SuperBrötzmann, Swell i Nilssen-Love w Pardon To Tu (dzień drugi)

Nilsen-Love_Swell_Brotzmann

Oblekanie Petera Brötzmanna w kolejne ramy narracyjne zakrawa na banał. To jeden z kilku free jazzowych artystów XX i XXI wieku, którzy na trwałe zakorzenili się w świadomości masowej, o ile „masową” można nazwać zbiorową świadomość entuzjastów muzyki improwizowanej. Brötzmann to ikona, żywa reprezentacja pewnej estetyki, która wciąż dla rzeszy muzyków młodszego pokolenia jest żywotnym nurtem. Gdyby Roland Barthes, jeden z moich ulubionych tzw. humanistów XX wieku odrobinę później (np. dzisiaj) napisał „Mitologie”, to niemiecki saksofonista mógłby posłużyć za jeden z tematów. Brötzmann jest personifikacją mocy free jazzu, bezkompromisowości tej strategii twórczej bez jasno zdefiniowanej „strategii”, metodzie opartej na swobodzie, intuicyjności. To jeden z mitów dzisiejszego jazzu, rozumianego poprawnie – jako coś żywotnego, a nie jako spetryfikowany gatunek standardów. Ponadto artysta jest uosobieniem indywidualizmu, cechy, która w mojej ocenie, obok relacyjnego charakteru improwizacji, jest kluczową cechą tej stylistyki. Saksofonista par excellence. I zwykle w narracji to właśnie „gra się z Brötzmannem”, a nie „Brötzmann gra z kimś” – on jest instancją nadrzędną, co zapewne nie jest do końca komfortowe ani dla samego artysty, ani dla muzyków z nim występujących. Cóż, konsekwencje ikonicznego statusu…

Tymczasem trio ze Stevem Swellem i Paalem Nilssenem-Love to skład jak najbardziej demokratyczny, choć skompilowany z radykalnych i wyrazistych osobowości. Swego rodzaju über-trio. Warto zaznaczyć, że na oczach i w uszach gości Pardon To Tu pisała się historia – były to pierwsze spotkania na scenie Brötzmanna i Swella. Ciężko w to uwierzyć z dwóch powodów: po pierwsze dziwne, że muzycy tej klasy nigdy dotąd ze sobą nie grali, a po drugie – podczas koncertu w ogóle nie było słychać braku wcześniejszych artystycznych interakcji. Ogniwem bez wątpienia nadającym ton całości był Nilssen-Love, perkusista niezwykle charakterystyczny, zazwyczaj determinujący brzmienie składów, w których przychodzi mu grać, norweski wulkan energii. Można powiedzieć, że muzyk o podobnych predyspozycjach jest wręcz idealnym partnerem dla agresywnej i szorstkiej ekspresji Brötzmanna – tutaj potęgowanej jeszcze przez puzon Swella. Trio zagrało na 100%.

Swell_Brotzmann

Zważywszy, że na scenie gościli artyści z różnych ośrodków improwizowanego świata (Skandynawia, Nowy Jork, Europa kontynentalna) muzyka mogła pójść w rozmaite kierunki. Wspólnym mianownikiem okazała się jednak stylistyka o wdzięcznej nazwie „fire music”. Żywioł, o którym tak mówił niegdyś Albert Ayler: „Jesteśmy naszą muzyką. Poprzez muzykę próbujemy się oczyścić, by móc wejść na wyższe poziomy spokoju ducha i świadomości. Chcemy też zaprowadzić tam tych, którzy nas słuchają”. Muszę przyznać, że poniedziałkowy występ miał momenty, w których energetyczny strumień świadomości zyskiwał nasilenie pozwalające na całkowite zatopienie się w dźwiękach. Bardzo fizyczna muzyka, finezyjnie drwiąca z prób intelektualnego do niej dotarcia.

Koncert jednak utrzymywał dramaturgię nie tylko poprzez swą intensywność. Ważną rolę odegrały dialogi w duetach (największe wrażenie zrobiły na mnie zestawienia „perkusja +”), jak również solowe wyczyny np. dłuższy fragment zagrany przez Brötzmanna na  tárogató (wideo pod tekstem). W pewnym momencie występu przyszła mi do głowy myśl: „hmm, trochę brakuje partii bardziej wyciszonych i melancholijnych”. Początkowo srogo rozbawiło mnie to spostrzeżenie, wszak żaden z muzyków nie zwykł grać mięciutko i pluszowo… ale pod koniec występu rzeczywiście trio trochę rozluźniło muskuły i zaprezentowało się od bardziej lirycznej strony (w każdym razie lirycznej w zestawieniu z płomienną częścią pierwszą). Bis był na dobrą sprawę zbędny – szczególnie w świetle pięknego zakończenia podstawowego programu – jednakże sami muzycy czerpali z gry na tyle dużą frajdę, że wyszli na scenę ponownie stawiając przysłowiową „kropkę nad i”.

superBrotzmann3

Artyści podobno zamierzają udokumentować współpracę na krążku. Występ w Pardonie udowodnił, że zdecydowanie powinni to zrobić. Niemniej jednak jestem bardzo zadowolony, że przyszło mi posłuchać tego zestawienia personalnego na żywo, bo to muzyka, której najpełniej doświadczyć można własnie na koncercie. Danke schön, tusen takk, thank you very kind!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Reklamy