Alameda 5 / Duży Jack / Przepych / The Kurws na Placu Zabaw

Ostatnie dwie sierpniowe odsłony Lado w Mieście miały zdecydowanie najbardziej gitarowy charakter ze wszystkich dotychczasowych. Były to również w moim odczuciu jak dotąd najmocniejsze wieczory tegorocznej edycji nadwiślańskiej imprezy. Dlaczego? Step by step…

Alameda 5

Alameda 5

Płytę „Duch tornada” bydgosko-toruńska formacja bez wątpienia nagrała pod natchnieniem… ducha. Recenzując materiał swego czasu na PopUpMusic.pl (klik), pisałem o albumie w superlatywach, porównując go nawet do kultowych, ściankowych „Dni wiatru”. Cóż, hiperbolizacja i porównawcza mania to wśród osób piszących o muzyce klasyczne i powszechne zwyrodnienia, choroby zawodowe (powiedzmy). Niemniej w przypadku „Ducha…” nie sądzę bym przesadził z cukrem. To znakomity materiał, który w sytuacji koncertowej nabiera dodatkowych barw. Występ na Placu Zabaw był świadectwem doskonałej formy Alamedy, a także nieustannego artystycznego fermentu, jaki w formacji zachodzi (mam tu na myśli nowe utwory, których kilka nad Wisłą zabrzmiało). Idealne połączenie rytualnego, transowego rytmu z kosmicznymi odlotami elektroniki i gitar generuje psychodeliczny koktajl Mołotowa, który na dzień dzisiejszy nie ma sobie równych jeśli chodzi o krajowe granie.

Duży Jack

Duży Jack - Uczucia

Trochę zdziwiło mnie, że Panowie wystąpili po „bardziej utytułowanej” Alamedzie, ale może miało to związek z tym, że Łukasz Jędrzejczak po koncercie Jacka nie miałby siły syntezatorzyć w Alamedzie? Cóż, szczerze powiedziawszy nie jestem wielkim fanem karykaturalno-brutalnej formuły artystycznej, jaką prezentuje Duży Jack… W każdym razie tak sobie myślałem stojąc w sporym oddaleniu od sceny, łapiąc muzyczne i wokalne strzępy. Ale! Gdy zbliżyłem się do strefy zero, okazało się, że zespół wypruwa z siebie krew, pot i łzy, gra na 100%, czego tak naprawdę można było doświadczyć dopiero w bezpośrednim kontakcie z wydarzeniami scenicznymi. Nagle okazało się, że w Dużym Jacku podoba mi się nie tylko seksualnie niebezpieczna, oczojebna okładka ich debiutanckiej płyty „Uczucia” (bandcamp), ale też koncertowa „karykaturalno-brutalna formuła artystyczna”. Surprise. I prawdę mówiąc piszę ten tekst słuchając właśnie „Uczuć” – energia zaklęta w dźwiękach, której potrzebuję o tej porze dnia. Była kiedyś taka piosenka, że fantazja jest od tego, aby bawić się na całego – Duży Jack idzie tym tropem, a zabawa się udziela.


Przepych

Przepych

Kolejny wieczór na Ladzie (?) upłynął pod hasłem „Breslau calling”. Dwie drużyny z Wrocławia. Rozpoczął duet Przepych, czyli dziecko muzyków The Kurws (Jakub Majchrzak) i Ukrytych Zalet Systemu (Łukasz Plata). Jak się okazało z takich rodziców potomstwo nie ma prawa się nie udać (nawet jeśli jest wychowane bezstresowo i ma adhd). Właściwie chciałem zobaczyć Przepych na żywo odkąd usłyszałem pierwsze nagranie duetu pt. „Polska Szkoła Filmowa” (bandcamp), wtedy figurujące jeszcze jako „Bez tytułu” (poniżej wideo). Po koncercie na Placu Zabaw będę natomiast czekał na debiutancki album duetu, bo materiał już jest, a w dodatku mocny. Biorąc pod uwagę szybkość, energię i zniuansowanie muzyki Przepychu, wielkie wrażenie zrobiło na mnie zgranie muzyków, doskonale wyłapujących wzajemne intencje. Brzmienie zespołu jest surowe i galopujące, zawadiacko zrytmizowane, podobnie jak w przypadku Kurwsów, jednakże większe wykorzystanie elektroniki robi różnicę, a melodie trochę przypominają odurzoną wizytę w lunaparku. Krótko mówiąc rokowania Przepychu oceniam na bardzo dobre.

The Kurws

The Kurws

Gdybym musiał policzyć na palcach jednej ręki „niezawodne koncertowe polskie zespoły”, to bez wątpienia jednym z palców byliby The Kurws. Już kilkukrotnie pisałem o Kurwsach  w superlatywach i tym razem wyjątku nie będzie. Aczkolwiek był to koncert inny niż te, na których byłem dotychczas, ponieważ po raz pierwszy zobaczyłem wrocławian w podstawowym trzyosobowym składzie. I chociaż szkoda, że zabrakło nieprzewidywalnego Oskara Carlsa na saksofonie, to i tak doświadczenie (powiedzmy)”The Kurws bez ozdobników” należało do zdecydowanie udanych. Fajnie, że Panowie zagrali sporo nowego materiału, który sprawia wrażenie trochę bardziej monumentalnego, potężnego w zestawieniu z poszarpanymi, nieprzewidywalnymi i wybuchowymi strukturami z pierwszych dwóch płyt. Jakby trio zaczęło rzeźbić w większych bryłach dźwięku, delikatnie, acz kreatywnie zmieniając ich formę. Zresztą obserwując bacznie Kurwsów na koncertach w ostatnich latach, za każdym razem słychać, że są to lepsi muzycy i lepszy zespół, jako kolektyw, a artystyczna wizja i fantazja krystalizuje się wprost proporcjonalnie. Apetyt na kolejne wydawnictwo został skutecznie podsycony. Tylko mam nadzieję, że jednak znajdzie się na nim miejsce także dla saksofonu Carlsa.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS:

Kolejne (już ostatnie 2) wieczory z Lado w Mieście to:

1.09 ->„Żywizna” (Raphael Rogiński & Genowefa Lenarcik) / „Istina” (Kamil Szuszkiewicz & Hubert Zemler)

8.09 -> LXMP / Deerhoof

Instytut gorąco poleca.

Festiwal Mięty Pole 2016 [Alameda 5, The Kurws, Kapela ze Wsi Warszawa]

Grodzisk Mazowiecki, 27 lutego 2016

Wielokrotnie już pisałem i mówiłem, że lubię małe, dobrze przemyślane festiwale. Prawdopodobnie właśnie z tego względu Instytut zgodził się patronować inicjatywie Mięty Pole. Cytując siebie – „festiwal to w dużej mierze sztuka selekcji, łączenia i porządkowania”. A gdy impreza jest mała, to selekcja staje się najważniejsza. Pod tym względem Mięty Pole nie zaliczyło wpadki. Zaledwie trzy składy zaproszone do Grodziska Mazowieckiego , mogłyby śmiało zostać polskimi headlinerami znacznie większych imprez. Jednocześnie różnorodność stylistyk zaprezentowanych przez zespoły, pozwoliła na osiągnięcie line-upu nieoczywistego, w którym – sformułowanie wyświechtane, ale w tym wypadku jakże trafne – każdy mógł znaleźć coś dla siebie. A przynajmniej ja znalazłem.

Alameda 5

Alameda 5_2

Kibicuję pięcioosobowej odsłonie Alamedy odkąd po raz pierwszy usłyszałem melancholijne akordy otwierające „Ducha Tornada” (klik), czyli jedną z najciekawszych polskich płyt 2015 roku. Zła koniunkcja planet do tej pory nie pozwoliła mi uczestniczyć w koncercie formacji, mimo że już kilkukrotnie koncertowała w Warszawie. Nie przypuszczałem, że moje pierwsze spotkanie z Alamedą 5 odbędzie się w Grodzisku Mazowieckim. Jednakże z dużą dozą prawdopodobieństwa warunki, jakie zaoferowało muzykom imponujące, lokalne Centrum Kultury, pozwoliły mi na najbardziej komfortowy odbiór tejże złożonej, potężnej muzycznej psychodelii.

 

„Duch Tornada” to rzecz epicka o dużym rozmachu, na której mniejsze, bardziej piosenkowe formy sąsiadują z dłuższymi, transowymi numerami o majestatycznym brzmieniu. Podczas festiwalu, to właśnie te ostatnie zdominowały setlistę Alamedy. Duża sala niejako prosiła się o większy format i ten został jej dany, a dym i oświetlenie sceniczne dobrze podkręciły zmysłowy charakter muzyki. Koncert utwierdził mnie w przekonaniu, że fundamentem tego zespołu są niezwykle precyzyjne, hipnotyczne struktury rytmiczne wygrywane przez Jacka Buhla i Rafała Iwańskiego. W tychże solidnych ramach Kuba Ziołek, Mikołaj Zieliński i Łukasz Jędrzejczak mogli puścić wodze fantazji. Jeśli był podczas tego występu pierwiastek improwizacji, to oscylował on dość blisko kompozycji. Efektowne były płynne przejścia pomiędzy utworami i trochę szkoda, że nie było ich więcej, bo w tego typu galopująco-płynącej muzyce każda przerwa jednak wytrąca z klimatu. Niemniej koncert miał duża siłę rażenia, a nowy, zróżnicowany numer zagrany na sam koniec budzi wielkie nadzieje na przyszłość.

The Kurws

The Kurws_1

Wrocławska załoga jest tworem wybitnie koncertowym. To był mój trzeci raz z Kurwsami na żywo i bardzo ciekawie było zobaczyć zespół w tak dużej przestrzeni. Cóż, gdyby Captain Beefheart żył, mieszkał w Polsce i nadal grał muzykę, to ciężko byłoby mu znaleźć lepszy Magic Band niż właśnie The Kurws. Podstawowe trio – Hubert Kostkiewicz, Dawid Bargenda i Jakub Majchrzak – jest ze sobą niesamowicie zgrane, to w zasadzie jeden organizm, a nieregularne, acz mocne, czasem surrealistyczne wejścia Oskara Carlsa na saksofonie/gwizdaniu/mini-pozytywce, dodawały tej niepokornej muzyce jeszcze jeden intrygujący kolor.

 

Nieprzewidywalność, strzępy chwytliwych riffów zlepiane hałasem, marszową perkusją, raz przeciągłymi, raz dzikimi partiami dętymi, umiejętna gra pauzami, połączenie precyzji i kakofonii – to wszystko razem daje jedyną w swoim rodzaju dźwiękową miksturę wyskokową. Muzyka The Kurws jest nieokrzesana, wyostrza zmysły, działając na własnych szalonych zasadach stanowi percepcyjne wyzwanie, które uwielbiam podejmować. W tym koncercie najfajniejsze było to, że cały czas nie miało się pewności co się wydarzy za chwilę. Chyba nie ma lepszej recepty na zaangażowanie uwagi odbiorcy. Co tu dużo pisać: The Kurws są w znakomitej formie, a nowe utwory zaprezentowane pod koniec, podobnie jak w przypadku Alamedy, podkręcają apetyt na kolejne wydawnictwo. Mam nadzieję, że nadejdzie jeszcze w tym roku. Póki co można wrócić do znakomitego albumu „Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu” (klik).

Kapela Ze Wsi Warszawa

KZWW_1

O ironio – najbardziej rozpoznawalny zespół grający na Mięty Polu był mi najmniej znany. Z muzyką Kapeli Ze Wsi Warszawa oczywiście zetknąłem się kilkukrotnie na przestrzeni wielu lat działalności grupy, jednak nigdy w sposób głębszy. Również nigdy nie byłem na ich koncercie. I tutaj bardzo miłe zaskoczenie. W zasadzie występ KZWW jako jedyny w sposób bezpośredni pasował do profilu festiwalu, teoretycznie określanego mianem folkowego. Nie zmienia faktu, że na przykład takie The Kurws jest dla mnie o wiele bardziej reprezentatywnym przykładem powiedzmy współczesnego miejskiego folku, czerpiącego z tradycji kontrkulturowych. A Alameda też ma w sobie plemienno-transowy pierwiastek charakterystyczny dla muzyki ludowej (dokładniej ujmując ludu bydgosko-toruńskiego).Cóż, KZWW jest z założenia bardziej zanurzona w estetyce dawnej i w jej obrębie również uzyskuje ciekawe rezultaty artystyczne.

Podczas koncertu zabrzmiały głównie utwory z dwóch ostatnich płyt zespołu, czyli „Nord” i tegorocznego „Święto słońca„. Kompozycje zagrane z dużym zaangażowaniem, rozmachem i wprawą z łatwością zjednały sobie przychylność publiczności. Biały śpiew w asyście dawnego instrumentarium zrobił na mnie spore wrażenie i cieszę się, że w końcu zobaczyłem Kapelę na żywo. Oczywiście był to najgłośniej oklaskany występ , też najbardziej „festiwalowy” (dużo konferansjerki między utworami, żartów itd.), również największa gwiazda grodziskiej imprezy, dlatego miejsce na końcu line-upu nie było dużym zaskoczeniem. Bis trochę rozrzedził całość występu i moim zdaniem śmiało mogło się obejść bez niego. Ale reakcja publiczności była wystarczającym dowodem na to, że folkowe brzmienie proponowane przez KZWW faktycznie jest gdzieś głęboko wszyte w słowiańskie DNA.

 

Pomijając dobrą organizację, główną siłą Mięty Pola była jak dla mnie umiejętność kontrastowania bardzo różnych stylistyk. Podejrzewam, że każdy idąc na festiwal miał swojego „faworyta”, a być może po imprezie zwróci większą uwagę na coś innego (niekoniecznie na inny zespół, ale na inne brzmienie, estetykę). Na tym powinny polegać tego typu imprezy, poszerzać horyzonty poznawcze. Jak na pierwszą edycję Mięty Pole zasługuje na piątkę w swojej klasie. Trzymam kciuki za kolejne odsłony, bo z Warszawy do Grodziska faktycznie strasznie blisko, a warunki i potencjał niewątpliwie są.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Muzyczne podsumowanie a.d.2014, którego miało nie być

20141231_122904

0.1: Kluby, koncerty

Z perspektywy Rady Instytutu Improwizacji scena warszawska ulokowana jest najbliżej serca. W ostatnich miesiącach zaszło kilka ciekawych fluktuacji w tej materii. W pierwszej połowie roku zamknęło się niezwykle zasłużone Powiększenie, czy aspirujące do ciekawej, kameralnej przestrzeni koncertowej Nie Zawsze Musi Być Chaos, również Kosmos Kosmos, co prawda w ostatnich miesiącach działania świecący pustkami, lecz niekiedy pozytywnie zaskakujący. Cafe Kulturalna dość mocno wyhamowała i organizując koncerty jedynie od czasu do czasu… Niepodważalną dominację Pardon To Tu balansowała jedynie przez około dwa miesiące jubileuszowa edycja LADO w mieście. I gdy koniec lata nie zapowiadał optymistycznej koncertowej jesieni, nagle w stołecznym pejzażu pojawiły się takie miejsca jak Mózg Powszechny i Dwa Osiem.

Pierwszy klub to warszawska filia bydgoskiego, kultowego, dwudziestoletniego już matecznika, która zaatakowała lokalną scenę bogatym i ambitnym programem artystycznym. Warszawa zyskała swoją muzyczną Małą Bydgoszcz, czyli namiastkę miasta nazywanego Małym Berlinem, czy nawet Polskim Amsterdamem… Zatem nie jest źle. Udało mi się do tej pory uczestniczyć w kilku wydarzeniach warszawskiego Mózgu i mam dojmujące przekonanie, że takie miejsce jest w Warszawie potrzebne. Nawet jeśli klub w dalszym ciągu dopiero aklimatyzuje się w stołecznej tkance muzycznej, to jestem przekonany, że już niedługo za sprawą konsekwentnego programu wykształci własną publiczność.

Drugie miejsce, rzut beretem od Mózgu, ulokowane przy Zamoyskiego 26a, to feniks z popiołów po Powiększeniu. Dwa Osiem pod koniec roku zgotowało warszawskiej publiczności mocarny program goszcząc m.in. Ściankę, Kristen, czy The Kurws oraz udzielając przestrzeni pod wyjątkowy festiwal Playback Play. Bliskie sąsiedztwo Mózgu, czyni z okolicy silne „zagłębie klubowe”, z którym równać się może chyba jedynie kumulacja miejsc przy ulicy 11 Listopada.

Chmury w 2014 roku zapamiętam przede wszystkim jako scenę otwartą na młodych warszawskich improwizatorów, a to za sprawą działalności Warsaw Improvisers Orchestra, inicjatywy, która spektakularnie zakończyła rok na deskach Pardon To Tu. Natomiast w Hydrozagadce miałem okazję zobaczyć znakomity koncert Innercity Ensemble, zespołu, który chyba najczęściej gości w końcoworocznych muzycznych podsumowaniach (i to nie tylko w Polsce).

O Pardon To Tu w tym roku pisałem zdecydowanie najczęściej, ponieważ program właśnie tego klubu z największą regularnością wabił mnie w swe progi. Fenomen miejsca przy pl. Grzybowskim zauważają już najbardziej prominentni muzycy światowej sceny impro – Vandermark, Gustafsson, Brötzmann, Mazurek, McPhee, Ribot, Evans… Lista jest naprawdę bardzo długa. Dziś występowanie w Pardon To Tu to zaszczyt, prestiż, a zarazem sytuacja wymagająca, ponieważ klub doczekał się własnej publiczności, która nie jedno już uchem łapała. Obok ściągania gwiazd zagranicznych, niekiedy grających w ogóle po raz pierwszy w naszym kraju, klub nie zapomina o scenie lokalnej i najciekawszych polskich projektach. Trzy koncerty (spośród całej masy bardzo dobrych), które zapamiętałem jako te szczególne: Peter Evans solo, Colin Stetson i trio Trzaska/Harnik/Brandlmayr.

Po lewej stronie Wisły nie można też zapomnieć o Eufemii, gdzie w kameralnej atmosferze prezentowane są niekiedy rzeczy absolutnie zjawiskowe – dla mnie takimi koncertami były występy Pola, The Kurws i Jacka Mazurkiewicza. Klub ponadto otwarty jest na jedną z ciekawszych warszawskich inicjatyw muzycznych, czyli na Impro-mitingi, swoistą kuźnię talentów i warsztat pracy dla wielu interesujących, choć często (jak dotąd) mniej znanych artystów. Podobne funkcje, choć w inny sposób spełnia Warsaw Improvisers Orchestra.

Z rzadka koncertami przyciągała niestety Cafe Kulturalna (po prostu było ich mało, nie licząc Lado w mieście). Mam nadzieję, że klub zwiększy aktywność, bo na przykład taka Ścianka kapitalnie wypadła w stylowym wnętrzu z zeszłej epoki.

Jeśli rok 2015 utrzyma klubowe status quo z grudnia 2014, to nie będę narzekał, ale niewykluczone, że za rok o tej porze rozkład kart będzie zupełnie inny. Chociaż gwiazdy zapowiadają bardziej drastyczne zmiany dopiero gdy Księżyc wejdzie w Raka, a nad Ziemią w koniunkcji z Saturnem przeleci kometa… Jednym słowem w warszawskiej klubosferze nic nie jest pewne i lepiej chodzić na koncerty póki jeszcze są ludzie, którzy mają zapał, pomysły i energię do ich organizacji. Szczęśliwie jest ich w Warszawie jeszcze trochę.

0.2: Płyty polskie

20141231_124404

O płytach piszę regularnie na PopUpMusic, portalu który cenię między innymi za to, że nie przypisuje krążkom cyferek, gwiazdek, czy uśmiechniętych słoneczek, finalnie zwalniających odbiorcę od wchodzenia w recenzenckie meandry, a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Ale wpisując się już w konwencję podsumowań… To był udany rok dla polskiej muzyki niezależnej i wiele płyt mnie zaintrygowało. Oto wierzchołek pagórka, ale płaski, bez podium, kolejność absolutnie przypadkowa:

Pole – „Radom” (dźwięk)

Pole - Radom

Msza Święta w Altonie – „Bezkrólewie” (dźwięk)

MŚWA - Bezkrólewie

The Kurws – „Wszystko Co Stałe Rozpływa Się W Powietrzu” (dźwięk)

The Kurws - Wszystko co stałe...

Sroczyński/Pospieszalski – „Bareness” (dźwięk)

Sroczyski_Pospieszalski - Bareness

Der Father – „Wake Up” (dźwięk)

Der Father - Wake Up

Innercity Ensemble – „II” (dźwięk)

Innercity Ensemble - II

Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves” (dźwięk)

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Lotto – „Ask The Dust” (dźwięk)

LOTTO - Ask The Dust

3FoNIA – „Chosen Poems” (dźwięk)

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers(dźwięk)

Trzaska-Mazur-Pandi_Tar&Feathers

Scott Stain – „Catnip” (dźwięk)

Scott Stain - Catnip

—————

Post scriptum:

Jacaszek & Kwartludium – „Catalogue des Arbres” (dźwięk)

Jacaszek

—————–

[linki pod płytami prowadzą do recenzji, które już popełniłem; część płyt bez linku doczeka się opracowania w najbliższym miesiącu]

Wielu rzeczy z tego roku jeszcze nie słuchałem, wiele też z pewnością umknęło mojej uwadze, ale tak czy inaczej powyższe pozycje mogę polecić z czystym sumieniem. Przyklejam znaczek jakości „Instytut Improwizacji highly recommend”.

0.3: Inne

-> Jak powszechnie jest głoszone, to był rok reaktywacji ogólnie pojętego dziennikarstwa muzycznego. Szczególnie w formie tradycyjnej, to znaczy papierowej. Bez wątpienia pozytywnym zjawiskiem jest powstanie takich periodyków jak M/I Magazyn, czy Noise Magazine. Oprócz tego swoją pracę zintensyfikowało Glissando, a przy okazji zaczęło systematycznie udostępniać za darmo w formie cyfrowej numery archiwalne, teksty zdecydowanie godne polecenia.

-> 10 lat istnienia świętowało Lado ABC organizując imponujący cykl letnich koncertów. Artyści związani z wytwórnią mieli z okazji jubileuszu możliwość zaprezentowania się w TVP Kultura i gdy wszystko zaczęło się rozkręcać wszedł Wodecki… To bez wątpienia jedna z silniejszych marek na polskiej scenie, co brzmiałoby banalnie gdyby nie płyty, które swą jakością potwierdzają wyjątkowy status Lado w pejzażu polskiej muzyki niezależnej.

-> Targi Wydawnictw Niezależnych Wytwórni

-> Na muzykę zaczynają otwierać się państwowe instytucje kultury. Wyróżnić można tutaj przede wszystkim CSW Zamek Ujazdowski (program Strefa, festiwal Ad Libitum, koncerty zewnętrzne jak np. Thurston Moore, organizowany z Powiększeniem), ale też Muzeum Sztuki Nowoczesnej z cyklem „Co słychać”, Zachętę z przeglądem artystów wizualnych tworzących ogólnie pojęte dźwięki. Również warto wyróżnić świeżo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, którego misję widziałbym w analizowaniu zjawiska jakim jest tzw. Nowa Muzyka Żydowska. W dalszym ciągu jednak muzea otwarte są głównie na sztukę wizualną, czym same sobie szkodzą. Wszak nie tylko „sound art” jest formą sztuki korzystającej z dźwięków, jakkolwiek artefakty z dopiskiem „art” lepiej się sprzedają i mają większy potencjał snobistyczny.

-> Dla mnie ten rok był też ważny z dość prozaicznego względu. Z początkiem maja powołałem do życia niniejszy Instytut Improwizacji (jedyny w Polsce!) i udało mi się dorzucić swoją garść kilkudziesięciu tekstów do garnuszka krytyki, skupiając się głównie na zjawiskach aktualnych i lokalnych. Korzystając z okazji dziękuję wszystkim czytelnikom za uwagę poświęconą niniejszemu adresowi.

Podsumowanie Podsumowania

20141103_140932

Ogólnie rzecz ujmując pisanie końcoworocznych muzycznych bilansów wydaje mi się czynnością dość groteskową, którą ciężko mi z perspektywy czytającego odbierać na poważnie, nie mówiąc już o sytuacji osoby piszącej. Dlatego tego wpisu właściwie miało nie być. Przykład myślenia dziecięcego: „a teraz uszereguję moje zabawki w kolejności od najukochańszej do najmniej ukochańszej, każda dostanie odpowiednią cyferkę i miejsce w szeregu, a te schowane do szafy będą płakać i tulić w rozpaczy pokiereszowane pluszowe serca”. Najbardziej brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne. Zapewne wiadomo o czym mowa, nawet bez Romana Ingardena (wspomniany onanizm przemyconej erudycji, czy zbłąkany osad nauki akademickiej?). Co by powiedział Roland Barthes? Subwersja, transgresja, wspólnoty interpretacyjne, dyskursy, dialektyka, post-pseudo-intelektualizm, frenetyczna hauntologia, nagrania terenowe, sound art., postmodernistyczny bricolage, ironiczna zabawa ironią, kasety, sonorystyka, fajerwerki!?

Ciekawą rzeczą byłaby meta-analiza różnych podsumowań. To dopiero pomysł na podsumowanie! Może w przyszłym roku…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

The Kurws i Ukryte Zalety Systemu w Dwa Osiem

20141122_133058

W większości recenzji tegorocznej płyty The Kurws, autorzy prędko odbiegają od muzyki, skupiając się na erudycyjnych rozwinięciach (niemniej erudycyjnych) tytułów utworów. Tymczasem podczas sytuacji koncertowej papierowe odwołania i siatki teoretycznych kontekstów schodzą na dalszy plan, a właściwie przestają mieć jakiekolwiek znaczenie w obliczu muzyki do szpiku kości pełnokrwistej i pewnej siebie.

Dziś z perspektywy zbliżającego się końca roku można zaryzykować hipotezę, że Kurwsi nagrali jedną z najbardziej solidnych i bezkompromisowych płyt w polskim krajobrazie wydawniczym ad 2014. „Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu” jest muzycznym ekwiwalentem pigułek łykanych przez bohatera kreskówki Roger Odrzutowiec, które „dawały siłę 20 bomb atomowych na czas 20 sekund”. I chociaż album wrocławskiej formacji trwa nieco dłużej, to intensywnością, specyficznym brutalizmem brzmienia atakuje natychmiast i bez trudu byłby w stanie obdarzyć nim co najmniej kilka zespołów. Brudny, agresywny sound pełen energii i pokręconej rytmiki to tworzywo wprost stworzone do prezentacji koncertowej. I pod tym względem zespół w stołecznym Dwa Osiem potwierdził status quo.

Ukryte Zalety Systemu

Będąc na występie The Kurws w maju tego roku formacja właśnie kończyła dużą międzynarodową trasę. Tym razem warszawski koncert był środkową częścią trasy krajowej. I tak jak wówczas zespół promował album w towarzystwie znakomitego Pola, tak w przypadku jesiennego objazdu po Polsce wrocławianie zabrali ze sobą debiutantów, trio Ukryte Zalety Systemu. Można powiedzieć, że estetyka zaprezentowana przez UZS (anagram Zakładu Ubezpieczeń?) w nieco większym stopniu pasowała do muzyki Kurwsów, ponieważ w odróżnieniu od Pola, wyrasta z klasycznie post punkowej, piosenkowej tradycji. Zespół jako support wypadł zaskakująco dobrze. Krótkie utwory z polskimi tekstami „kontestującymi rzeczywistość społeczną” broniły się klarownymi proporcjami. Typowe power trio perkusja-bas-gitara uzupełniały od czasu do czasu klawisze, dodające całości trochę nowo falowego, lecz nie nachalnego kolorytu. Lirykę zespołu określiłbym jako dość ascetyczną, w równej mierze refleksyjną i humorystyczną, raczej nieprzegadaną, bazującą bardziej na grze pojedynczych słów, zwrotów. UZS ma dwóch wokalistów, co też pozytywnie wpływa na urozmaicenie brzmienia całości. Przyjemny, energetyczny i bezpretensjonalny występ był dobrą rozgrzewką przed głównym punktem wieczoru.

Gdy słucham The Kurws na żywo to wiem co mają na myśli członkowie zespołu identyfikując się z punkiem. Punk The Kurws nie ma zbyt wiele wspólnego z przemieloną popkulturowo etykietą, ramoneską, trampkiem i kolorowym włosem, tylko z pierwotną dla nurtu, energetyczną, z pozoru prymitywną estetyką, w której prostota przekuwana jest w kreatywność, a finalnej formy nie kiełznają bariery konkretnej stylistyki, tylko bardziej granice ekspresji.

The Kurws

Występ w Dwa Osiem był szalenie żywiołowy. W przypadku Kurwsów energia nie polega jednak na bezmyślnej napierdalance, a ogólnej swobodzie wykonawczej towarzyszy konsekwencja i pozornie niezauważalny porządek. Szaloną, galopująca sekcję rytmiczno-jazgotliwą tworzą właściwie wszystkie instrumenty, ale każdy z nich ma własny głos, nieunikający zapalczywych konfrontacji. Jednocześnie bardzo istotną cechą brzmienia zespołu jest umiejętne wplatanie motywów niezwykle subtelnych, w zestawieniu prawie niezauważalnych, które decydują jednak o finalnej wyjątkowości tego projektu. Mam tu na myśli chociażby oszczędne, lecz dosadne manipulacje dźwiękiem, delikatne sonorystyczne zagrywki saksofonowe, ale też rytmiczne rozpasanie, trochę beefheartowskie przekrzykiwanie się perkusji i gitar. Te elementy operują w ramach szalenie pomysłowych kompozycji, zaskakujących zwrotami akcji. Na scenie widać nieustanne ujarzmianie chaosu i rozsadzanie formy. Bardzo to wszystko w duchu wczesnego, eksperymentalnego post-punku, tudzież nowojorskiego no wave’u, lecz podszyte świeżym podejściem, kreatywnością aranżacyjną, otwartością na przenikanie się wielu wpływów w jednym energetycznym amalgamacie. Jestem bardzo ciekaw dalszego rozwoju tak dobrze funkcjonującej formuły.

Znakomity, pełnowartościowy występ wzbogacił krótki gościnny udział Kamila Szuszkiewicza, ale również świetna, spontaniczna konferansjerka. Osobne gratulacje dla Dwa Osiem za dobre nagłośnienie (choć w przypadku UZS było kilka drobnych wpadek z gitarą i wokalem). Świetny wieczór, po którym już teraz zgłaszam obecność na kolejnym koncercie The Kurws w Warszawie.

Krzysztof Wójcik

Daktari, Pole, The Kurws, czyli trzy dobre koncerty w 2 różnych klubach

CAM00507[1]

To był pod względem koncertowym dość intensywny weekend. W drugiej połowie zeszłego tygodnia w Warszawie odbywał się festiwal Nowa Muzyka Żydowska, już piąta edycja. Impreza stanowi coś w rodzaju instytucjonalnego animatora sceny muzycznej, czerpiącej inspiracje z muzyki żydowskiej. Sceny, którą dziś już śmiało określa się mianem – nomen omen – nowej muzyki żydowskiej. Z tej perspektywy festiwal Mirona Zeiferta jawi się jako wydarzenie doskonale reagujące na zjawisko kulturowe, a z drugiej strony jest też katalizatorem powoływania nowych projektów, odnajdujących w tradycji żydowskiej inspirację. Jednym z owoców NMŻ okazał się zespół Daktari, który od czasu debiutu w trakcie 2 edycji festiwalu w 2011, zdążył już nagrać trzy płyty. Premiera koncertowa najnowszej, „Lost Tawns” odbyła się właśnie w sobotę i pod tym względem występ Daktari w Palladium był podwójnie symboliczny.

Palladium to miejsce specyficzne. Zapewne każdy, kto odwiedził ten klub choć raz, ten wie o czym mówię: stylistyka wnętrza jest niczym odpowiedź na pytanie: w jaki sposób lata 90. rozminęły się z estetyką pod względem aranżacji wnętrz? Swoją drogą ciekawe czy kiedykolwiek estetyczny postmodernizm tego okresu nabierze patyny i będzie postrzegany w kategoriach retro. Pewnie tak. W każdym razie Palladium jako skrzyżowanie szkolnej sali gimnastycznej, klubu nocnego i teatru z Las Vegas, klimatem nie do końca pasuje do kultury żydowskiej. Niemniej – jest to stały partner NMŻ i największa festiwalowa scena.

Przyznam, że przyszedłem na Złotą 9 głównie ze względu na Daktari – zespół Boom Pam był dla mnie anonimowy i miał pełnić charakter niespodzianki, która ostatecznie okazała się niespodzianką dość przeciętną, niezachęcającą do wytrwania na występie do końca. Niezmiernie przewidywalna, niezaskakująca muzyka, w której każdy następny utwór brzmiał jak kalka poprzedniego. Rodzime Alte Zachen wie jak udanie łączyć surf rock z melodyką żydowską, Boom Pam łączy siermiężnie, bez wyobraźni. Zupełnie inaczej rzecz się miała z zeszłorocznym występem Watcha Clan, które też po trochu proponowało tzw. muzykę world. Ogólnie rzecz biorąc ten nurt, który NMŻ stara się konsekwentnie aplikować, jest moim zdaniem najbardziej ryzykowny i trochę rozmywa estetyczny profil samego festiwalu (lub właśnie go cementuje, zależy od punktu widzenia). Pierwsza część wieczoru należała jednak do Daktari, które po fenomenalnej, niekończącej się konferansjerce Mirona Zeiferta, zagrało lekko ponad godzinny set, składający się z dość przekrojowego materiału. W porównaniu do mojego ostatniego koncertu Daktari z 2012 roku, zespół zaprezentował się z pewnością jako skład bardziej swobodnych instrumentalistów o lepszym scenicznym porozumieniu. Kompozycje, które w dalszym ciągu stanowią ramy dla muzycznej treści, zostały potraktowane jako formy nieco bardziej luźne. Duża w tym zasługa uzupełnienia instrumentarium o perkusyjny pad, który w połączeniu ze zdyscyplinowanym basem i abstrakcyjną gitarą Mirona Grzegorkiewicza nadawał muzyce kwintetu niekiedy elektroniczny, syntetyczny wymiar. Koncert w Palladium utwierdził mnie w przekonaniu, że Daktari najbardziej działa na mnie, kiedy zaczyna operować skrajnościami, kiedy noise’ową gitarę kiełzna prosty rytm, kiedy sonorystyczne eksperymenty deąciaków układają się nagle w melodię, bądź od niej się rodzą. Muzyka Daktari swoją charakterystyczną, filmową melodyką i zwykle umiarkowanym tempem unika radykalizmów, a szkoda, bo momenty, w których próbują się w nie zagłębiać wychodzą im bardzo udanie. Myślę, że ciekawą ewolucją byłoby gdyby w przyszłości kwintet poszedł w bardziej eksperymentalną stronę, właśnie dlatego, że ma dobre podstawy kompozycyjne. Nie mówię tu o zwykłe improwizacji rozciągłej w czasie, a bardziej o manipulacji brzmieniem – to jednak zespół pięciu utalentowanych instrumentalistów.

CAM00512[1]

Inną sprawą jest fakt, że w momencie, kiedy Daktari próbowali grać bardziej swobodnie, a zarazem cicho, abstrakcyjnie, to festiwalowa publiczność zagłuszała niuanse brzmienia. Pod tym względem zespół padł ofiarą ignorancji słuchacza przypadkowego, który potraktował wydarzenie jedynie jako okazję do „kulturalnego zabicia czasu”. Jest to niestety specyfika tego rodzaju imprez. Mimo wszystko Daktari zagrali dobry koncert, chociaż oczekiwania miałem większe biorąc pod uwagę poziom  „Lost Tawns”. Prawdopodobnie muzyka kwintetu sprawdziłaby się lepiej na występie w bardziej kameralnych okolicznościach. Właśnie w poszukiwaniu podobnych klimatów postanowiłem udać się w niedzielę do Eufemii na występy Pola i The Kurws.

10378159_785717024780339_6573962924595828357_n

Koncerty na zakończenie tras promujących płyty to specyficzne wydarzenia. Sytuacja może pójść w zasadzie w dwóch kierunkach: 1. Zmęczenie wpłynie na jakość występu, 2. Trasa i zgranie muzyków przyniesie zdumiewające rezultaty. Często podobne dwa czynniki występują wspólnie w różnych proporcjach. Międzynarodowa trasa The Kurws i Pola była zarazem promocją ich najnowszych płyt – Pole zadebiutowało w maju ciekawym, intensywnym i różnorodnym „Radomiem”, The Kurws również w tym miesiącu wydało brutalny, energetyczny drugi album o poetyckim tytule „Wszystko stałe rozpływa się w powietrzu”. Obie płyty pod względem artystycznym są dużym sukcesem i przynoszą wiele świeżego powietrza polskiej scenie niezależnej. Pole poruszając się w stylistyce improwizującego tria zaskakuje mocno synkretyczną muzyką, w równej mierze zakorzenioną w funku i afrobeatcie, co w ludowej melodyce, czy tzw. idiomie jazzowym. Młynarski, Górczyński, Zabrodzki zagrali dość zwięzły koncert, w którego części partnerował im na saksofonach Oskar Carls z Kurwsów. Poszerzenie składu wpłynęło stymulująco na i tak bardzo szerokie brzmienie Pola. Muzycy posługują się formułą improwizacji umiejętnie opierając ją na języku nie zawsze z muzyką improwizowaną kojarzonym, jednocześnie nie uciekają od groove’u i chwytliwej melodyki. Kompozycje z debiutu nagranego ponad półtora roku temu zabrzmiały bardziej swobodnie, chociaż kilka razy improwizacja ugrzęzła w ślepych uliczkach. Być może miał na to wpływ kontekst ostatniego koncertu trasy i zmęczenie materiału. W porównaniu do koncertu w Powiększeniu sprzed paru miesięcy występ w Eufemii oceniam nieco słabiej, choć w dalszym ciągu jest to poziom wysoki. Warto zauważyć, że na jednym i drugim koncercie muzycy zapraszali gościnnie drugiego saksofonistę. Być może byłaby to ciekawa tradycja biorąc pod uwagę otwarty format Pola.

Obok Oskara Carlsa drugim najbardziej zapracowanym muzykiem wieczoru był zdecydowanie Piotr Zabrodzki, który jako członek obu zespołów miał pełne ręce roboty. W Kurwsach obsługując korga Zabrodzki pełnił po części rolę reżysera brzmienia, które jest w zespole równie intensywne, co zniuansowane. W rezultacie w Eufemii The Kurws zabrzmieli jeszcze mocniej niż na tegorocznej płycie. Niewielka przestrzeń klubu nie stanowiła zbyt dużej przeszkody dla wyłapywania smaczków. Choć muzyka zespołu sprawia wrażenie niepohamowanej ekspresji, wulkanu energii, to warto podkreślić, że w kwestii kompozycyjnej jest to muzyka szalenie złożona. Powierzchownie najprościej odnieść ją do nowojorskiego no wave’u lat 80., formacji takich jak James Chance & The Contortions (oczywiście pomijając wokal Chance’a), niekiedy jak podkręcone pierwsze Lounge Lizards. Kurws nie proponuje jednak retromanii, tylko muzykę bogatą formalnie, wykorzystującą współczesne brzmienia, przewrotnie spajając wszystko formułą jazgotliwej garażowej ekspresji, podskórnie skomplikowanej aranżacyjnie, rytmicznie. Bardzo pomysłowy punk-jazz. Koncert podobnie jak w przypadku Pola nie był przesadnie rozwlekły, właściwie oba występy były krótkie i treściwe, niepozostawiające specjalnego przesytu bądź niedosytu. Przy okazji muzyka zespołów bardzo dobrze do siebie pasowała, pasowała też do miejsca, czyli katakumb pod ASP. Czerpała z wielu inspiracji, tworząc ciekawe, chuligańsko swobodne i bezpretensjonalne konstrukty najeżone pomysłami.

Tak też dobiegł końca intensywny koncertowy majowy weekend, podczas którego 3 młode zespoły potwierdziły w moich oczach swoje status quo, czyli „zdecydowanie warto obserwować”. Zarazem utwierdziłem się w przekonaniu, że są to składy mające w sobie jeszcze dużo potencjału, z którego mogą skrzesać jeszcze więcej. Więcej takich weekendów proszę.

 

Krzysztof Wójcik