Peter Evans Quintet w Pardon To Tu

evans

Solowy występ Petera Evansa w kwietniu tego roku wprowadził mnie w stan tęgiego oszołomienia. Był to jeden z koncertów, który z pewnością na stałe zapisze się w mojej pamięci jako wydarzenie absolutnie wyjątkowe. Wieść o koncercie Evansa z kwintetem zelektryzowała właściwie całe środowisko, a oczekiwania zostały napompowane w stopniu chyba aż zbyt wielkim. Oczywiście pisze to z dzisiejszej perspektywy, a przed koncertem sam podgrzewałem atmosferę radosnego napięcia. Przytoczę chociażby wycinek prywatnej korespondencji smsowej, która poskutkowała namówieniem na koncert mojego kolegi:

– Evansa nie pożałujesz, ja się „jaram” na ten koncert. 

– Słuchałem właśnie trochę i bardzo klimatyczny. „Ghosts” słuchałem.

– Ta płyta „Ghosts” jest chyba nawet najbardziej tradycyjna, ale ma diabły w szczegółach na każdym kroku! Jego bardziej solowe, czy duetowe rzeczy to już kosmos totalny. Gość ma brzmienie jedyne w swoim rodzaju.

Wciąż zgadzam się z tym smsem. Dzisiaj, niespełna tydzień po koncercie ciężko mi napisać coś odkrywczego. Właściwie chciałem nawet nic nie pisać, trochę na przekór ogólnemu entuzjazmowi. No ale w końcu Evans to wydarzenie, dobry pretekst do konstruowania wymyślnych epitetów i wielokrotnie złożonych zdań pochwalnych, a ja przecież porobiłem zdjęcia, nagrałem trochę materiału i wykrzesałem z siebie niemało samozaparcia żeby wytrwać do samego końca.

Koncert w Pardon To Tu był ostatnim – o ile dobrze pamiętam 9 – występem muzyków w europejskiej trasie promującej najnowszy album „Destination: Void”. Luz i niezwykła swoboda w operowaniu muzyczną formą towarzyszyły artystom przez cały występ. Materiał okazał się o wiele bardziej zawiesisty i gęsty niż na „Ghosts”. Drużyna Evansa była wręcz bezlitosna w swej hojności i zasypała słuchaczy ilością muzyki dalece wykraczającą poza granice percepcyjne, a może bardziej nawet wytrzymałościowe. W filmie „20 000 dni na Ziemi” Nick Cave mówi do Blixy Bargelda: „Słuchałem naszych wspólnych płyt i zastanawiam się dlaczego nie było nikogo w studiu, kto powiedziałby nam żeby nagrywać krótsze piosenki”. Gdy usłyszałem tę wypowiedź podczas weekendowego festiwalu FONOMO od razu przypomniał mi się koncert Evansa. Trębacz wraz z zespołem zaproponowali warszawskiej publiczności muzykę najwyższej próby, zaserwowaną z pasją i wykonawczą maestrią, jednak niemiłosiernie wręcz rozwlekłą, przez co nie jestem w stanie wyprzeć wrażenia przesytu, a szczerze mówiąc w przypadku koncertów preferuję stany odmienne. W tym kontekście za pomysł już absolutnie chybiony uważam wywołanie kwintetu na bis.

20141009_210637

Zdecydowanie największe wrażenie zrobiła na mnie interakcja pomiędzy Evansem a Samem Plutą, wielkim elektronikiem współczesnej improwizacji, którego manipulacje muzyczną materią wprowadzały kwintet w obszary astylistycznego, nieprzewidywalnego doświadczenia sonicznego. Ogólnie rzecz biorąc zespół posługiwał się językiem bardzo indywidualnym, który ciężko przypisać konkretnym kategoriom, chociaż momentami muzyka przypominała mi większe składy Roba Mazurka. Z mojej perspektywy najciekawsze były momenty biegunowe: skrajne kolektywne przesilenia z wybijającą się, intensywną trąbką Evansa oraz fragmenty wyciszone, w których lider prowadził samodzielną, meandryczną narrację. Prawdopodobnie gdyby występ trwał ¾ swojej finalnej długości, bez nadmiernej eksploatacji fragmentów bardziej jednorodnych, przyłączyłbym się do licznego grona piewców-entuzjastów. Niestety źle poprowadzona dramaturgia wieczoru skutecznie wpłynęła na moją finalną ambiwalentną ocenę koncertu, którą w skrócie można podsumować – mniej znaczy więcej. Mimo wszystko jestem zadowolony z doświadczenia muzyki Evansa na żywo, bo rzadko kiedy koncertowe przedawkowanie dzieje się za sprawą towaru aż tak dobrej jakości.

20141009_205405

 

Tekst: Krzysztof Wójcik

Zdjęcie tytułowe: Marcin Marchwiński

Materiały wizualne: LG G2 Mini LTE