The Electrics w Pardon To Tu

20141006_211338

Można powiedzieć, że pierwszy październikowy koncert w Pardon To Tu troszeczkę usunął się w cień prężnie promowanego występu kwintetu Petera Evansa. Nie da się ukryć, że The Electrics nie mogą się pochwalić w świadomości polskiego słuchacza zbyt szeroką rozpoznawalnością i niżej podpisany nie należy tutaj do wyjątku. Prawdopodobnie poszczególni muzycy – z Axelem Dörnerem na czele – są dalece bardziej kojarzeni z osobna niż jako zespół, kolektyw. Cóż, można zaryzykować teorię, że na płaszczyźnie ogólnej to jedna ze specyfik gatunku. Sam wybrałem się na koncert kwartetu bez przesadnych oczekiwań, chociaż nie ukrywam, że względna sława niemieckiego trębacza była niewątpliwie wabikiem przesądzającym o mojej obecności. Tymczasem koncert The Electrics wyewoluował bardzo szybko w wydarzenie artystyczne wysokiej próby.

20141006_210520

Międzynarodowy kwartet – w składzie Axel Dörner (Niemcy), Sture Ericson (Szwecja), Joe Williamson (Kanada) i Raymond Strid (Szwecja) – nie miał łatwego zadania. Publiczność zgromadzona w klubie (głównie stali bywalcy) przywitała muzyków z raczej umiarkowanym entuzjazmem, a bardziej wyczekiwaniem. Otwierająca występ konferansjerka nie wywołała oklasków, a jej humorystyczny charakter nawiązywał raczej do niemieckiej szkoły dowcipu, do której klucze odnajdują nieliczni. Słowa jednak szybko straciły znaczenie, gdy nadeszła muzyka. Być może właśnie nieco oziębłe przyjęcie wywołało w artystach sceniczny ekwiwalent sportowej złości, która przełożyła się na występ intensywny i bezkompromisowy. Początkowo dźwięki płynące ze sceny miały zaskakująco klasyczną, free jazzową formę, kwartet brzmiał jak przystało na skład saksofon-trąbka-sekcja. Jednak im dalej muzycy nurkowali w improwizację, tym bardziej uwidaczniało się eksperymentalne oblicze składu, którego nazwa niepostrzeżenie zaczęła nabierać coraz więcej sensu. Elektryczność i napięcie tworzyły się na scenie na zasadzie organicznego, artystycznego porozumienia, bądź ścierania. Energia występu generowana była naprzemiennie przez saksofon Ericsona i trąbkę Dörnera, tudzież znajdowała ujście we wspólnych przecinających, bądź uzupełniających się partiach. Przy tym wszystkim muzyka kwartetu nie była przekrzykiwaniem, a niekiedy wręcz nazwałbym ją dialogiem z wymownymi pauzami, konfrontującymi ekspresję z pełną napięcia ciszą. Imponująco wypadała perkusja Strida, delikatna, wrażliwa na szczegóły. Najmniej z The Electrics moją uwagę przykuł Williamson. Chociaż nie można mu odmówić bardzo stabilnej i czujnej gry, to nie była ona jednak aż tak spektakularna co popisy starszych kolegów. Kontrabasista bardziej dopełniał tła.

20141006_211737

W perspektywie całego, ponad godzinnego, linearnego występu można zauważyć pewien dualizm cechującą muzykę The Electrics – wspomniany free jazz z jednej i śmiałe sonorystyczne eksperymenty z drugiej strony. Niby klasyczna dwubiegunówka współczesnej improwizacji w jazzie zakorzenionej, jednak poprowadzona z niewymuszoną fantazją i swego rodzaju nieprzewidywalną płynnością przejść od kolektywnego, klasycznego brzmienia, do industrialnych, hipnotycznych sekwencji. W tych ostatnich prym wiódł Dörner. Trębacz emanował przez cały występ magnetycznym skupieniem, które objawiało się bardzo precyzyjnym doborem dźwięków, czy szumów, które wydobywał ze swojego lekko zakrzywionego instrumentu. Dörner w bardzo wyważony sposób kontrolował brzmienia abstrakcyjne, jak i bardziej konwencjonalne, lecz intensywne sekwencje melodyczne, uporządkowane, czasem kontrapunktowe. W moim odbiorze trębacz skradł trochę występ swoim kolegom, ale zrobił to z korzyścią dla całościowego wymiaru koncertu – jego grę nazwałbym bardziej charyzmatyczną niż egoistyczną, ponieważ dawał partnerom stosunkowo dużo przestrzeni do zagospodarowania i dystansował się od roli lidera.

 

Bardzo udany występ zwieńczył energetyczny bis. Publiczność raczej „kupiła” muzykę The Electrics, chociaż byłem jednym z niewielu, którzy upstrzyli brawa okrzykiem zadowolenia. Mam szczerą nadzieję, że zespół (lub przynajmniej sam Axel Dörner) jeszcze do Warszawy powróci. Odnoszę wrażenie, że spora część stołecznej publiczności odpuściła sobie ten koncert czekając na kwintet Evansa. Szkoda, bo The Electrics pokazało naprawdę kawał pełnokrwistego, bardzo pomysłowego i nieoczywistego grania. Dobre wejście w koncertowy październik i sezon jesienny, który w Warszawie zapowiada się pasjonująco.

 

Tekst i materiały wizualne: Krzysztof Wójcik