Ksawery Wójciński solo w Dwa Osiem

Ksawery Wójciński

O tym, że Ksawery Wójciński jest muzykiem zdolnym do budowania samodzielnej, zróżnicowanej i wciągającej wypowiedzi artystycznej z nawiązką zaświadczył zeszłoroczny solowy album kontrabasisty „The Soul” (recenzja). To specyficzne wydawnictwo, na którym muzyk zagrał na wszystkich instrumentach (głównie kontrabas, pianino, perkusja), a w niektórych kawałkach pokazał się od strony wokalnej. Choć koncert w Dwa Osiem zatytułowany był właśnie „The Soul”, to próżno było oczekiwać po występie odtworzenia zawartości krążka. Zresztą w przypadku już tak doświadczonego improwizatora jak Wójciński nie miałoby to sensu. Niemniej echo końca albumu pojawiło się odpowiednio na zwieńczenie wieczoru.

Koncert złożył się z trzech wyraźnych bloków. Pierwszym z nich była minimalistyczna improwizacja smyczkiem, bardzo horyzontalna i transowa, z której gdzieniegdzie można było wyodrębnić ludowe motywy melodyczne. Były one jednak zaserwowane na tyle subtelnie i mimochodem, że nie zdeterminowały charakteru narracji. Ten opierał się zdecydowanie na narastającej, gęstniejącej atmosferze jednostajnych pociągnięć smyczkiem i nieznacznie zmieniającej się melodii. Kolejna część występu była popisem możliwość grania na kontrabasie palcami. Powstawały mocne, pulsujące groove’y, rozpędzone, bujające riffy. Być może jednak najbardziej spektakularny okazał się koniec koncertu, bis, w którym Wójciński zaprezentował się jako wokalista. Muzyk posługuje się głosem jakby był on kolejnym instrumentem, a niekoniecznie narzędziem do werbalnego przekazu. Choć nie zabrakło też słów. Trochę szkoda, że wers „Hold on just a little while longer” nie stał się zwiastunem wydłużenia występu, jednak warto pamiętać, że pozostawienie słuchacza w pozytywnym niedosycie to też duża sztuka – w muzyce improwizowanej często niedoceniana.

Oto fragmenty każdej z trzech części występu:

Wieczór w Dwa Osiem miał wszystkie cechy kameralnego koncertu, na który przychodzi publiczność nieprzypadkowa, ale też gotowa na niespodziewane. Tradycyjnie szczęściem w nieszczęściu okazała się malutka frekwencja. Pozwoliła nawiązać bardzo intymny kontakt z dźwiękami płynącymi ze sceny, jednak te zdecydowanie zasługiwały na większą ilość uszu i oczu chętnych do absorpcji scenicznego wystąpienia. Jak już nie raz w tekstach podkreślałem sytuacja koncertu solowego jest wyjątkowa pod wieloma względami. Jeśli ktoś choć raz był na jednoosobowym występie muzycznym w towarzystwie raptem kilku słuchaczy, to doskonale wie o co chodzi. Podobne koncerty pozwalają na bezpośrednie wejście w dźwiękowe uniwersum danego twórcy, co często bywa procesem fascynującym, ciężko opisywalnym. Oczywiście odpowiedzialność za tego typu doznania leży w znakomitej większości na barkach artysty, choć kontekst miejsca i odpowiednia otwartość odbiorcy też są nie do przecenienia. Tym razem okoliczności na każdej płaszczyźnie okazały się sprzyjające. Bardzo dobry, nastrojowy, wręcz poetycki koncert, po którym nie mam wątpliwości, że wers „everything’s gonna be alright” można odnieść bezpośrednio do twórczości Ksawerego Wójcińskiego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Już w niedzielę 17.05 kontrabasista wystąpi wraz z Charlesem Gaylem (klik) i Klausem Kugelem w Pardon To Tu. Instytut poleca! wydarzenie na FB

Reklamy