactwem języka dźwięków, stosując różne gramatyki, zachowując (lub gubiąc) własny akcent… Koniec wywodu natury ogólnej – gratulacje dla tych z Państwa, którzy są jeszcze z nami! A zmierzając do meritum…
Dzień po dniu w Warszawie wystąpili trzej twórcy, którzy w znacznej mierze decydują o jakości szeroko rozumianej polskiej muzyki alternatywnej: Wacław Zimpel w Pardon To Tu / Piotr Kurek i Kuba Ziołek w Narodowym Instytucie Audiowizualnym.

———————————————————————————

Wacław Zimpel

I. Ryzykowny interes…

Na chwilę obecną, jeśli chodzi o światek muzyki improwizowanej, chyba ciężko znaleźć w Polsce klarnecistę bardziej rozpoznawalnego na arenie międzynarodowej niż Wacław Zimpel. Muzyk zasłynął nie tylko jako doskonały instrumentalista, ale przede wszystkim kompozytor i lider. Talent Zimpla zyskał największy rozmach na zeszłorocznym krążku „Nature Moves” nagranym z To Tu Orchestra. Materiał epicki, o którym już miałem okazję pisać (tutaj), pokazał ewidentny dryf klarnecisty w stronę minimalizmu, a dzisiejsza, solowa aktywność potwierdza, że inspiracja amerykańską muzyką współczesną XX-wieku jest dla artysty jednym z najważniejszych punktów wyjścia. Obok tego mamy jazz, mamy muzykę etniczną… W Pardon To Tu usłyszałem jeszcze coś.

Był taki film z lat 80., nazywał się „Risky Businesss” z młodym Tomem Cruisem. Dokładnie z roku 1983, czyli tego samego kiedy urodził się Zimpel. Muzykę do filmu skomponował Tangerine Dream, a najbardziej znana scena, to ta, w której Tom jedzie miejską kolejką z młodą, urodziwą Rebeccą De Mornay (tutaj muzyka bez wideo, w trosce o niewinność najmłodszych czytelników). Gdy Wacław Zimpel podczas koncertu zapętlił organy, to cały czas miałem przed oczami nieopierzonego Cruise’a w miłosnym uniesieniu… Dość niefortunne skojarzenie, lecz dojmujące i kładące się wyraźnym cieniem na mojej recepcji koncertu. Edgar Froese z lat 80. był równie czytelny, co kolejni Youngowie, Reichowie i Riley’owie, do których Zimpel od początku występu robił dość wyraźne linki. Nie w tym jednak rzecz, bo właściwie lubię numer „Love on a real train”, bo dobra muzyka w windzie, to wciąż dobra muzyka (choć wciąż w windzie). Mam tutaj bardziej na myśli pewne rozrzedzenie, które dokonało się za sprawą dość mało finezyjnego zastosowania loopów i ogólnego przeładowania. Zimpel piętrzył kolejne warstwy samego siebie (na klarnecie/organach), by na koniec wskoczyć w tak skonstruowany, gęsty podkład z płomiennym solo.  Taki był de facto pomysł na cały koncert. Powstawała w ten sposób muzyka złożona, lecz również mocno przewidywalna, a wzniosłe wierzchołki tak budowanych struktur (wspomniane „płomienne solówki”) stały bardzo blisko przepaści kiczu. Pewne nieumiarkowanie było również dostrzegalne w liczbie instrumentów, na których Zimpel postanowił zagrać (3 rodzaje klarnetów, organy, 2 aerofony z Dalekiego Wschodu). Przy czym akurat ta różnorodność trochę urozmaicała hermetyczną loopową strategię. Najciekawszym momentem koncertu było fantastycznie zagrane, rytmiczne solo na dęciaku z północnej Tajlandii, instrumencie wynalezionym przed 3 tysiącami lat.

Na koncercie można było odnieść wrażenie, że Zimpel w programie solowym chce połączyć tradycję amerykańskiego minimalizmu z jazzem i muzyką etniczną, a wszystko skleić przy pomocy loop stacji. Ambitnie, ale też trochę za dużo – nie potrafiłem pozbyć się uczucia przeładowania. W występie solo chciałbym usłyszeć więcej samego artysty, a nie grania na pętli, do podkładu, nawet jeśli jest preparowany w czasie rzeczywistym. W efekcie powstała muzyka „niewygodnie wygodna”, zbyt oczywista jak na artystę tego formatu co Wacław Zimpel. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo, gra solo to „ryzykowny interes”.

By rozrzedzić wiadro dziegciu miodem, polecam dwa albumy z tego roku, na których klarnecista prezentuje się od jak najlepszej strony. Free jazzowy Switchback oraz krążek „Green Light” kwartetu z Evanem Ziporynem, Hubertem Zemlerem i Gyanem Rileyem. Oba albumy wydane w zacnym, poznańskim Multikulti.

———————————————————————————

Piotr Kurek

II. Folktronica narodowa

Zobaczyć koncerty takich artystów jak Piotr Kurek i Kuba Ziołek, w sali z bardzo dobrą akustyką, za darmo? Tak się stało w Narodowym Instytucie Audiowizualnym. To budujące, że wreszcie doczekaliśmy się w stolicy miejsca, a którym z budżetu państwa (czyli „z naszych pieniędzy!”) promowana jest prawdziwie wartościowa polska muzyka. Muzyka aktualna i artyści znajdujący się w „kwiecie twórczym”. Tak własnie powinno być, a najlepszym tego dowodem była frekwencja – wszystkie miejsca siedzące, a nawet wszystkie schodki były zajęte. Koncert promowany był jako premiera drugiej (i ostatniej) płyty Starej Rzeki z gościnnym udziałem Piotra Kurka. Ostatecznie okazało się, że płyta nie dotarła, a gościnny udział polegać będzie na oddzielnym solowym koncercie – i bardzo dobrze, bo spotkanie na jednej scenie dwóch tak wyrazistych osobowości jak Kurek i Ziołek mogłoby poskutkować sygnalizowanym we wstępie zjawiskiem „crushing eggs”.

Trochę szkoda, że w opisie wydarzenia nie było powiedziane nic na temat premiery, którą w ostatnich dniach odnotował Piotr Kurek. Artysta wydał na początku miesiąca płytę „ACH-OCH” jako Heroiny (bandcamp). Album stanowi według mnie dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Kurka, bazującej na analogowym sprzęcie, na poły folkowych, charakterystycznych melodiach i wielu przenikających się warstwach najróżniejszych psychodelicznych dźwięków. Przy okazji jest to chyba najbardziej „przebojowy” materiał w karierze muzyka. Na „ACH-OCH” w glorii i chwale powraca surowy bit, który tak dobrze zaistniał na kasecie Piętnastki przed czterema laty (bandcamp). Poszczególne kawałki przesiąknięte są rytmem przywodzącym na myśl oldchoolowe techno, obok wskakują sample rozbujanej, „kowbojskiej” gitary, strzępki wokaliz, w tle słychać elektro puls… Jednocześnie materiał naznaczony jest oryginalnym „brzmieniem Piotra Kurka”, trochę futurystycznym, trochę retro i w dalszym ciągu onirycznym, przy całym energetycznym potencjale kompozycji. Wyraźna ewolucja, daleki sus na przód z zachowaniem jakości. Bardzo dobra płyta i kolejny ciekawy rozdział w karierze.

Heroiny - ACH-OCH

Jednakże koncert w Ninie nie prezentował numerów z „ACH-OCH”, tylko Piotra Kurka jako Piotra Kurka, a solowa twórczość muzyka jest obdarzona znacznie większym pierwiastkiem „outer-space”. Tutaj warunki akustyczne sali doskonale uwydatniły wszelkie niuanse pączkujących, permanentnie ewoluujących utworów. Występ pod względem zaprezentowanego materiału był dość podobny do tego, który Kurek zagrał na tegorocznym Lado w Mieście (relacja), ale w przestrzeni zamkniętej zabrzmiał bardziej soczyście. Tutaj również sama sytuacja odbioru była zupełnie inna niż w przypadku plenerowego koncertu – wspomagała nieustanne fokusowanie uwagi na dźwiękach. Kurek jest wprawnym narratorem, którego opowieść niepostrzeżenie zasysa odbiorcę we własne uniwersum, zabiera go na „dobrą wycieczkę”, tak ciekawą, że zakończenie każdorazowo wydaje się zbyt prędkie i trochę nie na miejscu.

 Stara Rzeka

Stara Rzeka, solowe dziecko Kuby Ziołka, to projekt-sensacja, o którym w ostatnich latach napisano bardzo dużo. Na fali popularności albumu „Cień chmury nad ukrytym polem” artysta nieomal dostał Paszport Polityki. Sequel w postaci płyty „Zamknęły się oczy ziemi” ma być jednocześnie zamknięciem wydawniczej historii Starej Rzeki. Bardzo dobrze. Postawienie kropki w momencie szczytowym to u muzyków rzadka umiejętność ( „Trzeba wiedzieć kiedy…” i tak dalej). A akurat Kuba Ziołek w ostatnich latach jest bodaj największym pracusiem polskiej alternatywy i na kolejne wydawnictwa pod innymi nazwami nie trzeba będzie długo czekać (nowe T’ien Lai już w drodze…).

Niemniej Stara Rzeka była projektem wyjątkowym, autorskim mariażem folku i gitarowego hałasu, drone’ów, psychodelicznych odlotów, klimatów prasłowiańskich. Duża w tym zasługa kontekstu, który jest charakterystyczny dla wszystkich przedsięwzięć Ziołka – nagrywanie albumu w specyficznych okolicznościach przyrody, tytuły kompozycji odwołujące do jednoznacznych kulturowo skojarzeń, pewien mistyczny potencjał. Artysta ukuł nawet nazwę własnej praktyki – „brutalizm magiczny”. Fenomen muzyka bardzo dobrze, niemal monograficznie na łamach Dwutygodnika zanalizowała Andżelika Kaczorowska (klik). Przy okazji koncertu w Ninie, Ziołek udzielił też ciekawego wywiadu, w którym samodzielnie opisuje siebie i Starą Rzekę (wideo). Wniosek płynący z nagrania jest jednoznaczny – Stara Rzeka to po prostu współczesna, swobodna wizja muzyki folk.

Był to bodaj piąty raz, kiedy miałem okazję słuchać na żywo Starej Rzeki i pierwszy, kiedy odbyło się to w warunkach ku temu odpowiednich (choć pewnie idealne byłyby Bory Tucholskie…). Trochę szkoda, że koncert rozpoczął się od razu po występie Piotra Kurka, sądzę, że choćby kilkuminutowa przerwa, reset, przysłużyłyby się lepszemu odbiorowi. Ziołek zaprezentował się na wstępie jako dobry konferansjer, bezpośredni i „inteligentnie zabawny”. Natomiast muzyka Starej Rzeki zabrzmiała… jak muzyka Starej Rzeki, w jej cięższej, gitarowo-elektronicznej odsłonie, z charakterystycznym piętrzeniem motywów i dbałością o fakturę. Koncert trochę stracił na spójności poprzez drobne przerwy między utworami i wspomnianą konferansjerkę, ale z drugiej strony bez nich byłby nazbyt przytłaczający, szczególnie po jednolitym, nieprzerywanym występie Kurka. Szkoda też, że Ziołek postawił niemal tylko i wyłącznie na potężne brzmienie. Zabrakło mi zdecydowanie większej ilości niuansów, takich jak choćby moment niespodziewanego wrzucenia w narrację kwadratowego techno bitu. Przez tę jednorodność koncert gubił napięcie, a niekiedy nawet nużył jednorodnością. W tym kontekście bardzo dobrze wypadła końcówka i pieśń „My Only Child”. Podobnych, delikatniejszych fragmentów jest na nowej płycie Starej Rzeki więcej i dziwię się, że Ziołek zrezygnował z nich podczas – było nie było – premierowego występu.

Podstawową, już stricte kuratorską, zaletą koncertów w Ninie było samo zestawienie artystów, którzy de facto stanowią dziś w dużej mierze o oryginalności i specyfice polskiej sceny, a w każdym razie pewnego jej segmentu. Mam nadzieję, że wydarzenia o podobnym ciężarze gatunkowym będą się odbywać w Narodowym Instytucie Audiowizualnym częściej – są ku temu świetne warunki lokalowe, a przede wszystkim jest wielki potencjał w polskiej muzyce i autorach ją tworzących.

Krzysztof Wójcik (((ii))) 

PopUp #47 – garść recenzji i wywiadów

98ee660f5ecdd8f0708fa197fa0ecf6d7db0c971

Po ponad półrocznej przerwie udało nam się w końcu doprowadzić do finalizacji kolejny, już 47 numer internetowej gazety PopUpMusic.pl. Jak zwykle prezentujemy subiektywny wybór najciekawszych muzycznych zjawisk ostatnich miesięcy (i nie tylko). Numer, któremu (jak zwykle) przyświecają imperatywy syntezy i selekcji, zawiera ponad 60 recenzji, a także wywiady z artystami z Polski i zagranicy. Z czasem będzie pączkował fotorelacjami, konkursami i innymi niespodziankami. Czyli tradycyjnie – stary, dobry PopUp, kolejny rozdział.

To już 7 numer, w którego przygotowaniu miałem przyjemność partycypować. Ta szczęśliwa liczba, jak się okazało, sprzyjała produktywności i mam nadzieję jakości tekstów. Tym razem zasiliłem numer odrobinę większą „cegiełką” niż dotychczas. Oczywiście gorąco polecam lekturę całości, ale tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam poniżej swoje pięć groszy. Zapraszam do klikania w linki, czytania i słuchania!

Wywiady:

DJ Lenar

Ksawery Wójciński

Michał Górczyński

 

Recenzje:

Alameda 5 – „Duch Tornada”

Alameda 5 - Duch Tornada

Alchimia – „Aurora”

Alchimia - Aurora

Aphex Twin – „Comupter Controlled Acoustic Instruments Pt.II”

Aphex Twin - Computer Controlled

Artur Maćkowiak – „If It’s Not Real”

Artur Maćkowiak - If it's not real

Budzyński / Jacaszek / Trzaska – „Rimbaud”

Budzyński, Trzaska, Jacaszek - Rimbaud

Colin Stetson / Sarah Neufeld – „Never Were The Way She Was”

Colin Stetson & Sarah Neufeld

Eve Risser – „Des Pas Sur La Neige”

Eve Risser - Des Pas Sur La Neige

Haronim – „Haronim”

Haronim - Haronim

Kapital – „Chaos to Chaos”

Kapital - Chaos to Chaos

kIRk – „III”

kIRk - III

Krojc – „0101”

Krojc - 0101

Lenar, Masecki, Zrałek – „Fortepian Chopina”

Lenar, Masecki, Zrałek - Fortepian Chopina

Marcin Masecki – „Mazurki”

Marcin Masecki - Mazurki

MazzSacre – „+”

MazzSacre - +

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes African mystic music”

Raphael Rogiński - Coltrane

Scott Stain – „Calu/Streo”

Scott Stain - Calu  Scott Stain - Streo

Shofar – „Gold Of Małkinia”

Shofar - Gold of Malkinia

SYNY – „Orient”

SYNY - Orient

—————————————

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Wojciech Bąkowski „Telegaz”: recenzja + wideo / Lado w Mieście 2015

Powołanie do życia Placu Zabaw w nowej lokalizacji to duża szansa na promocję polskiej muzyki alternatywnej. Bulwar nadwiślański w bliskim sąsiedztwie metra, to dla wielu osób przestrzeń przelotowa podczas wieczornych spacerów, w związku z tym darmowy koncert w plenerze ma szansę na dużo szersze zafunkcjonowanie w jaźni przypadkowych odbiorców w porównaniu z dotychczasową, bardziej punktową siedzibą Placu przy Agrykoli. Organizatorzy Lado w Mieście 2015 sprawnie wykorzystują dobrodziejstwo szerzej dostępnej lokalizacji i co czwartek prezentują program podwójnych koncertów, zapraszając w tym roku artystów i zespoły w większości niezwiązane ze stołecznym Lado ABC. W związku z tym tegoroczna edycja wakacyjnego festiwalu to dla wielu wykonawców niepowtarzalna okazja by zagrać w Warszawie dla publiczności, której liczebność jest teoretycznie nieograniczona, zarówno przez przestrzeń (plener), jak i portfel (free). Można powiedzieć, bez dużej przesady, że Lado w Mieście 2015 to egalitarny przegląd najciekawszych, aktualnych zjawisk muzycznych z różnych zakątków kraju. Tym razem swój program miał okazję zaprezentować artysta rdzennie poznański (i rdzennie wizualny) Wojciech Bąkowski.

Bąkowski1

Przyznam, że trochę obawiałem się czy minimalistyczna, kameralna estetyka, jaką prezentuje Bąkowski zda egzamin podczas otwartego koncertu pod gołym niebem. Muzyka artysty brzmi niczym stworzona do klubowych, klaustrofobicznych przestrzeni zamkniętych, jest bardzo hermetyczna. Okazało się jednak, że pozory mylą. Artysta wyszedł na scenę już pod osłoną nocy, w warunkach, w których czerwień t-shirtu i ekranu projektora zyskiwała na jaskrawości i mocy. Adekwatnie, ponieważ Bąkowski jest twórcą o wyjątkowo ostro zarysowanej i wyrazistej powierzchowności artystycznej, skrywającej wrażliwość poezji pod szczelnie dopracowaną, konsekwentnie surową formą. W skrócie: podkład, głos, projektor i artysta ograniczający sceniczną ekspresję do minimum (choć nie obyło się bez konferansjerki, WSB między utworami przedstawił się, a nawet „zaprosił do wspólnej zabawy”). Zdumiewające było dla mnie jak dużej siły rażenia nabiera muzyka złożona z muzaków (z tego właściwie składa się „Telegaz”) w sytuacji koncertowej, która jeszcze dobitniej podkreślała karykaturalną plastikowość i syntetyczność źródłowych prefabrykatów. Bąkowski dokonał transfuzji własnej, bezdyskusyjnej charyzmy artystycznej, wtłaczając ją w dźwięki programowo miałkie, odhumanizowane, legitymizujące się jedynie swym utylitaryzmem konsumpcyjnym. W ten sposób udało się stworzyć wyjątkowo spójny, oszczędny przekaz podszyty poezją i melancholią, a także specyficznym dla Bąkowskiego rodzajem dekadentyzmu. Ciekaw jestem jak tego typu program zafunkcjonowałby na scenie dużego festiwalu muzycznego typu Opener, chciałbym zobaczyć miny zdezorientowanej publiczności.

Poniżej, w trybie ekskluzywnym, recenzja płyty „Telegaz” , która początkowo miała się ukazać w (zbliżającym się wielkimi krokami) nowym numerze PopUpMusic. Krążek doczeka się co prawda niezależnego opracowania na łamach PopUp, ale już nie mojego autorstwa. Jednak im więcej tekstów o takich albumach, tym lepiej.

Wojciech Bąkowski – „Telegaz”

Wojciech Bąkowski - Telegaz

Jeśli komuś poprzednia solowa płyta Wojciecha Bąkowskiego „Kształt” wydawała się surowa i nieprzystępna, ten może być „Telegazem” mocno zaskoczony. Tym razem artysta czerpie z przebogatego arsenału muzaków, noise’ów otaczającej nas audiosfery elektronicznej, jak choćby – wibracji tel. komórkowego, nagrań zapowiadających przystanki, czy głosu lektora w telewizji. Bąkowski tworzy narrację z dźwiękowych i pisanych przejawów hiperrzeczywistości atakującej codziennie mieszkańców kapitalistycznych miast XXI wieku, pełnych galerii handlowych i nowoczesnych technologii komunikacyjnych. Artysta robi to przewrotnie, nie pozostawiając jednoznacznej odpowiedzi czy tworzy afirmację, krytykę, czy może tylko suchą, reporterską rejestrację. Być może wszystko po trochu?

Prawdę mówiąc ciężko stwierdzić, ponieważ w warstwie tekstowej Bąkowski postanowił zaprezentować niemalże tylko rzeczowniki, wyrazy-stopklatki. Hasła z szyldów reklamowych i znaków drogowych z ulicy dużego miasta okraszone samplami, subtelnym klawiszem, bitem lub hi-hatem. Rzeczywistość narracyjna choć plastikowa, została upięta w sposób inteligentny i poetycki. Wyjątkowym doświadczeniem jest słuchanie „Telegazu” podczas przemieszczania się po mieście. Płyta w pewnym momencie zaczyna doskonale współgrać z tym co dociera zewsząd do oczu i uszu, w pewnym sensie wyostrza zmysły, jednocześnie nie sugeruje bezpośredniej waloryzacji tych wszystkich bodźców – tej musi już dokonać odbiorca.

„Telegaz” to album konceptualny, na którym oszczędna forma została stworzona z zegarmistrzowską precyzją, jest jak dobry kolaż, albo nawet fotomontaż. Dzwiękomontaż? Jeśli „Kształt” był szorstki, dosadnie brutalny, tak „Telegaz” jest sterylnym destylatem, przewrotnym i urzekającym minimalizmem środków. Słucha się tej płyty z niebezpieczną i zastanawiającą przyjemnością, której siła tkwi w poetyckiej niejednoznaczności, oderwaniu od „ja”. Bardzo intrygująca ewolucja.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zobacz też —–> relacja + wideo z koncertu duetu SYNY na Placu Zabaw

Czarna Muzyka w natarciu / Flying Lotus „You’re Dead!”

Dawno nie było tak dobrego czasu dla tzw. Czarnej Muzyki. Na przestrzeni ostatnich miesięcy ukazał się szereg albumów, które zatrzęsły światową krytyką muzyczną. Wszystkie zostały nagrane przez Czarnych Amerykanów, wszystkie mocno odwołują się do gatunków korzennych. „Zaczęło się” w październiku zeszłego roku, kiedy to Steven Elisson, znany powszechnie jako Flying Lotus, wypuścił w świat swój piąty album „You’re Dead!„, który bez dużej przesady można nazwać współczesnym, postmodernistycznym hołdem dla jazzowej tradycji. Lotus połączył ją z rapem, instrumentalnym hip hopem, soulem, psychodeliczną elektroniką, całym kalejdoskopem czarnych brzmień. Na dodatek producent upiął wydawnictwo na poły filozoficznym konceptem – „You’re Dead!” to osobiste rozważania zogniskowane wokół śmierci.

to-pimp-a-butterfly

W singlowym „Never Catch Me” swojego talentu użyczył Elissonowi bodaj najciekawszy obecnie młody amerykański raper Kendrick Lamar. 28 letni artysta to fenomen zarówno estetyczny, jak i popkulturowy, u którego jakość muzyki idzie w parze z inteligentnym, zaangażowanym i erudycyjnym przekazem (oraz fenomenalnym flow). Kilka miesięcy temu ukazał się trzeci oficjalny album Lamara „To Pimp a Butterfly„, który właściwie w momencie wydania okrzyknięty został arcydziełem hip hopu. Raper podobnie jak FlyLo sięga na krążku po klasyczne czarne brzmienia – jazz, soul, r’n’b, funk, blues i prezentuje je w formie spektakularnego, na wskroś współczesnego hiphopowego kolażu. Niewątpliwy sukces artystyczny pociągnął za sobą komercyjny triumf. Notabene na albumie w otwierającym utworze wspomaga Lamara pierwszy bohater tego tekstu – Flying Lotus, a w kilku innych znakomity basista i wokalista Thundercat. Dobrą, pogłębioną recenzję płyty na łamach Dwutygodnik.pl napisał Jan Błaszczak, ciekawie też odniósł się do tematu Bartek Chaciński, przy okazji oceniając krążek na 10/10 (klik). Z kolei redakcja Screenagers pokusiła się o rozebranie albumu na czynniki pierwsze (klik).

71PTPmnrguL._SL1398_

„To Pimp A Butterfly” jest dziełem zaangażowanym, poświęconym w dużej mierze problemom czarnej społeczności w Stanach Zjednoczonych, które w ostatnich miesiącach zostały mocno nagłośnione, trochę na przekór sławnemu hymnowi Gila Scott-Herona „The Revolution Will Not Be Televised”. W napiętej atmosferze, której katalizatorem były wydarzenia z Ferguson, czarni muzycy zaczęli zajmować stanowisko. Pod sam koniec 2014 roku nagle, bez większych zapowiedzi ukazuje się album „Black MessiahD’Angelo, czyli „boga współczesnego soulu”, namaszczonego już przy okazji pierwszych wydawnictw na następce Marvina Gaye’a. Wydanie krążka zostało przyspieszone o kilka tygodni właśnie ze względu na gorącą sytuację wokół amerykańskiej black community. Płyta okazała się powrotem triumfalnym. Ciekawie o albumie i społeczno-politycznym kontekście pisze na Dwutygodnik.pl Jakub Wencel (klik).

Kamasi-Washington-The-Epic-560x560

Z kolei na płaszczyźnie czarnej muzyki jazzowej w ostatnich miesiącach wyrasta nowa wielka gwiazda – Kamasi Washington, muzyk skądinąd związany z wytwórnią Brainfeeder Flying Lotusa. Jak to zwykle bywa w przypadku nagłych eksplozji popularności, trzeba na sprawę patrzeć z dużym przymrużeniem oka. Czas pokarze, czy saksofonista rzeczywiście jest artystą wielkiego formatu czy jedynie sezonową sensacją. Póki co pewne jest, że potrafi nagrywać opasłe, patetyczne płyty, które są w stanie dotrzeć do krytyki często niekoniecznie na jazz zorientowanej i zasiać wśród niej ferment. Płyta „The Epic” to ponad trzy godziny muzyki rozpisanej na duży skład i silnie inspirowanej jazzem lat 60/70 (wnikliwą recenzję krążka napisał na łamach Screenagers.pl Michał Pudło, a w bardziej entuzjastycznych tonach wypowiedział się o niej Bartek Chaciński). Warto dodać, że Washington pojawił się zarówno na „You’re Dead!” FlyLo, jak i na „To Pimp A Butterfly” Lamara jako muzyk sesyjny.

Rzut oka na powyższe zestawienie (i teksty, do których odsyłam) pozwala wysnuć teorię, że faktycznie „coś się dzieje”. Na nowo zaognione napięcie na linii biali-czarni w USA po raz kolejny (w perspektywie stosunkowo krótkich dziejów Stanów Zjednoczonych) owocuje muzyką, obok której ciężko przejść obojętnie.

Poniżej wklejam moją niepublikowaną recenzję ostatniej, zeszłorocznej płyty Flying Lotusa, którą napisałem dosłownie w dniu wydania albumu (co skutkuje wszystkimi plusami i minusami strategii pisania w porywie chwili). Niemniej słuchając „You’re Dead!” dzisiaj, moja opinia specjalnie nie uległa zmianie. Poza tym w kontekście zbliżających się koncertów artysty w Warszawie warto opróżnić szufladę.

——————————————————————————————————

Flying Lotus – „You’re Dead!”

Flying_Lotus_Youre_Dead

Od poprzedniego albumu kalifornijskiego producenta pt. „Until The Quiet Comes” minęły dwa lata i ten czas jest na „You’re Dead!” słyszalny od pierwszych dźwięków – Flying Lotus jest już w innym sonicznym uniwersum. Tegoroczne wydawnictwo przynosi muzykę mocno, choć nie sztywno, zakorzenioną w fusion przełomu lat 60 i 70. Można śmiało powiedzieć, że „You’re Dead!” jest najbardziej jazzowo brzmiącą płytą Flying Lotusa, jakkolwiek już wcześniejsze krążki zdradzały podobne fascynacje – przykładowo album „Cosmogramma” sam artysta postrzegał jako własną wersję jazzowej improwizacji. Podczas gdy wydawnictwo z 2010 roku było w tej inspiracji mniej oczywiste, „You’re Dead!” brzmi jak czytelny statement. W dalszym ciągu jest to jednak jazz w autorskiej, na wskroś oryginalnej wersji Flying Lotusa: otwarty na hip hopowy beat, rap, soulowe wokalizy, rozbujany funk, groove i całe mnóstwo innych wpływów.

Tegoroczna płyta broni się przede wszystkim jako wydawnictwo niezwykle koherentne. Krążek niepozbawiony jest kompozycji bardziej agresywnych (głównie ze względu na rap), jednak bez zbytniej przesady można określić go najbardziej subtelnym i marzycielskim w całej dyskografii Elissona. Muzykę na albumie spaja tematyczny wątek przewodni – „You’re Dead!” to próba zmierzenia się z zagadnieniami ostatecznymi, jest muzyczną wizją tego, co pośmiertne, mocno osadzoną w autobiograficznych doświadczeniach. Ambitny zamysł został zrealizowany przez Flying Lotusa z ogromnym wyczuciem i precyzją, dzięki której artysta wymyka się pretensjonalności grożącej tego typu projektom i z powodzeniem staje w szranki z klasykami metafizycznego, kosmicznego jazzu, takimi jak Alice Coltrane, czy Sun Ra. Podobnie jak wcześniejsze płyty Amerykanina „You’re Dead!” utkane zostało z kilkunastu producenckich miniatur, w których diabeł tkwi w szczegółach, w głębi brzmienia, dużej wrażliwości na melodię, rytmicznej wyobraźni i intuicji w dobieraniu współpracowników. Album jawi się jako jedna, złożona i różnorodna kompozycja o płynnej narracji i linearnie rozwijanej dramaturgii. Muzyka Flying Lotusa w dalszym ciągu ma w sobie niesłychany ilustracyjny potencjał, który poprzez bardzo organiczne brzmienie jest na „You’re Dead!” przyswajalny w większym stopniu niż na wcześniejszych albumach. Głębia i bogactwo dźwięku żywych instrumentów świetnie sprawdza się w połączeniu z energetycznym rapem, onirycznym damskim śpiewem (końcówka „Turtles” brzmi niczym ukłon w stronę kołysanki Komedy z Dziecka Rosemary), czy paranoicznym wokalem Thundercata, lub samego Elissona, ukrywającego się pod alter ego Captain Murphy. Gościnny udział gwiazd takich jak Herbie Hancock, Kendrick Lamar, czy Snoop Dogg nie przytłacza wydawnictwa – każdy z artystów wpisany został w konsekwentnie rozwijającą się strukturę albumu i nie wybija się ponad wysoki poziom całości.

Ciężko powiedzieć jak „You’re Dead!” zniesie próbę czasu, jednak z dzisiejszej perspektywy mam wrażenie, że jest to po prostu najlepsza muzyka, jaką Steven Elisson mógł się podzielić ze słuchaczami w 2014 roku. Estetyka Flying Lotusa bardzo ciekawie wyewoluowała z psychodelicznego, eksperymentalnego hip hopu w coś, co można nazwać elektronicznym jazzem, muzyką wielobarwną, nieustannie podważającą sztywność gatunkowych granic. Na „You’re Dead!” Elisson brzmi lekko, swobodnie i pewnie, jakby znalazł wreszcie swój własny, autonomiczny język, którym z powodzeniem opowiada historię o dotychczas największym ciężarze gatunkowym jeśli chodzi o tematykę. Pasjonująca płyta spowita zarówno klasyczną, jak i skrajnie futurystyczną aurą.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Recenzje, wywiady – PopUp #46, post scriptum indywidualne

okładka PopUp #46

Nowy numer PopUpMusic od kilku dni śmiga po internecie. Po raz kolejny zasiliłem go serią tekstów, których tematyka czy też „przedmiot” są nieprzypadkowe. W oceanie artystów i wydawnictw właściwa selekcja to istotny, o ile nie najistotniejszy aspekt krytyki muzycznej w ogóle. Dodawać nie muszę, że uwzględnienie wszystkiego, co ciekawe jest niemożliwe – ale dodam, bo to prawda. Wbrew niekiedy utrzymywanym pozorom nawet ludzie piszący o muzyce mają ograniczenia może nie tyle percepcyjne (choć te również się zdarzają), ale zwyczajnie czasowe. Niemniej jestem przekonany, że najnowszy PopUp stanowi względnie szerokie kompendium wiedzy (informacji? refleksji?) o aktualnie interesujących zjawiskach muzycznych. Dlatego zanim przejdę do części indywidualnej gorąco polecam zapoznanie się z różnorodną całością numeru. Nie przeczytałem jeszcze wszystkiego (nieregularniki wręcz należy sobie dawkować), ale z dłuższych form z pewnością warto sprawdzić wywiad z Ukrytymi Zaletami Systemu. Trio wydało bardzo mocny debiut (klik), szczególnie ciekawy w warstwie tekstowej. Rozmowa z Garym Lucasem, jednym z ostatnich współpracowników Captaina Beefhearta i Jeffa Buckleya, również na dużym „propsie”.

Osobiście postanowiłem skupić się głównie na muzyce polskiej. Chociaż „postanowiłem” to złe słowo – po prostu na krajowej scenie działo się w ostatnich miesiącach dużo dobrego, o czym zwyczajnie przemilczeć się nie dało. Zatem z 11 recenzji, które napisałem tylko dwie pozbawione są jakiegokolwiek polskiego akcentu: „Reverse Blue” Mary Halvorson i kooperacja „Radian vs. Howie Gelb”. Także drobne odchylenia w stronę USA i Europy Zachodniej, swoją drogą muzycznie bardzo ciekawe.

Wszystkie recenzje, w których maczałem palce w kolejności alfabetycznej:

1. Artur Maćkowiak & Grzegorz Pleszyński – „A Sound Of The Wooden Fish”

Maćkowiak, Pleszynski - A Sound Of The Wooden Fish

2. Hang Em High – „Beef & Bottle”

hang-em-high-beef-bottle

3. Jacek Mazurkiewicz solo, 3FoNIA – „Chosen Poems”

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

4. Ksawery Wójciński – „The Soul”

Ksawery Wójciński - The Soul

5. Gerard Lebik, Piotr Damasiewicz, Gabriel Ferrandini – „veNN Circles”

Lebik, Damasiewicz, Ferrandini - veNN circles

6. Lotto – „Ask The Dust”

LOTTO - Ask The Dust

7. Mary Halvorson – „Reverse Blue”

Mary-Halvorson-Reverse-Blue

8. Paweł Bartnik – „Bez Tytułu”

Paweł Bartnik - Bez tytułu

9. Radian & Howe Gelb – „Radian Verses Howe Gelb”

Radian verses Howe Gelb

10. Scott Stain – „I’ve Always Wanted to Meet You”

Scott Stain - I've Always Wanted To Meet You

11. Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves”

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Jak widać zestawienie zdominowały indywidualne wypowiedzi artystyczne i ta przewaga wpisuje się zresztą doskonale w specyfikę ubiegłego roku.

Udało mi się również porozmawiać z autorami dwóch bardzo dobrych solowych krążków, które wyszły w ostatnich miesiącach – z Jackiem Mazurkiewiczem i z Hubertem Zemlerem. Płyty obu Panów są znakomitym świadectwem tego jak przy użyciu minimalnych środków stworzyć muzykę niejednoznaczną, wielowarstwową i samowystarczalną.

Wywiad z Jackiem Mazurkiewiczem

Wywiad z Hubertem Zemlerem

Niniejszym gorąco polecam lekturę 46 numeru PopUp’a!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PopUp nr 45 – garść recenzji i wywiad z Tomaszem Sroczyńskim

popupmusic_gwiazdka_duze

Jak być może niektórym czytelnikom Instytutu już wiadomo, oprócz prowadzenia niniejszego partyzanckiego bloga, wkładam sporo energii we współtworzenie internetowego magazynu PopUpMusic. Z dniem dzisiejszym kolejny, już 45 numer trafił do sieci, a wraz z nim kilkanaście recenzji muzycznych mojego autorstwa oraz wywiad z utalentowanym młodym skrzypkiem Tomaszem Sroczyńskim. Poniżej odsyłacze do konkretnych tekstów:

Anthony Brice – „Sound Of Obsession”

Aphex Twin – „Syro”

Battle Trance – „Palace of Wind”

Eklektik Ensemble/Punkt/Lutosławski Quartet – „Punkt Eklektik Session 01”

Hiss Tracts – „Shortwave Nights”

Infant Joy Quintet – „New Ghosts”

Irmler/Liebezeit – „Flut”

Made To Break – „Cherchez La Femme”

Malayeen – „S/T”

Tape – „Permanent Vacation”

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers”

Trzy Tony – „Efekt Księżyca”

Venetian Snares – „My Love Is A Bulldozer”

Wywiad z Tomaszem Sroczyńskim

Oczywiście zachęcam gorąco do zapoznania się z całością materiału jesiennego wydania PopUp’a – redakcja wykonała naprawdę świetną robotę jeśli chodzi o dobór tematów, stronę graficzną i edytorską. Po raz kolejny bardzo mi miło współtworzyć grono autorów tego magazynu.

Dobrej lektury i udanych odsłuchów!

Krzysztof Wójcik