Płyty w roku 2015 (PL) – czyli „Ce ne sont pas le classement”

Płyty w roku 2015

3… 2…

1…

0!

Płytą roku 2015 jest…

Poniżej rozpościera się zestaw 20 polskich albumów, wydanych na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy, które z rozmaitych względów postanowiłem tutaj umieścić. Dlaczego? Bo są najlepsze? Najciekawsze? Najbardziej oryginalne? A może są najgorsze? Wołają o pomstę do nieba? Tajemnica. Ewentualna hierarchiczność zatarta układem A-Z. Większości z płyt/kaset można posłuchać, klikając „słuchaj”. Do wielu można przeczytać moje recenzje, klikając „czytaj”. Oprócz tego pod każdą pozycją zamieściłem krótki komentarz, czasami wyłuskany z istniejących już tekstów.

Z pewnością lista z czasem się wydłuży/skurczy, bo muzyka generalnie dzieje się w czasie i też czas ją weryfikuje. Na pewno niektóre ciekawostki mi umknęły… Ale tu nie będę już nic zmieniał, oto stan na 31 grudnia 2015.

W kontekście rozmaitych podsumowań i rankingów (to nie jest ranking!) przypomnę wniosek sprzed roku: (rankingi to…) „…brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne.”

Alfabetycznie:

Alameda 5 – „Duch Tornada” (wyd. Instant Classic) ->słuchaj ->czytaj

Alameda 5 - Duch Tornada

„Duch Tornada” to album epicki, o świetnym wyczuciu proporcji i w moim odczuciu szczytowe osiągnięcie artystów działających pod szyldem Milieu L’Acéphale. Płyta-kalejdoskop, która potrafi przenieść słuchacza w inny wymiar. A właściwie wymiary, bo czaruje koherentną różnorodnością, klimatem i wyobraźnią na każdym kroku.

Heroiny – „Ahh-Ohh” (wyd. DUNNO Recordings) ->słuchaj ->czytaj

Heroiny - ACH-OCH

Album stanowi  dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Piotra Kurka, a przy okazji jest chyba najbardziej „przebojowym” materiałem w karierze muzyka. Wyjątkowo charakterystyczne brzmienie artysty zostało tutaj poszerzone o nowe wątki, eksperymenty unikają przefajnowania, a całość zachowuje formę zwięzłą i spójną. Kolejny mocny punkt w arcyciekawej dyskografii.

Wojciech Jachna / Ksawery Wójciński – „Night Talks” (wyd. Fundacja Słuchaj) ->słuchaj ->czytaj

Jachna&Wójciński - Night Talks

Wojciech Jachna i Ksawery Wójciński  na „Night Talks” szanują ciszę, unikają tak częstego w jazzie przegadania, a jednocześnie ich wypowiedź pozostaje swobodna i pełna wyobraźni. Słychać to w transowych, mięsistych partiach kontrabasu, w trąbce kreatywnej, lecz zarazem subtelnej i oszczędnej. Muzykom udało się wykreować wyjątkową aurę napięcia i melancholii, której ciężko się oprzeć.

kIRk – „III” (wyd. Asfalt Records) ->słuchaj ->czytaj

kIRk - III

Płynna konstrukcja „III” sprawia, że jest to, jak dotąd, materiał najbardziej przypominający koncertową odsłonę zespołu, a ta – nieodmiennie – fascynuje brzmieniem gęstym i transowym, przecinanym świdrującą trąbką, zaplątaną w bity i pętle. Album znakomicie funkcjonuje jako całość, jest esencjonalny, a jednocześnie stanowi intrygującą zapowiedź nowego rozdziału w historii kIRk.

Księżyc – „Rabbit Eclipse” (wyd. Penultimate Press) ->słuchaj

Księżyc-Rabbit-Eclipse

„Rabbit Eclipse” brzmi jak naturalna konsekwencja i dopełnienie wydanego niespełna 20 lat temu znakomitego debiutu. Płyta poza czasem, klimat nie do podrobienia. 40 minut niesamowitości.

Kolega Doriana – „Kolega Doriana” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Kolega Doriana

Płyta odważna, estetycznie konsekwentna, wykorzystująca strategię „mniej znaczy więcej”. Album jest precyzyjnie poukładany z rozmaitych sonicznych osobliwości, trio umiejętnie operuje detalem, kontrastami ciszy i hałasu. Rzecz bardzo procesualna i wymagająca skupienia. Niewiele polskich składów improwizuje w tak oryginalny sposób.

Marcin Masecki – „Mazurki” (wyd. For Tune) ->słuchaj ->czytaj

Mazurki - Marcin Masecki

„Mazurki” brzmią jak muzyczny autoportret Marcina Maseckiego. Pomysł goni pomysł, a forma mazurka jest jedynie pretekstem do eksperymentów i doświadczeń na „żywym” i elektrycznym instrumencie. Całość zachowuje surowy, wyjątkowo hermetyczny charakter. Podstawą jest tutaj niepewność kształtu każdego kolejnego taktu i ciężko oprzeć się wrażeniu, że w „Mazurkach” jest potencjalny margines na każdego rodzaju dźwięk klawiszy pianina, który nagle, nieoczekiwanie, zyskuje spójność i własne miejsce w układance.

Jerzy Mazzoll & Micromelancolié – „MAZZMELANCOLIÉ” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj

Mazzmelancolie

Obok płyty nagranej w duecie z Tomaszem Sroczyńskim jest to bodaj najciekawsze wydawnictwo Jerzego Mazzolla po powrocie artysty do regularnego publikowania. Trochę szkoda, że kaseta zawiera jedynie dźwięki z recyklingu, z archiwów, niemniej efekt finalny budzi respekt. „Mazzmelancolie” jest pozycją oryginalną, usytuowaną na pograniczu kilku estetyk, odważną i zaskakującą, a jednocześnie komunikatywną, o wciągającej, słuchowiskowej narracji.

Mirt – „Vanishing Land” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Mirt - Vanishing Land

Tytuł adekwatny do zawartości. Kontakt z „Vanishing Land” to jak wyprawa na terra incognita. Nagrania terenowe, ambientowe plamy, mnóstwo detali, brzmienie analogowego sprzętu. Całość ma charakter wyjątkowo spójny, płynny, a jednocześnie nieprzewidywalny. Trochę retro, trochę futuro. Prawdziwa przygoda dla ucha.

Nagrobki – „Stan Prac” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Nagrobki - Stan Prac

Oryginalny koncept i finezyjna prostota. „Stan Prac” to płyta inteligentna, przewrotna i zrealizowana brawurowo od początku do końca, zarówno pod względem tekstów, jak i muzyki – the whole package. Obok duetu pojawiają się znakomici goście (Mikołaj Trzaska, Michał Bunio Skrok, Piotr Pawlak, Olo Walicki, Tomasz Ziętek), którzy wyciągają całość na jeszcze wyższy level. Obok Synów i Ukrytych Zalet Systemu moja ulubiona płyta tego roku w kategorii „piosenka polska”.

Paper Cuts – „Divorce Material” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj ->czytaj

Paper Cuts - Divorce Material

Świetnie rozwijający się materiał, wciąga, czaruje drobnostkami i wielkim wyczuciem brzmienia. Każdy utwór to odrębna historia zasadzona na ciekawym pomyśle. Gra w częściach, gra w całości. Kaseta ma własny, wciągający, mocno surrealistyczny klimat i  jest jak dotąd najbardziej kompletnym owocem współpracy Łukasza Kacperczyka (syntezator modularny) i Wojciecha Kurka (perkusja).

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes. African Mystic Music” (wyd. Bołt Records) ->słuchaj ->czytaj

Raphael Rogiński - Coltrane

Główną zaletą tego wydawnictwa jest powściągliwa wirtuozeria Rogińskiego, pełna wyczucia i wrażliwości na najbardziej ulotne brzmieniowe detale, często właśnie nimi operująca. Płyta jest niezwykle udaną odpowiedzią na pytanie jak w kreatywny sposób oddać hołd muzyce o statusie ikonicznym. Właśnie tego typu interpretacje udowadniają, że dziedzictwo Coltrane’a nie musi być spetryfikowane w standardach i leżeć na zakurzonym postumencie zatytułowanym „klasyka jazzu”.

Jacek Sienkiewicz – Drifting (wyd. Recognition) ->słuchaj

Sienkiewicz - Drifting

Po włożeniu na uszy słuchawek, dobry album techno powinien podporządkowywać strukturze dolatującego do świadomości bitu całą otaczającą rzeczywistość. Powinien wciągać. A od Drifting” naprawdę ciężko się oderwać. Oprócz tego warto sprawdzić bardziej abstrakcyjny „Instynkt” ->słuchaj.

Slalom – „Wunderkamera” (wyd. Lado ABC) ->słuchaj ->czytaj

Slalom - Wunderkamera

„Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Tytuł odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest tutaj nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny. Eksperymenty nie podważają w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru.

SYNY – „Orient” (wyd. Latarnia Records) ->słuchaj ->czytaj

SYNY - Orient

Wielką siłą tego albumu jest stylistyczna spójność, wyjątkowy klimat, a także otwarte, eksperymentalne podejście do hip-hopowej formy. Orient wciąga od „Intro” aż po zamykające zestaw 20 kawałków „Świnoujście”, jest interesujący jako twór muzyczno-literacki. Synom już na wysokości debiutu udało się osiągnąć oryginalne, własne brzmienie, stanowiące ciekawą wypadkową dotychczasowej działalności Piernikowskiego i Jankowiaka – wypadkową, która przynosi de facto nową jakość.

Kamil Szuszkiewicz – „Istina” / „Robot Czarek” (wyd. Wounded Knife / Bołt Records) ->słuchaj1 ->słuchaj2

Kamil Szuszkiewicz - IstinaKamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

Kamil Szuszkiewicz na „Istinie” i „Robocie Czarku” jawi się jako wyjątkowo radykalny i konsekwentny eksperymentator. Obie kasety rządzą się własnymi prawami, porażają oryginalnym konceptem i bezkompromisowością, ale co najważniejsze intrygują. Warto zadać sobie trud, aby wejść głębiej w te nieszablonowe wydawnictwa, które śmiało można określić jedynymi w swoim rodzaju. Warto też sprawdzić minialbum kwartetu Zebry A Mit ->słuchaj.

T’ien Lai – „RHTHM” (wyd. Monotype Records) ->słuchaj

T'ien Lai - RHTHM

Redefinicja brzmienia T’ien Lai, postawienie na motorykę i techno bit, okazała się strzałem w dziesiątkę. Na „RHTHM” obok tytułowego rytmu znajdują się gigantyczne pokłady psychodelii, dzięki czemu seans z albumem należy do wyjątkowych doświadczeń. Niespodzianki kryją się niemal w każdej minucie albumu.

Ukryte Zalety Systemu – „Ukryte Zalety Systemu” (wyd. Antena Krzyku) ->słuchaj

Ukryte Zalety Systemu

UZS udało się stworzyć system z wieloma ukrytymi zaletami. Teksty zaangażowane, a niebanalne, wręcz uniwersalne. Muzyka prosta, lecz charakterystyczna i intrygująca jak diabli. Koncept. Energia. Zwięzłość. Prostota. Oryginalność. Siła rażenia porównywalna z pierwszymi dwoma albumami Republiki.

X:Navi-Et – „Vox Paradox” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj 

XNaviEt - Vox Paradox

„Vox Paradox” to muzyka grozy, dobry bad trip z jednym reżyserem. Siłą tej kasety jest jej konstrukcja, układ, dramaturgia. Każdy utwór intryguje niepokojącym klimatem, złożonością użytych środków, a także dużym wyczuciem w ich dystrybuowaniu. Słychać tutaj jak duży wkład ma Rafał Iwański w brzmienie duetu Kapital. Jeśli komuś podobała się płyta „Chaos to Chaos” (->słuchaj), to po bardziej surowe „Vox Paradox” powinien sięgnąć niezwłocznie.

Evan Ziporyn / Wacław Zimpel / Hubert Zemler / Gyan Riley – „Green Light” (wyd. Multikulti) ->słuchaj

Ziporyn, Zimpel, Zemler Riley - Green Light

Znakomici muzycy zagraniczni + znakomici muzycy polscy = bardzo dobry wspólny album z dużą ilością niespodzianek. Płyta na pograniczu etno, minimalizmu, improwizacji i kompozycji, nagrana z naprawdę dużą wyobraźnią. Aż ciężko uwierzyć, że wszystkie dźwięki powstały bez użycia elektroniki. Muzyka na „Green Light” koi i uwodzi, unikając zarazem łatwych rozwiązań.

—————————————————————–

Dziękuję za uwagę w roku (już) ubiegłym i zakończę po szekspirowsku – reszta jest słuchaniem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Przyszłość, paszporty i nieistniejące papierosy / wpis kulturalny

Nadium

Z początkiem miesiąca, na przestrzeni zaledwie 3 dni miałem okazję usłyszeć na żywo 2 z pośród 3 nominowanych artystów do tegorocznej edycji Paszportów Polityki w kategorii „muzyka popularna”. Na dodatek w tym samym miejscu. Dookreślmy dane. Chodzi o Raphaela Rogińskiego (w tym wypadku Cukunft), oraz Kubę Ziołka (akurat premierowe T’ien Lai). Arena zdarzeń – Cafe Kulturalna. Wówczas jeszcze temat paszportów w kontekście powyższych artystów nie istniał. Niemniej, zważywszy na ich obecny „status ogólny”, jak i jedynie tegoroczny dorobek, nominacje nie są jakimś wielkim zaskoczeniem. Można je wręcz określić mianem względnie oczywistego potwierdzenia wspólnej dla obu Panów rangi „muzyków-instytucji” na polskiej scenie, powiedzmy, muzyki popularnej…
Oczywiście sztuka to nie zawody lekkoatletyczne, a dla rożnych wartości estetycznych próżno szukać wymiernych kryteriów ocen, tworząc hierarchiczne zestawienia (owszem, plwam na rankingi, a końcówka roku to świetny moment na autodafe). Jednakże czysto prestiżowej wagi Paszportu nie da się zdezawuować. Uznanie kapituły dziennikarzy/krytyków z wielu rożnych muzycznych światów ma swoja wartość, jakkolwiek na płaszczyźnie ogólnej demokracji i sztuce raczej nie jest po drodze.. Cóż, „muzyki popularnej” nie wybierają jednostki, a szersze gremia, nawet jeśli w kontekście tegorocznych nominowanych jest to kategoria o przewrotnej, życzeniowej nazwie.
Jakby nie patrzeć wyróżnienie Polityki od lat pozostaje chyba jedyną faktycznie nobilitująca muzyczną nagrodą o ogólnokrajowej sile rażenia, co ciężko zbagatelizować, nawet uwzględniając nieufność do rankingów.

Cukunft w Kluturalnej

Koncerty w Cafe Kulturalnej w obu przypadkach były znamienne. Na zespole Cukunft Raphael Rogiński poniekąd budował zjawisko, które dziś coraz częściej określa się mianem „Nowej Muzyki Żydowskiej”. Gdyby nie Cukunft, a de facto gdyby nie Rogiński, to prawdopodobnie nie byłoby o czym mówić, nie pojawiłyby się kolejne zespoły/projekty twórczo reinterpretujące tradycję muzyki żydowskiej sprzed pokoleń. Nie byłoby kreatywnego wskrzeszenia niemalże zabitej estetyki (mam tu na myśli z jednej strony Holocaust, z drugiej cepeliowe upamiętnianie na rożnego rodzaju festynach, na których większe znaczenie ma pozór i klisza niż żywa tradycja).
Raphael Rogiński pod tym względem wykonał kawał etnomuzykologicznej i artystycznej roboty, poruszył jedną z pierwszych kostek domina, NMŻ to już dzisiaj wyrazista cząstka kultury polskiej ostatnich lat. Zacięcie etnomuzykologa i interpretatora towarzyszyło gitarzyście również w tym roku na czarującej płycie solowej z kompozycjami Johna Coltrane’a, z których wydobył znacznie więcej niż nie jeden saksofonista (o krążku obszerniej pisałem tutaj). Jeżeli jednak paszport miałby trafić w ręce Rogińskiego, to w moim odczuciu przede wszystkim za Nową Muzykę Żydowską, której jest w Polsce podobnym ambasadorem, jak John Zorn ruchu Radical Jewish Culture w NYC. Przy czym polska specyfika nurtu, biorąc pod uwagę lokalny kontekst historyczny, jest chyba nawet bardziej fascynująca. Dla muzyka z takim „dowodem osobistym”, Paszport byłby tylko kolejnym dokumentem potwierdzającym wyrazistą tożsamość artystyczną.
Koncert Cukunft (a może jeszcze bardziej późniejszego big bandowego Banda Nella Nebbia, gdzie Rogiński wystąpił gościnnie) pokazał, że NMŻ żyje już własnym życiem, na nowo i w sposób naturalny, w kraju gdzie tak też funkcjonowała przez setki lat. Cukunft to w jidysz przyszłość. Zespól jest własnie tego rodzaju wehikułem czasu.

T'ien Lai w Kulturalnej

T’ien Lai – fikcyjną markę papierosów wymyślił amerykański gigant literatury sci-fi Philip K. Dick. T’ien Lai – zespól techno-rytualny powołał do życia Kuba Ziolek, artysta o niebywałej wręcz podzielności uwagi i kreatywności (w tym roku 4 płyty, każda na bardzo równym, wysokim poziomie). Koncertowa premiera albumu „RHTHM” nie była już dla mnie takim estetycznym zaskoczeniem jak wakacyjny występ T’ien Lai na Placu Zabaw (klik), podczas którego zespół objawił się dla mnie na nowo. Tym razem ta świeża formuła po prostu znakomicie zafunkcjonowała i tu nie było niespodzianki. Połączenie transowej, psychodelicznej elektroniki z „żywą”, motoryczną sekcją bębniarzy/gongistów, ubranie widowiska w nieco mroczny, tajemniczy płaszczyk (kostiumy, dym, kadzidełka), rytualne wychodzenie w publiczność z tamburynem – wszystko razem złożyło się na występ mocny, wyrazisty i w zasadzie kompletny pod względem przemyślanej formy. Chusta na twarzy Ziołka to też symptomatyczny element. Muzyk, podobnie jak Rogiński, jest przede wszystkim reprezentantem konkretnego środowiska, całego szerokiego kręgu artystów roboczo zwanego sceną toruńsko-bydgoską/bydgosko-toruńską. Wymowny jest fakt, że nawet w solowym projekcie Ziołek nie występuje pod własnym nazwiskiem, tylko pod szyldem Stara Rzeka, tłumiąc trochę jednostkowy charakter tworu. Paszport dla artysty byłby w dużej mierze docenieniem wszystkich twórców z kręgu Milieu L’Acéphale, któremu to wyróżnienie bez wątpienia się należy. Jest to także już kolejna nominacja dla Ziołka i w porównaniu z tą sprzed dwóch lat, muzyk ma za sobą silniejsze argumenty (moje osobiste faworytki to: „Duch Tornada” Alamedy 5 i właśnie „RHTHM” T’ien Lai). Z drugiej strony czy artyście, który łapie się do czołówek prestiżowych zagranicznych podsumowań (np. The Quietus, Fact Magazine), jakikolwiek Paszport jest w ogóle potrzebny? Jako dodatek do imponującej kolekcji świetnych albumów i gest uznania dla szerszego środowiska muzyków – czemu nie.

Obojętnie jaki werdykt padnie podczas paszportowej gali, nie będzie przegranych. Za parę lat o tegorocznej nagrodzie Polityki niewielu będzie pamiętać, natomiast sama muzyka posiada zdecydowanie dłuższy termin ważności i ostatecznie jest najlepszą wizytówką, która sama się wyróżnia.

Niemniej gratuluję wszystkim nominowanym (nie pisałem tutaj o trzecim z nich Błażeju Królu). Społeczne rytuały są potrzebne.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

T’ien Lai / Souvenir De Tanger na Placu Zabaw

Souvenir De TangerPod względem niepokojącego, elektronicznego klimatu, zahaczającego o brzmienia etniczne, był to prawdopodobnie najbardziej spójny wieczór koncertowy podczas tegorocznego Lado w Mieście. Zestawienie Souvenir De Tanger, czyli niezwykle obiecującego producenta czerpiącego z bliskowschodnich sampli, z obecną orientalno-ezoteryczno-klubową inkarnacją T’ien Lai, okazało się strzałem w dziesiątkę. Oba występy doskonale się uzupełniły.

Początek wieczoru należał do Wiktora Milczarka, artysty ukrywającego się pod szyldem Tangerskiej Pamiątki. Muzyk wszedł na scenę Placu Zabaw skąpaną w ostatnich promieniach zachodzącego słońca (a tego dnia mocno przygrzało…) i momentalnie wykreował zawiesistą ścianę dźwięku, na którą składały się początkowo niskie drone’y i gęste szumy. Po chwili z głośników zaczęły wylewać się również dalekie echa śpiewu muezina, zniekształcone dźwięki arabskich instrumentów – wszystko pod głośną, obezwładniającą falą pierwszego, noise’owego komponentu. Przysłowiową wisienką na torcie był bit. Milczarek ciął nim tę wschodnio-elektroniczną masę na porcje, dzięki czemu całość oddziaływała jeszcze silniej. Słuchanie tego brutalnego występu było jak wąchanie wypalanych przez Saddama Husajna pól naftowych, bądź oglądanie naturalistycznego dokumentu o dżihadzie. Muzyka Souvenir De Tanger jest mocno sugestywna i niesie ze sobą tego typu skojarzenia, a na żywo jeszcze bardziej zyskuje na sile, rozwija pomysły z płyt w sposób radykalny. Okoliczności przyrody również sprzyjały tej dusznej, agresywnej i jednolitej, linearnej wypowiedzi scenicznej. Gdy intensywność występu zaczęła mnie przerastać i powędrowałem w stronę baru, muzyka po chwili uległa wygaszeniu. Także timing niemal idealny. Rzadko kiedy elektronika potrafi mnie aż tak wciągnąć na koncercie. To dobrze wróży na przyszłość.

T'ien LaiOstatni raz widziałem T’ien Lai na żywo podczas występu, wtedy jeszcze duetu, w Pardon To Tu w połowie zeszłego roku (klik). Gdy wychodząc z Placu Zabaw przypomniałem sobie tamten koncert (swoją drogą bardzo ciekawy, bo połączony z występem duetu Jachna/Buhl) to ciężko mi było uwierzyć, że mam do czynienia z tym samym zespołem. T’ien Lai z płyty „Da’at”, to postapokaliptyczna, niepokojąca elektronika bazująca na radiowych samplach, przetworzonych gitarowych loopach, ekstatycznych drone’ach. Muzyka w dużej mierze linearna, o ambientowym potencjale. Tymczasem na Placu Zabaw pojawiło się czterech zamaskowanych jegomości, którzy zaprezentowali muzykę uber-rytmiczną z okolic etno-kosmik techno.

T’ien Lai to obecnie kwartet, którego jedynie połowa jest znana z imienia i nazwiska (Łukasz Jędrzejczak i Kuba Ziołek), dwaj pozostali członkowie wizualnie przypominają trochę duet BNNT przekwalifikowany na afrykańskie instrumenty perkusyjne (konga w roli głównej). To właśnie akustyczna sekcja rytmiczna wpływa obecnie najsilniej na brzmienie zespołu. Bębniarze przez około godzinny występ grali jak w transie, przeważnie bardzo szybki, gęsty, plemienny rytm (czasami okraszany uderzeniami w różnego rodzaju idiofony). Na tle motorycznych kong „oryginalne” T’ien Lai nawarstwiało psychodeliczne drone’y, a w dalszej części dorzuciło również elektroniczny bit. Efekt takiej mieszanki był podwójnie atrakcyjny. Po pierwsze pierwiastek performatywny powodował, że można się było poczuć jak podczas jakiegoś rytualnego obrządku – co potęgowały maski, dym i muzyk wychodzący z tamburynem w publiczność. Po drugie idealnie wyważony i skomponowany kontrast akustyczno-elektronicznego transu, który atakował na równi intelekt (pytanie: jak oni to robią?) i ciało (konstatacja: „nóżki nie oszukasz”). Zatem jeśli chodzi o T’ien Lai a.d. 2015, to można mówić nie tyle o ewolucji, co bardziej o rewolucji w podejściu do grania muzyki. I mówię tu o rewolucji zdecydowanie pozytywnej. Jeśli zespół zachowa dynamikę i swobodę rozwoju, to naprawdę nie mogę się doczekać kolejnych koncertów i płyt. Mam nadzieję, że najbliższa, nagrana jeszcze w duecie „Rotor Wołgograd”, ukaże się jak najprędzej, bo bardzo chętnie posłuchałbym już tej w wydaniu czteroosobowym. Tak czy inaczej, warto trzymać rękę na pulsie, bo T’ien Lai na Placu Zabaw zabrzmiało imponująco i obiecująco.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

T’ien Lai + Jachna/Buhl w Pardon To Tu

Innymi słowy bydgoska inwazja na czołowy warszawski klub.

CAM00497[1]

Zamknięcie majowego programu koncertowego w PTT niespodziewanie okazało się jednym z ciekawszych koncertów przy pl. Grzybowskim w skali roku 2014. Jednego wieczoru na tej samej scenie zostały zsyntezowane dwa pokolenia artystów reprezentujących niezależną muzykę z Bydgoszczy – miasta, które od początku lat 90. wraz z narodzinami yassu i klubu Mózg (sto lat!) jest jednym z prężniej działających centrów muzyki alternatywnej w Polsce. Bydgoszcz – mimo narzekań tamtejszych aktywistów na kiepskie warunki artystycznej infrastruktury – na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza jawi się jako prawdziwa wylęgarnia twórców poszukujących, eksperymentujących, nieskorych do kompromisów z mainstreamem. Przez ostatnie dwa lata osobą, na którą najbardziej spływa medialny splendor jest Kuba Ziołek, jednak obok niego jest cały szereg artystów, którzy w nie mniejszym stopniu decydujących o sile sceny bydgoskiej i trzeba im oddać honory. Nie trzeba daleko szukać, wystarczy chociażby spojrzeć na osoby stojące za projektem Innercity Ensamble. Nie zmienia to jednak faktu, że w ostatnim czasie na Ziołku ciąży klątwa króla Midasa i właściwie każda kolejna płyta, w której macza palce zbiera – zwykle zasłużenie – świetne recenzje. Koncert w PTT, to doskonały pretekst, żeby zwrócić uwagę na muzycznych reprezentantów Bydgoszczy.

T’ien Lai, zespół współtworzony z Łukaszem Jędrzejczakiem, poznałem najpóźniej spośród ostatnich projektów Ziołka. Trochę mnie to nawet dziwi, biorąc pod uwagę, że swego czasu twórczość Philipa K. Dicka była mi niezwykle bliska. Nazywanie zespołu marką papierosów z „Człowieka z Wysokiego Zamku” jest w moich oczach ryzykowne, jednak gdy tylko zapoznałem się z płytą „Da’at”, muzyka na niej zawarta wyzbyła mnie uprzedzeń – była godna nawiązań do mistrza psychodelicznego SF. Nie trzeba mnie było specjalnie namawiać do uczestnictwa we wtorkowym koncercie.

CAM00494[1]

Wnętrze Pardon To Tu przybrało tego wieczoru specyficzny układ – pośrodku klubu ustawione zostały rozmaite elektroniczne gadżety i oldschoolowe radioodbiorniki Jędrzejczaka i Ziołka, organizując tym samym dookoła przestrzeń dla widowni, natomiast sama scena z perkusją i dęciakami czekała spokojnie na Jacka Buhla i Wojciecha Jachnę. Rozpoczęło się dość nietypowo, choć symbolicznie – z radio Ziołka popłynęły dźwięki „Where is my mind?” Pixies. Muzyka T’ien Lai zaczęła stopniowo wypełniać klub futurystycznymi dźwiękami modulowanych fal, szumów, sprzężeń, elektronicznych efektów specjalnych o analogowym feelingu. Moje skojarzenia popłynęły w dość jednoznacznym kierunku: Niemcy Zachodnie przełom lat 60. i 70., jeden z najbardziej fascynujących okresów w historii XX-wiecznej muzyki europejskiej – narodziny krautrocka i kosmische musik, Tangerine Dream, pierwsze, jakże niedoceniane płyty Kraftwerk… Jędrzejczak wraz z Ziołkiem umiejętnie stworzyli przestrzeń dźwiękową, która nieubłaganie wprowadzała w stan przyjemnego transu. Było w tych dźwiękach więcej błądzenia, improwizacji niż konceptualnego zamysłu i być może dzięki temu w całość nie wkradła się nuda. Nieco industrialna psychodelia była przez muzyków zręcznie podkręcana różnego rodzaju elektronicznymi ingrediencjami, dochodząc w pewnym momencie do miarowego bitu, pobudzającego układ nerwowy większości słuchaczy, co skutkowało nieskoordynowanymi ruchami ciał.

CAM00500[1]

Słuchałem duetu z naprawdę dużą przyjemnością, która wkrótce splotła się z zaskoczeniem – na scenie pojawił się Jacek Buhl spontanicznie dołączając z perkusją do dźwiękowego uniwersum T’ien Lai. Po trwającej kilka minut wspólnej improwizacji, do której na koniec włączył się również Wojciech Jachna, Ziołek z Jędrzejczakiem ustąpili pola starszym kolegom. Duet Jachna-Buhl doskonale wpasował się w aurę, którą wykreowali T’ien Lai. Poukładana, szalenie barwna gra Buhla gorzko przypomniała mi o koncercie Thurstona Moore’a w CSW. Gdyby nowojorczyk został zestawiony z perkusistą o subtelności i wyczuciu Jacka Buhla, występ w Laboratorium mógłby okazać się znacznie ciekawszy… Po siatce rytmicznej stworzonej przez niegdysiejszego pioniera yassu z dużą gracją poruszał się Jachna. Jego improwizacje polegały na łączeniu dość minimalistycznych melodii z elektroniką, którą dodawał instrumentowi pogłos, bądź zapętlał wcześniej zagrane fragmenty. Czuć było między muzykami chemię, która przełożyła się na swobodę grania i mieszania pomysłów. Duety trąbka-perkusja wymagają od artystów sporej wyobraźni, ale potrafią zaowocować spektakularną muzyką – tak było dawniej (choćby Don Cherry i Ed Blackwell), tak jest i teraz (Chicago Underground Duo, Mikrokolektyw). Jachna i Buhl świetnie odnaleźli się w transie T’ien Lai dodając do niego odrobinę post-yassowej, nieortodoksyjnej perspektywy postrzegania jazzowego instrumentarium. Nagle powtórzył się wcześniejszy scenariusz – do muzyków dołączyli Ziołek z Jędrzejczakiem, spinając całość wieczoru przyjemnie eklektyczną klamrą, podczas której Jędrzejczak sięgnął nawet po okarynę. Występ zakończyła – nie mogło być inaczej – przypadkowa melodia złapana przez radio T’ien Lai.

Artystyczny, bydgoski mikroklimat trafił na podatny grunt i muzycy zostali nagrodzeni potężnymi jak na umiarkowaną frekwencję brawami. Bardzo satysfakcjonujący koncert, w dużej mierze poprzez swoją nietypową naprzemienną strukturę. Ktokolwiek był autorem tego pomysłu, to niniejszym gratuluję. Dzięki temu rozwiązaniu publiczność zaznała swego rodzaju nieprzerywanego rytuału, a niewielka, tym razem dość luźna przestrzeń warszawskiego klubu potęgowała kameralny, intymny charakter występu. Najważniejsza jednak była muzyka – bezpretensjonalna i swobodna, choć eksperymentalna. Niepróbująca udawać czegoś, czym nie jest. Po prostu bardzo dobry koncert.

Krzysztof Wójcik