DJ Spooky / John Lurie / Thurston Moore / Marc Ribot – in Warshava

New York, New York! Jak śpiewał Frank Sinatra, na przełomie czerwca i lipca zawitał nad Wisłę muzycznie, wizualnie, poetycko, muzealnie. Gdyby ktoś w zeszłym roku powiedział mi, że w przeciągu zaledwie tygodnia zobaczę nad Wisłą DJ-a Spooky’ego, prace Johna Lurie, a w odstępie 2 dni koncert Thurstona Moore’a i Marca Ribota, to odparłbym biblijnie, że póki palca nie wsadzę, to nie uwierzę. A jednak – klimat Downtown spłynął na stolicę obficie i hojnie. Lecimy po kolei, jak w tytule:

Paul D. Miller (DJ Spooky) w Muzeum Sztuki Nowoczesnej

DJ Spooky w MSN

Nieszczęściem w szczęściu jest konwersja DJ Spooky’ego z artysty w wykładowcę i mędrca jeżdżącego z wykładami po prestiżowych lokalizacjach. Wystąpienie Paula D. Millera w MSN potwierdziło w moich oczach jak bardzo z praktyka, wytyczającego nowe ścieżki własną twórczością, przeobraził się w teoretyka-futurystę. Świat od latdąży do miniaturyzacji, wszystko jest informacją, tekstem w gigantycznej sieci znaków i znaczeń, rolą DJ-a jest tworzenie nieustannych rekombinacji, a to takie piękne, dynamiczne i nowoczesne, każdy może stworzyć aplikację do ogarnięcia rzeczywistości itd. itp. Jeśli ktoś wcześniej zapoznawał się z techno-entuzjazmem Millera (materiałów na youtube jest mnogość), to raczej nie dowiedział się na wykładzie zbyt wiele nowego. Paradoksalnie największym rozczarowaniem była część muzyczna (w sumie może 5-minutowa), której najciekawszym elementem było to, że Spooky zagrał dzięki osobiście napisanej aplikacji na tablecie, a nie na rzeczywistych gramofonach… O tytułowym afrofuturyzmie właściwie nie było mowy, zdaje się, że termin nawet ani razu nie padł na wykładzie.

Niemniej jednak Paul D. Miller sprawił na mnie pozytywne wrażenie człowieka, którego powierzchowność pozbawiona jest nadęcia wynikającego z diapazonu prelegenta. Spooky jest pasjonatem tematu i ma też niesłychaną łatwość w formułowaniu myśli – w zasadzie cały wykład „jechał na wolno”, posiłkując się jedynie zdjęciami z iPhone’a/iPada. Przeglądał je na bieżąco ku uciesze sali, która mogła zobaczyć wszystkie selfie Spooky’ego na ekranie projektora. Mimo wszystko dobrze było zobaczyć Millera na żywo, a zaproszenie go przy okazji (tematycznie pokrewnej) wystawy „After Year Zero”, to ze strony MSN trafne posunięcie. DJ Spooky to dla mnie postać kultowa, autor genialnej płyty „Songs of a Dead Dreamer” i bardzo dobrej „Optometry„. Pierwsza to ikoniczne wydawnictwo dla tzw. illbientu lat 90., cudownego dziecka dubu, hip hopu i ambientu. To arcypsychodeliczny album, z którym kontakt to każdorazowo wyjątkowa, niesamowita przygoda dla ucha i wyobraźni (klik). Niestety z perspektywy lat można powiedzieć, że wysokiego poziomu debiutu Spooky już nigdy nie przeskoczył. Najbliżej tego osiągnięcia był na wysokości 2002 roku, kiedy wydał „Optometry”, swoją najbardziej jazzową płytę z udziałem m.in. Williama Parkera, Matthew Shippa i Joe McPhee. W okresie szczytowej popularności szybko nadgryzającego własny ogon nu-jazzu, „Optometry” brzmiała wyjątkowo świeżo i oryginalnie (i właściwie brzmi tak nadal). Liczę, że DJ Spooky nagra jeszcze kiedyś materiał na podobnie wysokim poziomie. Niestety wydana przed dwoma laty „Of Water And Ice”, to mocny spadek formy.

———————————————————————————–

John Lurie w Zachęcie – „Bądź cicho, próbuję myśleć”

 20150630_140641

Wystawa obrazów Johna Lurie’go w Zachęcie to dla mnie zdecydowanie wydarzenie sezonu. Doskonałym pomysłem kuratorskim jest możliwość oglądania kilkudziesięciu prac artysty, mając na uszach słuchawki, z których sączy się przekrojowa składanka muzyki JL. Szkoda, że wystawie towarzyszy tylko jeden, stosunkowo krótki tekst – Lurie to jednak postać tak złożona, że po wystawie indywidualnej oczekiwałbym pogłębionego ujęcia jego sylwetki. Nawet nie został wyszczególniony fakt, że przez wiele lat artysta malował wraz z Jean Michelem Basquiatem, co z punktu widzenia historyczno sztucznego jest dość znaczącym faktem. Cóż, być może ideą przewodnią było oddanie pierwszeństwa samym pracom, pokazanie Lurie’go-malarza, a nie człowieka renesansu – muzyka, kompozytora, aktora… I chociaż jestem dużym fanem sztuki (i tytułów!) JL, to jednak zawsze w pierwszej kolejności będzie on dla mnie muzykiem, wyjątkowym prymitywistą saksofonu, którego kariera nieszczęśliwym zrządzeniem losu została brutalnie i przedwcześnie zakończona. O muzyce Johna Lurie trafnie i syntetycznie napisał Bartek Chaciński na Polifonii (klik), w komentarzach dorzuciłem kilka pozycji od siebie (jako KrW).

Wystawa potrwa do 2 sierpnia i zdecydowanie warto się wybrać. Instytut poleca.

Tutaj John Lurie z Lounge Lizards, a na gitarze Marc Ribot (czyli dwaj bohaterowie tego tekstu!):

——————————————————————————————-

Thurston Moore w Pardon To Tu

Thurston Moore

Tak, Thurston Moore wystąpił na najważniejszej koncertowej scenie w naszym kraju. I nie mam na myśli Openera. Dokładnie dzień przed gdyńskim festiwalem nowojorski gitarzysta zawitał na Plac Grzybowski w aurze tajemnicy, której emanacją był enigmatyczny tytuł wydarzenia „Ecstatic Peace Library Love-In || Poetry & Music with D. Googe [My Bloody Valentine] – Thurston Moore [Sonic Youth] and more…”. Ostatecznie okazało się, że Moore wystąpi z całym zespołem, ale początkowo konsekwentnie brnął w wieczorek poetycki i czytał własne teksty z tomiku „Stereo Sanctity”. Zobaczenie lidera Sonic Youth na relatywnie kameralnym, klubowym koncercie to duże przeżycie. Thurston Moore to takie przedłużenie Lou Reeda, tak jak Sonic Youth było naturalnymi kontynuatorami awangardowego Velvet Underground. Gitarzysta jest na tyle złożoną osobowością artystyczną, udzielającą się na rozmaitych muzycznych polach, że nie sposób mówić o jednym TM. Słuchając energetycznego, pełnego młodzieńczej werwy koncertu tego już legendarnego muzyka (l. 56), przyszła mi do głowy myśl, że w Sonic Youth zawsze chodziło przede wszystkim o właściwe proporcje. Stosunek piosenkowości do eksperymentu, melodii do hałasu, lekkości do brutalizmu, pierwiastka żeńskiego i męskiego… Większość klasycznych albumów nowojorczyków to rzeczy doskonale zbalansowane, mieszające skrajności z mistrzowskim wyczuciem dawkowania akcentów. Taka też idea przyświecała koncertowi Moore’a w Pardon To Tu, na którym nie zabrakło piosenek, ale też nie zabrakło psychodelicznych, jazgotliwych odjazdów, doskonale współgrających z rzutowanymi na ścianę wizualizacjami kosmosu i grzybów wzrastających w przyspieszonym tempie. Repertuar stanowiły solowe dokonania artysty + improwizacje. Thurston Moore zna przepis na wieczną młodość – dystans do samego siebie. Muzyk, poeta, wokalista, ikona alternatywy, fenomenalny gitarzysta, który nagrał całą masę fantastycznych płyt, wystąpił w klubie, w Warszawie, bez ciśnienia, na spontanie… Pardon To Tu czyni cuda. Więcej takich koncertów paryskiego DJ JoJo 😉

————————————————————————–

Marc Ribot’s Ceramic Dog w Pardon To Tu

Ceramic Dog

Ceramic Dog to według mnie najciekawszy projekt Marca Ribota w perspektywie ostatnich lat, ale nie tylko ostatnich. Ribot cieszy się opinią sidemana marzeń, człowieka, który swoim charakterystycznym stylem jest w stanie skutecznie doprawić nawet najbardziej mdłe muzyczne dania (taki gitarowy glutaminian sodu z niego). Jednak w Ceramic Dog gitarzysta pełni rolę lidera i sprawdza się w niej wyjątkowo dobrze, ponieważ daje Shahzadowi Ismaily’emu i Chessowi Smithowi całkiem spory margines wolności. Najbardziej obficie z tej swobody podczas pierwszego dnia rezydencji w Pardon To Tu korzystał Ismaily. Słuchając płyt ciężko było uchwycić jak dużą rolę muzyk pełni w tym składzie, podczas koncertu widać było, że Ribot ma do basisty pełne zaufanie.

Początek koncertu trochę mnie rozczarował, bo Panowie grali właściwie luźne jam session (mocno w blues) i klub zaczynał niebezpiecznie przypominać saloon na dzikim zachodzie, ale później ta swoboda zaczęła zyskiwać coraz bardziej wyraziste ramy. Występ był w znacznej mierze instrumentalny i zdaje się, że spora część materiału nie doczekała się do tej pory rejestracji na płytach. Ze znakomitej „Your Turn” sprzed dwóch lat trio zagrało zaledwie 4 utwory (w tym jeden z wokalem, ogólnie Ribot raczej unikał mikrofonu). Koncert był bardziej w klimacie szalonego, eksperymentalnego debiutu „Party Intellectuals”.

Ceramic Dog2

Ceramic Dog to mikstura gigantycznego bagażu doświadczeń MR – uroczo koślawy, porwany jazz, blues, noise spod znaku no wave, funk, ale też bardzo wyraźny pierwiastek kubański, karaibski, czy też południowoamerykański (wszak Ribot uczył się gry na gitarze od Haitańczyka). Najbardziej podobały mi się właśnie te kalejdoskopowe kontrasty, obficie podczas koncertu prezentowane. Czasami raziły trochę zbyt dosadne (jak na Ribota) solówki, ale dobrze równoważył je Ismaily na basie i korgu. Ogólnie odniosłem wrażenie, że Ceramic Dog zagrali bardzo wyluzowany koncert, ale czasami świetne momenty ginęły w nagromadzeniu środków. Taki bulgoczący kocioł pomysłów, z którego odparowałbym trochę wody. Niezwykle przyjemnie wypadały fragmenty wyciszone, bazujące mocniej na wspólnie generowanym klimacie, niż jednostkowych popisach – w tym kontekście bardzo przypadł mi do gustu różnorodny, ale spójny i płynny bis. I nawet jeśli koncert nie przyniósł pełnego zachwytu, to udowodnił, że Ceramic Dog to trio z wciąż wielkim potencjałem, który mam nadzieję doczeka się konceptualizacji na kolejnej płycie.

———————————————————-

Nowy Jork, Nowy Jork… DJ Spooky, John Lurie, Thurston Moore, Marc Ribot to artyści z gatunku węzłowisk. Obserwując mocniej ich kariery i twórczość, można natknąć się na rzeczy naprawdę niebywałe, odpłynąć od źródła w zakamarki, o których początkowo nam się mogło nie śnić. Dlatego duże brawa dla MSN, Zachęty i Pardon To Tu za przyniesienie tak silnie promieniujących/prominentnych/kreatywnych osobowości nowojorskich nad Wisłę. A jeśli kogoś bardziej ciekawi fenomen muzycznej sceny NYC, tego odsyłam do drugiego numeru Glissanda, w całości poświęconego temu zjawisku (pdf do pobrania).

 Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Thurston Moore, Adam Gołębiewski, Robert Piotrowicz w CSW

 

IMG_1162

Gdyby podobny koncert miał miejsce w moim mieście dziesięć lat temu, to prawdopodobnie ustawiłbym się w komitecie powitalnym na lotnisku Okęcie, zaproponowałbym, że poniosę gitarę, zaprosiłbym na tradycyjny polski obiad, który sam bym uprzednio przygotował… W roku 2014 po prostu kupiłem bilet i zasiadłem w drugim rzędzie tuż przed nowojorskim mistrzem. Thurston Moore na niemal klubowym koncercie, w duecie z polskim perkusistą – brzmi nieprawdopodobnie, a jednak miało miejsce. Duże brawa za organizację należą się ekipie Powiększenia, które dobitnie udowodniło, że zamknięcie lokalu przy Chmielnej nie podcięło im skrzydeł.

Ciężko mi nie podchodzić emocjonalnie do takich występów. Thurston Moore należy do grona muzyków, których uznaję za ideologicznych ojców mojego gustu muzycznego. Człowiek, który sprawił, że już nigdy nie spojrzałem na gitarę w ten sam sposób. Artysta, poruszający się z wciąż młodzieńczą gracją po terenach awangardowych, improwizowanych i eksperymentalnych, a zarazem znakomity songwriter, autor fenomenalnych kompozycji, które odcisnęły wyraźne piętno na muzyce alternatywnej ostatnich trzech dekad. Kameralny koncert takiej postaci jak Moore w Warszawie, to naprawdę sytuacja ze wszech miar wyjątkowa.
Od 2011 roku, kiedy na fanów Sonic Youth jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość o rozstaniu gitarzysty z Kim Gordon, aktywność artystyczna „pierwszej pary” muzyki alternatywnej bynajmniej nie osłabła. Wręcz przeciwnie – w przypadku Moore’a można mówić o drugiej młodości. Muzyk angażuje się w bardzo dużą ilość projektów o sporej różnorodności stylistycznej, a wysoki poziom artystyczny, który nieustannie utrzymuje, nie pozwala na snucie hipotez o kryzysie wieku średniego. Gitarzysta po prostu robi swoje, a co z perspektywy koncertu w CSW najważniejsze – gra jakby cofnął się w czasie do lat spędzonych w zespole Glenna Branki, czy początków SY. Nie ukrywam – bardzo się cieszę, że występ gitarzysty przybrał właśnie taką bezkompromisową, eksperymentalną formę, że nie było żadnych „klasyków”, czy mizdrzenia się do publiczności. Respekt.

CAM00491
Konfiguracja personalna, w jakiej Moore został osadzony nie zdziwi z pewnością osób, które miały możliwość zobaczenia artystów w Poznaniu podczas festiwalu Transatlantyk, gdzie towarzyszyła im również Yoko Ono. Koncert w Laboratorium CSW był moim pierwszym spotkaniem z Adamem Gołębiewskim na żywo i muszę przyznać, że muzyk zrobił na mnie spore, choć mieszane wrażenie. Sonorystyczne możliwości jakie tworzą perkusyjne blachy i bębny często są przez muzyków niedoceniane. Czasami też bywają doceniane nazbyt. W momentach, kiedy perkusista starał się wybrzmiewać bardziej lirycznie uzyskiwał ciekawe rezultaty, jednak zwykle wymiar czysto fizycznego napierdalania w membrany czym popadnie ucinał te perspektywy. Gołębiewski sprawiał wrażenie osoby szalenie naładowanej energią (prawdopodobnie również presją dzielenia sceny z Moore’m), wydawać by się mogło, że na swoim zestawie skrzesa ogień tylko po to, żeby zaraz później ugasić go własnym potem. Trochę przypominało to pizzę, na której mamy zbyt wiele składników żeby połapać się w ostatecznym smaku, ale możemy się nią najeść (lub przejeść). Z pewnością zabrakło w grze perkusisty niuansowania, lub po prostu luzu, swobody, którymi jego partner emanował. Trochę niewykorzystana szansa biorąc pod uwagę pomysłowość Moore’a.

Gitarzysta miał pod ręką stały arsenał zabawek do preparowania gitary – pałeczkę perkusyjną, śrubokręt, kryształ górski, nawet iPhone’a… Można powiedzieć, że wszystko czego mogliśmy się po nim spodziewać, ale nie zamierzam kręcić nosem. Moore płynnie poruszał się pomiędzy subtelnymi dźwiękami, rozmaitymi modulacjami gitary, a nieposkromioną furią przesterów, sprzężeń, riffów ginących pod intensywnością elektrycznego brzmienia. Pokazał, że jest muzykiem doskonale znającym swój instrument, że potrafi z niego wydobyć dokładnie to, na co ma w danej chwili ma ochotę. Zawsze lubiłem taką grę i owszem, znając muzykę nowojorczyka, właśnie tego mogłem się spodziewać. Thurston Moore wyszedł naprzeciw moim oczekiwaniom, ponieważ nie wyobrażałem sobie po tym koncercie odkrycia Ameryki. Trochę żal, że występ nie okazał się większą niespodzianką, być może gdyby Moore został zestawiony z jakimś innym, bardziej skłonnym do dialogu muzykiem, to wtedy rezultat byłby bardziej zaskakujący? Niemniej sam występ nowojorczyka był dla mnie zdecydowanie satysfakcjonującym doświadczeniem. Mam nadzieję, że ostatnimi czasy rozimprowizowany Thurston będzie odwiedzał Warszawę częściej w podobnym, niezobowiązującym charakterze.

CAM00492
Przyznam się szczerze, że w poniedziałek nie przyszedłem do Laboratorium dla koncertu Roberta Piotrowicza. Muzyk o wyglądzie jamajskiego elfa zaserwował set, w którym nie było specjalnie miejsca na zaskoczenie. Przyznaję, że zajęcie przeze mnie miejsca w bezpośrednim sąsiedztwie głośników było wyborem niemal masochistycznym. Z muzyką, jaką prezentuje Piotrowicz mam mały problem. Wydaje mi się doskonale czytelna, przewidywalna i choć rozumiem i słyszę jej wewnętrzne, aż nazbyt subtelne niuansowanie, to nie wywołuje ona we mnie specjalnej reakcji emocjonalnej. Może być za to pożywką dla wyobraźni: po zamknięciu oczu widziałem kosmicznego hrabiego Draculę, grającego na futurystycznych organach nokturn ku pamięci materii znikającej w czarnych dziurach. Tak czy inaczej dwa koncerty Piotrowicza w odstępie kilku tygodni upewniły mnie, że wystarczy mi tej muzyki na najbliższe kilka miesięcy. Być może to jest właśnie jej realna siła, poza ogłuszającą mocą dźwięku? Z chęcią zobaczyłbym Piotrowicza w wersji unplugged.

Krzysztof Wójcik

PS: Zapraszam do przeczytania mojej recenzji zeszłorocznej płyty Thurstona Moore’a i Johna Zorna.

Przestój…

Z punktu widzenia Instytutu w najbliższym czasie najbardziej atrakcyjnym wydarzeniem koncertowym w Warszawie – które zbliża się już wielkimi krokami – będzie koncert wybitnego nowojorskiego muzyka o inicjałach TM, który zagra w duecie w warszawskim CSW. Lekką posuchę tłumaczą oczywistości: zamknięcie Powiększenia (miejmy nadzieję jak najkrótsze!), dwutygodniowy, zasłużony urlop koncertowy w Pardon To Tu.

Tymczasem interesująco przedstawia się koncert Warszawskiej Orkiestry Rozrywkowej, która 17 maja zmierzy się w Cafe Kulturalnej z artystą, którego dzieło w znakomitej części jest w stanie równać się ze skalą samego Pałacu Kultury – Frankiem Zappą. Noc ta – szczęśliwie, bądź nie – zbiega się z Nocą Muzeów. Bez wątpienia udanie się w takich okolicznościach na koncert jest lepszym pomysłem niż muzeum, najprostszy ze znanych mi powodów – koncert jest raz.

Oprócz tego warto zajrzeć do Eufemii na jeden z Impro Mitingów, które odbędą się jeszcze w pierwszej połowie maja.

W najbliższym okresie Instytut może wykazywać nieco mniejszą aktywność merytoryczną, z przyczyn wyżej wymienionych, a także niezależnych. Niemniej – w ramach być może powtórki z rozrywki – polecam zapoznać się z recenzjami, które opublikowałem w ostatnim numerze PopUpMusic:

Alchimia – „Lucile”

Chicago Underground Duo – „Locus”

Dawn of Midi – „Dysnomia”

Digital Primitives – „Lipsmuch/Soul serchin'”

Golden Retriever – „Seer”

Jeremiah Cymerman – „Pale Horse”

Jozef van Wissem & Sqürl – „Only Lovers Left Alive”

Poemss – „Poemss”

Postmarks – „National Parks”

Ter – „Fingerprints”

Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra – „Fuck Off Get Free We Pour Light On Everything”

Krzysztof Wójcik